Wróć do katalogu

Wenezuela

Nie jestem Cejrowski ale i tak - dla mnie - to była hardcorowa wyprawa :-)

mojomr, opublikowano , 12 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wydaje się, że podstawowym zwrotem w Wenezueli jest słowo mañana w połączeniu z dowolnym uzupełnieniem. Dosłownie oznacza to jutro ale w południowej Ameryce – a szerzej – w kulturze tego regionu, nabiera zupełnie innego znaczenia. W praktyce tłumaczy się na kiedyś. Jeśli więc ustalacie coś z jakimś wenezuelczykiem na jutro, może to być rzeczywiście nazajutrz ale równie dobrze pojutrze, za tydzień, kiedyś... ot, mañana... Do Wenezueli jechałem z wiedzą szczątkową. Wiedziałem, że mają najtańszą benzynę na świecie, najwięcej dziewczyn, które zdobyły tytuł „Miss Universe”, najwyższy wodospad oraz, że prezydent Hugo Chaves usilnie wprowadza w kraju „dobry socjalizm”. Reszta była zagadką. Liczyłem, co prawda, na duże podobieństwa do Dominikany, wszak to ten sam region, ale zaraz bezpośrednio po przyjeździe przekonałem się, że istnieją dość poważne różnice. Przede wszystkim pogoda. W Wenezueli powietrze dosłownie przygniata do ziemi. Sądzę, że to nie jest nawet kwestia temperatury (podczas całego pobytu nie przekroczyła 33* C) lecz przede wszystkim wilgotności. A ta jest wszechobecna. Nic nie schnie. Kartka położona na biurku, następnego dnia jest pozwijana i pomarszczona. Ubrania, pościel czy ręczniki są wciąż niedosuszone. Na dłuższą metę jest to niesłychanie uciążliwe ale nie ma wyjścia: w porze deszczowej trzeba po prostu przywyknąć. Do tego warto pamiętać o padających prawie pionowo promieniach słonecznych, które powodują, że w okolicach południa nie sposób wytrzymać na otwartym słońcu: po prostu parzy! Same miasta, uwzględniając różnice architektoniczne właściwe dla regionu i klimatu są bardzo podobne do europejskich, takie same galerie handlowe, te same marki. Nie ma problemu aby kupić buty Adidas, aparat fotograficzny Panasonic czy ciuch uznanej w świeci firmy. Ceny również zbliżone do naszych o ile pamiętamy o podwójnym kursie wymiany. Uwaga na wstępie o „dobrym socjalizmie” nie była bezpodstawna. W Wenezueli obowiązują bowiem różne kursy walut. Jeden, oficjalny, kształtuje się na poziomie ok. 2,15 boliwara za dolar. Wystarczy jednak wyjść przed dom towarowy, pokręcić się chwilę przy postoju taksówek, itp., aby natychmiast zostać zaczepionym przez odpowiedników naszych dawnych cinkciarzy, którzy oferują od ręki przelicznik w granicach 5 boliwarów. Jako, że USA są stosunkowo blisko, bardziej pożądaną walutą jest amerykański dolar, stąd euro nie cieszy się popularnością i jego kurs jest mało atrakcyjny. Absolutną egzotyką są samochody jeżdżące po ulicach. Obok najnowszych modeli uznanych, światowych koncernów, bardzo często można dostrzec auta marki najczęściej Chevrolet, rocznik bodajże 56, może 59, które z definicji nie powinny w ogóle jeździć. Standardem są dziury na wylot w karoserii, łączenie elementów nadwozia drutem, sznurkiem, jakimiś taśmami czy przylepcami, z pofałdowaną maską bądź bagażnikiem, beż żadnych świateł, z powybijanymi szybami. Zdarzyło mi się zobaczyć samochód w ogóle bez drzwi. Dodatkowo bardzo często samochody takie jeżdżą bez żadnych tablic rejestracyjnych. Kiedy zaciekawiło mnie to zjawisko, usłyszałem w odpowiedzi, że formalności przerejestrowania auta mogą trwać nawet rok (!) a że wenezuelczycy nie mają czegoś takiego jak kontrole drogowe, więc... Wiadomo: mañana. Słyszałem tylko o dwóch miastach, w których nie ma w centrum placu im. Bolivara oraz jego pomnika. Jest to absolutny standard, sam Bolivar to bohater narodowy, wszędzie uwieczniany i upamiętniany: w nazwach ulic, budynków, osiedli. Podobnie jak Hugo Chaves, którego podobizny wiszą dosłownie na każdym kroku. Atrakcyjna cena benzyny potwierdziła się, litr paliwa kosztuje, w przeliczeniu na złotówki, około 7 groszy. Niestety, gorzej poszło z wypatrywaniem kolejnych, ewentualnych zwyciężczyń konkursów piękności. Aby nie rozwijać ryzykownego tematu, pozostańmy przy stwierdzeniu A. Rosiewicza, iż „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”. Największą atrakcją dla turystów przyjeżdżających do Wenezueli jest niewątpliwie wyprawa do dżungli. I nie mam tu na myśli wypadu z plecakiem, w traperach na nogach, zgodnie z mapą w ręku, ramię w ramię z Wojciechem Cejrowskim ale raczej przeżycie przygotowane dla turystów, dla których – tak jak dla mnie, absolutnie zurbanizowanego, miastowego człowieka – stanowi niepowtarzalne doświadczenie. Już początek wycieczki małym, dwuśmigłowym samolotem, powoduje lekki skurcz niepokoju. To oczywiście psychologiczne uprzedzenie, półtoragodzinny lot przebiega bez żadnych sensacji, wręcz nudno. Lądujemy w miejscowości?; wiosce? Tucupita, gdzie lotnisko to pojedynczy parterowy barak, w którym – i tu duże zdziwienie – bez problemu można palić. Jedyne znane mi lotnisko (niezależnie od rozmiarów), na którym dozwolone jest palenie tytoniu! Stamtąd mamy dwie godziny łodzią po Orinoko do miejsca docelowego jakim jest indiańska wioska turystyczna, gdzie będziemy nocować. Poznajemy przewodnika. José mówi biegle w trzech językach i niezły kawalarz z niego, ponieważ już na początku, z kamienną twarzą przekonuje nas, że jak szczęście dopisze, pooglądamy sobie dinozaury. Co proszę? Jakie dinozaury? Po dłuższej chwili José próbuje wydusić z nas odpowiedź dlaczego jednak nie zobaczymy dinozaurów. Na nieśmiałe stwierdzenie jednej z uczestniczek, że prehistoryczne gady wszak nie istnieją już, wybucha zaraźliwym śmiechem i przytakuje entuzjastycznie. Udajemy się do łodzi. Orinoko jest ogromna, szarobrązowa. Momentami szerokość rzeki sięga kilometra. Wzdłuż brzegów, gdzieniegdzie widnieją jakieś szałasy, lepianki, najczęściej z przycumowanymi przy brzegu łodziami. Zatrzymujemy się na chwilę i podziwiamy małpy, które skutecznie kryją się w gąszczu drzew. Dookoła sporo ptaków, nie są one jednak tak bajecznie kolorowe jak te z „Animal Planet”. Ruszamy dalej. Odległość do wioski musi być spora bo płyniemy z dużą szybkością, wiatr prawie zrywa czapki z głów ale też…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych