Wróć do katalogu

Wesołe jest życie w Czasach Turbulencji

Dla lubiących Monty Pythona. Historia młodego... Bynajmniej nie cżłowieka. Groteskowa opowieść o walce z głodem, Inkwizycją i... Ślepym lekarzem.

Creep, opublikowano , 33 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Plac zabaw wyglądał dość ponuro. Wielkimi krokami nadchodziła jesień, pachnąca deszczem i zbutwiałymi liśćmi. Niedługo skończą się ciepłe dni, pomyślała Natalia. Rozejrzała się. Nikt jej nie widział, w okolicy nie było żywego ducha. To dobrze. Ludzie mogliby różne rzeczy myśleć, widząc prawie trzydziestoletnią kobietę, huśtającą się w najlepsze. Pomyśleć, że jeszcze niedawno plac, wciśnięty między odrapaną ścianę gimnazjum, a gęste zarośla, rozbrzmiewał dziecięcym śmiechem... Karuzela kręciła się, poruszana malutkimi nóżkami. Na konikach zawierano nowe znajomości i zawzięcie dyskutowano o tematach nurtujących dzisiejsze dzieci, na przykład o Smerfach. Lubiła tu przychodzić, kiedy nikt jej nie widział. Coś poruszyło się w zaroślach. Natalia natychmiast przestała się huśtać. Po chwili z krzaków wynurzył się młody, na oko dwudziestoletni chłopak, ubrany w hawajską koszulę. Zdziwionym spojrzeniem przetoczył po krzewach, budynku szkoły, a w końcu po placu. Ruszył w jej stronę. W połowie drogi przystanął, przyjrzał się swojej koszuli, jakby widział ją po raz pierwszy. - Idzie piękna jesień – powiedział, siadając na sąsiedniej huśtawce. Przed dłuższą chwilę Natalia zastanawiała się, co odpowiedzieć. - Jesień nigdy nie jest piękna. Jesień to grypa, depresja i przemoczone buty. Ale... Czy nie jest panu zimno? - Mi? Nie. Ja jestem zawsze ciepły. A coś mi mówi... – Urwał, uważnie przyglądając się swoim rękom. – Coś mi mówi, że przez jakiś czas będę wręcz gorący. - Dlaczego? - Och. To taki słodki sekret. Ale przepraszam panią najmocniej, nie przedstawiłem się. Karygodne faux pas. Miło mi poznać, nazywam się Wiktor. - Natalia – powiedziała, ściskając dłoń nieznajomemu. Faktycznie. Była nadzwyczaj ciepła. - Czy mogę zapytać, co też panią tu sprowadza? To dość dziwne miejsce na spędzanie wolnego czasu, przynajmniej, gdy człowiek minie już pewną granicę... Co tu robi taka piękna kobieta? Aa-haa, pomyślała Natalia. I wszystko jasne. Podrywacz. - Odpoczywa – odparła sucho. – Wie pan, muszę już iść. - Ależ proszę poczekać. Jest tak miło – powiedział szybko, przytrzymując ją. – Przepraszam, że obraziłem pani godność tak banalnym i błahym słowem. To było zaiste prostackie zagranie z mojej strony. Nie wiem, co mnie podkusiło. Obiecuję, będę się pilnował. Ale proszę zostać – uśmiechnął się, odsłaniając błyszczące, gładkie zęby. - No... Dobrze. - Bardzo dziękuję. Ale... Mówiliśmy o jesieni. Proszę się zastanowić: czyż to nie fascynujące? Natura zapada w sen, wszystkie liście udają się na zasłużony odpoczynek. Proszę tylko sobie wyobrazić, ile pracy wykonały tego lata, które było przecież tak słoneczne! Ile energii przez nie przepłynęło! Przyroda robi kolejny krok, będący częścią większego cyklu. Jeśli głębiej się zastanowić, wszystko wokół nas ulega metamorfozom. A najbardziej my sami – dodał nieco zmienionym głosem. Zimny wiatr smagał ich twarze. Natalię przeszył dreszcz. Mimo posiadania dwóch warstw bluzek, swetra i płaszcza, wcale nie było jej ciepło. Za to nieznajomy... Wiktor... Siedząc tuż obok wyłącznie w hawajskiej koszuli, najwyraźniej wcale chłodu nie odczuwał. Wręcz przeciwnie. Z wypiekami na twarzy i błyskiem w oku, gestykulował żywo: - Wszystko się zmienia! To nieunikniona kolej rzeczy. Dziś jestem warzywem, ale jutro? Kto wie! Może matka natura uczyni mnie pełzającym reducentem. Może wrzuci do wody, przytwierdzi ogon i nazwie węgorzem. Może... Może... – Jego głos unosił się coraz bardziej. Był suchy i rozgoryczony. – Może za kilka dni ta cholerna turbulencja sfer znowu wtłoczy mnie w inną skórę, może żółwia, a może biznesmena! Ale niech ktoś mi powie, niech mi ktoś wreszcie, kurna, powie, jak mam być wampirem w takich popieprzonych czasach?! – Krzyknął, rozkładając ręce. - Wampirem? – Natalia uniosła brwi. - Tak! Wampirem – krzyknął Wiktor głosem pełnym goryczy, po czym błyskawicznym, zgrabnym ruchem wbił zęby w jej szyję.

*

Jednak – jak pomyślał potem – dola wampira w Czasach Turbulencji nie była taka zła... Podobała mu się nowa skóra – świeże, prężne ciało młodzieńca. Już od dłuższego czasu nie cieszyły go metamorfozy. Poprzednie dwie wtłoczyły go w powłoki libijskiej arystokratki i węgorza, pływającego w wodach Renu. O ile można było odczuwać pewną... Satysfakcję, obalając jednym podpisem pół afrykańskiego rządu, to filtrując śliską od oleju wodę niemieckiej rzeki, myślał wyłącznie o samobójstwie. Niejaki dyskomfort powodowała również niepewność kolejnej minuty. Nigdy nie było wiadomo, kiedy turbulencja sfer uderzy ponownie. Cóż począć? Żył chwilą. Idąc przez osiedle domków jednorodzinnych, z ciepłym dreszczem wspominał niedawne spotkanie. Kiedy wysączał z Natalii ostatnią iskierkę życia, zadrżała i wyszeptała jego imię. Zaspokoiwszy pierwszy, palący trzewia głód, uznał, że tak korzystną metamorfozę trzeba stosownie uczcić. Zaintrygował go szyld: „Drink Bar u Henia. Przed 9 rano Drink Firmowy za pół ceny.” Wszedł do środka. W powietrzu unosił się kwaśny zapach taniego piwa i stęchlizny. W pierwszej sekundzie chciał wyjść, jednak jego uwagę przykuł łańcuszek z krwawnika, zwisający na jednym z dystrybutorów. Krwawnik? Tutaj? Zupełnie niestrzeżony? Usiadł przy barze, obok osobnika w białym podkoszulku i skórzanej kurtce, zgarbionego nad niemal opróżnioną szklanką. Za ladą spocony grubas szorował kufle. Poza nimi, w piwniczce nie było nikogo. - Krwawą Mary macie? - Mamy – odpowiedział barman, nie patrząc w jego stronę. - Raz. - Może od razu dubel? Słotny dzień dzisiaj, dwie lepiej rozgrzeją. - Niech będzie – odpowiedział Wiktor, szukając po kieszeniach portfela. Wysupłał kilka monet, rzucił na tackę. Po chwili stanęły przed nim dwie zgrabne szklaneczki. Udał, że nie widzi tłustych śladów na szkle. - Salut – uniósł jedną i wypił jej zawartość jednym haustem. Otarł dłonią usta. – Dobra! Zaiste, dawno nie piłem tak pysznej Mary. - Mhh – zacharczał sąsiad w podkoszulce, opadając na drewniany blat. Barman podziękował i zniknął na zapleczu. Wiktor uznał, że to doskonała okazja. Ostrożnie sięgnął ku łańcuszkowi. Nie minęły trzy sekundy, a krwawnik spoczywał w jego dłoni. Szybkim ruchem wrzucił go do kieszeni koszuli. Sięgnął po drugiego drinka. - Widziałem – usłyszał nagle. Sąsiad mrugnął do niego znad brudnej szklanki. – Widziaaałem. Złooodziej. Kraaadziej. Wziął łaaańcuszek – mruczał sennie. Wiktor westchnął cicho. Musiał działać szybko, dopóki są sami. Odchrząknął. Dopasował tembr głosu do częstotliwości fal mózgowych przeciętnego alkoholika. Powinien zadziałać. Kiedy się odezwał, jego słowa były miękkie i płynne niczym miód: - Nic... nie widziaaałeś. - Aha. Dobrze – mruknął mężczyzna i opadł głucho na ladę. Barman wrócił akurat, kiedy Wiktor osuszył drugą szklankę. Jeszcze raz pochwalił trunek. - To stały klient? Wygląda na wyczerpanego – powiedział, wskazując sąsiada. - Taak. Jest tu codziennie, odkąd porzuciła go żona – odparł grubas, powróciwszy do szorowania kufli. Nie przynosiło to absolutnie żadnego efektu, albowiem szmatka wręcz lepiła się od brudu. – Uwierzy pan? Rzuciła go dla mleczarza. Mleczarza! - Paskudne. - Cholernie mu współczuję. Ma drinki za pół ceny. Chociaż tyle mogę dla niego zrobić. - To zawsze coś. Pracuje? - Pracował w towarzystwie ubezpieczeniowym... – Zamyślił się barman. – Rzucił robotę, kiedy kumple z biura zaczęli codziennie wypijać po litrze mleka i rzucać w niego kartonikami. Załamał się. Każdy by się załamał. Ludzie są paskudni. - To prawda – przytaknął Wiktor. - Niestety. Ale... Gdzie pan idzie? - Napić się czegoś mocniejszego.

*

Energia wręcz rozsadzała mu pierś. Przebiegł przez centrum miasta i nawet nie dostał zadyszki. Zatrzymał się dopiero w parku. Kiedy usiadł na ławce, chcąc nacieszyć się ulotnym pięknem wczesnej jesieni, ręka sama powędrowała mu do zawieszonego na szyi amuletu z krwawnika. Dotychczas tylko dwa razy widział podobny naszyjnik. Raz prawie przypłacił to życiem, walcząc z jednym z pobratymców. Tym razem miał niewiarygodne szczęście. Nagle, tuż nad uchem, usłyszał syczący głos: - Witaj, drogi Wiktorze. To był Miguel, inkwizytor. Słowa jeszcze nie przebrzmiały w powietrzu, a wampir już biegł jak opętany, nie spoglądając wstecz. Nie musiał tego robić. Kiedy goni cię jeden z tych drani, pozostaje ci uciekać i modlić się do wszystkich bogów po kolei, aby twój prześladowca miał skręconą nogę. Wiktor pędził przez skwery, przeskakiwał ławeczki. Słyszał zdziwione głosy dzieci. Przeciął ruchliwe skrzyżowanie, cudem uniknął śmierci pod kołami tramwaju. Motorniczy coś krzyczał. Wiktor biegł dalej. Biegnąc przez plac akademicki, staranował kilku studentów. Na bruk posypał się deszcz kartek. Wielkimi skokami zbiegł ze schodów przy pomniku Lamberta. Prawie złamał nogę. Krwawnik pulsował. Wiktor biegł dalej. Musiał. Jedyną nadzieją było to, że wydostanie się poza rewir inkwizytora... Co też się w końcu stało. Biegli właśnie jedną z wyludnionych, podmiejskich uliczek, gdy Wiktor usłyszał głośne tąpnięcie. Jakby ktoś w pełnym pędzie wpadł na ścianę. Odetchnął z ulgą. Po raz pierwszy spojrzał na swojego prześladowcę. Na brudnym chodniku leżał wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. Miał na sobie smoliście czarny płaszcz i żółtą czapeczkę. Wstając, zaklął soczyście w nieznanym wampirowi języku. Wbił w niego pełne wściekłości spojrzenie. - O ty cholero. Prawie cię miałem. - Co się stało? Czyżbym... Ojoj. Czyżbym był poza twoim rewirem? To straszne, mój przyjacielu, doprawdy okropne. Przyjmij wyrazy najszczerszego współczucia. Jak to mówią: raz na wozie, raz pod wozem, rybeńko – wyszczerzył zęby Wiktor. - Dopadnę cię. Prędzej czy później. Mam nadzieję, że o tym wiesz. - Aha – powiedział Wiktor, dłubiąc w zębie. – Czekaj... Znasz okolicę. Wiesz, gdzie można tu kupić wykałaczki? - Przestań ze mnie szydzić, ty żałosna kreaturo, amorficzny grzybie, ty wyrzutku smętny... - Już, już. Starczy. Skoro formalności stało się zadość, pozwolisz, że udam się w kierunku przeciwnym do twojego. Było mi niezmiernie miło – zapewnił wampir, kłaniając się w pas. - Jeszcze nie skończyłem – powiedział z naciskiem inkwizytor. – Jeszcze dwie rzeczy. Obie z pewnością będą cię interesować. - Słucham cię zatem. Ale bądź tak miły, streść się. Głodnym. - Co do pierwszej... – Rzekł Miguel z paskudnym uśmiechem. – To wiedz, że niecałą godzinę temu własnoręcznie splotłeś nasze ścieżki. Myślisz, że ten amulet leżał sobie ot tak, dla zabawy? Dałeś się wciągnąć w pułapkę, mój drogi. Od teraz już zawsze będę wiedział, gdzie jesteś. Prosty splot ponadsferyczny. I wierz mi, jeśli tylko znajdziesz się na moim terenie... Będę czekał. Wiktorowi zrzedła mina. No tak. Tylko idiota mógłby się nabrać na tak prymitywny numer. Inkwizytor uśmiechał się cały czas. Podszedł do ściany. Oparł o nią ręce, wyglądały na zawieszone w powietrzu. Ich twarze dzieliło niecałe pół metra. Z tej odległości kanarkowa żółć czapki inkwizytora wydawała się tak intensywna, że Wiktor musiał opuścić wzrok. - Czyżbyś stracił humor, kolego? Żeby cię podnieść na duchu, pokażę ci moje narzędzia. Przyjrzyj się uważnie. Kiedy następnym razem znajdą się blisko ciebie, będziesz miał zawiązane oczy. Uchylił poły płaszcza. Na specjalnych, skórzanych pętelkach wisiał iście diabelski arsenał: specjalnie hartowane pilniki do piłowania wampirzych kłów, buteleczki z wodą oligoceńską, rozmaitego kształtu noże o srebrnych i szklanych ostrzach. Wiktorowi strach ścisnął gardło. Wiedział, że prędzej świat pęknie na dwie połówki, niż inkwizytor przejdzie przez ścianę, jednak osłona ta była niewidzialna, a twarz Miguela była bardzo blisko. Jednak najgorsze dopiero nadeszło. Inkwizytor nieskończenie wolnym ruchem otworzył bogato haftowaną kieszeń, odchylił jedwabną klapkę. Wyciągnął... Wiktor prawie zemdlał. Na czoło wystąpił mu pot, oczy przesłoniła czarna mgła. Nie. Tylko nie to... - Podoba ci się? Wiedziałem, że ci się spodoba. W dłoni trzymał malutkie, biało-czarne piórko. - A teraz uciekaj, chłopcze. I miej nadzieję, że turbulencje będą dla ciebie łaskawe i nie przesuną kiedyś mojego rewiru w twoje pobliże. Inkwizytor schował piórko i zwinnym ruchem zawinął poły płaszcza. Wampir odetchnął z ulgą. Jednocześnie kątem oka zauważył coś, co go bardzo uradowało. W ich stronę spokojnym krokiem podążał kot, czarny dachowiec. Przez plecy wampira spłynął dreszcz radosnego podniecenia. Inkwizytorzy na całym świecie, dniem i nocą, polowali bez lęku na wampiry, leszych i banshee, unicestwiali wąpia i poltergeisty, jednak wystarczyło, by dotknęła ich łapka najzwyklejszego w świecie kota, a umierali z przerażenia. Kici kici, pomyślał Wiktor. Teraz musiał zyskać na czasie. - Wspominałeś wszakże o dwóch rzeczach. Rad byłbym, znając i drugą. - Naprawdę chcesz wiedzieć? - Tak – rzekł odważnie wampir. Jeszcze tylko dwa metry, półtorej... - Słuchaj... Skąd ty wytrzasnąłeś taką koszulę? Jest ohydna. I te kwiatki, palmy, farfocle jakieś... Tfu! Ohyda! Nie stać cię było na lepszą? - Teraz! – Krzyknął Wiktor. – KICI KICI! W te pchnięcie mocą zaangażował wszystkie swoje siły. Krwawnik zadrżał i rozleciał się na setki kawałków. Tynk posypał się z okolicznych ścian. Wampir osiągnął jednak swój cel: Rozżarzone do czerwoności powieki i odpowiedni ton głosu rozwścieczyły kota, który wbił się w plecy inkwizytora.

*

Nocne niebo wyglądało przepięknie. Księżyc, wiszący jeszcze wysoko nad horyzontem, smagał zimnym blaskiem pogrążone w ciszy ulice. Spokój burzyły jedynie syreny radiowozów lub karetek, rozlegające się co kilkanaście minut. Powietrze było czyste i rześkie. Wiktor siedział na dachu najwyższego z wieżowców. Cieszył się chwilą i kanapką z masłem orzechowym. Przyjemna słodycz rozlała się po podniebieniu. Aż jęknął z rozkoszy. Od pościgu minęło już osiem dni. Wspomnienie tryumfu, w połączeniu ze smakiem kanapki, sprzyjało iście szampańskim nastrojom. Nigdy nie zapomni widoku szalejącego ze strachu Miguela. Darł się jak opętany. Tańczył w miejscu, niekontrolowanymi ruchami usiłując zrzucić kota. W końcu dopiął swego, zwierzak wylądował na ścianie, miauknął i uciekł. A inkwizytor zemdlał. Zanim jednak stracił przytomność, wycharczał coś w stronę Wiktora. Wampir cieszył się, że nie dosłyszał. Dla świętego spokoju omijał tamte okolice. Zresztą, poza centrum miasta też można było zaznać wielu uciech. Ponure, spowite kwaśną mgłą zaułki. Chińskie restauracje. Grupki młodocianych bandytów, szwendające się bez celu. Wszystko stanowiło słodko-kwaśną mieszankę idealnych perspektyw do poznawania obyczajów ludzkiej rasy i... Delektowania się jej smakiem. Wiatr strącił skrawek papieru śniadaniowego. Biały latawiec wyfrunął w nocne niebo. Wiktor wyciągnął kolejną kanapkę z wypchanego po brzeg plecaka. Z radością wbił zęby w pszenną bułkę, uradował się, czując, że poplamił sobie usta czekoladą. To było to. Prawdziwy smak życia. Rozmarzył się na tyle, że zaczął snuć plany na przyszłość. Gdzieś na dnie umysłu kołatała mu ostrzegawcza myśl: Wiktor, nie wariuj. Jedna bułka wiosny nie czyni. Nie podniecaj się tak, bo potem będzie bardziej bolało. To była, niestety, prawda. Kolejna turbulencja sfer mogła nadejść w każdej chwili. Nadejść i bezceremonialnie wykopać go z hawajskiej koszuli, którą, notabene, zdążył już polubić. Należało się spieszyć. Wiktor przeżuł ostatni kęs, cisnął w przepaść papierową kulkę. Rozprostował kości. Wciągnął w płuca zimne, orzeźwiające powietrze. Powoli, z rozmarzeniem powiódł wzrokiem po opustoszałych ulicach. Niemal słyszał chwiejne kroki, czuł ciepło studentów, wracających samotnie z szalonych imprez. Czas na łowy.

*

Był już po dwóch solidnych posiłkach, kiedy rozbolał go brzuch. Zgiął się wpół, cały świat zawirował w obłędnym tańcu. Jakby ktoś wrzucił go do pralki i wcisnął guzik. Wampir padł na chodnik. Zwijając się z bólu, w pośpiechu analizował swoje dokonania. To niemożliwe, by odpowiadał za to pierwszy posiłek, pulchna, farbowana brunetka spiesząca się na pociąg. Owszem, miała w żyłach dużo adrenaliny, ale adrenalina nie powoduje takich sensacji... Winnym był drugi z posiłków. To by się zgadzało. Chudziutki student wyglądał jak widmo, zesztywniał po trzech sekundach. Krew miał dobrą, słodką i pożywną, jednak na języku osiadał metaliczny posmak... No tak. Narkoman, bez

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych