W księżycowym blasku
Historia o tym, jak w jednym momencie nasze życie może ulec zmianie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ciemność. Wszechogarniająca ciemność. Jej mrok rozpraszały jedynie iskry na końcu tlącego się papierosa. On tymczasem poruszał się wokół własnej osi za sprawą młodej, niezniszczonej latami pracy dłoni. Owa dłoń należała do nastolatki, która skulona siedziała na łóżku i opierała się o ścianę. Stary i wysłużony mebel skrzypnął donośnie, gdy postanowiła podejść do okna. Roleta powoli uniosła się do góry, ukazując zalane światłem ulicznych latarni miasteczko. Västerås nie było spełnieniem niczyich marzeń. Ot, zwykłe, szare miasto, w którym prawie wszyscy się znali i wiedli monotonne życie. To tutaj Virginia spędziła siedemnaście lat swojego życia, tutaj się wychowała, chodziła do szkoły, lecz zawsze marzyła o wyrwaniu się do większego miasta. Västerås było kompletnym pustkowiem w porównaniu ze Sztokholmem. Dziewczyna westchnęła i wyszła przez balkonowe drzwi. Z tego miejsca mogła dostrzec sąsiedni blok stojący ledwie pięćdziesiąt metrów dalej, liceum, do którego uczęszczała oraz iglicę znajdującego się pół kilometra dalej kościoła. Pomimo tego, że niedługo miała wybić druga w nocy kilka okien w bloku numer 33 było oświetlonych. W jednym z nich Virginia dostrzegła cienie przedstawiające dwie kłócące się postacie. W kolejnym jakaś staruszka siedziała i czytała książkę. Miasto było pogrążone w ciemności i niezwykle spokojne. Chyba jedynie alarm bombowy mógłby spowodować poruszenie. Virginia podeszła do stolika, na którym stała butelka oraz kieliszek do wina. Po oględzinach uznała, że zawartość butelki nie została jeszcze skonsumowana, więc pochwyciła ją, a następnie przerzuciła prawą, a później lewą nogę przez barierkę i usiadła na zimnym żelazie. W świetle księżyca jeszcze raz obejrzała flaszkę. Nie było to zwykłe tanie wino z monopolowego, ale też nie wykwintne, które zawsze znajdowało się w barku. Jednak takie w zupełności jej wystarczało. Przytknęła butelkę do ust, a potem pociągnęła długi, solidny łyk. Uwielbiała pić wino, ale zazwyczaj ograniczała się do jednej lampki. Teraz mogła pić ile tylko chciała. Spojrzała na księżyc. Był w pełni, a jego kontur otaczała delikatna mgła. Wokół niego, niczym uczniowie wokół nauczyciela, zebrały się połyskujące gwiazdy. Virginia nie potrafiła odnaleźć chociażby Małego Wozu, ale patrzenie na gwiazdy zawsze ją uspokajało. Były takie niezależne, wolne, nie musiały się o nic martwić. Podziwiała je. Sama miała w swoim życiu mnóstwo problemów i gapienie się na migające punkty nie rozwiąże ich w żaden sposób. Kolejny raz napiła się wina i poczuła jak ciepło rozpływa się po całym jej ciele. Uwielbiała to uczucie. Zamknęła oczy i odetchnęła świeżym nocnym powietrzem. Cykady cykające w krzakach pod jej blokiem sprawiły, że oddała się błogiej chwili i pochyliła do przodu… W ostatnim momencie przytrzymała się ręką barierki i uniknęła upadku z piątego piętra. Zaczęła się donośnie śmiać, popijając wino. Można już było dostrzec jego skutki uboczne. - Adjö, Sverige! – krzyknęła w ciemną przestrzeń. O tej porze żadna damulka z pieskiem nie spojrzała na nią z wyrzutem, żaden spieszący się do pracy elegant ze skórzaną teczką nie zgromił jej wzrokiem. To był idealny czas na rozmyślania, na ochłonięcie od codziennego życia. Virginia wykorzystywała noc do granic możliwości – paliła, piła, siedziała na balkonie i zastanawiała się. Nie zawsze myślała tylko o swoich problemach, jej zainteresowanie budziły też spory międzynarodowe, wojny w odległych państwach. Lecz dzisiejszej nocy w jej umyśle powstawało więcej myśli niż dotychczas. Gnały przez przestrzenie jej mózgu niczym stado rozpędzonych koni. Może spowodowało to wino? A może kłębiące się w niej uczucia? Tak czy siak, Virginia bez problemu potrafiła wyłonić z umysłu wspomnienie. Jasne i wyraźne niczym na ekranie nowo zakupionego telewizora. Wszystko układało się w jedną całość…
Pobudka przypominała wyjście z tunelu. Przejście przez ciemne otchłanie snu wprost do życiodajnej jasności. Lecz nie zawsze równa i prosta droga może być łatwa do przebycia. Virginia próbowała wybudzić się już wiele razy wcześniej, ale posiadała zbyt mało sił, aby tego dokonać. Zazwyczaj brakowało jej już niewiele do celu, lecz w takich momentach nagle wszystko ciemniało, a ona nie pamiętała nic więcej. Jednak w tej chwili zebrała wszystkie siły, które w sobie miała oraz całą wolę walki i dobrnęła do końca. Pod jej powiekami pojawiło się oślepiające światło. Zamrugała nimi szybko jak motyl, który porusza swoimi skrzydełkami. Wydawały się ciężkie jak dwa kawałki ołowiu. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła była jarzeniówka zawieszona na suficie. Opuściła głowę i przez chwilę nie mogła dostrzec niczego oprócz kolorowych plam, które zawsze powstawały, gdy dłuższy czas patrzyła na światło. Wkrótce widziała już wszystko wyraźnie. Leżała na szpitalnym łóżku, przykryta cienką, niebieską kołdrą. W zasięgu jej ręki znajdowała się mała szafeczka, a na niej butelki z wodą, pudełka z ciastkami oraz mnóstwo kolorowych kartek z życzeniami powrotu do zdrowia. Po prawej stronie siedziała jakaś kobieta i trzymała Virginię kurczowo za rękę. Początkowo dziewczyna nie poznała jej, lecz gdy spojrzała tej kobiecie głęboko w oczy… - Mama? – wyszeptała. Nie mogła uwierzyć, że ta zadbana i uśmiechnięta od ucha do ucha pani może być jej mamą. Co się stało z gderliwą i wiecznie niezadowoloną z życia kobietą, która często zapominała, że w ogóle ma córkę? Virginia podejrzewała, że i tym razem pozostawi ją na pastwę losu. Nie potrafiła ukryć zdziwienia. - Operacja przebiegła naprawdę znakomicie. Lekarze nie mieli żadnego problemu z usunięciem tego nieszczęsnego wyrostka. – oznajmiła mama i przesłała córce kolejny zadowolony uśmiech – Jeszcze dzisiaj będziesz mogła wrócić do domu. Stöffen powiedział, że szykuje dla Ciebie jakąś niespodziankę. Mrugnęła porozumiewawczo do córki i odsunęła się na oparcie krzesła. Wtedy Virginia usłyszała znaczące chrząknięcie, będące próbą zwrócenia na siebie uwagi. Odwróciła głowę w lewą stronę i… zamurowało ją. Tą osobę rozpoznała bez żadnego problemu, ponieważ wyglądała tak, jak ją zapamiętała. Przemiły długowłosy blondyn z olśniewającym uśmiechem. Mattias. Nie mogła uwierzyć, że tu był. Przecież nigdy nie zwracał na nią uwagi. - Mattias? – zapytała z wahaniem. – Co Ty tutaj robisz? Zaśmiał się z zadowoleniem i odpowiedział: - Przyszedłem powitać moją wspaniałą, śpiącą królewnę. – po czym delikatnie ujął jej dłoń i pocałował. Virginię zatkało. Gapiła się tylko na niego z rozdziawionymi ustami. - Chyba ktoś tu o kimś zapomniał… - mama powiedziała śpiewnie, zerkając na Mattiasa. Zawstydzony chłopak opuścił dłoń Virginii i ze smutną miną oparł się o krzesło. - Oj, nie martw się. Chwilowy zanik pamięci często występuje po narkozie. – wyjaśniła mama, starając się pocieszyć chłopaka. Problem w tym, że to właśnie Virginii, a nie Mattiasowi mama powinna wyjaśnić zaistniałą sytuację. Nie rozumiała nic z tego, co się działo. Wszystko było takie… surrealistyczne. Jakby całe jej życie uległo przemianie. Na lepsze. Virginia doskonale pamiętała, że strasznie bolał ją brzuch. Nie potrafiła wytrzymać, a diagnoza lekarza, do którego się udała była jednoznaczna – wyrostek robaczkowy. Niezwłoczna operacja była jedynym rozwiązaniem. Nawet bez tego życia Virginii nie dało się opisać kolorowo. Od kiedy tylko pamiętała spędzała wieczory samotnie, bez matki, która wolała oglądać telewizję lub oddawać się swojej pracy. Córkę traktowała jak powietrze. Natomiast Virginia stawała się coraz bardziej zamknięta w sobie. Miała tylko jedną koleżankę ze szkoły, której nie ufała i rzadko miały jakiekolwiek tematy do rozmów. W szkole dziewczyna dostawała słabe oceny, bo po prostu nie miała się dla kogo starać. Bo niby po co miała się uczyć? Żeby usłyszeć, że lepiej by posprzątała albo nie marudziła nad uchem? Wiedziała, że w przyszłości w najlepszym wypadku wyląduje za kasą w spożywczaku. Do tego dochodziły jeszcze inne problemy. Jednym z nich był ojciec, którego nigdy nie poznała, a matka wcale o nim nie wspominała. Gdy Virginia była mała, myślała, że każde dziecko posiada jedynie mamę. Jakie było jej zdziwienie, gdy okazało się, że jest jedyną sierotą w przedszkolu. Właśnie takie było jej życie – pełne porażek, smutku i samotności. Więc co się stało? Czy gdy była w śpiączce wszystko odmieniło się na lepsze? Niby jakim cudem? Przecież to zdarzało się jedynie w bajkach… Jednakże Virginia postanowiła, że jeśli ktoś pomógł jej szczęściu to ona w żadnym wypadku nie może tego zepsuć. Uśmiechnęła się więc szeroko i powiedziała: - Dziękuję, że do mnie przyszliście. To bardzo miłe z waszej strony. – spojrzała przeciągle najpierw na mamę, a następnie na Mattiasa. Postanowiła, że zada pytanie, dzięki któremu może uda jej się poznać prawdę. – Czy… Czy gdy byłam w śpiączce wydarzyło się coś ciekawego? Puściła im niezwykle niewinne spojrzenie, lecz w głębi duszy nie mogła się doczekać odpowiedzi na zadane pytanie. Wtedy Mattias wziął głęboki oddech i przemówił swoim głębokim, czystym głosem. Opowiedział o tym, jak Virginię zabrali na salę operacyjną, że on i jej mama cały czas przy niej byli, a ona wybudziła się dopiero po 24 godzinach. W szkole, do której wspólnie chodzili uczniowie nie mogli się doczekać jej powrotu, o czym świadczyły kartki na szafeczce. To bardzo zadziwiło Virginię. Przyzwyczaiła się przecież do tego, że każdą przerwę spędzała samotnie. Oprócz tego dowiedziała się, że nic innego się nie wydarzyło. Wszystkie te informacje zaskoczyły Virginię, lecz nie w taki sposób, jakiego oczekiwała. Miała nadzieję, że Mattias wyjaśni jej co sprawiło, że nagle stała się lubiana i wszyscy stali się w stosunku do niej tacy życzliwi. Lecz albo tego nie wiedział, albo nie chciał wyjawić je prawdy. Virginia powątpiewała, że taki obrót spraw będzie nadal trwał. Zapewne po wyjściu ze szpitala wszystko wróci, niestety, do normy. Po tej chwili zadumy mama chwyciła ją za rękę i patrząc Virginii w oczy rzekła: - No dobrze, na nas już czas. A Ty, kochanie, poleż sobie jeszcze i wypocznij, bo po południu przyjdę po Ciebie i wrócimy do domu. Po czym wstała, zabrała torebkę i odsunęła się na odległość kilku kroków. Wtedy Mattias pochylił się w stronę Virginii tak blisko, że ich oczy znajdowały się zaledwie pięć centymetrów od siebie. Chłopak skradł jej pocałunek, a następnie odsunął się zawstydzony. On i mama po chwili stali już w drzwiach i delikatnie machali Virginii, która próbowała oswoić się z tą nową sytuacją. Gdy przekroczyli próg sali, opadła ciężko na poduszki i z sykiem wydmuchnęła powietrze z płuc. Pomimo świadomości, że to wszystko jest niesamowicie dziwne, czuła też niezaprzeczalną radość. Czyżby jej życie od tej pory miało być jedynie pasmem sukcesów?
- Mmm… Jakie zapachy! Matko, w tym mieszkaniu nigdy nie pachniało tak ładnie! – zachwycała się mama, stojąc w przedpokoju i mocując się z suwakiem botków. Virginia wraz ze swoją mamą właśnie przekroczyły próg mieszkania w bloku numer 32. Mieszkały tutaj od kiedy tylko Virginia sięgała pamięcią. Mieszkanie nie było duże, ale wystarczało dla samotnej matki z dzieckiem. Dlatego też dziewczyna niezwykle się zdumiała, słysząc dźwięki dochodzące z kuchni – stukające naczynia oraz głos podśpiewujący pod nosem jakiś szlagier. Głos mężczyzny. Mama, jak gdyby nigdy nic, wparowała do kuchni tanecznym krokiem. Virginia usłyszała jak kogoś przytula i wymienia z nim pocałunki w policzek. Po krótkiej wymianie zdań wychyliła się z pomieszczenia i ruchem głowy nakazała Virginii, aby dołączyła do nich. Zdezorientowana dziewczyna powoli podeszła do drzwi, przygotowując się na najgorsze, choć w głębi duszy nie miała pojęcia czego się spodziewać. Pierwsze przykuły jej uwagę oczy tego nieznajomego mężczyzny. Były niczym dwa błyszczące kawałki szmaragdu. Virginia doskonale je znała – patrzyła w takie same codziennie w lustrze. Nagle w jej umyśle wszystko ułożyło się w jedną całość, jakby myśli wpadły w odpowiednie zapadnie. Widok mamy przytulającej się do tego teoretycznie obcego mężczyzny pogłębił tylko jej przypuszczenia. To był jej ojciec. Człowiek, który siedemnaście lat temu porzucił jej mamę i wyjechał do USA. Potwór, który ani razu przez ten czas nie zadzwonił ani nie napisał listu… - Stöffen przygotował dla nas kolację – oznajmiła mama wtulona w ramię swojego „męża”. – No nie stój tak tylko przywitaj się z nim. Pomimo polecenia mamy Virginia stała jak wmurowana w podłogę. A więc potwór nazywał się Stöffen. Już wiedziała jakie imię będzie od tej pory budziło w niej największą odrazę. Mimo ponaglających spojrzeń mamy nie potrafiła popatrzeć na tego faceta inaczej niż tylko z pogardą, a co dopiero go przytulić. Błyskawicznie odwróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami swojego pokoju. Tutaj czuła się najbezpieczniej. Usłyszała jeszcze usprawiedliwienia mamy skierowane do Stöffena. Równie dobrze mógł zniknąć z ich życia, nie był im do niczego potrzebny. Virginia usiadła na łóżku i objęła kolana rękami. Nie powinna tego robić, to powodowało ból w miejscu dawnego wyrostka, lecz nie obchodziło jej to. Potrafiła jedynie płakać. Myśli aż huczały jej w głowie, nie mogła skupić się na chociażby jednej z nich, Co to wszystko miało znaczyć?! Dlaczego cały jej świat uległ tak drastycznej zmianie, a ona nie miała pojęcia co ją wywołało? Kto jej to wszystko wytłumaczy? Ot tak nikt nie zmienia nastawienia do drugiej osoby, tym bardziej, że to dotyczy każdej osoby z którą miała styczność od momentu wybudzenia. Może operacja sprawiła, że wszyscy czują współczucie na jej widok i dlatego się nad nią litują? Virginia nigdy nie tolerowała litowania się nad innymi, ale ten jego rodzaj sprawiał, że czuła się potrzebna i… kochana. Najpierw mama, następnie Mattias, a teraz ojciec. Choć nigdy by się do tego nie przyznała to w głębi duszy od dziecka marzyła, aby ojciec wrócił. Aby pewnego dnia stanął we frontowych drzwiach i poprosił je obie o wybaczenie. Aż w końcu jej pragnienie spełniło się, choć tylko w pewnym stopniu. I dzięki temu zrozumiała, że stała się elementem gry. Żałowała tylko, że nie dane było jej poznać zasad nią kierujących. Ona – wyrzutek pozostawiony sam sobie, dostała jedyną, być może, szansę. Co z tego, że nie wie jak to się stało? To nie ma znaczenia. Ważne było tylko jej szczęście. Zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji – chociażby mały bunt mógłby spowodować klęskę i powrót do dawnego życia, a do tego nie mogła dopuścić. Więc aby pogłębić swoją wiarę w to, do czego właśnie doszła, wstała i pewnym krokiem wróciła do kuchni. Pierwszy raz w życiu czuła, że jest panią własnego losu i że nic nie może zrujnować jej szczęścia…
Tydzień później Virginia uznała, że odpoczywała już wystarczająco długo i ma na tyle dużo sił, aby wrócić do szkoły. Liceum, do którego uczęszczała mieściło się zaledwie sto metrów od jej bloku, więc w każdej chwili mogła wrócić do domu. Już po otwarciu głównych drzwi budynku z czerwonej cegły podbiegł do niej niewysoki chłopak z burzą ciemnych włosów i przekrzywionymi okularami na nosie. - Proszę, proszę! Któż to wrócił do naszego liceum? – powitał Virginię Nikolaus. Dziewczyna przyzwyczaiła się do czarnego humoru kolegi i jego wypowiedzi ociekających sarkazmem, więc zdziwiło ją jego miłe powitanie. - Cześć, Nikolaus. Miło Cię widzieć. – potrafiła zdobyć się jedynie na taką odpowiedź, po czym skierowała swe kroki ku schodom prowadzącym do szatni. Przyszła o dość wczesnej porze, do dzwonka pozostało 20 minut, więc nie zdziwił jej widok wyludnionej szatni. Spokojnie zdjęła kurtkę i zmieniła buty. Już miała zarzucić na ramię plecak, gdy nagle widok zasłoniły jej czyjeś palce. - Zgadnij, kto to. – powiedział tubalnym głosem jakiś chłopak. Mattias. - Czyżbyś był… - zaczęła mówić Virginia, ale w tym samym momencie chłopak obrócił ją ku sobie, objął w pasie i mocno pocałować. Co jak co, ale Virginię bardzo to zaskoczyło. Wiedziała, że Mattias poświęcał jej dużo czasu, praktycznie cały czas rozmawiali na Facebooku lub wisieli na telefonie, ale przez myśl jej nie przeszło, że chodzi ze swoim ideałem. Po chwili Mattias odsunął się odrobinę od niej i, marszcząc czoło, spojrzał na nią. - Chyba nie do końca wyzdrowiałaś po tej operacji… - stwierdził ze zdziwieniem, ale wzruszył ramionami i złapał ją za rękę. Równo o dzwonku na pierwszą lekcję pozostawił ją pod klasą, w której miała biologię. Po wejściu do pomieszczenia zajęła swoje miejsce w ławce pod oknem i wyjęła podręcznik. - No nie! Kaleka wróciła i nawet się z nami nie przywitała! – usłyszała pełen oburzenia głos dobiegający ponad jej głową. Niesamowicie się zdziwiła, gdy dostrzegła uśmiechnięte twarze Svanhildy i Lotty – dwóch dziewczyn, które wiodły prym w liceum w Västerås. Virginię zawsze traktowały, w najlepszym wypadku, jak powietrze. Z osłupiałym wzrokiem wstała jednak ze swojego miejsca i pozwoliła przytulić się dziewczynom. - Virginia, wyglądasz rewelacyjnie! – piała zachwycona Svanhilda. – Wcale po Tobie nie widać, że wycięli Ci coś z brzucha! - Jejciu, a nie uwierzysz co się działo w szkole, gdy Ciebie nie było! – wtórowała jej Lotta. W ciągu dziesięciu minut zdążyły opowiedzieć jej wszystkie wydarzenia, które ominęły Virginię, ale ona wcale ich nie słuchała. Myślami błądziła kompletnie gdzie indziej. Jednak chwilę później drzwi sali otworzyły się na oścież i do pomieszczenia wtargnął spóźniony biolog. Uczniowie bez słowa ruszyli w kierunku swoich stanowisk. Lotta odwróciła jeszcze głowę i puściła Virginii oczko. To było takie… nieprawdopodobne. - Zanim zaczniemy chciałbym rozdać wasze prace – oznajmił biolog wyciągając rękę po plik kartek leżący przed nim na biurku. Virginia z bijącym sercem czekała na swój wynik. Biologia nie była jej mocną stroną i zawsze cieszyła się z oceny dopuszczającej. Zapisana kartka wylądowała po chwili na jej pulpicie. Drżącą ręką sięgnęła po papier. „Bardzo dobry”… Nie! To niemożliwe! To tak jakby mucha chodząca po jej ławce nagle przemieniła się w słonia! Gwałtownie wstała i wybiegła z Sali pomimo karcącego głosu nauczyciela. Wpadła do łazienki i zasapana oparła dłonie na umywalce. W lustrze odbijała się jej znajoma twarz. Nie potrafiła wytłumaczyć tej nagłej zmiany swojego życia. Owszem, cieszyła się, że teraz wszystko się układa, ale potrzebowała wytłumaczenia. Jej racjonalny umysł domagał się wyjaśnień. Uniosła głowę i spojrzała w swoje zielone oczy. Kto zmienił fatalne życie kompletnej pokraki w pasmo sukcesów? Kto za tym stoi? Gdyby wiedziała, kupiłaby tej osobie ciężarówkę pełną kwiatów. A kto jak kto, ale Virginia nie rzucała słów na wiatr. Wyciągnęła telefon z kieszeni i zerknęła na zegarek. Do dzwonka na przerwę pozostało ledwie dziesięć minut. Osunęła się na ziemię i oparła plecami o zimne kafelki na ścianie. W żadnym wypadku nie chciała wracać na lekcję. Marzyła tylko o wtuleniu się w szerokie ramiona Mattiasa i o ucieczce od rzeczywistości. Czerpała z tego nowego życia pełnymi garściami, choć jeszcze nie do końca je rozumiała. Ale jakie to miało teraz znaczenie? Musi zapomnieć o dawnym życiu i cieszyć się tym nowym. I Mattias jej w tym pomoże. W tym momencie rozbrzmiał donośny dzwonek, a Virginie pędem wybiegła z cuchnącego płynem do mycia podłóg pomieszczenia. Szybko zbiegła schodami na parter i zatrzymała się dopiero pod salą od geografii. Mattias wspominał, że na poprzedniej godzinie mieli mieć tutaj lekcję. I Virginia nie pomyliła się, gdyż zza drzwi wyszedł właśnie on – prawie dwumetrowy blondyn. Dziewczyna znienacka doskoczyła do niego i objęła w pasie. Lekko zdezorientowany chłopak zaśmiał się cicho, lecz odwzajemnił uścisk Virginii. Ona natomiast czuła się tak, jakby nic więcej nie było jej do szczęścia potrzebne. Czuła się jak najszczęśliwsza osoba na świecie…
Dwa tygodnie później Virginia wraz z mamą oraz Stöffenem (nie potrafiła zwracać się do niego per tato) urzędowała w kuchni. Postanowili wspólnie przygotować sobotnią kolację – tym razem padło na naleśniki. Gdy dziewczyna powoli wlewała lepką masę na skwierczącą patelnię i podśpiewywała pod nosem, jej mama mieszała dżem truskawkowy, a Stöffen lawirował pomiędzy nimi ze stosem talerzy. Ostatnio spędzali tak każdy wolny wieczór i czuli się w swoim towarzystwie naprawdę doskonale. Nawet Virginia w pełni zaakceptowała obecność Stöffena. - Ups! Prawie dostałbym naleśnikiem! – zaśmiał się mężczyzna, gdy szybko przebiegł pod opadającym plackiem podrzuconym przez Virginię. Ona również wybuchnęła śmiechem. Kuchnię wypełniał słodki zapach usmażonego ciasta oraz kwiatów róż, które stały w ozdobnym wazonie na stole. Jej tata nie szczędził wydatków, byleby tylko uszczęśliwić ukochaną małżonkę. Virginia coraz częściej patrzyła na swoich rodziców z innej perspektywy. Pomimo, że byli małżeństwem już od dobrych kilkunastu lat, zachowywali się jakby dopiero co wzięli ślub. Dziewczyna marzyła o równie wspaniałej przyszłości spędzonej z ukochanym. W czasie spożywania ostatniego naleśnika z dżemem, Virginia usłyszała pojedynczy dźwięk dobiegający z jej telefonu. Nowy sms. Zrobiła przepraszającą minę, podziękowała za posiłek i wymknęła się do swojego pokoju. Gdy zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie plecami, z niecierpliwością wyciągnęła srebrnego iPhone’a i przeczytała wiadomość. Była od Svanhildy: „Mam nadzieję, że nie zapomniałaś jaki dzisiaj jest dzień. Szykuj się, wpadnę za godzinę. S”. Oczywiście, że Virginia nie zapomniała o dzisiejszym wieczorze. Wręcz przeciwnie, odliczała godziny od momentu obudzenia do rozpoczęcia imprezy w Blue Moon. Jako jedna z najpopularniejszych osób w liceum w Västerås jako pierwsza otrzymała zaproszenie na całonocną imprezę odbywającą się tego wieczoru w najlepszym klubie w mieście. Zamierzała wybrać się tam razem ze Svanhildą, Lottą oraz oczywiście z Mattiasem. Była tym bardzo podekscytowana, ponieważ wcześniej brała udział jedynie w szkolnej dyskotece w podstawówce. Dzisiejsza impreza stanowiła doskonałą okazję do poznania nowych ludzi oraz spędzenia czasu z licealną elitą, do której teraz należała. Cieszyła się jak małe dziecko, które otrzymało lizaka. Tak czy siak przez te dwa tygodnie Virginia w pełni zaakceptowała swoje nowe życie. Nic nie potrafiło jej już zdziwić, a siebie zaczęła traktować tak, jak traktowali ją inni. Była wspaniała, lubiana, szczęśliwa i kochana. Aby pogłębić wiarę w swoje myśli postanowiła zaszokować wszystkich na imprezie swoim wyglądem. Z szuflady wyciągnęła błyszczące, czerwone rajstopy. Następnie skierowała swe kroki ku sukience wiszącej na wieszaku, którą zdobyła tydzień temu podczas zakupowego szaleństwa z Lottą. Kreacja składała się z czarnego, dopasowanego do ciała gorsetu oraz pofałdowanego materiału pod nim, sięgającego do kolan. Virginia już od dłuższego czasu ostrzyła sobie na nią zęby, lecz dopiero po długich błaganiach…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil alexandrak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…