Wróć do katalogu

W kraju bliźniaków

Do Kwaraju przylatuje rodak z wizytą i spotyka się z niezwykłym przyjęciem przez rodaków...

Edward, opublikowano , 11 min czytania, 4,4 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}Z cyklu: Magia słów{/i} {b}W kraju bliźniaków{/b}

Zaraz po wylądowaniu na lotnisku w Krakowie poczułem się jakoś dziwnie, niby nie gorzej niż w samolocie, ale jakby inaczej. Nic takiego szczególnego, co by usprawiedliwiało tę nieoczekiwaną zmianę mojego samopoczucia, nie działo się w samej rzeczy. {i}Pograniczniki{/i} i {i}celniki{/i} nie zwrócili na mnie uwagi, więc nie musiałem się tłumaczyć po co mi laptop, aparat fotograficzny i tuzin bajeranckich {i}man’s briefs{/i}. Nie wydałem też ani dolara, żeby przekonać tych ostatnich, że mówię szczerą prawdę i przywiozłem te gadżety do kraju tylko i wyłącznie dla szpanu, a nie po to, żeby opylić je na Allegro, gdyż nie pytali daję słowo o nic, nie spowiadali mnie absolutnie, w ogóle gęby do mnie nie {i}otwarli{/i}, jakby zaniemówili na mój widok, albo jakbym tylko duchem a nie ciałem przemknął przez celny szlaban. W „męskim” był papier i woda, więc co to jest żem taki nieswój, jakbym przed chwilą wpadł na byłą „narzeczoną” i dostał od niej buta we wiadome miejsce, albo ni stąd ni zowąd wylądował w KL Guantanamo Bay, a nie na europejskim lotnisku w Balicach, biłem się z myślami, witając się z ukochaną ojczyzną po wyjściu z terminalu. Mój stary przyjaciel, Wojtek P., zajechał socjalistyczną „favoritką” określonego militarnego koloru, załadowliśmy amerykańską „kontrabandę” do bagażnika i na tylne siedzenie i ruszyliśmy ostro w drogę do miasta Rzecha. Kraków podziwialiśmy w efektownych korkach i błękitnych obłokach spalin wydalanych obficie przez {i}ekologiczne{/i} autobusy i cieżarówki, a potem, po opuszczeniu grodu smoka i smogu wawelskiego wjechaliśmy w Krainę Kosmicznego Labiryntu (KKL). Pogoda były majowa, temperatury lipcowe, a ukośne promienie przedwieczornego słońca zalewały purpurowym blaskiem lewitującą we wszystkich kierunkach E4, od miesięcy liftingowaną unikalną metodą budowy dróg o fascynującej nazwie {i}„Jeden minus dwa”{/i}, co czyta się: „jeden km roboty, dwa km do generalnego remontu. Wyglądało to tak, jakby zbuntowana armia zmutowanych kretów będących na usługach starego układu czyli III RP postanowiła za wszelką cenę odurodziwić odradzającą się ze zgliszczy i pogorzelisk, niewinną a nawet dziewiczą IV Rzeczpospolitą. Ale pomimo tych wszystkich objazdów i głębokich dołów kopanych na wyścigi przez lewactwo i liberałów spod wiadomych znaków, mimo tego zawzięcia na to co szlachetne, poPiSowe i godne naśladowania, cały czas jechaliśmy do przodu i we właściwym, czysto polskim kierunku. Od czasu do czasu tylko wyprzedzali nas gotowi na wszystko kamikadze niewiadomej opcji w beemkach i mercach, którzy pędzili na trzeciego albo i na czwartego po szosie próbując doprowadzić do czołowego kontaktu z nieprzyjacielem ( też nieznanej opcji) nadjeżdżającym z naprzeciwka, ale widocznie tego dnia mieli jakieś problemy z azymutem i {i}laser nawigation{/i}, bo ani razu nie udało im się z nikim wejść w kontakt pierwszego stopnia. Ale i tak, jako całkowicie niekumaty przybysz z prowincjonalnego Bostonu, gdzie przechodzień nawet na czerwonym świetle ma nie wiadomo dlaczego rację, z niewyobrażalnie histerycznym strachem obserwowałem te nieskuteczne, chociaż bohaterskie próby oddania życia przez polskich kamikadze w ich luksusowych furach za nieznaną mi sprawę. Mój stary przyjaciel, Wojtek P., który powoził socjalistyczną „favoritką” nie gorzej niż zaufany woźnica Alfreda Potockiego - ostatniego ordynata Zamku w Łańcucie, widząc że jestem w stanie przedzawałowym, zawołał {i}hetta wiśta pyrrr{/i}, zjechał do przydrożnego rowu gdzieś w okolicach Tarnowa i tylko dzieki jego szybkiej decyzji nie wylądowałem na sali intensywnej terapii nabliższego szpitala. Niedaleko była apteka, bo aptek ci w {i}Polsze{/i} dwa ryzy tyle co pacjentów i lekarzy razem wziętych, więc nabyłem krople waleriana, proszki od bólu głowy i rapaholin na wszelki wypadek, a wiorstę dalej w „monopolowym” pół basa oryginalnej „Siwuchy” i po zażyciu tych wypróbowanych jeszcze w peerelu specyfików i napojów odprężających popadłem w stan pełnej kontemplacji. I chociaż było mi dobrze jak nigdy przedtem i z nikim, kamikadze nieznanych opcji przerzedzili się gdzieś za {i}amerycką{/i} Debicą Stomil i już tylko z rzadka usiłowali przeszkodzić nam w dotarciu do grodu nad Wisłokiem, wciąż towarzyszyło mi to dziwne uczucie skrępowania, w jakie popadłem po opuszczeniu samolotu na krakowskim lotnisku. I może nigdy nie dowiedziałbym się czy jakaś choroba trawi moje niedoskonałe ciało, może nigdy nie zaznałbym spokoju podczas wakacji w nadwiślańskim {i}Kwaraju{/i}, gdzie przyszedłem na świat w postępowej rodzinie robotniczo-chłopskiej, ukończyłem podstawówkę, widziałem pochody pierwszomajowe, a raz nawet pierwszego sekretarza, gdybym nie zaczął oglądać polskiej telewizji. Zakochałem się w niej od pierwszego patrzenia. Przestałem odwiedzać rodzinę i znajomych, spotykać się z kolegami i „koleżankami”, kupiłem największą „plazmę”, jaka była w supermarkecie „Ognisty Sprzedawca” przy ulicy Rejtana i z domu wychodzę tylko na zakupy i za potrzebą. Jest tyle {i}superowych{/i} hitów do oglądania, że nie starcza czasu, aby to wszystko zaliczyć. Szczególnie uwielbiam dzienniki i wszelkie krajowe {i}breaking news{/i}. Przepadam wręcz za {i}profesjonalnymi{/i} „Wiadomościami” o 7.30 wieczorem, a potem oczywiście kibicuję…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych