Wróć do katalogu

Wesołych Swiąt Lizzie

Byłabym wdzięczna za opinie. Dzięki nim będę wiedziała, czy to w ogóle da się czytać:)

EvePawelczyk, opublikowano , 47 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W jednej chwili ruchliwa recepcja zamarła na kilka sekund. Do budynku wszedł Jeremi Doherty. Swoim pewnym i miękkim krokiem podszedł do recepcjonistki, żeby ta bez słowa dała mu pocztę. Oczywiście mógł pójść prosto do swojego biura i czekać aż jego sekretarka sie tym zajmie, ale lubił być z najnowszymi wiadomościami na czasie. Minął w korytarzu Elizabeth podążającą w przeciwnym kierunku. Nawet jej nie zauważył z początku zatopiony w listach, które właśnie dostał od Meg. Ale jej to nie zniechęciło. - Dzien dobry, panie Doherty.- zagadnęła. Zniecierpliwiony podnósł wzrok, żeby na nią spojrzeć. Miała na sobie eleganckie granatowe spodnie i jedwabną bluzkę. Dosyć mocny makijaż, całkiem nie potrzebny, by powiedział, ale mu to nie przeszkadzało dopuki dobrze wykonywała swoje obowiązki. - Panno Taylor, czy raport jest już na moim biurku? Żadnego dzień dobry ani cześć, ale już od dawna przestała na niego zwracać uwage. Ogólnie wszyscy wiedzieli, że nie pałali do siebie zbytnimi uczuciami. Dla Elizabeth Jeremi Doherty był zwykłym szcześciarzem losu, w dodatku z bogatą rodzinką w zapleczu. Ale był jej szefem, dobrze płacił za jej robotę, wiec postanowiła go tolerować. - Gdyby pan był w biurze o ósmej jak ja, to by go pan tam już zobaczył. Pan wybaczy śpiesze sie teraz na mój lunch. Meg spojrzała sie w ich strone z niedowierzaniem. Elizabeth zawsze ja zastanawiała. Jako jedyna nie bała sie mu powiedzieć czasem kilka uszczypliwości na jego temat. A on nigdy nawet nie wspomniał, że ja zwolni. Z początku podejrzewano ich o romans, gdyż Jeremi był znany ze swoich słabości do kobiet, a raczej słabości kobiet do niego. Jednak Elizabeth nigdy nie kryła sie ze swoim zdaniem na jego temat, poza tym było wiele ładniejszych w tej firmie, które chciały usidlić wnuka milionera. Minęła go szybkim krokiem, na co pokręcił głową i poszedł dalej. - Nie boisz sie czasem mu prawić takich morałów? To w końcu jego firma, może sie pojawiać, kiedy chce.- zagadnęła ją Meg przy wyjściu. - Daj spokój. To jego firma, ale my nie jesteśmy jego własnością tylko pracownikami. Idziesz ze mną do kantyny? - Nie. Janet jeszcze nie przyszła mnie zmienić. Nie mogę zostawić pustego fotela. - Jak chcesz. Ja jestem głodna. Narazie. Była w bardzo dobrym nastroju. To był jej ostatni projekt do zrealizowania w tej firmie. Pan Doherty jeszcze o tym nie wiedział, ale już podjęła decyzje o wypowiedzeniu. I znalazła o wiele lepszą szansę dla siebie. Dziś na zebraniu poprostu wręczy mu wypowiedzenie i to by było na tyle czteroletniej współpracy. Do dziś nie wiedziała jak tu wytrzymała taki szmat czasu. Miała w umowie Manager, a zajmowała sie niemal wszystkim, włączają wypełnianie obowiązków własnej sekretarki, o którą nie mogła się doprosić. No i szefa nigdy nie było. Niby to się zajmował wyjazdami i interesami, ale tak naprawde to wiedziała tylko jego asystentka, gdzie zabrał swoją kolejną dziewczynę.

Jak burza wyszła z pokoju konferencyjnego. Czemu nie była bardziej stanowcza. Zupełnie nie umie walczyć o swoje. Nawet nie dała rady mu wręczyć tego cholernego wypowiedzenia. Poprostu zagadał ją tym raportem, który dla niego zrobiła. Podeszła do swojego biurka i rzuciła dokumenty aż dzwięk odbił sie od ścian. - Coś poszło nie tak?- spytała bezemocjonalnie Emma zza biurka obok. - Wyobraź sobie, że próbuje mu wręczyc to cholerne wypowiedzenie. A on mnie kompletnie ignoruje. Elizabeth usiadła na krześle i założyla ręce na piersi na znak protestu. Nerwowo zaczęła tupać na zmianę obcasami. - To nie wszystko. Okazuje sie, że raport jest świetny i bardzo dobrze sie zapowiada dla firmy.- wygięła usta naśladując szefa. - Powinnaś sie wiec cieszyć. - Bardzo sie cieszę. I wiesz co? - Co?- spokój Emmy jeszcze bardziej ją wyprowadzał z równowagi. - Okazuje sie, że jedziemy razem do Aberdeen załatwiać interesy. Tym razem Emma oderwała sie od pracy zdziwiona. - Dwa dni przed Bożym Narodzeniem? - Tak. Nawet sie mnie nie zapytał. Zanim jeszcze wiedziałam kazał zabukować już Hotel. Czy to nie absurdalne? Może on nie ma co robić w Świeta, ale moja rodzina się wścieknie. I tak mnie wcale nie ma w domu. - Daj spokój. Nie masz nawet chłopaka. Twoi rodzice wiedzą że ciągłe pracujesz.- Elizabeth spojrzała się na nią z wyrzutem, więc dodała.- Ale mimo wszystko to nie fair. Kiedy lecicie? W ogóle udało mu sie znaleść coś wolnego na ten czas? - Nie lecimy. Jedziemy samochodem. Bo widzisz to jest takie pilne, że nie może poczekać tygodnia. Musimy sie osiem godzin wlec do Szkocji. Emma spojrzała niepewnie na koleżankę. Nie należała do wylewnych osób, ale z jej miny było widać, że rzeczywiście nie wyglądało to obiecująco. Oznaczalo to, że Jeremi Doherty znów przekracza granice i tym razem Elizabeth nie odpuści mu tego.

Już kiedy minęli Carlisle zaczęło lekko pruszyć. Niestety Jeremi nie mógł opuścić biura przed południem, ale widząc jej minę święcie zapewniał, że na pewno będą w Aberdeen przed szóstą. W to akurat mogła uwierzyć. Mercedes mknął po autostradzie niczym ptak. Nie czuć było w ogóle prędkości. Momentami nawet była bliska, żeby zasnąć. Ale Jeremi ciągle gadał jak najęty. Chwalił jej projekt. Chwilami nawet miała wrażenie, że wie skądś o jej chęci odejścia, bo wspomniał o podwyżce, czego nigdy wcześniej nie robił. Kiedy opuścili już autostradę. Było kompletnie ciemno. Nawałnica robiła się coraz gorsza. Elizabeth była naprawde zmartwiona. Czuła, że momentami samochód ślizga sie po lodzie, a Jeremi jedzie coraz wolniej. - Daleko jeszcze jesteśmy od Aberdeen? – zagadnęła niechętnie. W radiu podali komunikat, że pogoda się pogarsza. Mało tego, był wypadek na trasie z Dundee do Aberdeen. Jeremi, aż zaklął. I zatrzymał się na najbliższej stacji benzynowej. - Czy mogę się zapytać o co chodzi? Spojrzał niechętnie na mapę. Wyglądał na zmartwionego. - Niestety nasza jedyna droga do hotelu jest kompletnie zablokowana. Jesteśmy teraz tu.- wskazał palcem.- Mógłbym starać się znaleść jakieś drogi poboczne, ale obawiam się, że to może mieć mierne rezultaty. - Zwłaszcza dla mercedesa.- zadrwiła, choć puścił mimo ucha ten komentarz. Była wystarczająco zła, zmęczona i głodna. Dlatego właśnie nie miała nawet ochoty go posieszać. On coś analizował i planował. W końcu spojrzywszy na nią niepewnie zaznaczył coś na mapie. - Tu. –wskazał. - Co jest tu?- spojrzała na niego z ognikami w oczach. - Nie bedzie pani zła, jeśli zaproponuje pewną alternatywe? - Alternatywę? A jaką moge mieć alternatywę? Lekko sie uśmiechnął widząć jej rozzłoszczoną mine, ale zaraz doprowadził sie do porządku. Czuł, że nie zostawi na nim suchej nitki jezeli jej powie co ma do powiedzenia. - Mam wrażenie, że możemy nie dojechać do celu dziś w nocy. - Pięknie.- Ucięła mu cicho. - Nie, nie. Niech sie pani nie denerwuje mam rozwiązanie. Kiedyś tu z ojcem przyjeżdzaliśmy na ryby. Jakieś 10 mil stąd jest domek letniskowy. To znaczy nie zwykły domek letniskowy.- zaczął tłumaczyć- Taki duży dom drewniany. Możemy sie tam zatrzymać na noc i jutro pojechać jak posypią drogi. Nie mam zimowych opon. Czuje, że mogę daleko nie dojechać. Poza tym te korki...- skrzywił się. Tego było już za dużo dla niej. Był jej szefem, ale nie miał jej na własność. W czasie, kiedy jej rodzina przygotowuje sie do świąt, on ją wywozi na drugi koniec Anglii i jeszcze oświadcza, że bedzie musiala z nim jechać gdzieś w góry, bo on nie ma zimowych opon w swoim najnowszym mercedesie. - Nie zgadzam się.- od razu zaprzeczyła. –A nie możemy znależć jakiegoś hotelu tutaj? Poza tym jak pan sobie to wyobraża, że bez słowa pojade z panem gdzieś w góry do domku po środku nikąd. Pan wybaczy to nie był mój pomysł, żeby sie wybierać w tą podróż. Potrzebuje ciepłej kolacji, kąpieli i snu w świerzej pościeli. Bóg mi świadkiem, że to jest ostatni raz, kiedy mi pan taki numer wykręca.- dodała już ciszej. - Jak mam to rozumieć?- spytał naiwnie. - Tak ma pan to rozumieć, że takie wyjazdy planuje się z tygodniowym wyprzedzeniem. - Dbam tylko o interesy tej firmy. Nadarza sie niespotykana okazja, żeby zdobić świetny interes a pani mi prawi morały. - Na dzień przed świętami? Nie ma pan dla nikogo litości, nawet dla siebie. Jest pan egoistą i najgorsze jest to, że myśli pan, że nim nie jest. Uważam to za pana osobistą tragedię. Po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co powiedzieć. Zupełnie zbiła go z tropu. Rozumiał, że była zła na niego, ale takiej reakcji się nie spodziewał. Jeremi Doherty był raczej przyzwyczajony do delikatnych aluzji. Za każdym razem, kiedy jednak ktoś mu na to zwracał uwagę pozbywał się go właśnie z tego egoizmu. - Nikt tak do mnie zazwyczaj nie mówi. Ale składam ten fakt na to, że jest pani zmęczona. - Mam to gdzieś, co pan myśli. W ogóle to może pan właśnie przyjąć moją rezygnacje. Odchodzę z pana firmy i to z wielką przyjemnścią. Pan wybaczy, ale złożę oficjalną rezygnację, kiedy będą normalne godziny pracy, jak w cywilizowanym świecie.- Prawie płakała kiedy kończyła, choć powstrzymywała się z całych sił. Nie może widzieć jej takim mięczakiem, nie tak miało to wyglądać. - Chyba nie wpadnie pani w histerię. Wyglądał jakby się wcale nie przejął. Co jeszcze bardziej ją rozzłościło. - Nie jestem dzieckiem. Proszę mnie odwieżć do domu. - Oszalała pani. Jesteśmy 300 mil od domu. Prosze mi pozwolić sobie pomóć. Widzę już co ma pani na myśli. Jeżeli pozwolisz, Elizabeth, zebyśmy przeczekali tą cholerna pogodę w górach, to obiecuje, że odwołam spotkanie i odwiozę cię do domu na święta z samego rana.

To poskutkowało. Już po pół godzinie, jechali wąską dróżką w stronę ciemnej plamy, jak jej sie zdawało. Kiedy wysadził ją przed domkiem było ciemno i ponuro, a reflektory samochodu były jedynym oświetleniem. Jeremi szybko znalazł klucz i wprowadził ją do środka rzuciwszy szybko, żeby sie rozgościła. Była zdecydowanie zaskoczona „domkiem letniskowym”. Drewniany domek był ogrodzony wysokim płotem i bramą. W środku wszystko było zrobione na styl traperski. Stare belki wystawały z sufitu, ceglany kominek w salonie. Zapaliła światło i spostrzegła, że w zależności od ustawień dają inny rodzaj oświetlenia. Ładny domek letniskowy, pomyślała. Sama nigdy nie spodziewała się mieć takich liksusów w swoim mieszkaniu. Zdjęła zmoczony płaszcz i poszła do kuchni. Zamiast blatu był czarny marmur. Poza tym wszystkie sprzęty. Kuchenka, mikrofalówka, piecyk. Do środka wszedł Gospodarz z ich rzeczami. Położył je przy wejściu i za chwilę zaczął się rozglądać, jakby w poszukiwaniu czegoś. Po chwili wszedł do kuchni z satysfakcją na twarzy. - Wszystko jest. Moj ojciec był tu trzy tygodnie temu ze swoją nową żoną i zostawili bardzo dużo rzeczy. Miedzy innymi prowiant.-dokończył z trumfem. - Potrzebuje gorącej kąpieli i snu, nie jestem wymagająca.- wyglądała jakby wcale go nie słuchała. - Niestety musisz zaczekać. Woda będzie ciepła, kiedy napalę w kominku. - A kiedy napali pan w kominku? - Jeremy- Uśmiechnął się przyjażnie.- Myśle, że możemy sobie mówić po imieniu. - To kiedy napalisz w kominku? Jego dobry humor zdawał sie działać na nią zupełnie odwrotnie. Ale też miała powód, żeby być zła. Rzeczywiście wszystko miało wyglądać inaczej. Ale on też tego nie planował. Choć i tak stwierdził, że to było lepsze rozwiązanie niż tkwić w korkach do Aberdeen. Już miał odejść, kiedy odwrócił się do niej z wyrzutem. - Wiesz Elizabeth? Jeszcze nikt nigdy nie powiedział mi tyle niemiłych słów na raz, co ty dzisiaj. - Może sobie na nie zasłużyłeś, Jeremy. Specjalnie podkreśliła jego imię, żeby zlekceważyć tą sztuczną zażyłość jaką zaproponował. Ale on nagle zobaczył w niej zupełnie inną osobę. To znaczy zawsze taka była. To było najdziwniejsze. Właśnie sobie uświadomił, że ona nigdy w zasadzie nie szczędziła mu swoich opinii na jego temat, ale jakoś do tej pory ignorował to zacięcie. Może dlatego, że była swietnym pracownikiem. A teraz będzie chciała go opuścić i z wyrazu jej twarzy widział, że jest zdeterminowana to zrobić. - Może i tak, ale ja i tak uważam, że podjąłem słuszna decyzję.

Godzinę póżniej w końcu było ciepło i przytulnie. Woda zrobiła się znośna do umycia, a podłoga przestała być zimna jak kamień. Jeremy oświadczył, że co prawda dom wygląda na spory, ale jest tylko jedna sypialnia i salon. Szarmancko oddał jej sypialnię, a sam postanowil spać w dużym pokoju. Niestety łazienka była tylko jedna. Elizabeth zamknęła się niechętnie pod prysznicem, stwierdzając, że w tym domu nie ma zamka w łazience. Jeremy musiał jej tłumaczyć, że są dorosłymi ludzmi i powinni sobie ufać. W końcu z ulgą stwierdził, że ją przekonał. Był zajęty przeglądaniem jakichś płyt ojca z ostatniej wizyty, kiedy weszła do pokoju umyta i odświerzona z kręcącymi sie czarnymi włosami niemal do pasa. Nie wiedział, co sie z nim stało. Poprostu zaniemówił na chwilę. Miała na sobie obcisły biały podkoszulek, dopasowane dzinsy i zero makijażu. Zamroziła go swoimi niebieskimi oczami spoglądającymi na niego nadal z wyrzutem. Zaczął sie zastanawiać, gdzie on miał do tej pory oczy. - Łazienka wolna. – rzuciła zmęczona. - Super. –odparł sztucznie.- Wiesz nie jestem zbyt dobry w przygotowaniu posiłków. Może jak pójde sie umyć to zobaczysz, czy coś da sie z tego zrobić, co jest w kuchni. Jeszcze bardziej go zmroziła spojrzeniem niż przed chwilą, ale odparła spokojnie. - Niestety, źle trafiłeś. Ja też w tym nie jestem dobra. - No co ty. Kobiety mają wrodzoną smykałkę do tego. - To samo zawsze myślałam o was. Poza tym praca dla ciebie ogranicza moją edukację kulinarną. Nie powiem, żeby domowe obiadki były u mnie częste. Chwilę się zastanawiał, po czym odłożył płyty i ruszył w stronę swojej walizki. - To nic. – miał anielską cierpliwość dla niej, sam nie wiedząc czemu. Komuś innemu już dawno sprałby tyłek.- Coś wymyślę, jak się wykąpię. – I zniknął w łazience.

Ale nie musiał myśleć. Elizabeth w międzyczasie zgłodniała. Swoją drogą to ile można się kapać, pomyślała. Z niechęcią zaczęła przetrząsać szafki. Wszystko, co znalazła to kilka puszek i jakieś torby suchego prowiantu. Zaczęła podgrzewać Fasolę z puszki i dodała do niej jakieś suszone warzywa. Z satysfakcją stwierdziła, że wyszło z tego coś alla „meksykańskie żarcie”. Ugotowała do tego ryż i posypała ziołami. Nie należała do świetnych kucharek, więc tym bardziej była z siebie zadowolona. Kiedy już zaczęła szukać w szafkach talerzy, niepostrzeżenie w drzwiach pojawił sie Jeremy. Zobaczył ją zanurzoną prawie całą w dolnej szafce, z której wystawał tylko jej tył. Całkiem zgrabny zresztą. Ale najbardziej zaskoczyło go jeszcze dymiące się jedzenie w garnku. - No, no. – odezwał się nagle.- A jednak coś tam potrafisz. Zarwała się nagle z podłogi zaliczając również głową blat i stanęła naprzeciw niego lekko speszona. - Szukałam talerzy.- zaczęła przyglądając mu się uważnie. To było oczywiste dla niej, że Jeremi był przystojnym męszczyzną, ale nigdy nie przypuszczał, że jego urok dosięgnie również ją. Nie w garniturze wyglądał na jakieś 10 lat mniej. Większość kobiet się za nim uganiała. To jedno, że miał pieniądze, a drugie, że był całkiem przystojny. I niebezpieczny dla niej, kiedy stał blisko, pachnący jeszcze żelem pod prysznic. Albo jej sie zdawało, albo to był jej żel pod prysznic! A ona jak zwykle robiła z siebie idiotke. Stała osłupiała pocierając sie o zbitą głowę. I jeszcze ten tekst: Szukałam talerzy. Co to w ogóle ma być? - Są na górze.- wskazał kredens z boku, po czym widząc jej rozbitą głowę, chciał obejrzeć ją bliżej.- Trzeba przyłożyć coś zimnego. Cofnęła sie jak oparzona. Jeremy zatrzymał się w pół kroku. - Nie musisz zgrywać bohaterki. Chce ci pomóc, a ty zachowujesz się jak dziecko. - Już mi pomogłeś.- odprychnęła, przykładając łyżkę do narastającego guza. - Ok, dosyć tego panno Taylor.-oparł się dumnie o blat kuchenny. W końcu zaczął przypominać Jeremiego szefa, a nie Jeremiego playboya. Wolała go takim. Poczuła sie pewniej, niż przed chwilą. Nie chciała, żeby robił do niej ślimacze oczy, czy obchodził się jak z jajkiem. Był jej szefem, a nie zwykłym facetem. Romanse w pracy były niedopuszczalne. W tym momencie przypomnieli jej się ludzie z pracy. Jeknęła w duchu. Miała nadzieje, że nikt nigdy sie nie dowie, że spędzi z nim noc sama w domku letniskowym. Odzyskała część pewności siebie. - Tak? - wysiliła sie nawet na uśmiech. - Staram się być miły, nie wiem, czy pani zauważyła. Czuję się w pewien sposób winny za tą całą sytuację. - Więc oczekuje pan rozgrzeszenia i może nawet podziękowania. - Słucham? Niemal nie wybuchnęła śmiechem widząc jego minę. Wyglądał na kompletnie zbitego z tropu. Elizabeth odłożyła swoją łyżkę spowrotem do szuflady i uśmiechnęła się jakby prubowała go oczarować swoją bystrością. - Wiem że czuje sie pan podle... - Jeremy... - Ok, Jeremy. Wiem, że czujesz się podle i chcesz,żebym ci w końcu wybaczyła ten głupi wyjazd do Aberdeen. Chcesz, żebym się rozchmurzyła i rzuciła nawet jakiś dowcip o tej całej sytuacji. Myślisz sobie że może, gdybyśmy się wysilili moglibyśmy spędzić miły wieczór. Doceniam to. Dowiedz się wiec, że ci już wybaczyłam. Nagle zrobił zadowoloną minę, ale niepewnie zapytał. - To czemu jesteś dalej taka zła? - Dlatego, że jestem 300 mil od domu, jak to ująłeś, a jutro są święta. Musze spędzić to noc z własnym szefem, który mnie tak urządził. I zapowiadam ci, Jeremy, jeżeli to się wyda i w poniedziałek po świętach będę musiała słuchać plotek o nas za swoimi plecami to, to... Jeremy patrzył na nią jakby była bąbą jądrową i miała zaraz wybuchnąć. Ale nie wiedząc czemu nie mógl się pozbyć swojego typowego zachowania. - To, co? - Ochh, nic! Możemy już coś zjeść? Odwróciła się na pięcie i zaczęła sobie nakładać. Chwilę jeszcze popatrzył się na nią i poszedł do pokoju. Nie mógł zrozumieć co było takiego w Elizabeth, że cały czas czuł się winny. Była tylko jego pracownikiem, wiec nie powinien sie tym przejmowac. Oficjalnie tak czy siak była w pracy, dostawała i za to pieniądze. Z tego co wiedział, to nie miała żadnego chłopaka, ani męża, ani dziecka. Dlatego właśnie ją wytypował na tą podróż. Nie miał pojęcia, że miała go dosyć i planowała odejść. Nagle coś go dotknęło. Może nie był ideałem, ale nikt nigdy nie zarzucał mu egoizmu. Ciężko pracował i to nie tylko dla siebie. Jego pracownicy mieli nadal swoje posady dzięki temu, że podejmował trafne decyzje. W tym biznesie konkurencja był duża. Do tej pory tylko jedna firma zdążyła mu dotrzymać kroku. Weszła Elizabeth z dwoma talerzami w dłoniach. W przyciemnionym świetle wyglądała jeszcze bardziej apetycznie. Gdyby nie jej nerwowy charakter mógłby sie nad nią poważniej zastanowić. A może zachowywała się tak dlatego, że znaleźli się tu sami we dwoje. To mogła być dość duża pokusa dla młodej dziewczyny. Może ona jest wstydliwa i ciągle w głowie jej świtają brzydkie myśli na jego temat. Uśmiechnął się, choć było to mało prawdopodobne. I nagle w głowie zaświtała mu myśl. Na pewno ojciec gdzieś tu schował jakieś mocnejsze trunki. Może by tak pomóc jej sie rozluźnic, albo pociągnąć ją za język. To może być ciekawe. - Mogę zapytać się z czego się tak śmiejesz? - Myślę o czymś. Zaczekaj chwilkę, zaraz się pojawię.

Bingo! Myślał sobie nalewając jej kieliszek wina, które znalazł w komodce. - Rocznik 1950ty. Ojciec pije tylko dobre wina. Elizabeth wzieła od niego kieliszek z cieczą podobną do szkarłatu. Bała się wsadzić nos do środka, a co dopiero upić łyk. - O moj Boże. – szepnęła- Nie złaja cię za to? Takie trunki zostawia sie tylko na specjalne okazje. - No problem. – odparł spokojnie. – On wie co dobre, ale też zawsze mi powtarzał, żebym sobie nie żałował, wiec nie powinien mieć pretensji. Wyglądał jakby miał od dawna skrywany uraz do niego. Nagle spochmurniał, kiedy zaczął go wspominac. Elizabeth upiła łyk rozkoszując sie bogatym aromatem. Jeremy z triumfem patrzył na jej rozmarzoną minę. - Co widzisz? Bogate krzaczki winogron? Uśmiechnęła sie z przymkniętymi oczami. Jeremy specjalnie przygasił światło i zaproponował siedzenie przy kominku, zeby było intymniej do bardziej głębokich zwierzeń. - Nie. Widzę winnice mojego dziadka. - Naprawde?- zdziwił się. - Tak.- spojrzała na niego bardziej przytomnie.- Robił coś badzo podobnego. Moja mama jest Włoszką. Uwiodła mojego ojca, kiedy był na wakacjach na Sycylii. Zabawne co? - Ale nie jest chyba córką żadnego gangsera? Był wyraźnie zafascynowany jej pochodzeniem i dobrym smakiem. - Nie. – od razu zaprzeczyła śmiejąc się- też była na urlopie. Cóż za zagadkową istotą była nagle dla niego. Poczuł, że jej towarzystwo było mu bardziej potrzebne niż mu sie wydawało. - Twój ojciec, wspomniałeś, ma nową żonę. - Tak.- odparł niechętnie, nie chciał o nim mówić, ale po chwili dodał.- Ile masz lat Elizabeth? - Skończe 28 w grudniu. - No właśnie. Moja kolejna macocha jest w twoim wieku. Elizabeth wyczytała z jego miny złość na ojca. - I to rozumiem ci się nie podoba. - A tobie by sie podobało? Mój ojciec zawsze lubił pić wodę z wielu żródeł, ale na starość chyba mu sie coś dzieje ze zdrowym rozsądkiem. - Każdy ma słabości Jeremy. Nawet twój ojciec. Moim zdaniem to szczęscie zakochać sie w takim wieku. Był bardzo zaskoczony jej uwagą. Ale chyba nie podobała mu sie zbytnio. - Wątpie, żeby jej uczucia do niego można było nazwać miłością. Raczej liczy na to, że zostawi jej coś, jak kipnie. - Jesteś bardzo okrutny dla niej i swojego ojca. Poza tym z tego, co wiem to niedaleko pada jabłko od jabłoni. Miał całkowitą racje, że już po jednym kielichu czegoś sie dowie od Elizabeth Taylor na swój temat. Ale wolałby, żeby to była mniej uszczypliwa uwaga. Poruszył sie niespokojnie, czekajac aż jej twarz wynurzy sie z pustego juz kieliszka, żeby jej sie odwdzięczyć komentarzem. Ale kiedy zobaczył czewone obwódki wkoło jej ust i głupkowaty dziecęcy wyraz twarzy, uśmiechnął się tylko i pokręcił głową. - Coś nie tak z moją fryzurą? – spytała zdziwiona. - Kiedyś ktoś mi powiedział,że wino sie pije a nie żłopie. Ja nawet do połowy nie doszedłem. - Bo nie jesteś taki szybki.- ucięła. Z zastanowieniem wpatrywał sie w jej oczy. Czekał na jakąkolwiek oznakę słabości. Jednak zobaczył w nich zgubę dla siebie. Doskonale trzymała się na wodzy, choć z drugiej strony miał wrażenie, że specjalnie chce wczesniej skończyć ten wieczór. - Co znaczy, że niedaleko pada jabłko od jabłoni.- zaczął poważniej. - Zapomnij, co powiedziałam. – zaczęła się tłumaczyć.- Pijanej kobiecie sie wybacza.- uśmiechnęła się uwodzicielsko. - Kokietujesz mnie? To stwierdzenie wydalo jej sie bardziej uszczypliwe niż, gdyby powiedział, że schlała się jak ostatni żul. Zrobiła obrażoną minę i od razu postarała się przywrócić do porządku, ale postanowiła rozmawiać z nim szczerze tak jak tego od niej oczekiwał. Tyle mogła mu zaofiarować. - Daj spokój. Oboje wiemy jaką masz reputacje. - To znaczy jaką.- oburzył się. - No wiesz... - Nie wiem. Wydawało mi sie, że ludzie z którymi współpracuje widzą we mnie profesjonalnego faceta z zasadami i dobrego inwestora. - Wszyscy mówią o tym ile masz kobiet i jak zmieniasz partnerki. Srednio co dwa tygodnie w gazecie pojawia się twoja nowa zdobycz i domysły na temat nowej miłości. - W jakich gazetach? Miałem o pani lepsze zdanie. Myślałem, że nie ocenia pani ludzi w ten sposób. Wyglądał na bardzo zawiedzionego.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych