Wisielcze drzewo
Dąbrowska legenda w nowym wydaniu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Wisielcze drzewo”
Stałem przemarznięty pod budynkiem biblioteki miejskiej w Sosnowcu. Był już późny wieczór, a ja niezmiernie żałowałem, że nie wziąłem niczego cieplejszego do ubrania. W końcu był już początek października i temperatura stale leciała łeb na szyję. Do tego ten obrzydliwy deszcz. Nienawidziłem takiej pogody, więc nie myśląc za długo, poszedłem na przystanek autobusowy. W głowie obijały mi się echa rzeczy, o których dzisiaj słyszałem. Wiele z nich było równie interesujących, co przerażających. Kto by pomyślał, że Zagłębie Dąbrowskie ma tyle legend? Niesamowity folklor i różnorodność. Bardzo lubiłem tutaj wracać. I to nawet nie ze względu, że Sosnowiec był moim rodzinnym miastem. Cały Śląsk – tudzież Zagłębie - jest według mnie ogromnie ciekawe z historycznego punktu widzenia. Dlatego gdy usłyszałem od Piotra, że prowadzi wykład w tutejszej bibliotece na temat regionalnych legend i podań, nie mogłem odmówić. Bynajmniej nie zawiodłem się. Mój kolega ze szkolnych ław ma wspaniały dar do opowiadania, choć i bez tego opowieści o diabelskich kamieniach, fiołkach królowej Jadwigi czy o wilczej górze potrafiły poruszyć wyobraźnie. Jednak jedna historia wryła mi się w pamięć najmocniej, była to historia o… Chlup! Fala wody była języczkiem u wagi tego wieczora. Dość, że deszcz wcześniej zmoczył mi ubranie, to teraz można było z niego wprost wyciskać litry wody. Miałem powyżej uszu tej pogody. Rozejrzałem się wkoło, sprawdzając czy w pobliżu nie ma żadnego postoju dla taksówek. Miałem szczęście, gdyż najbliższy znajdował się po drugiej stronie ulicy. Nie przejmując się przepisami, przebiegłem przez drogę. - O czym pan myślał, wychodząc w zwykłym swetrze na taką pogodę! – krzyczał kierowca podwózki, gdy wsiadłem ociekający wodą do jego samochodu. Zdążyłem zauważyć, że mężczyzna był dość krępej budowy, miał siwe kręcone włosy do ramion – których zresztą rówieśnicy zapewne dość często mu zazdrościli. Gdy mówił, zwróciłem uwagę na jego oczy. Były jasnoszare, a czasem zdawały się wręcz białe, co dawało dość upiorny efekt. Mimo to wydawał się być dobrym człowiekiem. Ot, sąsiad z naprzeciwka. – Pogody pan nie oglądasz? Okien nie masz? Być może gdyby był kimś innym, to zdenerwowałbym się na takie słowa. Jednak było w nim coś takiego, co przyciągało człowieka. Nutka takiego pospolitego gadulstwa w głosie, która potrafi zbliżyć każdego. - Nie ma o czym gadać. Zwykła głupota, jakiej pełno w dzisiejszym świecie. - No tak. Głupoty jest teraz pełno. – przyznał z ironicznym uśmiechem - W każdym razie nie będę trzymał pana tak dygoczącego… gdzie się pan wybiera? – Zdałem sobie sprawę, że naprawdę dygoczę z zimna. I że nie mam pojęcia, gdzie chcę jechać. Wpadłem na pewien pomysł. Wolałem nie wiedzieć, jak głupio to zabrzmi ani na jakiego wariata wyjdę. - Słyszał pan legendę o… eee… drzewie wisielców w Dąbrowie? – wahałem się podczas zadawania tego pytania. Co kogoś mogą obchodzić jakieś durne opowiastki? W ogóle czego ja się chcę niby dowiedzieć? „TO NIE JEST LEGENDA!”? To chciałem usłyszeć? Z lekka zbity z tropu mężczyzna spojrzał na mnie - Słyszałem. – odparł tajemniczo. Nastała niezręczna cisza, której bałem się przerwać. – Na wschód od Starej Dąbrowy, dawna leśna droga do Olkusza. Teraz stoi tam stacja Zagórze. – znowu przerwał. – Tak… coś słyszałem. - Czy mógłby pan mnie tam zabrać? Chciałbym… zobaczyć to miejsce. – spytałem niepewnie, nie trzęsąc się już tak bardzo. Ciekawość zagrzewała do działania. Kierowca zrobił wielkie oczy. - Teraz? Tam?! – zaczął krzyczeć, gęsto gestykulując rękoma - Czy pan na pewno masz głowę na miejscu? Tam nikt się nie zapuszcza. Nikt! Rozumie pan? – Nie rozumiałem. czemu on się tak burzy. - Legendy legendami, ale z losem lepiej nie igrać… - Zapłacę… jestem w stanie naprawdę dużo zapłacić… - nalegałem. - Co mi po pańskich pieniądzach, gdy będę martwy? – spytał już spokojniej, wręcz z uśmiechem na ustach. Wydawało mi się, że myśl o kasie przeciągała go na moją stronę. Coś zdawało się krzyczeć w mojej głowie. Jakby mój umysł ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Ale co niebezpiecznego jest w siedzeniu w taksówce? Musiałem się dostać do tego miejsca. Coś mnie wzywało. Czułem, że znajdę tam to, czego szukam. Czymkolwiek to było. Czymkolwiek to groziło. - Zawiezie mnie tam pan czy nie? – spytałem twardo, zaskakując samego siebie. - Jak sobie pan życzy. – uśmiechnął się. Ale nie w taki sposób, w jaki ludzie uśmiechają się do swoich przyjaciół czy znajomych po długiej przerwie w widzeniu. Ten uśmiech był pusty, zimny, może nawet… zły. „Zły taksówkarz”. „Taksówkarz-morderca”. Tak Adamie. Zdecydowanie powinieneś dzisiaj wziąć jakieś leki… Zachichotałem mimo woli. W „Wesołym miasteczku” przyjęliby mnie z otwartymi ramionami. Ruszyliśmy. Jechaliśmy przez centrum, a następnie pewnie skierujemy się na 3 Maja, Aleję Zagłębia Dąbrowskiego i już praktycznie wjedziemy do Dąbrowy na Katowicką. Znałem tę drogę na pamięć. - Co pan wie o tej legendzie? – odważyłem się spytać. Mój kompan zmierzył mnie wzrokiem. - Wystarczająco. - Opowie mi ją pan? Chciałbym wiedzieć o niej jak najwięcej. - Czemu ci tak na tym zależy? – spytał, choć i tak prawdopodobnie miał zamiar mi ją opowiedzieć. - To chyba wrodzona ciekawość świata… - Ciekawość świata powiadasz? – zaśmiał się – Dobrze więc. Mamy trochę czasu. Słuchaj opowieści…
***
- Scena niczym z typowego horroru. Ciemna noc wraz z pełnią księżyca, a historia toczy się przy osamotnionym domku w okolicy lasu. Zimny i porywisty wiatr sprawiał, że wszystko wokół wydawało dziwne szumy. Niczym zepsute, śnieżące telewizory. Ciągłe szszszszsz. Woda na pobliskim jeziorze marszczyła się chlastana uderzeniami wiatru, a potężne drzewa nikły w gęstej mgle, która wisiała nad lasem niezależnie od pory dnia, roku czy pogody, jaka panowała. Groza wisiała w powietrzu i tylko czekała na punkt zaczepienia. Rzeczy, która pozwoli jej „wybuchnąć”. Ten las… jak już się domyślasz, nie był to taki normalny las. Od zawsze rządziły w nim zupełnie odrębne, okrutne zasady. Łapiesz o co mi chodzi, nie? To teraz wyobraź sobie, że mieszkasz w tym cholernym domku na kompletnym pustkowiu, wokół ciemno, ty trzęsiesz się z zimna, a w tle słychać ten upiorny szum… No tylko nie mów, że nie łapiesz klimatu! Owa chatka znajdowała się niedaleko miejsca, do którego się udajemy. Droga z Dąbrowy do Olkusza. Swego czasu dość często używana. A dzisiaj… no cóż. Historia, którą zapewne usłyszałeś, głosi, że zbóje wyczuwając łatwe zyski z grabieży kupców, osiedlili się w okolicy, by atakować i zbierać łupy z bezbronnych ludzi, którzy potem byli okrutnie wieszani na starym dębie jako przestroga dla przejezdnych. Ale to naiwne! Jaki w tym sens, nieprawdaż? Ja powiem ci prawdę. Mnie możesz zaufać. Posłuchaj historii o Rafaelu.
Silniejszy podmuch wiatru otworzył z hukiem okno w pokoju Rafaela, zrywając chłopaka na równe nogi. Nie był to pierwszy raz, odkąd tu zamieszkał, ale szok po nagłej pobudce nie pozwolił mu nawet na kiwnięcie palcem. Stał jak sparaliżowany, czekając na ujawnienie się przyczyny hałasu. Gdy nic się nie stało, podszedł do okiennic i trzęsąc się z zimna, zamknął okno. Brunet miał kłopoty ze snem od samego początku, od kiedy się tu wprowadził. Nie chciał tutaj mieszkać. Słyszał te dziwne opowieści krążące po dąbrowskim rynku i wolałby dmuchać na zimne, gdyby nie jego tata. Osobiście bał się tego miejsca i szczerze go nienawidził. Jaki głupiec zechciałby mieszkać w miejscu tak bardzo oddalonym od innych ludzi, wśród zwierząt, w ciemnościach lasu? No właśnie. Niestety jego ojciec - po dziadku Niemcu skąpy (zresztą to po nim młodzian odziedziczył nie polsko brzmiące imię) - wolał kupić chatkę za mniejszą cenę, bez względu na jego wady. Starzy lokatorzy z zadziwiającą radością oddawali dom. Ktoś się dziwi? Ponownie wstał. Próbował znaleźć lampę, lecz robił to na próżno. Musiał poczekać aż oczy choć trochę przyzwyczają mu się do ciemności. Ruszył w kierunku drzwi, a potem powolutku krok za krokiem schodził po schodach, starając się robić wszystko, co w jego mocy, by nie zbudzić ojca. Niespodziewanie coś zwróciło jego uwagę. Jakby nagły błysk. Przystanąwszy przy oknie, zaczął wpatrywać się w widok po drugiej stronie szyby. Wiatr w niesamowity sposób kołysał drzewami niczym w takt powolnej, wręcz melancholijnej melodii, którą tylko one były w stanie usłyszeć. Rafael nie mógł jej doświadczyć, jedynie stał zafascynowany widokiem. „Jak zaczarowane.” – pomyślał. Dęby raz za razem pochylały się i prostowały, ruszały gałęziami i drobnymi ciemnymi listkami, a wszystko przypominało taniec. Drzewny taniec. Nagle w oddali błysnęło światło. Nie było mowy o pomyłce, a mimo to chłopak przetarł oczy, nie wierząc własnym zmysłom. Światło w oddali. Słabe, jednak wciąż wyraźne. Stanął jak wryty, wstrzymując oddech w obawie o jakikolwiek dźwięk. „Co ktokolwiek może robić o tej godzinie w lesie? W t y m lesie?!” – zastanawiał się – „Może ktoś zbłądził? Jakiś nieuważny podróżnik, który zboczył z trasy? W takim wypadku powinienem mu pomóc… ale jak ja mam stąd wyjść? Teraz? Tam?” Walczył sam ze sobą. Miał złamać swoją zasadę numer jeden, która głosiła, żeby nigdy nie wychodzić do lasu w nocy. Nigdy. Żadnych haczyków. Nie było mowy o żadnych zagubionych turystach… ale nie może tak kogoś zostawić, prawda? Nie pozwalała mu na to jego dobra duszyczka. (I tacy ludzie - o tych dobrych duszyczkach - zwykle najszybciej kończą swój żywot, drogi Adamie)… Wyszedł. Nie wiedział dlaczego, nie wiedział po co. Nie zabrał ze sobą nawet kurtki. Nie zostawił żadnej wiadomości. Nie było czasu. Poza tym… zaraz wróci. Nie zwracając uwagi na przeraźliwe zimno, skierował się w stronę lasu. Łamane gałęzie trzeszczały pod jego butami. Zauważył, że choć przeszedł już spory kawałek, nie natrafił jeszcze na żadne zwierzę. Żadnego żywego stworzenia. Dziwiło go również, dlaczego droga jest tak szeroka. Był pewny, że nikt tędy nie chodził od lat, a mimo to ani raz nie musiał zbaczać z obranego na początku kierunku. Zbieg okoliczności… bo cóż innego? Zgłębiając się coraz głębiej w knieje, usłyszał śpiew. Czy to była ta melodia lasu? Zaiste piękna, wolna, a przy tym na swój sposób dzika. Czy to ten śpiew kazał drzewom tańczyć? Głos dochodził z tej samej strony, co coraz bardziej widoczne światło. To go zmotywowało do szybszego kroku. Jedna rzecz mu nie pasowała. Niby dlaczego jacyś turyści mieliby śpiewać w środku lasu…? Mimo wszystko ciekawość zmuszała go do kontynuowania poszukiwań. Patrząc pod nogi nawet nie zauważył, że doszedł do największego dębu w lesie. Do TEGO dębu. Powiesz, że drzewo jak każde inne. Nieco przerośnięte, acz zwykłe. Tylko jedna rzecz sprawiała, że było bardziej przerażające od innych. Drobny szczegół, którego ktoś mógłby nawet nie zauważyć. Wisielce. Wisielce porozwieszane na gałęziach drzewa za sznurki na każdej kończynie. Martwe ciała zwisały bezwładnie niczym marionetki. Gdy Rafael to spostrzegł, było już za późno. Wiszące trupy zerwały się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil selfishlover
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…