Wróć do katalogu

Wielki odlot

Śmierć to koniec? A może początek...

djas, opublikowano , 38 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1.

Ciemności powoli, lecz zdecydowanie ustępowały miejsca jakiemuś znanemu obrazowi. Wokół dominowała biel. Białe ściany, białe okna, drzwi. Białe łóżko, pościel, a pod nią rażący kontrastem, ciemniejszy od wszystkiego tu, kształt. Powoli wyostrzał mi się wzrok. Mogłem już bez kłopotów rozszyfrować, czym jest ta plama, zakłócająca harmonię otoczenia, niczym rysa na szkle. Najgorsze było to, że nie byłem zaskoczony tym, co ujrzałem. To byłem ja, choć nie całkiem. Pod pościelą leżała tylko bezduszna kukła, podłączona do całej masy urządzeń, podtrzymujących życie. To uświadomiło mi, że moje ciało wciąż jeszcze żyło. Kim więc, lub czym byłem właściwie ja? Ten stojący z boku? Duchem? A może to tylko senna mara, koszmar, z którego zaraz się obudzę, zapominając o wszystkim w natłoku codziennych, nic nie znaczących spraw? Jednak tego jednego byłem najzupełniej pewien – to nie był sen... Tymczasem moje ciało najwyraźniej umierało, a to, czymkolwiek teraz byłem, patrzyło na konającą powłokę, nic nie mogąc poradzić. Bezsilność była bardzo bolesna. Przyjmując to z pokorą nagle zadałem sobie pytanie: co sprawiło, że byłem w tym stanie? Postanowiłem zanurzyć się w odmęty wspomnień. Powoli wyłączyłem obraz sali szpitalnej, a przede mną, jak na ekranie pojawił się tamten dzień, ostatni dzień...

2.

Poranek był cudownie upalny, tak było zresztą już od dłuższego czasu. Kochałem słońce, ono zawsze dawało mi nadzieję na przyszłość. Wiarę, że będzie lepiej, że stagnacja i marazm są tylko przystankiem, do czegoś lepszego. Na pierwszy rzut oka nie różniłem się od innych ludzi, dochodząc przez lata do perfekcji w zachowywaniu pozorów rozkoszowania się beznadziejnością egzystencji. Wyszedłem na zakurzoną, szarą ulicę. Znałem ją tak dobrze, niczym nie mogła nigdy zaskoczyć. Te same twarze osób biegających zawsze w te same miejsca z tym samym pustym wzrokiem. Szedłem bez celu, nie mając aktualnie żadnych obowiązków. Były wakacje, więc mogłem pozwolić sobie na luksus nicnierobienia. Skierowałem się do parku, by tam rozkoszować się doskonałością aury. Usiadłem na ławce, była gorąca od oślepiających promieni złocistej gwiazdy, jeszcze tak niedawno czczonej, jako Boga. To akurat według mnie nie było aż tak błędne. Przecież to w końcu wokół niej kręci się cały nasz układ planetarny, a przede wszystkim dzięki tej ognistej kuli istnieje życie na Ziemi. Coś więc w tym było. Przerwałem na chwilę moje teologiczno – filozoficzne rozmyślania, bo nagle ujrzałem ją. Kim była? Właściwie nikim szczególnym. Zwykłą szarą myszką, nawet nie wyjątkowo piękną, czy zgrabną, ale dla mnie była doskonała. Znałem ją jeszcze ze szkoły, chodziła w liceum do równorzędnej klasy, ale tylko raz zdobyłem się na odwagę, by do niej podejść i zagaić rozmowę. Jeśli cokolwiek do niej czułem, to był to wzorcowy przykład miłości platonicznej, o ile tak bezgranicznie egoistyczna osoba, jak ja, potrafiła kogokolwiek kochać? Miałem powody, by w to wątpić. Całe moje życie było nie kończącą się walką o przetrwanie w tym stworzonym z całą pewnością nie dla mnie świecie. Nie. Nie mogłem powiedzieć, że szedłem po trupach do celu, nigdy nie starałem się nikomu zaszkodzić, bo i po co? Ludzie mają swój świat, który jest dla nich wszystkim. Ja byłem czegoś takiego pozbawiony. Nie zazdrościłem jednak tego nikomu... Byłem ateistą. Brak wiary w jakiegokolwiek Boga nie ułatwiał mi mojej marnej egzystencji, chyba miałem coś z bohatera romantycznego. Znów otrząsnąłem się z natłoku banalnych myśli. Patrzyłem na jej oddalającą się postać. To chyba ona wprowadziła mnie w nienaturalny dla mnie nastrój, a może to tylko ten upał? Z ulgą przyjąłem powrót do władzy faworyzowanego przeze mnie chłodnego intelektu. Rozważałem różne warianty przyszłości, neurony pracowały wolnym rytmem, mogłem tak siedzieć godzinami.

3.

Postanowiłem coś zjeść. To była jedna z niewielu czynności, którą ceniłem. Piękna pogoda wcześnie wygnała mnie z domu, więc nie zdołałem przygotować sobie żadnego solidnego posiłku. Zresztą nie chciało mi się ślęczeć w kuchni. Nieopodal znajdował się całkiem niezły bar. Drogi, ale wart wydawanych w nim pieniędzy, a te są w końcu po to. Podniosłem się leniwie z miejsca i ruszyłem w stronę ulicy. Jej asfaltowa nawierzchnia musiała być miękka. Temperatura z całą pewnością przekraczała dziś 30 stopni. Lekko zamyślony podążałem we wcześniej upatrzonym kierunku. Doszedłem do jezdni. Ulica była ruchliwa, toteż znalazłem się w kilkunastoosobowej grupce ludzi, jak i ja czekających na możliwość przejścia. Wreszcie nadarzyła się ku temu okazja. Cóż o łódzkich kierowcach mawiało się, że są najgorsi w Polsce. W tych nielicznych przypadkach, kiedy auta zatrzymywały się przed przejściem, przepuszczając pieszych, były to auta z rejestracjami innych regionów. Na odcinku między jezdniami znów się zatrzymałem. Nadjeżdżał tramwaj. Nie śpieszyłem się specjalnie, więc nawet nie drażniło mnie takie mozolne pokonywanie kilkudziesięciu metrów miasta. Jednak ktoś postanowił przebiec przez tory. Był jeszcze czas, nim pojazd Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji zablokuje przejście. Zacząłem rozglądać się po tłumie, stojących na przystanku, ludzi. Poruszyły mnie jednak pełne przerażenia słowa, stojącej obok mnie, kobieciny w podeszłym wieku. - Matko przenajświętsza!!! Do tego doszedł gniewny pomruk sygnału ostrzegającego, pochodzącego z nadjeżdżającego tramwaju. To kazało mi spojrzeć w kierunku przejazdu. Dopiero teraz poznałem, kim była postać stojąca bezradnie, dokładnie w miejscu, przez które zamierzała przejechać ostro hamująca maszyna. To była ona! Nie mogła uwolnić obcasa, który zaklinował się w jednym z torów. Nie mogła zdążyć odpiąć paska... To, co nastąpiło potem było zaskoczeniem nawet dla mnie samego. Zerwałem się z miejsca i bijąc chyba rekord w skoku w dal, siłą mojego rozpędu, mimo oporu, jaki stawiało jej uwięzione obuwie, pchnąłem dziewczynę przed siebie. Wytrąciłem ją dosłownie w ostatniej chwili, samemu tracąc impet. Docierał do mnie krzyk ludzi i dźwięk wciąż hamującego kolosa. Wciąż byłem w powietrzu, zastanawiając się, jak upaść, by nie zrobić sobie krzywdy. „Egoista w każdym calu”, przeleciało mi przez głowę. Trwało to wszystko ułamki sekund. Potem poczułem BÓL. Potworny, rozdzierający, tłamszący myśli, ból. Ciemność, cisza, pustka. Pierwsze, co do mnie dotarło, to potworny zgiełk. Głosy; setki, tysiące, może miliony głosów kotłowało się wokół. Nigdy dotąd nie odczuwałem czegoś tak niepojętego. Następnie zobaczyłem ciemność. Nie był to mrok bezksiężycowej nocy, to było niezmierzone morze czerni. Teraz z kolei zaczynały do mnie docierać zapachy. Te miłe, jak świeżego wiosennego poranka, ale i te, które dotąd uznawałem za nieznośne. Te ostatnie jednak w najmniejszym stopniu mnie nie drażniły. Zawsze ceniłem swoją zdolność chłodnego rozumowania. Surowe, logiczne myślenie niejednokrotnie pomogło mi wybrnąć z trudnych sytuacji. W tej chwili nie byłem jednak w stanie skupić myśli, rozpierzchniętych niczym gwiazdy w bezmiarze kosmicznej pustki. Mijał czas, lecz nie wiedziałem, czy były to sekundy, czy wieki? Byłem bardzo samotny, lecz nie sam. Głosy dookoła raz nasilały się, a raz milkły prawie zupełnie. Chyba się bałem. Nagle poczułem, jak atmosfera gęstnieje. Przestałem słyszeć cokolwiek. I wtedy TO wytrysnęło. Z mrocznych czeluści wystrzeliła miażdżąca fala światła, idąc wprost na mnie. Uderzyła, przenikając przeze mnie, jak wiatr wdzierający się między liście drzew. Ogarnęło mnie cudownie upojne uczucie błogości. Chciałem tak trwać na zawsze. Byłem wolny, pozbawiony trosk, zła, które we mnie dotąd tkwiło. Moja świadomość pojmowała naraz miliony uczuć, wypełniających teraz całego mnie. Nikt nigdy dotąd nie mógł ogarnąć naraz tyle szczęścia, miłości i wzruszeń, ile ja w tej jednej chwili. Chwili? A może wieczności?... W mgnieniu oka wszystko zniknęło, a ja zostałem porwany, nie wiedząc, dokąd i przez jaką potężną siłę? Moje myśli pomknęły za mną i dopiero teraz mogłem poskładać je w mozaikę mojej osobowości. Siła zaczęła słabnąć. Rozumiałem, że zbliżał się kres podróży. Znów zacząłem przyjmować na siebie mieszające się gorącą falę miłości i lodowatą nienawiści; przytłaczającą niemocy i wzniosłą pożądania. Wystarczyło jednak, bym tego zapragnął, a stonowane nagle uczucia przestały być dokuczliwe. Wyrwałem się z chaosu, jaki panował wokół i zacząłem myśleć, starać się zrozumieć to wszystko, czego byłem świadkiem i uczestnikiem...

4.

Co to było? Nie miałem pojęcia. Moje przeżycia nie dawały się porównać z niczym, czego kiedykolwiek doświadczyłem. Widmo przeszłości rozwiało się na dobre. Znów wrócił obraz szpitala. Monotonia upajającego spokoju została nagle przerwana otwarciem się drzwi. W nich pojawił się człowiek ubrany w niebieski kitel. Nie on jednak pierwszy przekroczył próg sali. Wymownym ruchem ręki wprowadził moją najbliższą rodzinę. Matka miała zaczerwienione i zapuchnięte oczy. Ojciec zachowywał pozorny spokój, choć na jego kamiennym obliczu widać było cierpienie. Moja młodsza siostra, niebrzydka szesnastolatka, jako jedyna zachowywała się spokojnie. Zawsze była optymistką. Wyznawała zasadę, że jeśli czegoś bardzo się pragnie, to zawsze się to otrzymuje. Ta dziewczyna była uosobieniem dobra, była mi bardzo bliska. Zawsze szczera, zawsze uśmiechnięta, dawno nie widziałem jej aż tak skupionej. Mimo to bił od niej optymizm, jak zwykle zresztą. Będzie mi jej brakowało, gdy już odejdę... Lekarz wszedł za tą trójką, zamykając za sobą drzwi. - Jest w bardzo ciężkim stanie. Od tygodnia nic się nie zmieniło, wciąż nie widać oznak poprawy. Jeśli taki stan się przedłuży będziemy musieli... - Rozumiemy to. – wtrącił stanowczym tonem ojciec. - ... jednak jesteśmy dobrej myśli, jego szanse oceniamy na czterdzieści procent. – dokończył lekarz, po którego wystąpieniu zapanowała nienaturalna cisza. - Mogę na chwilę do niego podejść? – zapytała Ania – Tylko coś mu szepnę, dobrze? Medyk skinął przyzwalająco głową. Mój mocno wyostrzony słuch skupił się na siostrze. - Braciszku... – szepnęła – Trzymaj się... – pocałowała mnie przy tym w polik. Łza zakręciłaby mi się w oku, gdybym tylko mógł płakać. Odkąd skończyłem trzy lata nie płakałem nigdy, tak przynajmniej twierdzili rodzice. A w tej chwili tak bardzo tego pragnąłem. Pragnąłem być z nimi, powiedzieć im, że jestem, że... - Lepiej już chodźmy. – stwierdził stanowczo lekarz. Powoli opuszczali pomieszczenie. Bardzo chciałem pobiec za nimi. Tuż po uzmysłowieniu sobie tego pragnienia popłynąłem. Zrozumiałem metodę poruszania się. Wystarczyło tylko tego chcieć. Płynąłem więc wolno. Na korytarzu do mojego lekarza podszedł inny. - Kazik, mogę cię na chwilę prosić? – zapytał. - Przepraszam na chwilę. – obaj odeszli kilka kroków – Co jest? - To ci od tego chłopaka? - No... - Nic z niego nie będzie, to złom. - Wiem, potrzymamy go jeszcze trzy, cztery dni i zwalniamy łóżko. Napomknąłem im o tym i raczej ze zgodą nie będzie problemów. - Mhm. – przytaknął rozmówca – Słuchaj, jedziemy jutro z Ewą... Nie interesowała mnie dalsza część rozmowy, nie dotyczyła, bowiem, mnie. Mój egoizm pozwalał mi zajmować się tylko samym sobą. Zresztą wiedziałem już wszystko. Za kilka dni będę gnił w jakimś ciemnym grobie. Trudno. Byłem pewien, że wraz ze śmiercią wszystko się kończy. Teraz też, mimo mojej mistycznej postaci. Uważałem ją za zwykły wybryk natury. Jednak skoro wciąż jeszcze trwałem w tej formie, postanowiłem po raz ostatni obejrzeć sobie świat, który zostawiałem bez żalu. Kogo chciałem zobaczyć? Dom, przyjaciół i ją. Zacząłem od niej.

5.

Zapragnąłem być przy niej i znów zostałem uniesiony. Wrażenie, jakie odnosiłem podczas podróży nie dało się porównać z żadnym przemieszczaniem się cielesnym. Najbardziej chyba przypominało sunięcie wraz z prądem rzeki, niosącej swą powierzchnią łagodnie, lecz zdecydowanie. Znalazłem się w zamkniętej przestrzeni jej pokoju. Nigdy wcześniej tu nie byłem, rozglądałem się, więc ciekawie, nie wiem dlaczego pragnąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Ściany były oklejone fototapetą, rzeczą raczej niemodną, ale prezentującą się tu bajecznie. Zewsząd otaczał nas delikatny szum lasu nad małym, niewinnym strumykiem. Zieleń liści, brąz smukłych drzew, oraz błękit odbijającego się w płynącej gdzieś przed siebie wodzie nieba upajały swą doskonałością. Słońce z trudem wdzierało się do tej oazy spokoju, symbolicznie, lecz stanowczo ukazując swą dominację nad światem. Meble, dywan, książki, wszystko, co powinno znajdować się w pomieszczeniu stało, lub leżało uzupełniając wystrój wnętrza. Głęboko w fotelu, wsłuchana w dźwięki nastrojowej muzyki, muskana przez jej łagodne brzmienie, siedziała ona. Była odwrócona tyłem do okna, przez które wpadał orzeźwiający blask. Jej oczy utkwione były w ścianie, żyjącej swoim monotonnym rytmem. Ta piękna dwudziestolatka była smutna. Jej pierś unosiła się miarowo, lecz oddech drżał. Nie chciałem zapamiętać jej takiej, pragnąłem, by się uśmiechnęła. Jeden mały uśmiech i mogłem odpłynąć gdzie indziej. Lecz nic nie wskazywało, bym szybko doczekał się upragnionego widoku. Postanowiłem poczekać na ten drobny gest z jej strony. Usłyszałem pukanie do drzwi. Dziewczyna też wyrwała się z apatii, odwracając głowę w kierunku, skąd dochodziło ciche, kilkukrotne uderzanie w szybę. - Proszę. – powiedziała niezbyt głośno. Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła czterdziestokilkuletnia kobieta. - Może wreszcie coś zjesz? – spytała ostro, choć wyczułem w jej głosie nutkę zatroskania. - Nie. Dziękuję. – odparła zdawkowo dziewczyna, znów odwracając wzrok ku ścianie. - Marta! Nie możesz się tak ciągle zamartwiać, to nie twoja wina! - A czyja, co? – rzuciła gniewnie. Chciała coś jeszcze dodać, lecz zamilkła. - Tak widać musiało być. – matka zmieniła ton na delikatniejszy – Musimy się cieszyć, że ty jesteś cała, że znalazł się ktoś taki i, że ty nie... Boże nie przeżyłabym twojej śmierci. – rozpłakała się. - Nie płacz, mamo. Wiem, że masz rację, ale zrozum, trudno mi jest dojść do siebie. Nie wiesz, jak bym chciała, żeby to się nigdy nie zdarzyło. Nie wiesz, jak ja się wtedy bałam. Chciałam się uwolnić, ale nie mogłam. I ten tramwaj, on tak szybko się zbliżał. Wtedy poczułam, jak coś we mnie uderza, wyrwałam nogę, poleciałam do przodu, a potem ta krew. Myślałam, że jest moja, ale to była jego krew. Zobacz, chodziliśmy razem do szkoły, a ja nawet nie miałabym ochoty z nim porozmawiać, tylko dlatego, że był trochę dziwny. Ale to ci normalni stali i patrzyli jak... To takie straszne. Jaka ja jestem małostkowa. On teraz umiera, a ja użalam się nad sobą. Masz rację, powinnam coś zjeść... Matka podeszła do Marty i przytuliła jej głowę. Trwały tak chwilę, po czym starsza z nich wyszła z pokoju, zamykając drzwi. Spokojna muzyka nadal tańczyła wśród konarów drzew, kołysząc je do snu...

6.

Nie doczekawszy się uśmiechu na twarzy Marty, skierowałem się do mieszkania jednego z przyjaciół. Siedzieli tam obaj. Wszyscy, którym nawet ufałem, a nie należeli do najbliższej rodziny. Na stole stała butelka „Wyborowej”, opróżniona już w połowie. Były też dwa puste kieliszki, chleb i parówki. Panowało milczenie. Lubiłem ich towarzystwo. Byli wesołymi ludźmi, potrafiącymi bawić się każdą chwilą. Przy moim podejściu do życia stanowili odskocznię od nudnych reguł gry o byt. - Polej! – rzucił Pepsi. - Poczekaj, skończę. – rzucił niewyraźnie Muniek, szybko przeżuwając posiłek. Pepsi tylko chrząknął i sam wziął się za wypełnianie dwóch pustych „pięćdziesiątek”. Muniek tymczasem otworzył szeroko usta, by wepchnąć w nie dość dużą końcówkę kromki. Intensywnie ruszał żuchwą, by w końcu przełknąć wszystko. Zawsze lubił jeść... Wziął głęboki oddech, sapnął z ulgą i złapał za kieliszek. - Za co pijemy? Znów za tego gamonia? – spytał Pepsi. - Trzeba, on też by pił za nasze. Anka jest przekonana, że będzie żył, może ma rację? To był dobry kumpel, ale żeby skończyć w tak głupi sposób... - Bo był głupi. Po jaką cholerę się tam pchał. - Wiesz, kto to był. To o niej zawsze mówił, jako o swoim ideale kobiety. Zawsze mu mówiłem, żeby podszedł, zagadał, raz nawet z nią zatańczył w szkole na jakiejś imprze. Chyba go zlała, tak mi się coś zdaje. No i odpieprzył numer. Ja bym tego nigdy nie zrobił, tylko jego było stać na taki numer. Zawsze wszystko miał w dupie, nawet swoje życie. No... – Muniek uniósł w górę dłoń z trunkiem. Przełknęli krzywiąc się z niesmakiem. - Obrzydliwa, za ciepła. Weź no ją wstaw do lodówki, bo następnym razem jeszcze haftnę. – Pepsi był wyraźnie w złym humorze. - Anka twierdzi, że nawet jej nie chcą wpuścić na salę. Cały czas siedzi na korytarzu. Do domu wpada tylko na żarcie. Wiesz, że ona tam nawet śpi? - Co ty z tą Anką? Przecież to szczeniara. - Wiem, ale fajna z niej psiutka. - Zaszumiało ci w łepetynie? No co ty? - Niepotrzebnie dzisiaj pijemy. Powinniśmy iść do szpitala. – Muniek odrobinę zmienił temat. - Po cholerę? Siedzieć pod drzwiami? I tak mu nie pomożemy. - Jutro pójdę... - Tylko po trzeciej, bo do drugiej robię... – Pepsi zamyślił się, spojrzał smętnie na podłogę, nagle o czymś sobie przypomniał, podniósł wzrok – No kurde, jak już nie zaniosłeś tej flaszki, to się nie bierz znów za żarcie, tylko polej!

7.

Ania siedziała sama w pustym korytarzu, tylko czasami pojawiała się tu jakaś pielęgniarka. Przybliżyłem się do siostry, czytała jakiś skrypt. Jej wewnętrzny spokój nadal był widoczny. Miała naprawdę wielkie serce, szkoda, że postanowiła zmarnować wakacje przeze mnie. To było niepotrzebne, ale wzniosłe. Od strony wejścia na oddział usłyszałem kroki. Nie musiałem się odwracać, by tam spojrzeć, to niesamowite uczucie. Trochę byłem zaskoczony, gdyż osobą, która zakłóciła atmosferę ciszy, była Marta. Wyglądała lepiej, niż w domu, delikatny makijaż podkreślał jej urodę. - Przepraszam, cię. Ty jesteś jego siostrą, tak? – spytała. Ania oderwana od ciekawej, zapewne, lektury spojrzała na przybyłą spode łba. - Tak, a co? – odparła chłodnym głosem. - Wiesz, to ja jestem... - Wiem. I co z tego? – Ania była na kogoś zła! Nie za bardzo mogłem w to uwierzyć. - Można wejść do środka? – Marta wskazała na salę, w której leżały moje przyszłe zwłoki. - Jak by było można, to myślisz, że siedziałabym tu, a nie tam? – z coraz większym zainteresowaniem przyglądałem się atakom siostry. - Rozumiem, że jesteś na mnie wściekła, ale stało się i już nic na to nie mogę poradzić. I skłamałabym mówiąc, że wolałabym być na jego miejscu. Wierzę, że z tego wyjdzie i będę się mu mogła jakoś odwdzięczyć. Tyle, że nie wiem, czy będę w stanie spłacić taki dług. - Ja też rozumiem, ale ciesz się, że nie spotkałaś tu rodziców. Jakby mogli, to spaliliby cię żywcem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych