W poszukiwaniu szczęscia cz.1
Lin, z pozoru piękna, mądra dziewczyna lecz w sercu skrywa mroczną tajemnicę. Za wszelką cenę próbuje być szczęśliwa, jednak nie potrafi..
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1.Długie, brązowawe, lekko falowane włosy, piękne brązowe oczy, w których odbijały się promienie słońca. Zgrabna sylwetka z głębokim wcięciem w talii. Długie nogi. Kształtna buzia, z lekko wysuniętym pod brudkiem i malutki nosek. Różowa bluzka na ramiączkach odkrywała wąskie ramiona, a szara spódniczka w czarne kwiaty, przepasana w pasie czarnym paskiem, świetnie podkreślała figurę Lin. Do tego troszeczkę przymałe lakierki w kolorze jasnego brązu i torebka w tym samym odcieniu. Na wąskiej szyi przerzucony miedziany łańcuszek, sięgający prawie do pasa, z wysadzana srebrnymi cekinami, sową na końcu. Czarny zegarek i rzemyk na obu rekach. Ideał piękna mogłoby się wydawać. Wielu chłopców, bo inaczej nie można nazwać tego typu "stworzeń", szalało za nią. A zresztą co się im dziwić. W Aston, małym miasteczku w Północnej Karolinie, niełatwo o taką piękność. Może dlatego wszyscy nazywali ją ślicznotką, lecz Lin nie przyszło nawet do głowy, żeby siebie tak nazwać. Oprócz pięknych włosów i oszałamiającego spojrzenia, "ślicznotka" jako 16-letnia dziewczyna, była dużo bardziej dojrzała niż jej rówieśniczki z "Georgia's and Paul's Canthenbery High School". W końcu, jak ona to nazywała, ktoś musi przeciwstawić się temu codziennemu zgiełkowi i być na tyle silnym, aby nie dopasowywać się do otoczenia tylko być jak płatek śniegu. każdy inny, oryginalny. i myślicie, ze to jest łatwe? Otóż nie. To wystawiło Lin na wiele prób, z których nie zawsze wychodziła cała. Niby piękna i mądra, ale miała pewną bardzo dokuczliwą wadę. Nie potrafiła kochać. Niektórzy z Was pomyślą; Psychopatka? Otóż nie. Jej po prostu nikt nie nauczył kochać. Nie wiedziała co to jest miłość, do pewnego dnia. Przez zielone żaluzje zaczęły przedzierać się letnie promyki słońca. Ptaki śpiewały już pierwsze arie operowe, a na ulicy o chwila było słychać rozmowy mieszkańców, pomimo tak wczesnej pory. Była zaledwie 7 rano, a Aston już tętniło życiem. Miasteczko liczące zaledwie 5 tysięcy mieszkańców, co poniedziałek zamieniało się w metropolię, liczbą ludności przypominający Nowy York czy nawet Waszyngton. W centrum miasta znajdował się ryneczek. Ryneczek, tak to dobre określenie. Plac, wielkością przypominający boisko do piłki nożnej tylko jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej kwadratowy. Po obu stronach znajdowały się kamienice jeszcze z XVIII w. Pięknie zdobione dachy, ukazywały najprawdopodobniej sceny z życia rzeźbiarzy albo jakiś książąt. Mury wykonane z czerwonej cegły świetnie kontrastowały z białymi oknami i czarnymi, hebanowymi drzwiami. Ludzie, którzy mieszkali w tych budynkach musieli mieć niezwykłe szczęście. Równolegle do siebie znajdował się jedyny w tej okolicy mini - supermarket, gdzie można było kupić dosłownie wszystko. Począwszy od leków po owoce przez artykuły spożywcze, kończąc na różnego rodzaju wkrętach i kluczach francuskich. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć firmowych ubrań i kosmetyków. "To był bardzo ekskluzywny supermarket" jak to miała zwyczaj mawiać Lin. Na przeciwko sklepu znajdował się piękny pałacyk. Najprawdopodobniej był pozostałością po Francuskich osadnikach. Pochodził z XVIII, a może nawet z XVII w. Jednak nikt nie miał ochoty się nad tym rozwodzić i z czasem budynek przerobiono na ratusz. Od północy i południa znajdowały się dwie jedyne drogi dojazdowe do miasteczka. Ulica, wyłożona XIX - wieczną kostką brukową nie zdała rezultatu i z czasem została zastąpiona asfaltem, tylko na środku rynku zostawiono te jakże piękne "kocie łby". Na środku placu, a może troszkę bardziej na wschód, znajdowała się kawiarnia, otwierana tylko latem. Lin uwielbiała siedzieć tam, popijając herbatkę, koniecznie malinową, i przyglądać się ludziom. Lecz co poniedziałek kawiarnie zamykano, aby udostępnić miejsca przybyłym do miasteczka kupcom, dzięki którym co 7 dni do Aston witało życie .
2. - Lin ja wychodzę! Będę późno! Nie narozrabiaj niczego! - pośpiesznie rzucił Jack, ojczym, a właściwie wujek dziewczyny. Może lepiej będzie jak zacznę wszystko od początku. Ta historia jest dosyć skomplikowana i bardzo, bardzo smutna, lecz życiowa. W poprzednim rozdziale wspomniałam o "wadzie" Lin. Ale nie dopowiedziała, że ma ją w pewnym sensie przez swoich rodziców. Brutalne, ale prawdziwe. Niby jak rodzice mogą nie kochać swojego dziecka. Okazuje się, że jednak mogą, a rodzice Lin, jak wiele osób zapewne pomyślało, wcale nie są patologiczni. Jej ojciec jej nie bije, a matka ni jest alkoholiczką. Matka Lin, zaraz po jej narodzinach, nazwę to trochę bardziej kolokwialnie, się zmyła się ją świat widział. Mała, śliczna, bezbronna dziewczynka została całkowicie sama na tym świecie. Nikt nie wiedziała kto jest jej ojcem, więc miała ona być zabrana do domu dziecka. I o mały włos tak by się nie stało. Na szczęście odnaleziono siostrę matki Lin, która zobowiązała się do opieki nad dziewczynką. Szczęśliwa z tego powodu to ona nie była. Nie dość, że to wszystko niszczyło jej plany zawodowe, to jeszcze musiała się zajmować, jak ona to nazywała, "małym, ciągle wrzeszczącym, bachorem". Tylko jej mąż, człowiek kompletnie inny od swojej żony, obdarzał tę dziewczynę jakimś uczuciem. Może to było współczucie, a może nawet nić sympatii. Najważniejszy jednak było to, że jeżeli już z nią zostawał, to potrafił na nią nie krzyczeć, ale się z nią pobawić, a nawet ją przytulić. Jednak to niedługo miało się zmienić. Jack, chociaż był w jakimś stopniu opiekuńczy, dobroduszny. Bardzo kochał swoją żonę, chociaż to wydaje się trochę niezrozumiałe, bo oni byli od siebie zupełnie inni. Lecz jedno ich łączyło, miłość do pieniędzy. Mieli różne poglądy, przemyślenia na przeróżne tematy, a co najważniejsze Jack zaczynał czuć coś więcej do Lin. Może to nawet była swego rodzaju miłość, jaką obdarza ojciec swoją córkę. Niestety Samantha, ciotka Lin, nie mogła przyjąć do wiadomości jak można kochać takiego "ciągle wrzeszczącego potwora". Nie miała własnych dzieci i nawet nie planowała mieć. Więc nie ma co się dziwić, że jej życie dosłownie legło w gruzach. Straciła wszystko co tak na prawdę kochała. Straciła pracę, bo musiała opiekować się Lin i nie mogła być dyspozycyjna co nie spodobało się jej przełożonym. Dla businesswoman utrata posady to tragedia w skutkach przypominająca atak bombowy, albo wybuch nuklearny. Uważała, że mąż się od niej odwrócił, bo przecież "jak można kochać takiego małego, wrzeszczącego potwora"? Wszystko, w przysłowiowym słowa tego znaczeniu, zaczęło się psuć. Samantha nabawiła depresji. Może to trochę dziwnie brzmi, ale po długich terapiach psychologicznych, tabletkach stymulujących nastrój, nie chciała już żyć. Na początku wszyscy myśleli, że ona symuluje, bo maż przestał się nią interesować. lecz jak się potem okazało, niestety nie. Gdy Lin miała 3 latka szala się przechyliła. Samantha, dwa dni przed swoimi 35- urodzinami, popełniła samobójstwo. powiesiła się w tym samym pokoju, w którym leżała lin. Ona na szczęście tego nie pamięta, lecz Jack zaczął ja obwiniać za to, że jego ukochana żoneczka popełniła samobójstwo. Tak, żoneczka i tak wiem, śmierć wcale nie jest zabawna, ale on zaczął zachowywać się jak psychicznie chory człowiek. Do Lin się w ogóle nie zbliżał, a jak podchodziła, żeby ją przytulił, aby się z nią pobawił to mówił "Ja ciebie tu nie chciałem i tez nie mam zamiaru się tobą zajmować". Więc jak ta biedna dziewczynka ma wiedzieć co to jest prawdziwy dom? Od samego początku była zdana tylko i wyłącznie na siebie. Tak wszystko trwało przez 10 lat. 10 długich, samotnych lat, była zdana tylko i wyłącznie na siebie. Pewnego dnia jednak wszystko miało się zmienić. Ze szkoły Lin zabrało pogotowie, bo dziewczyna zasłabła. Niby nic takiego, ale to "niby nic takiego" przerodziło się z zapalenie wyrostka robaczkowego. Trzeba było natychmiast operować. Wtedy Jack, po raz pierwszy od dłuższego czasu martwił się o bliską mu osobę. Na początku chciał wyprzeć z siebie to uczucie, bo jak on ma prawo się martwić o Lin, dziewczynę, którą według niego zabiła jego żonę. Operacja oczywiście się udała i po tygodniu rehabilitacji Lin wróciła do domu. Lecz nigdy już takiego samego domu. Jack w małym stopniu, ale zawsze coś, zaczął się nią interesować. Jednak to, że przez całą dzieciństwo, musiała udawać dorosłą, chociaż wcale nią nie była, odbiło się na jej psychice. Stała się nieufna, trudno było jej nawiązywać nowe kontakty, znajomości, a co najważniejsze, nie potrafiła kochać.
3. Siedząc w lekko rozciągniętej i spranej bluzie, popijając gorącą czekoladę i patrząc jak po oknie spływają duże krople deszczu, można by pomyśleć, że pogoda płacze nad naszym nieszczęściem. Po czterogodzinnym seansie filmowym, przepitych dwóch kubkach gorącej czekolady i tysiącach wypłakanych chusteczek można by stwierdzić, że to właśnie dzisiaj jest TEN GORSZY DZIEŃ, które miewają wszyscy. - Jednak jest już późno, trzeba wziąć się w garść. – pomyślała Lin przesuwając się na brzeg łóżka i wsuwając nogi w różowe, puchate kapcie. TE GORSZE DNI, zdarzały się jej ostatnio bardzo często. Było to spowodowane nadmierną samotnością, powstałą przez dwumiesięczną rozłąkę z przyjaciółmi? Dwa miesiące, ponad dwa miesiące, spędzone w przysłowiowych czterech ścianach. To dużo. Choć z drugiej strony Lin lubiła wstawać o 9, aby polecieć do letniej kawiarenki na rynku, wypić szklankę gorącej malinowej herbaty, zjeść napoleonkę i utożsamić się z zupełnie obcymi jej ludźmi. Popatrzeć na ich nostalgie, pragnienia, smutki i radości. Następnie pobiec do domu, zamknąć się w pokoju, poprzeglądać strony internetowe o Londyńskich imprezach kulturalnych i wydarzeniach społecznych. Około15 zejść do jadalni połączonej z kuchnią, na marmurowym blacie przygotować obiad, posprzątać skórki od ziemniaków, resztki rozsypanego makaronu i ryżu, poukładać tarki, noże, garnki, a nawet czasami ubijaczki do jajek. Wytrzeć pozostałości po rozlanej wodzie i opatrzyć rozcięty palec. To była rutyna, ale i tak Lin ciągle coś rozsypywała, kaleczyła się, oczywiście nieumyślnie, albo rozbijała. Gdy już posprzątała cały bałagan, szła na tras, siadała w swoim ulubionym, na wpół rozłożonym fotelu, i delektowała się swoim dziełem kulinarnym. Lubiła to, lubiła tę rutynę przepełniającą całe jej życie, jednak tęskniła za szkolnym życiem. Za najlepszą przyjaciółką, z którą siedziała na każdej lekcji, za swoją ulubioną klasą, nawet za znęcającą się nad nią nauczycielką. Po skończonym posiłku kolejny przegląd londyńskich informacji i seans filmowy. Szybki prysznic, albo długa kąpiel, pośród olejków zapachowych, to wszystko zależy od nastroju. I najbardziej intrygująca i poruszająca część całej doby – sen. Przenosiła się w najpiękniejsze miejsca na świecie, oglądała starożytne igrzyska, latała ponad domami i co najważniejsze, była szczęśliwa. I tak na okrągło przez całe wakacje. Nie miała co liczyć na wyjazd w Alpy, albo nad morze śródziemne. Ale tego bardzo pragnęła. - Co by dzisiaj zjeść na obiad.. - rozmyślała Lin, przyglądając się otwartej lodówce. - Wczoraj był zasmażany szpinak, przed wczoraj pierogi z mięsem, to może dzisiaj.. zupa rybna! Tak, to jest to! Wspominałam już, że Lin znakomicie gotuje? Nie, to trzeba to zaznaczyć, że w całym Aston nie było lepszej od niej. Marzyła o tym że pewnego dnia zostanie szefem kuchni w jakieś luksusowej restauracji. - Dobrze, skup się Lin, co jest potrzebne do przygotowania zupy rybnej.. Myśl, myśl. To tak.. - jej rozmyślanie przerwał dzwonek do drzwi. W całym domu rozległ się dźwięk przypominający miałczenie kota skrzyżowane ze śpiewem jakiejś nędznej sikorki. Lin ruszyła w stronę drzwi. Minęła kuchnię, salon i przedpokój, wspięła się na palcach do wizjera, a po drugiej stronie drzwi spostrzegła swoją najlepszą przyjaciółkę - Sarę. Pospiesznie otworzyła drzwi i rzuciła się swojej koleżance na szyję. - Sara, ale ja, ja myślałam, że ty jesteś w Europie. Miałaś być w Holandii u swojej babci. Pisałaś, że wracasz dopiero w połowie sierpnia i.. - Lin! Daj mi coś powiedzieć! Miałam być u mojej babci, ale wróciłam szybciej, bo mam dla ciebie propozycję. - powiedziała Sara.
4.- Ale dlaczego nie? - Zwariowałaś?! To się nigdy nie uda! A nawet jeśli to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mira
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…