Wróć do katalogu

warszawskie Sherwood

czy jest szansa, żeby błądzić aż tak po różnych światach? Zapraszam do historii Robin opisanej z zimowej Warszawy.

charlie, opublikowano , 47 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Nie mogę- jęknęła cicho Robin. Dochodziła druga w nocy a ona znów nie mogła zasnąć. Spojrzała na koniec łóżka gdzie smacznie drzemał jej pies Joo. Delikatnie kopnęła go nogą, żeby się obudził jednak on głośno sapnął i zanurzył się z powrotem w krainę snów. Niestety Robin tak łatwo sen nie przychodził biła się z własnymi myślami, przywoływała sobie problemy, które ją przerastały, o których chciała zapomnieć. Nie potrafiła. Jej oczy zrobiły się wilgotne i wcisnęła twarz w poduszkę. Gwałtownie podniosła głowę i chciwie zaczęła łapać powietrze, wstała z twardego materaca, potknęła się o stertę książek, lezących przyj jej łóżku po czym podeszła lepkim krokiem do okna. Gdy je uchyliła do środka wdarł się zapach miejskich spalin, hałas samochodów a także zimowo-jesienny wiatr, który omiótł jej nagie ramiona, łydki i skończywszy na jej stopach zaczął bezczelnie zwiedzać jej pokój. Zimno mi, potarła blade jak zimowy krajobraz za oknem ramiona. Spojrzała w niebo i zaciągnęła się miejskim powietrzem przesiąkniętym snami ludzi oraz całodobowymi barami z tanim żarciem. Chciała dojrzeć swoich gwiezdnych przyjaciół nic z tego ledwo machnęła jej łapą Wielka Niedźwiedzica, nie mogąc dostrzec żadnej konstelacji, splunęła w dół i odprowadziła swoją ślinę, która pędziła sennie, nie usłyszała kiedy dotarła na sam dół, gdyż straciła ją z oczu już na 7 piętrze. W oddali było słychać ambulans - nawet zmarli o tej porze nie śpią. Wspięła się na parapet i przerzuciła nogi przez okno. Cholera jak chciałabym się wyrwać z tego strasznego gówna. Jutro znów to samo, nic się nie zmieni na pewno nie. Sen jest najlepszym sposobem na odcięcie się od tego świata.. w pewnym momencie poczuła chęć skoczenia, chciała rzucić się na rozpędzone auta ale nie potrafiła, kto by się zaopiekował Joo, kto by wiedział co najbardziej lubi jeść, gdzie jest jego ulubione miejsce na spacery, kto by wiedział cokolwiek o ukochanym psie z którym była związana już 4 lata. Nie mogę chociażby ze względu na Joo. Co to w ogóle był za pomysł? Nikt nie odbierze mi tego co kocham a tym bardziej ja sama. Ponownie zwróciła zielone oczy w stronę granatowego nieba; Chciałabym znaleźć takie miejsce w którym wszystko by było takie jak chce i tylko ja miałabym wpływ na to co by się w niej działo - westchnęła. Zeskoczyła z parapetu, jej stopy dotknęły ciepłej podłogi. Do łóżka odprowadził ją wiatr, który skończył penetrowanie pokoju, zaszeleścił na pożegnanie stronami książki i uciekł. Okrutna cisza wtargnęła do uszu Robin, chłód opanował jej ciało, jednak powieki nie pozwalały jej się zamknąć, tylko Księżyc zaglądał przez okno zachęcając do snu.

