Władcy krwi. rozdział 1
pierwszy rozdzial mojej chorej tworczosci. zalezy mi na obiektywnej ocenie :) wampiry vs wampiry :]
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 1
Zamyślony siedział w głębokim, wysłużonym fotelu w swoim pokoju. Przed sobą miał stertę papierów i planów. Przede wszystkim planów budynków rządowych. Każde wyjście było dokładnie obmyślone, nie miało szansy się nie udać. Ale zawsze wpieprzali się ci idioci. Nienawidził ich. Nie rozumiał ich słabości. Pomyślał, że nigdy się nie zmienią. Nie idą z duchem czasu, więc jak mogą się zmienić? Zawsze będą siedzieć w tych swoich podziemiach, nigdy nie zobaczą światła dnia. Gdyby tylko zostawili go z spokoju. Skoro siedzą w podziemiach, to po co się mieszają? - Marcus wołają Cię do laboratorium, chyba coś mają – odezwał się głos za jego plecami. - Powiedz, że zaraz przyjdę. Usłyszał dźwięk zamykanych drzwi. Zobaczycie skurwiele, pomyślał, jeszcze trochę i nie będziecie mi zawadzać. Jeszcze trochę. Wstał, podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Pokój znajdował się w opuszczonym hotelu, na 9 piętrze. Poprzedni właściciel stwierdził, że budynek jest nawiedzony i zostawił go w bardzo dobrym stanie. Aż dziw bierze, jak udało się otworzyć tak dobry hotel w tak obleśnej dzielnicy. Ale Marcusowi było to na rękę. Przynajmniej nie musiał nikogo wyrzucać na siłę. Było około drugiej w nocy, więc żaluzje, szczelnie zakrywające okna w dzień, teraz były odsłonięte. Żałosne, pomyślał, i wyszedł z pokoju. Zjechał windą do piwnicy, gdzie znajdowało się laboratorium. A w nim wszystkie te cudeńka. Najnowsza technologia, z której był tak dumny. Szedł do następnego pomieszczenia pomiędzy stertami probówek i naczyń z wynikami jego dziwnych eksperymentów. Kiedy do niego wszedł, zastał swoich trzech pracowników, poruszonych bardzo. - No chodź, powinieneś to zobaczyć – powiedział jeden z nich, wskazując na mikroskop. Marcus podszedł do niego i spojrzał przez [okular?]. - Nie znam się na tym, ale… - powiedział po chwili. - Tak. Jesteśmy bardzo blisko. Myślę, że już niedługo będziemy mogli spokojnie wyjść za dnia. - To dobrze. Jestem cierpliwy, ale tamci niekoniecznie. Spieszcie się – powiedział i wyszedł.
*
Muzyka zagłuszała wszystko. Ledwo można było się porozumieć, dlatego Amy siadła sama na kanapie w rogu olbrzymiego pokoju. Rozejrzała się wokoło. Było tu chyba około trzydziestu osób. Większość jeszcze wykonywała serie dziwnych ruchów, które miały być zapewne tańcem. Ale jeszcze pół godziny, pomyślała Amy, i wszyscy będą gdzieś leżeć naćpani, a wtedy się zmyję. Zawsze tak było. Te wszystkie ćpuny przychodzą tu, a po góra dwóch godzinach nie są zdolni do wypowiedzenia nawet jednego składnego zdania. Ćpuny – to fakt, ale jedyni jej znajomi. Ona sama rzadko coś brała. Zazwyczaj wystarczał tylko alkohol. Lubiła stan upojenia alkoholowego a nie naćpania. Siedząc tak i ledwo słysząc własne myśli usłyszała nagle dosyć wyraźnie męski głos. Rozejrzała się, ale nikt nawet nie patrzył w jej stronę. Głos znowu coś powiedział. Amy znowu się rozejrzała. - Wyglądasz jakbyś kogoś szukała – usłyszała teraz całkiem realny głos tuż obok siebie. - Mówiłeś coś wcześniej? – zapytała Toma, który właśnie usiadł obok niej. - Co? - Mówiłeś coś przedtem?? – tym razem prawie krzyknęła. - No nie wiem. Może. - Czyli nie. - Co?? Nie słyszę Cię – krzyknął Tom. - Nieważne – powiedziała cicho Amy i wstała z kanapy kierując się w stronę drzwi. Po drodze zabrała swoją skórzana kurtkę i wyszła z domu na pustą ulicę. Takie głosy słyszała już nie po raz pierwszy. Zawsze je słyszała, ale ostatnio to już się zrobiło nieznośne. A przynajmniej niepokojące… Kiedyś myślała, ze to od prochów, ale później słyszała to i bez nich. Może po prostu jest jakimś świrem? - Hej! Poczekaj! – usłyszała Toma, który już ją doganiał, chociaż krok miał chwiejny. - Na co? Jesteś nawalony! - No tak… Ale to tylko alkohol. Nie pochwalisz mnie? – zapytał z szerokim uśmiechem na twarzy. - Jasne… - No naprawdę! Przecież Ci obiecałem. A ja nie łamię obietnic, przecież wiesz. - No to co chcesz? – zapytała zniecierpliwiona. - Znowu to słyszałaś? Te głosy? - A co Cię to obchodzi?? – krzyknęła i przyspieszyła kroku. - Wiesz, że obchodzi! I to znaczy, że słyszałaś, bo się na mnie wściekasz, a nic Ci nie zrobiłem – stwierdził, dorównując jej z trudem kroku. – No zwolnij… Amy zwolniła i siadła na pobliskiej ławce. W głowie jej się kręciło i nie wiedziała, czy od alkoholu, czy zdenerwowania. Tom usiadł obok niej. - Słuchaj, wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć – powiedział. - Wiem. Sorry. Był jej najbliższym przyjacielem od wielu lat. To z nim po raz pierwszy piła, paliła, brała. Tyle, że jemu ćpanie spodobało się bardziej niż jej. Próbowała go od tego odciągnąć różnymi sposobami, aż wreszcie sobie darowała. Powiedziała, żeby robił co chce. A on jej wtedy obiecał, że już nie weźmie. I nawet się w tym trzyma, pomyślała. - Gdzie teraz idziesz? - Nie wiem, muszę posiedzieć na powietrzu. Wracaj tam – powiedziała tonem najbardziej neutralnym na jaki było ją stać. - Chyba wolę się oduzależniać z Tobą – stwierdził wpatrując się w róg budynku naprzeciwko nich. – Powiedz mi, czy jestem tak najebany, że mam zwidy, czy tam coś jest? - Gdzie? – zapytała, lecz w tym momencie to coś znalazło się blisko nich, a okazało wysokim mężczyzną. Ostatnim, co Amy zobaczyła, była jasna poświata, poczuła dziwnie przyjemny zapach i zasnęła.
*
Obudziła się w ciemnym pomieszczeniu bez okien. No tak, jednak jestem świrem i wreszcie przyszła na mnie kolej, pomyślała. A jednak leżała w wygodnym łóżku i kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyła, że znajduje się w całkiem ładnie urządzonym pokoju. Usiadła wygodnie i po chwili zaczęła przypominać sobie poszczególne fakty. A kiedy sobie już przypomniała, pomyślała, że ją napadli i stwierdziła, że musi odnaleźć Toma. Wstała i chciała wyjrzeć przez dziurkę od klucza, lecz po krótkim przebadaniu drzwi nie znalazła jej. Ostrożnie nacisnęła klamkę i wyszła na długi korytarz. Był elegancko urządzony, ale pomyślała, że jakby trochę w wiktoriańskim stylu. Same świece i jakoś tak na czerwono… Po chwili zdała sobie sprawę, że powinna wpaść w panikę, jednak nie odczuwała nawet strachu. Tylko czystą ciekawość. W tym momencie zza rogu korytarza wyłonił się mężczyzna. Był dosyć wysoki, miał ciemne, rozwiane włosy ostrzyżone mniej więcej do długości uszu, a ubrany był w czarne spodnie i luźną, również czarną koszulkę. - Dobrze, że się obudziłaś. Powinnaś teraz pójść ze mną – powiedział trochę zachrypniętym głosem. - Co z Tomem? – zapytała śmiało. - Nic mu nie jest. Później będziesz mogła się z nim zobaczyć. Chodź – powiedział i ruszył w kierunku, z którego przyszedł. Amy poszła za nim. Właściwie nie wiedziała czemu. Ale poszła. Szli długimi korytarzami, a wszystkie wyglądały tak samo. Pomimo to, bardzo jej się podobały. - Co ja tu robię? I gdzie ja właściwie jestem? – zapytała po drodze. - Zaraz się wszystkiego dowiesz – odpowiedział zerkając na nią z ukosa. - Kim był ten koleś co mnie uśpił? Kim TY jesteś?? – kolejne pytania same wychodziły z jej ust. Mężczyzna nie odezwał się już, ale właśnie doszli do dużego pokoju w takim samym stylu jak korytarze. Otworzył jej drzwi i ustąpił. Gdy weszła, zobaczyła w środku dwoje ludzi. Kobietę i mężczyznę. Oboje spojrzeli na nią z niepokojem, ale i z ciekawością, a potem spojrzeli mężczyznę, z którym przyszła. Tymczasem on wyszedł przed nią i usiadł w fotelu. Pozostali siedzieli na długiej, pięknej kanapie. Kobieta zwróciła się do niej. - Usiądź, proszę – powiedziała, wskazując na krzesło naprzeciw. Głos miała dźwięczny, piękny. W ogóle była piękna, stwierdziła Amy. Miała długie blond włosy, jasną cerę i bardzo jasne oczy. Całość sprawiała wrażenie, jakby owa kobieta emanowała niezwykle jasną poświatą. Na tyle, że w ciemnym pomieszczeniu, w którym się znajdowali, kobieta była jedynym jasnym punktem. Kiedy wstała, wrażenie wzmogło się, gdyż była bardzo wysoka. Amy pomyślała, że jest jej dokładnym przeciwieństwem. Sama była raczej średniego wzrostu, miała ciemnobrązowe, lekko kręcone włosy za ramiona. Miała też zdecydowanie inny styl. Kobieta ubrana była w elegancką suknię do ziemi koloru ciemnego granatu a na nogach miała piękne, lecz bardzo delikatne buty na strasznie wysokim obcasie. Amy nigdy nie wiedziała, jak dziewczyny mogą nosić tak wysokie buty. Ona sama najlepiej czuła się w swoich trampkach. Co do reszty stroju… No cóż… wytarte jeansy, obcisły t-shirt i skórzana kurtka. W tym czuła się przynajmniej swobodnie. Nie jak jakaś flądra, pomyślała. - Czy ktoś mi może wreszcie wyjaśnić, co ja tu robię? – spytała gniewnie Amy, wcale nie mając zamiaru usiąść. - Pozwól, że najpierw się przedstawimy – powiedziała kobieta podchodząc do niej. – Nazywam się Kristen, to jest Gabriel – wskazała na mężczyznę, który ja przyprowadził – a to Eric. Eric jak zauważyła Amy był bardzo młody. Pomyślała, że jest nawet młodszy od niej. Mógł mieć z siedemnaście lat. Był blady i miał dość niewyraźną minę. Czarne włosy związane były z tyłu głowy w krótkiego kucyka. - Daj nam pół godziny. Potem będziesz mogła odejść – stwierdziła Kristen. Dlaczego by nie? Ale czy naprawdę mnie wypuszczą? A jeśli to jakiś podstęp? Niemożliwe. Oni są inni... Godni zaufania. Tak? Na tę własną, tak uspokajającą, a jednocześnie tak bardzo przerażającą myśl, Amy przeszły dreszcze. Najwyraźniej było to widoczne, bo mężczyzna o imieniu Gabriel powiedział: - Nie bój się. Tutaj jesteś najbezpieczniejsza na świecie. Nie ma w tej chwili pewniejszego miejsca. A może jest ci chłodno? Przynieść ci cos do okrycia? Wypowiedział te zdania bez żadnego śladu emocji. Żadnego. Zapewnienie i uprzejmość. I zupełnie nieme oczy. Dopiero teraz je zobaczyła. Zielone – jak wiosenna trawa. Jednobarwne. Soczewki. Nie ma innego wyjścia, nie ma na świecie tak czysto – zielonych oczu, pomyślała. - Nie.. dziękuję – odpowiedziała wolno – ale... dlaczego twierdzisz – zwróciła się do niego, głęboko patrząc w jego zielone oczy – że nie ma pewniejszego miejsca? - Zacznijmy od początku – delikatny głos Kristen przerwał ich długie spojrzenie. Gabriel odwrócił wzrok do okna. - Nie wiem o co tu chodzi, ale jeżeli już musicie mi cos powiedzieć, to mówcie. Byle szybko, bo trochę mi się spieszy – odpowiedziała wytrącona z równowagi dziewczyna. - A co, chcesz wracać do tych naćpanych kretynów? –
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil curse
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…