Władca Piratów - rozdział III
Drugi rozdział powieści o czasach, gdzie na morzu i lądzie działo się wiele a trup słał się gęsto.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ III - „Krwawa Jatka w Palmuth”
„Czas przyszedł i zapytał mnie… Czy czujesz kres swych dni? Widziałem wiele, wierzcie mi… Na morzu i na szczytach gór… Wciąż słyszę jak me imię czczą… Pętle szykując skoro świt… Kładłem pokotem wiele dusz… Tych dobrych i tych złych… Teraz pod koniec moich dni… Zostałeś tylko Ty! Więc chwyć za oręż póki czas! Nadchodzi Zemsta… Poznasz jej smak.”
Jazgulath
Zmierzchało już, kiedy ojciec wraz z synem dojeżdżali do rodzinnego gospodarstwa. Wracali z targowiska znajdującego się w pobliskim porcie Palmuth, gdzie przez cały dzień zaopatrywali się w zapasy na następny miesiąc. Po dotarciu na podwórze, zaczęli rozładowywać wóz z zakupionych towarów. Kiedy syn kończył wypinać z uprzęży dwa osły, spostrzegł na linii horyzontu zbliżającą się sylwetkę jeźdźca. Wraz z ojcem szybko weszli do chaty, nie chcąc prowokować niespodziewanego gościa swoją obecnością. W izbie czekała na nich kobieta z wieczerzą. Po skończonej modlitwie, zabierali się właśnie do spożycia posiłku, gdy niespodziewanie w progu ich gospodarstwa stanął nieznajomy przybysz. Człowiek ten, o nieprzyjemnej, naznaczonej bliznami twarzy, ubrany był w czarną kamizelkę z wyprawionej skóry, oplecioną czarnym pasem, który zdobił przypięty, jednoręczny miecz. Gość, stukając głośno obcasami, przeszedł przez całe pomieszczenie i patrząc wprost w oczy gospodarza, stanął po drugiej stronie stołu. Brodacz spojrzał wymownie na żonę, która bez słowa wyprowadziła z izby kilkunastoletniego syna. Udając, że nic się nie stało, właściciel domu wytarł ręce o płócienną koszulę, chwycił za drewnianą chochlę i nalał do talerza grochówki z makaronem, a następnie odstawił półmisek na środek drewnianego blatu. Nieznajomy, dosiadł się, zdjął czarne rękawiczki i poczęstował się zupą. Pan domu, nie spuszczając go z oczu, nerwowo jadł swoją porcję. Niespodziewanie w oddali zapiał kur, przerywając na chwilę niepokojącą ciszę. Mężczyźni konsumowali bez słowa grochówkę, patrząc na siebie nawzajem. Kur zapiał po raz drugi. – Jesteś od Palmonda? – pierwszy przemówił gospodarz. Przybysz milczał, ciągle jedząc zupę. – Przekaż baronowi, że powiedziałem mu wszystko, co wiem. Powiedz mu, że… chcę żyć w spokoju. Rozumiesz?! – kontynuował podenerwowany brodacz. – Nie ma potrzeby, żeby ciągle mnie nachodzić i zadręczać pytaniami! Naprawdę nic nie wiem, o tej skrzyni pełnej złotych monet. Siedzący naprzeciw niego mężczyzna przestał przeżuwać i spojrzał z zaciekawieniem. – Teraz to złoto znikło – podjął ponownie gospodarz, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Gdyby gubernator posłuchał mnie wcześniej, moglibyśmy tego uniknąć. Wszyscy inni świadkowie nie żyją. Nic więcej nie wiem. Jedź i przekaż to Palmondowi – zakończył, zabierając się znów do jedzenia. – Chodzi plotka, że miałeś gościa – przemówił wolno nieznajomy. – I baron Palmond o tym wie – dodał z naciskiem. Gospodarzowi jedzenie utknęło w gardle. – Nazywał się Dimble – kontynuował przybysz, krojąc sobie nożem pajdę chleba. – Cóż, albo Dimble tu był, albo Palmondowi wszystko się pomieszało – dodał, nie spuszczając wzroku z rozmówcy. – Nic mu się nie pomieszało – przyznał się zmieszany pan domu. – Gubernator bardzo chciałby dowiedzieć się, o czym rozmawialiście. Gospodarz milczał. Na twarzy siedzącego naprzeciw mężczyzny pojawił się ironiczny uśmiech. – W porządku, nie za to mi płacą – powiedział spokojnie. – Interesuje mnie tylko imię, pod którym się teraz ukrywa. – A skąd ci przyszło do głowy, że Dimble używa innego imienia? – Bo gdyby tak nie było, już dawno bym go odnalazł. Kiedy zaczynam jakąś robotę, zawsze doprowadzam ją do końca – odparł nieznajomy. – Dlatego mi płacą – dodał, paskudnie się uśmiechając. – A ile baron ci płaci? Mężczyzna spojrzał na drzwi prowadzące do następnej izby. – Ta kobieta i dziecko to twoja rodzina? – Tak – ciężko odpowiedział gospodarz. – Ładna rodzinka – niedbale rzucił przybysz, wykrzywiając wargi. Na twarzy brodacza po raz pierwszy pojawił się strach. – Ile zapłacił ci Palmond za moją śmierć?– wyszeptał. – Pięćset sztuk złota za… dostarczenie mu imienia – odpowiedział z rozbawieniem przybysz. Gospodarz zamilkł i opuścił głowę. – Imię! – ponaglił wysłannik gubernatora. – Anuk, nazywa się teraz Anuk. Dłuższą chwilę ciszy po raz trzeci przerwał piejący kur. Nieznajomy ponownie zaczął jeść grochówkę. Gospodarz wstał od stołu i podszedł do stojącej w rogu izby komody. Otworzył jedną z szuflad i wyjął nabitą sakiewkę. – Tu jest tysiąc sztuk złota, duża suma… – rzekł i rzucił sakiewkę na stół. – Tysiąc złotników? Faktycznie, sporo – odparł mężczyzna, przypinając sakiewkę do pasa. – Mówiłem ci jednak wcześniej, że jak podejmuje się jakiejś roboty, to zawsze ją kończę. Błyskawicznym ruchem dobył miecza i odskakując od stołu, poziomym cięciem ściął głowę zaskoczonemu gospodarzowi. Drzwi sąsiedniej izby gwałtownie się otworzyły i do środka z nabitą kuszą wbiegł małoletni syn martwego brodacza. Przybysz schylił się, robiąc unik, w jego dłoni błysnął wyjęty z buta sztylet. Szybki i wyćwiczony ruch ręki sprawił, że chłopak nie wydając żadnego dźwięku, runął na podłogę, trafiony w środek czoła. Zabójca wyszedł na zewnątrz, wsiadł na konia i odjechał w stronę Palmuth, słysząc za sobą krzyk i lament byłej żony i matki.
***
– Ależ gorąco! Nawet diabeł by się spocił, psia jego mać! – głośno klął krasnolud w swym ojczystym języku, maszerując leśnym traktem. Faktycznie, popołudnie było wybitnie upalne, a długa broda podróżnika, podniszczona zbroja kolcza i dwuręczny topór na plecach również nie ułatwiały sprawy. Wędrowiec mijał właśnie ogromny, stary dąb, gdy nagle usłyszał za sobą świst. Odwrócił się szybko, jednocześnie sięgając za plecy po broń. W drzewie sterczała strzała. – Co za czort? – mruknął krasnolud, rozglądając się dookoła. Z przydrożnych krzaków wyszło trzech ludzi. Pierwszy z nich uzbrojony był w dwa krótkie miecze, a na głowie miał zatknięty przerdzewiały hełm. Drugi trzymał w dłoni nabitą kuszę wycelowaną w zaskoczonego krasnoluda, a pod pachą miał zwinięty pergamin. Ostatni z kompanów dzierżył myśliwski łuk, a na plecach miał kołczan napchany strzałami. Wszyscy odziani byli w brudne, skórzane, ćwiekowane kaftany, spodnie z nakolannikami i wojskowe buty. – Rzuć topór, na nic dobrego ci się nie przyda! – rozkazał ten z łukiem. – Jest nas trzech! Nie masz żadnych szans! Podróżnik szybko ocenił sytuację, po czym posłusznie wykonał polecenie. Oprychy podeszły bliżej. Kusznik opuścił broń, oparł ją o nogę, aby móc rozwinąć i przejrzeć pergamin. – Hej, paskudny brodaczu! – krzyknął w stronę krasnoluda. – Czy wiesz, że twoja wredna morda jest już warta trzy tysiące sztuk złota? – zakończył z szyderczym uśmiechem. Dwaj pozostali zaczęli głośno rechotać, obnażając pożółkłe zęby. Nagle umilkli, słysząc za sobą szelest kroków dochodzący zza prastarego dębu. – Wy jednak nie wyglądacie na tych, którzy tę nagrodę odbiorą – rzekł, wychodząc zza drzewa, smukły mężczyzna o ostrych rysach twarzy i długich, jasnych włosach. Bandyci szybko zdali sobie sprawę, z kim mają do czynienia. Nieznajomego zdradzała jasnobrązowa skóra, skośne, zielone oczy, wydłużone uszy i ubiór w odcieniach zieleni. Leśny elf. – Cofnij się o kilka kroków! – rzucił jasnowłosy, kierując napięty łuk w stronę oprycha trzymającego pergamin. Zaskoczony bandyta odrzucił na bok dokument i chwytając za kuszę, powoli wycofał się w stronę swoich kamratów. Nastała niepokojąca cisza, którą jedynie zakłócały odgłosy lasu. Pozostali dwaj mężczyźni, nie opuszczając oręża, spoglądali nerwowo na swego przywódcę. Elf i bandyta z kuszą patrzyli sobie prosto w oczy, ten ostatni coraz mocniej zaciskał palce na drewnianej kolbie opuszczonej broni. Zdezorientowany krasnolud spoglądał w lewo, raz w prawo, będąc w samym środku całego zajścia. I zaczęło się. Mężczyzna z kuszą myślał, że będzie szybszy, jednak refleks jasnowłosego był imponujący. Elf pierwszy uwolnił strzałę, trafiając marudera prosto w grdykę. Bandyta zaczął się potwornie krztusić, plując krwią. Padając bez ducha na ziemię ostatnim skurczem palców wystrzelił bełt, który wbił się w dąb tuż nad głową przeciwnika. Pozostałych dwóch rzezimieszków, widząc śmierć przywódcy, zaatakowało z furią. Pierwszy, ten z mieczami, ruszył bez zastanowienia na jasnowłosego. Drugi, właśnie osadzał na cięciwie strzałę, kiedy krasnolud wykorzystał moment zamieszania, chwycił za topór i mocnym cięciem zadał przeszywający cios. Łucznik poczuł potworny ból w lewej łopatce, wygiął się nienaturalnie i instynktownie wystrzelił strzałę, która wbiła się w ziemię tuż pod nogami elfa. Zdołał jeszcze spojrzeć się na tors, gdzie wystające ostrze topora, przebiło go przez zbroję, od tyłu na wylot. To były ostatnie obrazy z jego życia. Po chwili już stygł. Tymczasem jasnowłosego czekał pojedynek z miecznikiem. Stary gwardzista doszedł do niego i zaatakował. Ciął potężnie obydwoma mieczami od góry na ukos, jednak elf uniknął ciosów zwinnie balansując ciałem i odskakując w tył. Rozwścieczony bandyta ponowił sekwencję uderzeń. Tym razem zwinny przeciwnik wykonał pół-piruet i odpowiedział mocnym kopniakiem w szczękę. Uderzenie kosztowało marudera utratę kilku zepsutych zębów. Po chwili wypluł je głośno przeklinając. Jasnowłosy nie próżnował i wyjął przypięte na plecach w skórzanych pochwach dwa myśliwskie sztylety. Miecznik, plując krwią, ponownie zaatakował, wykonując złożoną kombinację ciosów. Leśny elf, parując je z trudem, cofał się w kierunku prastarego dębu. Uchylił się przed uderzeniem jednego z mieczy przeciwnika, które rozłupało korę drzewa nad jego głową i wypłoszyło beztrosko siedzące na gałęziach stado gawronów. Ptaki na moment zdekoncentrowały napierającego zbira. Jasnowłosy to wykorzystał. Błyskawicznie wbił gwardziście obydwa sztylety głęboko w brzuch, aż po ich rękojeści. Ostatni z bandytów stęknął ciężko, wypuścił z rąk miecze, po czym powoli przechylił się w stronę opartego plecami o drzewo przeciwnika. Przerdzewiały hełm stuknął dźwięcznie o dąb, a jego właściciel wyzionął ducha w uścisku śmierci. Elf wytarł o drzewo ociekające krwią ostrza i umieścił je powrotem w pochwach. Odetchnął i po chwili spojrzał w stronę krasnoluda. – He, he, he – zaśmiał się brodacz i z ciągle trzymanym toporem zaczął iść w kierunku swego wybawiciela. Ten szybko podniósł łuk i osadził na nim strzałę. – Nawet o tym nie myśl – rzekł groźnie do wędrowca, który zatrzymał się osłupiały. – Odrzuć stal! – Eee… – wyjąkał krasnolud z niechęcią ponownie pozbywając się broni. – To ile jest teraz warta twoja nędzna skóra? – Ile?! Hm…trzy tysiące sztuk złota! – krzyknął brodacz z pretensją w głosie. – Zgadza się, trzy tysiące – odrzekł spokojnie jasnowłosy odpinając od pasa zwinięty sznur.
Port tętnił życiem, kiedy elf wjeżdżał w jego bramy na śniadym ogierze czystej, grasweńskiej krwi. Wraz ze związanym, przewieszonym przez kulbakę krasnoludem, mijał napełnione różnorodnymi towarami wozy, wracające z tutejszego targowiska. Jego uwagę zwróciła furmanka, na której jechał starszy, brodaty człowiek z małym chłopcem, ciągniętą przez dwa osły. Elf, przez dłuższą chwilę przyglądał się tym charakternym zwierzętom, dziwiąc się, że tutejsi chłopi decydowali się używać ich do powożenia. Skręcił konia i skierował go w stronę budynku gubernatora miasteczka. Jechał powoli, główną, brukowaną ulicą. Mijał właśnie kolejne strzechy domostw, kiedy jego wzrok przyciągnął nieco wyższy budynek z dwoma balkonami z balustradą, na których kręciło się kilka kurtyzan, a inne wyglądały ochoczo zza różowych firan w oknach. Dziwki patrzyły w jego stronę zachęcająco się uśmiechając. Jasnowłosy rzucił okiem na szyld: „Mokra Małża”. To będzie dobre miejsce – pomyślał. Tymczasem skrępowany brodacz, wiercąc się nerwowo na tylniej części kulbaki, przeklinał swojego wybawcę. – Zapłacisz mi za to, elfie! Obyś skończył na cmentarzysku! Niech cię zaraza! – darł się w niebogłosy. – Rozwiąż mnie, ty podstępny łotrze! Podróżnik nie podejmując dialogu, spokojnie jechał przez port. – Mam nadzieję, że ta, co cię spłodziła – nie dawał za wygraną krasnolud – skończy jako tania niewolnica u jakiegoś nadętego barona! Jasnowłosy zatrzymał konia przy budynku gubernatora. – Jeśli mnie teraz rozwiążesz i pozwolisz mi odejść, wybaczę ci twój występek! – krzyczał brodacz, kiedy elf ściągał go z wierzchowca. – Jest mi niedobrze, słyszysz?! Potrzebuje wody, wody… – zaczął mamrotać krasnolud, odwracając się w stronę swego oprawcy. Nagle plunął mu prosto w twarz. – Ha… ha, ha, ha, ha – zarechotał. Jasnowłosy podniósł prawą rękę i udając, że się wyciera, gwałtownie machnął, uderzając krasnoluda w uśmiechniętą facjatę. Zabolało. – Ty świnio! Ty skurwysynu! – wydarł się brodacz. Podróżnik bezpardonowo zrzucił go przed werandą budynku namiestnika portu. – Udajesz bohatera, bo jestem związany! – nie rezygnował krasnolud. Elf zignorował jeńca, minął dwóch, uzbrojonych w muszkiety strażników, otworzył drzwi i wszedł do środka guberni. Ścigały go wściekłe wrzaski. – Wracaj tu i walcz, ty bydlaku! Po chwili wrócił w towarzystwie gubernatora. – Ten tu? – zapytał Palmond idącego za nim jasnowłosego. Elf potwierdzając skinął głową. – Jeden bydlak wszedł, drugi wyszedł – mruknął brodacz. – Zawrzyj gębę! – warknął baron. – Panie jestem niewinny – zaczął potulnie krasnolud. – Ten, ten łotr… – spojrzał z pogardą na elfa – podstępnie mnie pojmał i uwięził! – O, tak?! – udał zdziwienie gubernator, po czym schylił się i przystawił brodaczowi pod nos list gończy z czyjąś podobizną. – Ten dokument mówi inaczej! Nie udawaj zdziwienia. – Jestem niewinny! Palmond, nie zwracając uwagi na zapewnienia więźnia, rzucił jasnowłosemu sakiewkę z trzema tysiącami sztuk złota. – Ludzie, ludzie patrzcie! Ten podły nieludź, bierze od niego złoto! Sprawiedliwości! – głośno zawył krasnolud. – Uświadczysz jej jutro! – wycedził w jego stronę gubernator. – Zabrać go do lochu! – rzucił do strażników i zniknął za drzwiami budynku. – Sprzedałeś moją skórę, nie daruję ci tego! – wydarł się brodacz w kierunku jasnowłosego. – Wiesz, kim jesteś?! Wiesz czyim jesteś synem?! Nie wiesz, co?! Ale wszyscy inni wiedzą! Jesteś synem tysiąca ojców, takich samych łajdaków jak ty! – wrzeszczał, kiedy strażnicy wlekli go w stronę portowej cytadeli. – A twoja matka, twoja matka… Leśny elf nigdy nie dowiedział się, kim była jego matka w mniemaniu krasnoluda. Dosiadł konia i odjechał w stronę tawerny o dźwięcznej nazwie – „ Pod Rozdętym Rekinem”.
***
Poranny świergot ptaków za oknem, wielkiej i bogato wyposażonej sypialni, oznajmiał kres całunu ciemności nocy, który zastępowało światło budzącego się dnia. Promienie wschodzących słońc wędrowały leniwie po pokoju, ocierając się o baldachimy ogromnego łoża. Kurtyzana zwinnie falowała, gubernator ciężko sapał. – Kto jest twoim królem, no kto Ismenko?! – wystękał i szarpnął ją dłońmi mocno za włosy. – Och, ty mój panie – jęknęła młoda, zgrabna dziewczyna, targając go za czuprynę kręconych włosów, po czym zwiększyła tempo ruchów. Była dobra w tym fachu, ale nie przepadała za Palmondem. Siedziała na człowieku o dość sporej nadwadze, który ślinił się na jej widok obrzydliwie, a woń jego oddechu przywodziła na myśl kramik z cuchnącą rybą. To wszystko wzbudzało w niej wstręt. Odgoniła te myśli, to był jej zawód, a w chacie nieopodal przystani czekała na nią dwójka, głodnych dzieci. Do uprawianie takiej a nie innej profesji zmusił ją status wdowy. Jej mąż zginął na morzu w czasie połowu krabów królewskich i los sprawił, że skończyła w portowym burdelu, wraz z wieloma innymi samotnymi matkami. Przyspieszyła i przyległa bardziej. Chciała, żeby baron już skończył. Tym razem, nie było mu to jednak dane. Obydwoje usłyszeli głośne stukanie do solidnych, sypialnianych drzwi. – Precz kurwo! – powiedział wyraźnie niezadowolony baron i zrzucił ją z siebie. Kurtyzana pośpiesznie zebrała z ziemi skromne odzienie i podreptała po zimnej posadce sypialni w stronę wejścia. – Wejść! Ktoś chwycił za mosiężną klamkę i otworzył drzwi. Ismena uśmiechnęła się i szybko przemknęła pomiędzy drzwiami a wysokim, szczupłym sługą, który niósł śniadanie. – Niech cię szczury wychędożą Janie! Nie miałeś, kiedy zapukać?! – ryknął Palmond. – Gubernatorze, czas na śniadanie. Delikatna zupa z krabów, stygnie – odrzekł łagodnie służący. – Dupa, a nie zupa! – krzyknął podirytowany baron. – Zostaw to głupcze i precz mi z oczu! – dodał, powoli dochodząc do siebie. – Panie, dowódca straży kazał przekazać, że „Na Pohybel Czarnym” wróciła, a kapitan Dagebor prosi o jak najszybszą audiencję. – Ech, zapowiada się parszywy dzień – mruknął pod nosem gubernator, podsumowując tym samym nie do końca udany poranek.
Po śniadaniu Palmond wykąpał się, jak to szlachta miała w zwyczaju, w wygodnej, srebrnej balii. Następnie opuścił sypialnię i udał się do dobrze oświetlonej, przestronnej sali. W oczekiwaniu na zapowiedzianego kapitana, usiadł na swoim dębowym, zdobnym w rzeźbione ornamenty krześle. Miał na sobie strój urzędniczy – bawełnianą, czerwoną czapę, purpurową szatę i bufiaste spodnie tego samego koloru, które oplatał pozłacany pas z klamrą przedstawiającą herb rodzinny. Palmond wywodził się z rodu rycerskiego. Już jako młody chłopak znany był ze swojej porywczości i brutalności: w wieku osiemnastu lat odciął wszystkie kończyny pewnemu gnomowi, który odmówił mu pożyczenia pieniędzy. Niedługo po tym, zgodnie z nakazem tradycji rodzinnej, poszedł w ślady ojca i wstąpił do armii króla Edgara, rządzącego daleko na zachodzie królestwem Tanerii. Nie zagrzał tam długo miejsca, bo już na początku dał się poznać jako nieposłuszny, krnąbrny i źle prowadzący się rycerz. Zrezygnowano z jego usług, więc zaczął działać na własną rękę, stając się przywódcą grupy najemników. Przebywał już wtedy w sąsiednim, autonomicznym księstwie Lamia. Również i tam zyskał wielu wrogów, wykonując „niewygodne” zadania dla różnych, wysoko postawionych możnowładców. Za te występki został skazany na karę śmierci. Uniknął jej dzięki wpływowemu wujowi od strony matki, który go odnalazł. Chcąc sprowadzić zdziczałego siostrzeńca na właściwą drogę, a zarazem uchronić go od szafotu, zamknął Palmonda w klasztorze, gdzie przez pewien czas mógł czuć się bezpieczny. Minęło kolejne pięć lat, kiedy siostrzeniec znów ujrzał wuja, który w zamian za wcześniejszą pomoc, nakłonił go do wzięcia udziału w wojnie królestwa Graswen przeciwko Daneb, barbarzyńskiemu państwu z północy. Palmond, dojrzały już wtedy mężczyzna, stał się zasłużonym zwiadowcą i szpiegiem, za co po wojnie otrzymał tytuł barona i ciepłą posadę na obrzeżach królestwa w małym porcie Palmuth. Choć rządził tu niecałe trzy lata, zdążył już utrwalić w mieszkańcach codzienne poczucie trwogi i niepewności. Egzekucje i kary pręgierza lub chłosty, na których sam gubernator był zawsze obecny, były tu na porządku dziennym. Palmond oczekiwał na kapitana z założoną jedną na drugą nogą, przyglądając się swoim czarnym, eleganckim mokasynom. Z zamyślenia wyrwał go odgłos otwieranych, dwuskrzydłowych drzwi. Do pomieszczenia mijając straż, wszedł jednooki Dagebor i dumnie krocząc po ceramicznej posadce, zbliżał się w kierunku gubernatora. Za nim bosman Parybey prowadził skutego w kajdanach Marvina, a obok dwóch osiłków przytrzymywało, zabezpieczonego podwójnymi łańcuchami, potężnego Goratha. Baron poderwał się z krzesła zaciekawiony widokiem tej olbrzymiej istoty. – Pozdrawiam cię Dagebor! – rzucił w stronę kapitana na przywitanie. – A podejdź no tu bliżej wraz ze swoim… diabelskim orszakiem. – I ja cię pozdrawiam, czcigodny gubernatorze Palmondzie, namiestniku portu Palmuth – odpowiedział jednooki z wyczuwalną drwiną w głosie i minąwszy na podłodze wielki, mozaikowy herb królestwa Graswen, niedbale kłaniając się, zatrzymał się przy trzystopniowym podeście. Baron nie spuszczał wzroku z Goratha, który charcząc, ciężko oddychał. Wydawać by się mogło, że w ogóle nie zauważa młodego Spustie’a, który pogrążony w mieszance cierpienia, bólu i wściekłości, patrzył na gaudera zimnym jak lód wzrokiem. – No kapitanie, widzę, że przeszedłeś samego siebie – zaczął Palmond z podziwem. – Czy to coś, to legendarny gauder? – Zgadza się, gubernatorze. Znaleźliśmy go dryfującego na twoich wodach, a następnie, dwa dni później, tego oto młodego pirata – Dagebor skinął na Diosa, który pchnął do przodu Marvina. – Okazało się, że… – Kapitanie, piratem zajmiemy się później – przerwał mu stanowczo baron. – Pozwól wpierw, że przyjże się bliżej temu nietypowemu stworzeniu – kontynuował, schodząc z podestu i ostrożnie okrążył Goratha. Zafascynował go a zarazem przeraził swoją potężną posturą, ostrymi, długimi pazurami górnych i dolnych kończyn, wysuniętym, umięśnionym torsem, który przeplatał pas z zawieszonymi czaszkami. Najbardziej jednak zdziwił go wygląd głowy tej istoty, która kojarzyła się baronowi zgoła z czymś innym. Gauder stał nieruchomo, wbijając ciemne ślepia w małego, grubego człowieka. – Niesamowite, niesamowite, Dagebor – nie mógł wyjść z podziwu podekscytowany baron. – W czasie pierwszej wojny grasweńskiej przeciwko barbarzyńcom z północy, owszem, słyszałem od pojmanych jeńców opowieści o tych bestiach, ale nikt w to nie wierzył! – Jak widać istnieją, gubernatorze – odrzekł kapitan. – Ale ta jego morda… jest tak obrzydliwie paskudna i straszna, jak piczki niektórych portowych narożnic z burdelu – rzekł baron z rozbawieniem i roześmiał się głośno, stając oko w oko z gauderem. Gorath rozszerzył ślepia i zawył tak przeraźliwie donośnie, że Palmond instynktownie cofnął się, zahaczył piętą o pierwszy stopień podestu i ciężko gruchnął zadem o posadzkę. – A to skurwiel! Widziałeś go, Dagebor?! – krzyknął podnosząc się obolały. – Zapomniałem dodać, sir, że pomimo zwierzęcego wyglądu, bestia rozumie wspólną mowę – odrzekł spokojnie kapitan, kryjąc uśmiech pod wąsem. – A ten drugi, co taki cichy? – Jak wspominałem, ten drugi to pirat – zaczął dowódca galery. – Udało się nam wspólnie z Parybeyem ustalić, że, to nie kto inny a sam Marvin Spustie’a – na twarzy słuchającego Palmonda pojawiło się zaskoczenie i zdziwienie. – Tak, gubernatorze, to jedyny, żyjący syn legendarnego kapitana Friderick Johanathan Spustie’a, króla marchii Morhan. – Pięknie! Czym jeszcze mnie dzisiaj zaskoczysz, mój jednooki przyjacielu? Nie mów mi, że za chwilę otworzą się drzwi i twoi marynarze wniosą do sali samego zakneblowanego i związanego władcę piratów? – zakpił baron. – To nie będzie konieczne, gubernatorze. Po znalezieniu tych oto dwóch rozbitków, razem z załogą domyśleliśmy się, do czego doszło na morzu – odpowiedział Dagebor. – W końcu jedna z morskich opowieści opisuje krwawe spotkanie Fridericka z wodzem gauderów, niejakim Jazgulathem. Nie muszę przypominać, kto wyszedł z tej walki zwycięsko, a kto musiał przełknąć gorycz porażki… – Nie ma takiej potrzeby. Znam tą historię, kapitanie, jak i znam osobiście króla…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Starless
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…