- Wstawaj ofiaro ! – krzyczała jakaś postać pod pokojem Robin. To była jej starsza siostra, a jakże zawsze miło ją budziła. Usłyszała świst i nagle poczuła wilgotną szmatę na twarzy, był to ręcznik którym najprawdopodobniej miała owinięte mokre włosy, gdyż ujrzała jak krople wody ciekły z jej rudych loków obficie dekorując lepką podłogę tuż przy jej drzwiach - Chryste! Zamknij to okno, przecież tu jest jak w psiarni! - To jest psiarnia...- wymamrotała Robin z głową wciśniętą w poduszkę i w tym momencie Joo szczeknął. - Co? Nieważne, wstawaj bo jest już siódma a ty wciąż leżysz w łóżku! I jeszcze psa trzeba wyprowadzić, kanapki ci zrobiłam - powiedziała Len i poszła suszyć swoje długie kręcone włosy. Robin odwróciła się na plecy przeciągnęła się trącają stopą Joo, który wstał i zaczął lizać jej twarz. Przytuliła się do jego cudownie miękkiej sierści po czym zamknęła oczy i zaczęła myśleć. Nie mam najmniejszej ochoty iść do szkoły i zmagać się z tą szarą rzeczywistością. Ale muszę. Cholera. Podniosła się leniwym ruchem z twardego materaca i podeszła do lustra, które wisiało na ścianie naprzeciwko. Nic się nie zmieniło przez noc; ujrzała tą samą bladą twarz, o potarganych złotych włosach, przejrzystych zielonych oczach i zadużych ustach, wiecznie czerwonych. Dotknęła skóry na policzkach, przejechała palcami po ciemnych brwiach i ukryła twarz w zimnych dłoniach. Joo podniósł się z łóżka i podreptał cichym krokiem do kuchni. Robin znalazła na podłodze stare jeany, które wsunęła na swoje chude uda, dziura na kolanie już na dobre się przetarła i dawała o sobie znać w chłodne dni takie jak ten. Mimo, iż było jej zimno otworzyła szerzej okno i ucieszyła się na widok wpadających płatków śniegu, które tańczyły w pokoju w świetle zaspanego słońca. Len poinformowała o swojej obecności dźwiękiem suszarki, z nagą piersią Robin powędrowała po zimnych kafelkach do łazienki aby obmyć twarz. Nie odezwała się do siostry, ta nawet jej nie zauważyła, jej twarz zasłaniały długie loki, które chowały się pod wpływem ciepłego strumienia suszarki. Codziennie przechodziły te same męczarnie. Pochyliła głowę i przeczesała włosy szczotką, jak zwykle każdy ułożył się w inną stronę tak dla żartu szkoda tylko, że Robin takie żarty nie śmieszyły. Chociaż raz mogłybyście ułożyć się tak jak ja bym chciała, do diabła. W tym momencie jej siostra skończyła suszyć włosy podniosła głowę a jej fryzura była idealnie ułożona z uśmiechem wyższości przesunęła Robin od lustra i poczęła malować swoje długie rzęsy. - O ironio – powiedziała niedosłyszalnie Robin. Wyszła z łazienki, nalała zimnej wody do miski Joo a sama zaparzyła wodę na herbatę. Była 7.30. Świetnie już się spóźniłam jaka szkoda.. Usłyszała Len, która jak zwykle rzucała się po domu nie mając się w co ubrać, w końcu wbiegła na korytarz i w popłochu zaczęła zakładać swoje zielone buty. - Kanapka ! – krzyknęła rozpaczliwie Len- Szybko podaj mi, spóźnię się ! Robin rzuciła biały pakunek swojej siostrze. - Dobra lecę ! Cześć ! – powiedziała zatrzaskują drzwi wejściowe. Zalała wrzątkiem herbatę i dosypała 2 łyżeczki cukru z wolna mieszając, kiedy usłyszała jak drzwi otwierają się na nowo. A jasne Len jak zwykle czegoś zapomniała , co tym razem ? - Komórka ! Kurczę, no szybciej podaj mi ją ! - wrzeszczała Len stojąc w drzwiach- Leży na łóżku, czy naprawdę nie potrafisz wolniej?! Robin flegmatycznym krokiem podeszła do pokoju siostry, chwyciła komórkę i podała Len. - Czy coś jeszcze ? – powiedziała pretensjonalnym tonem Robin Nie usłyszała odpowiedzi, Len zamknęła jej drzwi przed nosem i pognała w dół po schodach. Wróciła do kuchni gdzie patrzył na nią ze zdziwieniem Joo. - Co myślisz, że jeszcze wróci ? – spytała. Joo przekręcił swoją wilczą główkę pytająco i patrzył się w zielone oczy swojej pani.

Wiatr robił z fryzurą Robin co chciał, a drobne płatki śniegu pokrywały każdy wolny materiał jej burej kurtki, ręce spuszczone wzdłuż ciała przybierały kolor czerwony z zimna. Przyglądała się ludziom, którzy chowali się przed białym puchem, w ciemnych płaszczach z obojętnym wyrazem na twarzy. Miasto powoli zamieniało się w śnieżną krainę. Robin wskoczyła do tramwaju nr 16 i ruszyła w stronę centrum. Stała na końcu wagonu wpatrując się w obskrobane siedzenie. Na początku tramwaju siedziały dwie starsze kobiety, które zawzięcie rozmawiały o polityce i w co drugim zdaniu wtrącały „ Za moich czasów..”;To przykre, że tak mało ludzi jest zadowolonych z tego co wywalczyli nasi rodacy, kiedyś ludziom zależało na wolności - na wolnym kraju. A teraz? Kogo to obchodzi? Wolność to nic nadzwyczajnego dla współczesnego człowieka. Teraz liczy się tylko praca, pieniądze, polityka, pieniądze.. Cholerna rzeczywistość człowiek nie poradzi sobie bez pracy to jasne bez pracy nie ma pieniędzy, bez pieniędzy szczęścia ale co z polityką? Na co ona komu? A jednak ludzie wciąż wymyślają to nowe problemy, ludzie kłamią, dokonują złych wyborów a potem narzekają na te cudowne piekiełko o które tak długo walczyliśmy. Przez chwilę patrzyła na mężczyznę w garniturze koło trzydziestki, elegancki, przystojny, ma pewnie dobrze płatną pracę, żonę, którą kocha ale czy ma szczęście? Czy udało mu się ceną pracy kupić szczęście? Jak to jest.. w głowie Robin kłębiły się najprzeróżniejsze myśli aż w końcu tramwaj gwałtownie zahamował i zatrzymał się na przystanku. Masa ludzi wepchnęła się do pierwszego wagonu jednak do drugiego zaledwie jeden człowiek, który z początku wcale nie przykuł uwagi dziewczyny. Usiadł na obskrobanym siedzeniu w którym zatopiła swój wzrok na początku jazdy, mężczyzna usiadł bokiem tak, że Robin widziała idealnie profil mężczyzny. Gapiła się na jego niechlujny zarost, ciemne włosy oraz doskonałą cerę, która miała barwę kawy z dużą ilością mleka. Był zamyślony uparcie patrzył na swoje dłonie w których trzymał list, mocno zalepiony w kolorze zgniłej zieleni, w prawym górnym rogu dostrzegła napis : ‘’Sherwood”. Sherwood - powtórzyła w myślach - Przecież takie miejsce nie istnieje. W tym momencie przeniosła się bardzo daleko już nie stała w brudnym tramwaju, o zapachu starych kobiet i umysłach wariatów, znajdowała się przed bramą lasu. Nie jakiegoś tam lasu to był las z jej dziecięcych snów - dom Robin Hooda. Stała przed ścianą drzew, wsłuchana w szepty lip, rozmowy ptaków oraz śmiech wiosny. Wciągnęła zapach rześkiego powietrza, spojrzała w niebo i złapała ciepłe promienie słońca na twarz. Czuła jak tańczyły na jej buzi i zachęcały do wejścia przez leśne wrota. Było tak jak na amerykańskim filmie o nastolatkach, które przenoszą się w świat fantazji, zostając tam do końca życia zapominając o wszystkich problemach, tego właśnie chciała. Takiego miejsca w którym zostałaby na zawsze. Postawiła krok a jej trampek zatopił się w głębokim mchu jakby chciał ją zatrzymać, w tym momencie usłyszała krzyk odwróciła się i wpatrywała w granicę lasu, poczuła jak ktoś stuka ją w lewe ramię. Przeszyły ją dreszcze. Obejrzała się za siebie, przez chwilę wydawało jej się, że widzi właściciela lasu - Robin Hooda. Przetarła oczy i nie mogła uwierzyć własnym oczom, że jej ukochana postać z dzieciństwa stoi przed nią. Tylko czemu jej bohater miał rude włosy i za bardzo przypominał jej siostrę.

- Co z tobą ?! - krzyknęła Len, machając pomarańczową rękawiczką przed jej nosem. Robin otworzyła oczy i wcale nie była, w przesyconym zielenią lesie tylko wciąż stała na końcu wagonu nr 16. Jakim kurna cudem to się stało? Przecież, byłam zupełnie gdzie indziej, a w dodatku osobą, która mnie stukała w ramię nie był mój wyśniony Robin Hood z zielonego lasu, tylko moja siostra, którą widuje na co dzień. - Co z tobą ? – powtórzyła Len, przybrała kolor purpury, który gryzł się z kolorem jej ognistych włosów. Była jak pochodnia, która rozświetla najmroczniejsze zakamarki grobowców Tutenhamona. Ta wizja bardzo rozbawiła Robin i zaśmiała się pod nosem. - Dziecko, do cholery czemu ty nie jesteś w szkole? – lewa brew Len komicznie się podniosła, nadając jej twarzy wyraz bardzo zapracowanego detektywa. – A tak przy okazji, czy ty widziałaś się dzisiaj w lustrze? Co z twoją grzywką ?- rzekła z kpiną wskazując przy tym na fryzurę siostry. - Właśnie jadę...- powiedziała – Proszę, nic nie mów- przygryzła wargę. Oczywiście jak ona genialnie potrafiła znaleźć czuły punkt a potem wbić celnie igiełkę i dręczyć człowieka, tak głupim problemem jakim na przykład jest fryzura. Jakby nie było niczego ważniejszego w życiu. Robin zdobywając się na nutkę inicjatywy i zainteresowania wybąkała - A czemu ty nie zawitałaś dziś do szkoły?- powiedziała, zobaczyła, że mężczyzna, który siedział naprzeciwko niej zniknął a koperta z przepustką do jej krainy fantazji razem z nim; Dzięki Len. - Czy ty zdajesz sobie sprawę co się wokół ciebie dzieje ? Jest godzina 10:17 a ty podróżujesz sobie, po tym zasranym centrum, śpiąc na końcu wagonu tramwaju nr 16. No ja nie wiem, czy ty masz dom? Czy może mi się tylko wydaje, że mieszkamy razem na ul. Armii Krajowej? – jej gadanina przypominała szum mocno zirytowanych os, które szukają miejsca na nowe gniazdo. - A czy ty mnie w ogóle słuchasz ? – powiedziała zirytowana Robin patrząc się na jej czapkę, którą zdobiły płatki śniegu. - Wracaj do domu - rzekła wymijająco - i zajmij się psem skoro nie idziesz do szkoły, mamy nie ma w domu. Więc nie szwendaj się tak wcześnie po mieście, i nie zostawiaj klucza w zamku. Cześć ! – powiedziała Len, zeskoczyła ze stopni tramwaju i ruszyła w śnieżną krainę a wiatr zajął się jej włosami.

Skąd ona może wiedzieć, że nie jadę do szkoły faktycznie nie miałam zamiaru się tam pojawić jednak zakładając to, że nie idę się uczyć twierdziła iż totalnie nie obchodzi mnie nauka a przecież tak nie było. Wysiadła z dyszącego spalinami tramwaju, poszła ulicą, gdzie znajdowały się, jak na Warszawę, naprawdę wysokie budynki. Robin, patrzyła przed siebie wypatrując choć jednego interesującego obiektu, bądź zjawiska jakie mogło by ją zająć. Przeciskała się przez tłumy zapracowanych mężczyzn z Ameryki, bezdomnych ludzi w obdartych rękawiczkach oraz nieznośnych starych bab, których twarze zdobiła złość i niezadowolenie. Wszyscy gdzieś podążali, tylko Robin szła bez celu, robiąc na złość tym, którzy uważali, że chodzenie po mieście bez celu jest jak czyszczenie wycieraczki w sylwestrową noc. Chociaż ją to totalnie nie obchodziło wolała być jednym z tych co w społeczeństwie nigdy nie mieli czegoś do roboty a nie byli tak potwornie zapracowani, że zapominali jak mają na imię. Tylko, że Robin nie uważała się za bezrobotnego. Towarzyszył jej warkot samochodów, syczące tłuszczem hot dogi oraz niewidzialny przyjaciel jakim był wiatr, który szeptał do jej uszu znaną melodię. Czuła, że jej szkolna torba powoli dawała o sobie znać a książki, które nosiła zawsze przy sobie (broń boże podręczniki szkolne) domagały się wyjścia na zewnątrz. Skręciła w boczną uliczkę gdzie zastała tańczące płatki śniegu, wiatr natychmiast poleciał towarzyszyć im w zabawie. Dotykała zimnymi palcami chropowatą powierzchnię starych budynków i w tym momencie ujrzała, że niebo zmieniło swoją barwę, na szary jak dym w kominie a płatki śniegu wyglądały jak popiół - popiół, który spadał ze smutnego nieba. Dookoła niej nie było już Warszawy, były jedynie ruiny wielkiego miasta, które nie miało cienia szansy by odrodzić się na nowo. Robin przywarła do zniszczonego mury, jeździła opuszkami po powierzchni co chwila wyczuwając nową dziurę. Usłyszała wybuch, jakiś krzyk potem przybiegła cisza, przyszedł lęk, nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Wydawało jej się, że przeniosła się do czasów drugiej wojny światowej. To chore – pomyślała – Co się ze mną dzieje? . Zatopiła swoją głowę w czerwone od zimna ręce, kiedy jej uszy wyłapały nowy dźwięk. Ktoś biegł, słuchać było metalowy dźwięk, który się o coś obijał, niespokojny oddech oraz mokry odgłos odrywanych butów od zimnego podłoża. Zobaczyła chłopaka niewiele starszego od niej, miał na sobie długi wytarty ciemny płaszcz, przepasany skórzanym paskiem i szarą czapkę z harcerskimi przypinkami. W ręku trzymał broń, prawdziwą broń, która obijała się o metalowe zapięcie paska. Spod czapki wychodziły mu jasne włosy a błękitne jak majowy poranek oczy, miały wyraz strachu i bólu. Chłopak przebiegł blisko niej, poczuła jego zimny oddech, zatrzymał się i z wyrazem bezradności rozejrzał. Robin próbowała za wszelką cenę wtopić się w bladą ścianę, stać się niezauważalna dla obcego. Znowu kroki, tym razem bardziej nasilone, pewniejsze, odważniejsze to biegli oni - żołnierze, szkoda tylko, że nie ci dobrzy. Ubrani byli w jednakowe idealnie dopasowane ciemnozielone płaszcze z flagą rozpoznawalną dla każdego wtedy na lewym ramieniu. Znowu nikt nie zauważył Robin, pobiegli za chłopakiem, który stał w miejscu a dziewczyna widziała idealnie całą sytuację. Przeczesała włosy do tyłu z nerwów, nie była w stanie ruszyć się choćby na krok, wiatr skończył zabawę z płatkami śniegu, dmuchnął śmiercią w twarz dziewczyny. Wrogowie wrzasnęli, ich głos był najgorszym krzykiem jakim kiedykolwiek słyszała, wygrywał z najbardziej ścinającym krew w żyłach wrzasku z najbardziej chorego horroru. Krzyk skierowany był do chłopaka, rzucił broń na brudną ziemię a popiół błyskawicznie strawił nowego metalowego przyjaciela. Takiego strachu na twarzy tak młodego nie widziała nigdy. Przygryzł dolną wargę do krwi, z czoła skraplały się kropelki potu, oczy zrobiły się wielkie i szklane. Pociekły pierwsze łzy. Potem ci gorsi wycelowali i... - Cholera ! – wrzasnęła panicznie Robin – Gdzie ja jestem !?. Nic nie usłyszeli była dla nich niewidzialna, jak zabłąkana dusza, która poszukuje miejsca na ziemi, była widzem w kinie, który nie ma wpływu na scenariusz. Głośny strzał rozdarł w środku głowę Robin potem cisza. Znowu. Dziewczyna leżała z zamkniętymi oczami. Poczuła zapach siarki, i ciepło ognia. Jakaś postać przy niej kucała trzymając w jednej ręce zapałkę a w drugiej domek siarkowych przyjaciół. - Może wstaniesz? – powiedziała postać męskim głosem bawiąc się zapałką. Jasne, że wstanę idioto myślisz, że będę leżeć na tym śniegu i umierać z zimna. Dzięki za podpowiedź bo na pewno bym sama na to nie wpadła – mruczała niedosłyszalnie. - Cześć Robin, pewnie, żebyś sama na to wpadła ale pomyślałem, że jednak przyda ci się pomoc – powiedział chłopak. Wariat albo bezdomny na pewno chce pieniędzy i myśli, że za tak drobną usługę jak sugestia wstania z zimnej ziemi będzie mu płacić. Podniosła się otrzepała śnieg z płaszcza podniosła oczy nie na wariata tylko na osobę dobrze jej znaną. Był to Inez. Miał na sobie brązową kurtkę, zieloną czapkę spod której wystawały poczochrane blond włosy, a na twarzy malował się uśmiech najszczęśliwszego człowieka na świecie. - O hej Inez – odpowiedziała – Jak się tu znalazłeś ? – spytała, śledząc ruch zapałki, którą trzymał w dłoni. - W sumie chciałem spytać ciebie o to samo – rzekł, gasząc zapałkę dwoma palcami. Właśnie, jak ja się tu znalazłam przecież byłam zupełnie gdzie indziej. Zaraz. Podbiegła do muru, który chwilę wcześniej wyglądał jak podziurawione ciasto drożdżowe z którego zawsze wyjmowała rodzynki. Przejechała dłońmi po starym budynku i nie poczuła ani jednej skazy, tylko chropowatą powierzchnię dobrze jej znaną. Wróciłam ? tylko skąd, rzuciła się do miejsca gdzie stał wcześniej chłopak, szukała zmarzniętymi dłońmi po białym puchu karabinu, który tu upuścił. Nie ma. Czyli to był sen ? Chwila a Inez, może on jest kolejnym wytworem mojej chorej wyobraźni, ale przecież mnie słyszał i widział. Podeszła, chciała przejść przez niego niczym duch. Nie udało się stała przy nim i gapiła się z dołu na jego zdziwioną twarz. - Robin, wszystko w porządku ? – spytał – Bo wiesz jeśli chcesz to mogę cię odprowadzić do domu i wyprowadzić Joo na spacer jeśli źle się czujesz. Nie to wszystko wymykało się spod kontroli, potrzebowała dowodu, że jest w realnym świecie a nie w swoim chorym umyśle. Wzięła od Ineza paczkę zapałek, odpaliła jedną i przyłożyła do dłoni. - Auuu ! – krzyknęła – Do diabła z tym ! – rzuciła paczkę zapałek i podniosła swoją torbę, już dobrze nasiąkniętą śniegiem. Ruszyła w stronę domu. - Co ty robisz? – powiedział Inez, podniósł pudełko zapałek, odpalił kolejną, po czym zgasił w ustach i dmuchnął siarkowym dymem twarz dziewczyny. Zatrzymała się; Co ja robię? Mam ci powiedzieć, że przed chwilą przeniosłam się do czasu drugiej wojny światowej, że przed chwilą byłam świadkiem sceny mordu ? Ahm, na pewno byś mi uwierzył. To tak jakby idiota, który napotkał świra i chce mu pomóc, o jasne powodzenia. Idź sobie już.- myślała Robin Właściwie nie wiedziała czemu tak negatywnie myśli o Inezie, przecież był tu przypadkiem, nie zrobił niczego złego a gdyby nie on leżała by tu do wieczora. Mimo to nic mu nie odpowiedziała tylko spytała z podziwem w oczach. - Jak to zrobiłeś ? – skierowała swoje zielone oczy w stronę chłopaka. - Niby to ? – rzekł, powtórzył sztuczkę z zapałką - To całkiem proste, wystarczy, odpalić zapałkę jak najszybciej włożyć ją do ust, mocno zacisnąć a wtedy nie ma dopływu tlenu i po prostu gaśnie – wyrecytował, uśmiechnął się życzliwie i wrzucił jej paczkę zapałek do kieszeni. Wracali do domu, tak naprawdę to Robin wracała a Inez szedł z nią nie dlatego, że chciał ją odprowadzić tylko dlatego bo za wszelką cenę chciał zobaczyć Len. Było już ciemno, Robin nie wiedziała jakim cudem czas tak szybko jej przebiegł koło nosa, a przecież jeszcze przed chwilą jechała brudnym wagonem nr16. Dziewczyna tańczyła w warszawskim zimowym świecie, co chwila obracając się bądź wpadając na jakąś parę zakochanych a Inez się śmiał. Chcecie się dowiedzieć kim był Inez ? Inez był bliskim przyjacielem Len. Był jedną z nielicznych osób z którą Robin mogłaby rozmawiać godzinami o byle czym a i tak świetnie by się bawiła. Był też człowiekiem, który dostał za dużo pozytywnej energii od życia, potrafił we wszystkim znaleźć tę lepszą stronę. Zawsze towarzyszył mu najpiękniejszy uśmiech ale pod tym względem, że był to po prostu uśmiech najszczęśliwszego człowieka na ziemi. Uwielbiał towarzystwo ognia prawie tak samo jak towarzystwo jej siostry. Może dlatego, że kolor jej włosów tak bardzo mu o nim przypominał. Inez był jedynym epikurejczykiem jakiego znała. Wszystkim przekazywał swoje dobre nastawienie. Miał też najbardziej zaraźliwy śmiech ze wszystkich i kiedy się śmiał to jego przyjaciele płakali ze szczęścia oraz śmiali się razem z nim. Nikt tak pięknie nie opowiadał dowcipów jak on. Mówiono też, że kiedy wchodził przez drzwi to najpierw pojawiał się uśmiech a później cała reszta. Przy Inezie nie dało rady się nie cieszyć, serio był po prostu "mistrzem świata w radości”. Myślę, że nikt nie zna weselszego człowieka od niego a jeśli tak to wielkie gratulacje. Robin wpadła na klatkę schodową i drżącymi dłońmi wystukała kod. Otworzyła drzwi i zobaczyła swoje odbicie w szklanych drzwiach, wyglądała jak zaspa śnieżna, chciała otrzepać śnieg, który zdobił jej bury płaszcz jednak on dobrze przymarzł i zmienił się w lód. Zdjęła czapkę a jej włosy niczym złote druciki zaatakowały jej czoło i zasłoniły oczy. Odgarnęła włosy, które jeszcze bardziej naelektryzowały się, po czym spięła je w kok. Inez w tym czasie podszedł do windy, zobaczył biały skrawek papieru, który wisiał przy drzwiach. Wcisnął guzik, zaczął czytać wiadomość a jej treść brzmiała następująco : "Z powodu prac remontowych na czterech piętrach winda, będzie nieczynna przez następne 2 dni. Przepraszamy za utrudnienia. Miłego dnia . Dozorca osiedla.’’ - No to mamy kolejną miła wędrówkę – powiedział wesoło Inez. - Jak to ? – spytała wyrywając mu kartkę z ręki. Przeczytała zawiadomienie - Czy to żart?! Cholera ! – krzyknęła rzucając kartkę. Inez podniósł ją z ziemi, wyprostował i na nowo powiesił przy drzwiach windy. - No co ? nie jest najgorzej, w końcu ile tu jest pięter ? – spytał. Kretynie nawiedzasz nas tu już od ośmiu miesięcy i wciąż nie wiesz ile tu jest pięter. Jak ci powiem to od razu zejdzie ci ten uśmieszek z twarzy. - Trzynaście.. – wybąkała Robin. Czekając na reakcję Ineza. - E tam nie tak źle, rozumiem gdybyśmy musieli wchodzić na taras widokowy Pałacu Kultury, który jest prawie tak wysoko jak niebo. A tu masz zaledwie trzynaście pięter a poza tym musimy przejść tylko cztery, żeby dostać się do działającej windy, która zawiezie nas prosto na górę – powiedział, robiąc pierwszy krok. Pewnie tylko cztery piętra. Umrę na tych schodach i ciekawe kto będzie wnosił trupa na górę aby nie zagradzał przejścia. Widzicie? Mówiłam cały Inez, w najbardziej beznadziejnej sytuacji odnajdzie coś pozytywnego. – pomyślała Robin, i ruszyła w stronę ciemnych schodów za chłopakiem. Podśpiewując nienajlepszą piosenkę, którą…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych