Wróć do katalogu

Vingar

Opowiadanie fantasy, zachęcam do czytania i komentowania ;P

Firewarrior, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na początku była nicość, pustka, wszechogarniająca Biel. Potem była Iskra, żarząca się nikłym blaskiem. Iskra zaczęła rosnąć, wypełniając sobą przestrzeń. Maleńkie zawirowania mocy kłębiły się na jej obrzeżach, rozmywając kontury. Kreator spoglądał na rosnącą Iskrę z ojcowską czułością. Jego oczy lśniły najczystszym błękitem. Oddawał Iskrze część swego tchnienia, drobny ułamek swej siły. Rzeźbione drzwi uchyliły się odrobinkę. Do Komnaty Tworzenia wślizgnął się niepostrzeżenie Intruz, który przyjął postać czarnego węża. Sunął po nieskazitelnie białej posadzce, niczym skręcający się cień, wysyczał wibrujące magią słowa, wyrzucił je szybko z siebie. Biel na chwilę zasnuła się Czernią. Kreator poderwał się z tronu. Wszystko wokół zadrżało, gdy jego silna dłoń schwyciła śliskie wężowe ciało. Stworzył w posadzce ciemny, pulsujący otwór, cisnął w niego węża z całej siły. - Wszystko by tylko psuł - wykrzywił się Kreator, oglądając, jak dziura powoli marszczy się i kurczy. - Całe szczęście, że przynajmniej tutaj mam nad nim władzę. Nagle przypomniał sobie o swoim Dziele. Pełen obaw, odwrócił głowę. - A niech to! - Wrócił na tron. - Cóż, chyba będę musiał zrobić nowego sługę. Na środku komnaty stał młody, nagi mężczyzna. Był pogrążony w letargu, oddychał spokojnie, równomiernie. Wydawałby się całkiem zwyczajnym aniołem, gdyby nie jego skrzydła. Prawe, białe, pierzaste, lśniło delikatnie ciepłym blaskiem. Lewe skrzydło było przeklęte - na obleczonych stalą kościach rozpięta była czarna, gruba skóra. Metalowe szpony zdobiły miejsca, gdzie kości łączyły się ze sobą. Nagle oddech skrzydlatego stał się szybszy. Jego oczy otworzyły się szeroko, w przerażeniu. W ich wyglądzie również przejawiała się ingerencja Intruza - lewe oko lśniło jadowitą zielenią, podczas gdy prawe było błękitne. W komnacie rozbrzmiał pierwszy, wibrujący krzyk nieudanego anioła. - Odejdź - wyszeptał Kreator, wykonując gest dłonią. - Odejdź! - krzyknął, gdy nie przyniosło to żadnego efektu. - Kim... Kim ja jestem? - Mężczyzna drżał. - Cholera! - Kreator zmarszczył brwi. - Nie mam nad tobą władzy, istoto. - Kim ja jestem? - Tym razem pytanie było dużo głośniejsze. - W połowie aniołem, w połowie demonem, na to wygląda... - Kreator odchrząknął. - W rezultacie jesteś... Zapadło kłopotliwe milczenie. - Jesteś błędem, pomyłką. To nie powinno się zdarzyć - kontynuował. - Intruz zapłaci mi za to. Nie o to chodzi, że zmarnowałem moc, mam jej jeszcze na miliardy nowych aniołów, ale... - Kim ja jestem? - Mężczyzna przyglądał się swoim skrzydłom, rozprostowując je ostrożnie. - Nie masz prawa bytu. Wtrącając się w moje Stworzenie, Intruz dodał swoją część. Zapewne on też nie potrafi nic z tobą zrobić... Nie należysz ani do mnie, ani do niego. - Kim jestem? - Dziwne oczy skrzydlatego spojrzały prosto na Kreatora. - Powiedz mi! - Skąd ja mam wiedzieć? Pierwszy raz się coś takiego zdarzyło. - Podrapał się po brodzie. - Chociaż nie. Nie do końca. Tworzyliśmy już wspólnie z Intruzem, ale to było tak dawno temu... - Jak mam na imię? - Jak ci się tylko podoba, istoto. - Machnął ręką. - Wybacz, ale nie mam czasu... Kreator klasnął w dłonie. Zanim echo zdążyło przebrzmieć, w sali stało kilkunastu skrzydlatych, wpatrując się z napięciem w swego Stwórcę. Była to jego najbardziej posłuszna i oddana gwardia, anielska elita. - Wyrzucić. - Wskazał nagiego mężczyznę. - Gdzie, Panie? - spytał ciemnowłosy anioł, kładąc prawą dłoń na sercu i wykonując drobny ukłon. - Gdziekolwiek, byle wystarczająco daleko od tego miejsca. - Pogładził się po brodzie. - Nie chcemy w końcu psuć sobie opinii. Może być Neutrum, tam sami tacy... - Nie! - wrzasnął skrzydlaty, którego złapało nagle kilka par rąk. - Zostawcie mnie! Muszę się dowiedzieć! - Milcz! - Głos anioła był niesamowicie zimny. - Nie wiem kim jestem! Zostawcie mnie, zostawcie! Jego słowa zostały zagłuszone przez łopot anielskich skrzydeł.

***

Intruz siedział wygodnie na obitym skórą tronie, zajadał winogrona z kościanej patery. Przed nim klęczała demonica, niesamowicie śliczna i pociągająca, jak wszystkie sukkuby. Przekrzywiła głowę w oczekiwaniu na słowa swojego Władcy. - No i udało mi się, maleńka - zaśmiał się głośno. - Nie uwierzysz, ten stary kretyn miał lukę w zabezpieczeniach, popłakałabyś się ze śmiechu, widząc jego nieudolność! - I co teraz zrobisz, Panie? - Oblizała wargi różowym, rozdwojonym językiem. - Teraz chyba się z tobą zabawię, moja ty słodziutka. Demonica wstała z klęczek i podeszła bliżej, ośmielona słowami Intruza. Uśmiechała się lubieżnie. Usiadła na jego kolanach, oplotła go ramionami. - Jaką on miał minę, gdy spojrzał na tego popsutego anioła, mówię ci! - Intruz przymknął oczy, przypominając sobie wyraz twarzy Kreatora. - Jakby mu kto na tron nasrał! Kobieta zachichotała, biorąc do ust winogrono. Ciemna dłoń Intruza gładziła ją po nodze, sunąc coraz wyżej. - Ciekawe, co zrobił z tym swoim tworem. Nieważne - dodał po chwili zastanowienia. - I tak mi na nic nie potrzebna ta żałosna istotka. Przyciągnął demonicę ku sobie, oplatając ją ogonem. Jej skrzydła, dotychczas otulające jej ciało, rozpostarły się szeroko, ukazując piersi. - Nie będę już nad tym myślał... - wyszeptał. - Pora na coś innego...

***

Pierwsze, co poczuł, to ból. Odwrócił się na plecy, czując suchy piach pod nagim ciałem. Westchnął głęboko, zacisnął pięści. Otworzył oczy. Zobaczył granatowe, upstrzone gwiazdami niebo, oraz dwa całkiem spore księżyce, jeden żółty, drugi ciemnopomarańczowy, które prześwitywały przez koronę drzewa. Było mu zimno, bardzo zimno. Wysunął spod siebie skrzydła i okrył się nimi jak najszczelniej, najpierw pierzastym, ciepłym, potem skórzanym, które miało ochronić go od wiatru. Nie miał siły, by wstać i spróbować iść przed siebie, znaleźć jakieś schronienie. Chciał tylko spać, odpocząć, zapomnieć o bólu, zapomnieć o wszystkim.

***

- Co z nim zrobimy? - spytał rozczochrany, śmierdzący cebulą mężczyzna, pokazując brudnym paluchem leżące na łóżku ciało. - Da się na tym odmieńcu zarobić jakoś? - Chyba w klatce, w cyrku objazdowym pokazywać, jako wybryk natury jakowyś. Jak ta kobieta z brodą, co, Francig? Albo te zrośnięte głowami bliźniaki. - Może się z Centrum tu jakoś przybłąkał, podobno im bliżej Środka, tym większe dziwolągi! - powiedziała pryszczata dziewczyna, marszcząc nos. - Tu, na prawie samych Obrzeżach? Co ty, z konia spadłaś? Jak by się tu niby dostał? - Przyleciał? - Wzruszyła ramionami. - Skrzydła ma, to i może latać umie. - Cholera ich tam wie, dziwolągów... - Mężczyzna smarknął donośnie w palce, wytarł je w spodnią część koszuli. - Czasami przyjeżdżają tu, to aż się w głowie nie mieści, że natura takich stworzyła, pfu! - Jak ten cały dzikus na końskich nogach, czy to skrzypiące coś, co całkiem niedawno kupowało u nas chleb. Kto by pomyślał... Skrzydlaty słyszał dokładnie każde wypowiedziane słowo, nie zdradzał się jednak żadnym ruchem. Udawał, że śpi. - Gdyby mu te skrzydła urąbać siekierą, to byłby całkiem niebrzydkim chłopem. - Dziewczyna przyjrzała mu się dokładnie. - Ty się tak na niego nie gap, Mirka! – warknęła gospodyni. – Wiem, co ci po głowie chodzi! Rzeczywiście, był całkiem przystojny. Jego długie, rude włosy spływały mu falami na ramiona, okalając twarz o regularnych rysach. Jednocześnie było niej coś drapieżnego, dzikiego, nie do końca okiełznanego, nie pozwalającego zaufać mu od pierwszego wejrzenia. - Na razie zostawmy go, jak leży. Odkarmimy go, wykurujemy, to i zarobimy na nim. Na nic się nam nie zda, jak zdechnie nam na tym łożu. - Chyba kości nie ma połamanych, co? - spytała gruba gospodyni. - Byłby bardziej spuchnięty... W tym momencie skrzydlaty postanowił udać, że się przebudził. Spróbował się przeciągnąć, ale jęknął z bólu. Coś strzeliło mu w kręgosłupie. - Budzi się! Te, Tofka, zobacz! Jakie gały! - Mały chłopiec szarpał zawzięcie ramię dziewczyny. - Patrz tylko! Półdemon przyjrzał się dokładniej rodzinie. Tak jak przypuszczał, na ich plecach nie było ani śladu skrzydeł. - Głodnyś, przybyszu? - Gospodyni wstała, furkocząc suknią. - Mam trochę wczorajszej zupy, jakbyś chciał. - Jak się nazywasz? - spytał chłopczyk, podekscytowany do granic możliwości. - Nie wiem - burknął skrzydlaty, łapiąc się za głowę. Bolała. - Jak to nie wiesz? Złe spojrzenie różnokolorowych oczu sprawiło, że chłopiec zamknął buzię szybciej, niż ją otworzył. Mężczyzna wstał z łoża, krzywiąc się boleśnie. Przeszedł kilka chwiejnych kroków, pomagając sobie skrzydłami w utrzymaniu równowagi. - Dziękuję za pomoc, ale nie zostanę tu. - Zaraz, zaraz! - Francig wyszczerzył pożółkłe zęby i stanął prosto w drzwiach. - Gdzie to? - Gdziekolwiek. - Ja ci tu dam gdziekolwiek, jakże to tak, gościną wzgardzić!? Skrzydlaty bez słowa spróbował minąć mężczyznę, lecz poczuł silny chwyt na swoim ramieniu. Odwrócił się i zmarszczył brwi. Nie wiedział nawet, dokąd chce iść, ale za to miał pewność, że nie chce tu pozostać ani chwili dłużej. - W klatkę mnie chcecie wsadzić? Obwozić po kraju? To nazywacie gościną, tak? Pchnięcie odrzuciło go na przeciwległą ścianę. Jego oczy zapłonęły nagle wściekłym blaskiem, a paznokcie lewej ręki zaczęły przekształcać się w zimne, stalowe szpony. Spojrzał na nie pełnym zdziwienia wzrokiem. Ile jest jeszcze rzeczy, których o sobie nie wie? Znał odpowiedź. Miliony. Odepchnął się skrzydłami od ściany, przeklinając ból w swoim kręgosłupie. Gospodarz zdążył już wyciągnąć nóż z cholewy upapranego gnojem buta, ściskał go mocno w garści, mierząc wzrokiem przeciwnika. - Daj mi tylko przejść - powiedział skrzydlaty, zaciskając szpony w pięść. - Albo inaczej porozmawiamy. - Pożałujesz tego. - Zobaczymy - odmruknął. Przeszedł przez drzwi, ocierając się barkiem o Franciga. Wiedziony nagłym przeczuciem, obrócił się i bez zastanowienia chlasnął go szponami po szyi. Krew trysnęła z rany, ochlapała mu policzek. Otarł…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych