Wódka z czterolistnych kończynek
Opowiadanie o emigracji i wiecznej ucieczce, dziejące się we współczesnej Irlandii oraz wzdłuż każdej mili od niej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wódka z czterolistnych koniczynek
1. Teorie
Ogólna Teoria Wszystkiego, punkt dwudziesty trzeci, autor – jak zwykle Gretus: Pośredniaki są teraz skupione rekrutacją ludzi na wyścigi konne i na razie łatwo się zgubić w stosach tymczasowych pracowników. Nie potrafię napisać w aplikacjach o pracę, na jak długo tutaj przyjechałem, na wszelki wypadek zawsze zaznaczam, że co najmniej na rok. Z niedokończonych studiów łatwo robię sobie stopień naukowy, Google z łatwością tłumaczy mi „licencjat” na „bachelor’s degree”. Podpunkt Ogólnej Teorii wszystkiego głosi ponoć, dlaczego takie osoby jak ja nie mogą określić na jak długo zostają, ale nie słucham Gretusa dokładnie, bo odpowiedź już znam. Mimo jego ostrzeżeń spędzam dzień chodząc po Galway od jednej agencji pośrednictwa pracy do drugiej. Listę z ich adresami daje mi kobieta w punkcie informacji turystycznej, która pewnie słyszała już sporo koślawej angielszczyzny. Nawet nie zdążam się odezwać, a ona daje mi listę. Mogę przecież być ciekaw, czy ten gość odlany z brązu na ławce na Shop street to Joyce i czemu został zrobiony przez Estończyków. Mogę też być ciekawy, dlaczego każda pamiątka w sklepie ma na sobie logo Guinnessa, czemu katedra, choć ma pięćdziesiąt lat, wygląda jakby miała ich sześćset, czemu sześćsetletni Spanish Arch wygląda jak wybudowany przed dekadą i czemu każdy Irlandczyk rozgląda się wokół ze zdumieniem, jakby się znalazł we własnej ojczyźnie przed chwilą. Zamiast tego biorę listę i idę do kafejki, żeby na Google Maps zaplanować trasę i wydrukować cefałkę. Zanotować: w Irlandii jest się stałym przybyszem, gdy zaczyna kojarzyć cię dziewczyna pracująca w ksero. Największa lokalna zagadka: gdzie u licha jestem i czemu Lauren Park nie leży obok Lauren Drive. Galway rozrosło się kilkakrotnie w ciągu dekady. W ślad za tym wzrostem nie nadążyły tabliczki z nazwami ulic, które najwyraźniej stały się tutaj towarem deficytowym. Galway od zawsze było małe – ot, byłe miasto powiatowe w Polsce. W ciągu dekady z nieba spadło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy zamieszkali na bliźniaczo podobnych do siebie osiedlach. Ogólnej Teorii Wszystkiego, punkt siódmy – w przyszłości niedalekiej tylko Google będzie znało drogę do twojego sklepu osiedlowego. Noel Recritment jest aż na Tuam Road. Kawał drogi. Idę piechotą, żeby lepiej poznać miasto. Poza uroczym centrum są tu tylko niekończące się pola domów-bliźniaków, nieciekawych i z reguły pełnych imigrantów. W Noelu natomiast wszystko jest nowe i lśniące, wymalowane pastelowymi kolorami, poprzedzielane ciężkimi, dźwiękoszczelnymi drzwiami. Mimo to widok kolejnego Polaka z teczką w ręku i w sandałach nikogo nie dziwi. Wypełniam ankietę dotyczącą moich doświadczeń zawodowych i edukacji. Rozpisuję się jak mogę na temat niskopłatnych posad, na jakich dałem się jak dotąd upokorzyć, w polu „PPS number” wpisuję „to be recevied soon”, gdyż w Irlandii jestem od niedawna. Mój landlord wyjechał i nie ma kto mi dać rachunku za mieszkanie. Próbuję wyrobić sobie PPS na rachunek moich współlokatorek, jednak okazuje się, że jestem już ósmą osobą wykorzystującą ten sam papier i facet w Social Welfare Office poradził mi, żebym poczekał i go nie denerwował. Kobieta bierze ode mnie ankietę, patrzy pobieżnie na odpowiedzi i już wiem, że wyląduję na samym spodzie stosu w zakładce „do przejrzenia”. W budynku, w którym mieści się Noel są polskie delikatesy. Idę tam i gawędzę chwilę z właścicielem. Nie jestem stęskniony za językiem, jestem stęskniony za normalnym chlebem i „Polityką”, która tu jest dostępna dzień wcześniej niż w Polsce. Zwiedzam jeszcze inne agencje nabierając przekonania, że szkolenie pracowników przeprowadza ta sama firma, ucząca ich zadawania takich samych pytań. Wracam do domu, robiąc po drodze zakupy na obiad (ryż, kukurydza w puszce, tuńczyk) w Dunne’s. Rozglądam się, szukając tutaj mojej współlokatorki Rene, która jest tutaj pułkownikiem, czyli jest odpowiedzialna za wykładanie towaru na półki. (Takie nazwy przestały mnie rozśmieszać odkąd kumpel wyjawił mi, że jego „mgr” przed jego nazwiskiem oznacza magazyniera). Nie mogę znaleźć Rene, przeżywam krótkie rozterki przy stoisku z piwem (Tyskie półtora jewro na butelkę). Zwyciężam swoją chwilę słabości i wracam do mieszkania. W mieszkaniu na Glenn Dara zastaję Rene, rozkładającą na parapecie kuchennym kwiaty w butelkach po czerwonym winie za cztery i dziewięć jewro. Kwiaty! Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby próbować udomowić to miejsce inaczej niż tylko wykładając na półkę swoje dwie książki i wieszając plakat „Scarface” ze zdjęciem Ala Pacino jako Tony Montana na tle dolara. Kwiaty nie są tak personalne, nie przynależą do nikogo, a jednak zmieniają metę na Glenn Darze w „mieszkanie na osiedlu Glenn Dara”, na końcu uliczki, tuż przy kracie oddzielającej od boiska, z kochaną Rene w środku. - Szukałem cię w sklepie, myślałem że dzisiaj pracujesz. - Kiedy indziej obejrzę sobie twoje zdjęcie w paszporcie gdy podejdziesz do kasy z piwem, Orczyd. Wiesz, w imię obowiązku. - Postawili cię na kasę? Wiążą się tym lepsze zarobki? - Wiążą, z czegoś trzeba potrącać w razie pomyłek. Ciekawi mnie, skąd są kwiaty. Gotuję ryż, podczas gdy Rene kończy komponować trzeci bukiet, który zanosi do salonu. - I jak ci się podoba? - krzyczy przez korytarz Muszę powiedzieć coś o tych kwiatach. Warto by je skomentować. - Zwiędną niedługo – zauważam. Tony Montana patrzy się na mnie z plakatu. - Wtedy kupię nowe – dodałem z uśmiechem i wróciłem do kuchni ratować przypalający się ryż. Rene uśmiecha się, podobnie jak Montana z plakatu. Patrzę na napis pod jego zdjęciem: „Who do I trust? I trust me”. Siadam z obiadem w salonie. Rene ogląda „Przyjaciół” w telewizji, ja włączam laptopa należącego do Gretusa, którego – przysięgam - znalazł na wysypisku i przeglądam wiadomości. Potem na YouTube oglądam fragmenty występu Billa Bayleia. Ogólna Teoria Wszystkiego, punkt dziewiętnasty. Największa wojna stulecia rozegra się pomiędzy starymi i nowymi mediami, czyli pomiędzy telewizją a YouTube i usługami Video On Demand. Zatrzymuję odtwarzanie w tym samym momencie, gdy w telewizji lecą reklamy. - Dobry pomysł z tymi kwiatami. Sam bym ich nie przyniósł, natomiast teraz pasują mi do mieszkania. Plusy z posiadania dziewczyn na mieszkaniu. - A nie tęsknisz za możliwością bezwstydnego oglądania filmów erotycznych i opowiadania sprośnych dowcipów? - Sprośne dowcipy są śmieszne tylko wtedy, gdy kogoś gorszą. A dzięki filmom erotycznym poznałem swoją dziewczynę. - Słucham? - Raz byłem u kogoś na imprezie. W domu było wiele pokoi, ludzie zajmowali je małymi grupkami i przemieszczali się spokojnie pomiędzy nimi. Znajomy włączył w salonie jakieś porno, a ja piłem do księżyca. Chyba jako część jakiegoś męskiego rytuału zapytał się mnie, czy dziewczyna na filmie mi się podoba. A tam wiadomo, blond, duże niebieskie oczy... to chyba na siłowni się działo, tyle pamiętam. Trochę chwiejnym krokiem przemaszerowałem przez salon i obwieściłem, że moja idealna sytuacja to kochać się z drobną brunetką na materacu, na zmiętej koszulce Led Zeppelin. No i... drobna brunetka to usłyszała. W pokoju obok puściłem „Houses of the Holy” i tak już zostało. - I co potem? - Potem... - zamyślam się. - Potem zmieniłem zespół, który miał być na koszulce i jej się to już nie podobało. Dandy Warhols i Brian Jonestown Massacre. A w przerwach nuciłem Bram Van i „Whatta hell am I doing drinking in LA at 27”. No i nie miałem pojęcia dlaczego. Jestem w Irlandii dopiero od kilku dni, ale już wiem, że mogę się z Rene zaprzyjaźnić. Jest niewiele sytuacji, w których facet może zaprzyjaźnić się z dziewczyną – to są wszystkie z nich razem wzięte. W zamku zgrzyta klucz i do środka wchodzi Gretus, swoim zwyczajem z nikim się nie witając. Idzie od razu pod prysznic. Gretus, ojciec teorii i matka chaosu, a dla mnie jak brat utracjusz. Są powody, żeby go zabić, ale jeszcze więcej, żeby kochać. Gretus pracuje na wysypisku śmieci, zarabiając spory, ale lekko śmierdzący pieniądz. Mógłby to być cios dla jego poczucia dumy, nie na darmo jednak nosi koszulkę z napisem „Straciłem szacunek do samego siebie na studniówce” i jest to jedyna historia, której nie chce opowiadać. Gretus przyleciał do Irlandii razem ze mną, co robi z nas najnowszą falą lokatorów na Glenn Darze. Rene i Rezi są pokoleniem średnim, to znaczy miesięcznym, natomiast pokolenie pierwotne stanowi Ian, autentyczny Irlandczyk, i Suzuki, najgorszy Japończyk. Teorie, teorie. Teoria, że Japończyk powinien jest sumienny i pracowity została obalona przez lenistwo Suzuki’ego. Pracuje w chińskiej knajpie, nie zna się na komputerach, gra w piłkę z dzieciakami z osiedla i nie ogląda anime. Najgorszy stereotypowo Japończyk jest najlepszym Japończykiem do mieszkania. Gretus może i na to ma teorię, ale się nią nie chwali. Ian, Irlandczyk północny pełen głupich snów, który obiecał mi parę lekcji celtyckiego. Ian przepada ponoć często na długie dnie i nikt nie wiedział, czy pije, czy pracuje. Jest zabawny i zmywa naczynia, więc nikt nie zadaje pytań. Z lokatorów pozostaje jeszcze Rezi, jedyna pracująca ambitnie w firmie informatycznej. Rezi była dziewczyną Rene. Pierwszego dnia przedstawiły mi się jako przyjaciółki, a drań Suzuki nie korygował. Drugiego dnia wieczorem, kiedy po raz pierwszy siedliśmy wszyscy razem w kuchni powiedziały, że są parą. To była właśnie jedna z sytuacji, kiedy dziewczyna i facet mogą się przyjaźnić. Nie muszę przy nich się zgrywać i rywalizować. To jest… wyzwalające. Rezi często kończy późno. Czasem dzwoni, żeby ktoś po nią wyszedł. Jak mówi Rene – głównie w czwartki i w piątki, kiedy rozpoczyna się imprezowy weekend. Na razie telefon milczy. Jest czwartek wieczór, a ja nie chcę jeszcze iść do klubu, dopóki nie zacznę zarabiać regularnych pieniędzy. Choć Gretus obiecuje kilkakrotnie, że ma wystarczająco środków aby upić mnie tak, aż stracę czucie w rękach. Siedzimy wszyscy w salonie razem, zgodnie z kilkudniowym rytuałem (rytuały w Irlandii wykształcają się znacznie szybciej niż w kraju). Oglądamy mimo to dwie różne rzeczy. Dziewczyny „Chirurgów” w telewizji, ja z Gretusem w Internecie kolejny odcinek Top Gear. Zagłuszamy się, ale nikt nie proponuje, żeby się rozejść. Ogólna Teoria Wszystkiego, punkt pierwszy, autor – tym razem Arystoteles. Człowiek to zwierzę społeczne i nie zmieni tego Skype, iPhone, amfetamina i Chińczycy w Sudanie. Nie ma takiej nowo- i po-nowoczesności. Rozsiadam się wygodnie i czuję, że jest dobrze. Tony Montana patrzy na nas. „Who do I trust? I trust in us”.
2. Rzeczy, które...
Mógłbym przynosić rano gazetę, ale ktoś to robi za mnie. Piątek. Rene czyta mi „ogłoszenia drobne”, choć przejrzałem wczoraj je wszystkie w Internecie, co automatycznie czyni dzisiejszy numer nieaktualnym. Czyta mi oferty pracy (wszystkie wymagają Safe Pass), podczas gdy przygotowuję sobie kawę. Czarna, sypaną. Mam wiele złych nawyków, kiepska kawa i gadanie do siebie to tylko niektóre przykłady. Co rano czytam w sieci inne informacje: chińscy sportowcy zaczynają chorować na białaczkę, z giełd światowych znika pięćdziesiąt bilionów dolarów. Na Białorusi trwa inauguracja miesiąca Wenezueli. Korea Północna okazuje się być rządzona przez ducha, w Mołdawii złodzieje kradną prezydencką limuzynę. W okolicach Kamczatki zostaje zaobserwowana największa fala morska przez rosyjską fregatę – trzydzieści pięć metrów potwierdzone Dopplerowskim radarem. Dochody banków islandzkich sześciokrotnie przekraczają PKB kraju, w którym się znajdują. W Irlandii dochodzi do pierwszego w historii zmniejszenia się PKB w eurolandzie. Wyłączam komputer i w myślach dodaję kilka dodatkowych pozycji do codziennych wiadomości: w gazecie „Galway Observer” ogłoszenia „szukam pracę” znacząco górują ilościowo nad ogłoszeniami „dam pracę”. W mieszkaniu na Glenn Darze pracownica Dunne’s Rene martwi się o bezpieczeństwo swojej dziewczyny. - Rezi wracała sama po jedenastej. Ileż mogą tam trzymać człowieka w tym labie? Powinna mieć samochód. - Skuter – Błysnąłem geniuszem. - Szybki i tani. - Ubezpieczenie kosztuje... - Ja się o nie pytać nie będę – zastrzegłem szybko. - A ty? Wzruszyła ramionami a ja zająłem się kawą. W sumie to nie lubię jej smaku, ale wychodzę z założenia, że jeśli potrafi sprawić iż trzęsą mi się ręce, to po niej nie zasnę. - Ile jej zostało do końca projektu? - zapytałem. - Dużo. Dopiero zaczyna. - Naprawdę się o nią troszczysz? - Też byś się troszczył, gdybyś ją poznał... Zresztą, wy się faktycznie praktycznie nie znacie, ona ciągle wraca późno... Powinieneś z nią wyjść gdzieś. - Że gdzie? - Do knajpy, może kina. - Nie chcę na razie wydawać pieniędzy, dopiero jak... - ...jak znajdziesz pracę, stare zaklęcie. Powinieneś. Rzeczy, które powinienem. Lista długa, wydłużająca się z każdym rokiem. Zacznę od ograniczenia się do dwóch kaw na dzień. A później sprawdzę repertuar w kinie. Wychodzę i kseruję więcej cefałek. Nałogowe oglądanie kina klasy B w czasach młodości zaowocowały u mnie dość autentycznym amerykańskim akcentem. Mogę być Amerykaninem, mógłbym udawać Holendra – licho, przecież Anglicy biorą za Holendra każdego, kto nie mówi po niemiecku lub francusku, może u Irlandczyków też to działa. Zanotować: nie pytać swoich, co robią i z jakiej części Polski pochodzą. To nieistotne, a pewnie i tak by zmyślali. Zresztą i tak wszyscy chcą zostać Irlandczykami. Bary szybkiej obsługi. Restauracje etniczne. Sklepy z elektroniką, winem i serami. Markety i rodzinne interesy, kafejka internetowa, kapitanat portu i dyrekcja kampingu przy Dublin Road – o robotę pytam wszędzie. Przedzieram się przez zwarte szeregi barmanów, portierów i sprzedawców, do szefów HR, rekrutacji, do dyrektorów i zarządców. Nie daję się zbyć byle czym, ani poradami od pracowników, ani napiętym terminarzem szefa. Tylko dwa razy oddałem pola i zadowoliłem się rozmową z kierownikiem zmiany. Wszędzie pytają o rzeczy, które potrafię. Co potrafię? Mam dwie ręce, mogę strzyc, sprzedawać i malować. Szczególne umiejętności? Znam dwadzieścia osiem węzłów z czasów harcerskich. Znam na pamięć „Pod mocnym aniołem” Pilcha. W plecaku noszę sterany dodatek do „Polityki” o pierwszej pomocy; zapoznaję się z nim sukcesywnie. Znam siedem sposobów na darmowe spanie w Krakowie (pięć w lecie, dwa w zimie). Wyjaśnię każde zjawisko społeczne, polityczne czy ekonomiczne odwołując się do Maxa Webera. Znam ludzi studiujących dziewiętnaście lat lub zaczynających piąty kierunek w życiu. Znam trzynaście nieskutecznych dróg na rzucenie palenia. Rzeczy, które znam, wypełniłyby Wielki Kanion. Więc co to za praca? - Precyzyjna szlifierka – pracownik znalezionego przypadkowo pośredniaka na szczęście tłumaczy mi termin honing. - Generalna obsługa maszyn. Dostanie pan tam pełne szkolenie. Obuwie robocze? - Sneakers? - Ze wzmacnianym metalowym czubem. Już panu daję… potrącimy z pierwszej wypłaty. Trzydzieści jewro. Jutro uda się pan pod ten adres i odszuka pan Adriana Stone’a. - Brzmi w porządku. - Jest w porządku. - Ile na godzinę? - Mniej. - Od czego? - Co za różnica, ja tylko pana nastawiam. - Przynajmniej uczciwie. - Jest uczciwie - zapewnia. Wychodzę z pośredniaka i czuję, jak ogarnia mnie spokój. Mogę wreszcie chłonąć Irlandię, rzucić parę centów grajkowi od szant, popłynąć na wyspy Aran i zmusić się w końcu do Guinessa. Resztę dnia spędzam na spacerze. Shop street pełna jest ulicznych dziwaków. Dwie umalowane na złoto dziewczyny udają teatr lalek; jedna jest lalkarzem i trzymając w ręku metalowy krzyż, od którego biegną linki do nóg i rąk drugiej dziewczyny udaje, że nią porusza. Przed sobą mają napis „Remember the child inside you and never stop laughing”. Dalej komik uliczny co drugi żart kończy uwagą: „Can english-speaking people raise their hands? So few? That’s why no one’s laughing”, po czym zaprasza ludzi na swój występ w barze na piętrze. Bar jest pełen, rezygnuję i idę dalej. Dwóch hipisów układa z drobnych, pomalowanych farbami kamyczków pacyfkę. Ktoś nawołuje do bojkotu izraeliskich wyrobów. Gość przebrany za drzewo przekonuje ludzi do pomocy w ocaleniu drzew na Eyre Square. Dwie urocze Francuzki w czerwonych sukienkach tańczą boso i śpiewają. Zatrzymuję się przy nich na piętnaście minut, z płyt CD leżących przed nimi odczytuję nazwisko śpiewaczki i zapisuję je na ulotce restauracji, którą mój rodak wcisnął. Słońce wychodzi zza chmur. W Irlandii nigdy nie można być niczego pewnym, deszczowy poranek może oznaczać słoneczne południe i wietrzny wieczór. Cykle pogody trwają tu po dwie godziny. Umowy na wynajem mieszkania podpisuje się na miesiąc. Słońce rozświetla wodę pomiędzy kamieniami, zalegającymi dno zatoki; odpływ jest w szczytowej fazie. Wzdłuż betonowego nadbrzeża ciągnie się rząd pomalowanych na pastelowe kolory domków. Wydaje mi się, że mógłbym mieszkać w żółtej irlandzkiej kamieniczce, z wyjściem prosto do portu. Pachnie rybami i butwiejącym drewnem. Domek jest odległy, na razie jest praca i mieszkanie na osiedlu Glenn Dara. W Irlandii nawet lista rzeczy, które chcę, znacznie się skraca. Chciałbym, żeby francuska śpiewaczka pojawiała się regularnie i chciałbym stracić na nią trochę pieniędzy. Chciałbym nauczyć się od Iana odrobinę celtyckiego. Chciałbym... licho, w tej słonecznej chwili mogę jedynie wyartykułować z siebie pragnienie dojścia do klifu, który majaczy się w oddali. Oszustwa Irlandii, ile to może być kilometrów? Na nogach mam na szczęście niezłe buty. Zaczynam iść wzdłuż wybrzeża przez Salthill. Po prawej ciągną się domy z dużymi tarasami i sztucznymi palmami. Po lewej świeżo zbudowany falochron. Zaraz potem obelisk który leży tutaj od trzech (tysięcy?) lat. Idę dalej, mijam wesołe miasteczko, liczne kasyna, kluby nocne ze stripteasem i salony gier. Lewa strona się zmienia, jest plaża, wszyscy się wylegują, a nikt się nie kąpie. Szerokim deptakiem ciągną tłumy ludzi. Deptak kończy się, zaczynam więc iść ścieżką, później kamienistą plażą. Mija pierwsza godzina. Marsz po plaży jest powolny, przeskakuję z kamienia na kamień, czasem wpadając na wyrzucone przez morze wodorosty, które barwią mi buty na brązowo. Dwóch Rosjan wyprzedza mnie na rowerach górskich, są spoceni i pachną piwem. Wymijam ich niedługo później, gdy zdyszani odpoczywają, dalej idę sam. Klif zbliża się, przestaje być smugą na widnokręgu, a zaczyna wyrastać przede mną jako porośnięty wysokim zielskiem pagórek. Z trudem znajduję ścieżkę na szczyt, drapię się na górę i zbliżam do krawędzi. Ziemia ugina się lekko pode mną, krawędź wystaje chyba trochę poza ścianę. Kładę się na brzuchu w pachnącej trawie i czołgam się wolno, aż uda mi się wystawić głowę nad przepaść i zobaczyć na dole morze. Woda jest zaskakująco niebieska, pod jej powierzchnią rysują się kolorowe płachty jakiejś podwodnej roślinności. Wygląda trochę jak na zdjęciach z tropików, podobnie jak domy na Salthill, ze swoimi tarasami i palmami imitujące Miami Beach. Doznaję poczucia niesamowitego odrealnienia, jakby wszystko co mnie spotkało przez ostatni tydzień było czyjąś opowieścią. Irlandzkie oszustwo. Rzeczy, które chcę? Chcę, żeby jedynymi rzeczami, których będę chciał było mieszkanie na osiedlu Glenn Dara, pieniądze dla Francuzki i dobre buty do chodzenia.
3. Migawki z życia imigranta i człowieka
Wstań wcześnie rano i zrób sobie śniadanie. Przywitaj się z Suzukim patrząc, jak przysmaża sobie wyniesione z restauracji jedzenie. Zjedz szybko, wypij dużo kawy. Pożegnaj się z Suzukim, pożegnaj się z Tonym Montaną, który patrzy się krzepiącym wzrokiem. Pojedź na starym rowerze na Alston Lane, posiłkując się wydrukowaną z Internetu mapką. Znajdź Apperley Honing Ltd. Przywitaj się Adrianem, Michaelem, Tommym i Szwedem-Magikiem. Włącz instalację przepompowującą olej, sprawdź zamówienia. Przytnij piłą rury na wymaganą długość, pamiętając o włączeniu chłodzenia. Załóż rurę na podłużną maszynę szlifującą. Wprowadź strumień oleju do jednego końca rury, przez drugi wprowadź głowicę szlifującą. Jeśli brakuje kamieni szlifierskich odpowiedniej twardości, przytnij je w pomieszczeniu obok. Tnij uważnie, z dokładnością do dziesiątych cala, patrząc na zielony wyświetlacz informujący o położeniu ostrza. Postaraj się, żeby migające zielone cyfry nie śniły się po nocach, choć płonne to nadzieje. Załóż kamienie na głowicę, uruchom maszynę, co parę minut sprawdzając średnicę wnętrza rury. Wyszlifuj odpowiednią ilość, zapakuj folią. Tommy zawiezie je wózkiem widłowym na ciężarówkę. Sprawdź zamówienia. Przeżyj. ................................. Kino mieści się w dzielnicy handlowej... Nie, kino mieści się pomiędzy Tesco, Lidlem i Dunnsem, z domieszkami mniejszych sieci. Dzielnica handlowa to rejon zamieszkany przez kupców i ich małe geszefty, tutaj nikt nie mieszka, a najmniejszy budynek pomieściłby spokojnie kort tenisowy. Kino nie należy to wielkiej sieci, w której przed filmem puszcza się trzydzieści minut zwiastunów filmowych i antypirackich reklam. Jest w starym stylu, z dużą ilością wykładzin i chłonących dźwięk tapet. Jest ciemno i przytulnie. Podchodzimy z Rezi do kasy i każde z nas osobno kupuje bilet na „The dig” (żadnych zniżek? Przecież mam ISICa!). Do seansu jest jeszcze chwila, ale w okolicy nie ma nic ciekawego do zobaczenia, poza wielką paczką chipsów krewetkowych za dwa czterdzieści dziewięć jewro. - Mówiłem ci, że dobra muzyka ściąga niewiele osób. - Na „Across the universe” była kolejka - ripostuje Rezi. - No tak, ale Beatlesi byli bogami. - Po prostu dobre grali... - Miliard płyt. I kropka. Słucham rady Rene, która mówiła, że z Rezi mógłbym spędzić miło czas. Rene kocha Rezi, tyle jestem w stanie stwierdzić, a mnie z jakichś przyczyn bardzo lubi, nic więc dziwnego, że zależy jej na naszym poznaniu. Na razie Rezi zerka często na zegarek, odliczając minuty do początku seansu i końca krępującej ciszy. Ogólna Teoria Wszystkiego: bariery znikają. Irlandia konfrontuje ze sobą typy ludzi, którzy normalnie by się nie spotykali. Trzydziestopięcioletnich budowlańców żyjących jak studenci ze studentami biotechnologii (przyszły szczyt drabiny społecznej), artystów biednych i bogatych, włóczęgów i ludzi z planem, Słowian i celtów, intelektualistów i yuppies, siedemnastolatków uciekających z domu z rodzicami siedemnastoletnich dzieci. Wszyscy oni mieszkają obok siebie, spotykają się w urzędzie i piją w tych samych barach. Wszyscy chodzą razem na polskie msze i imprezy Polish Society. Ja zajmuję się precyzyjną szlifierką. Ona znajduje się w skomplikowanej sieci podwykonawców, spółek-córek i franczyzn, pisząc dla bliżej nieokreślonego zleceniodawcy skomplikowane algorytmy programujące. W kraju oddzielałaby nas bariera jej osiedla chronionego i strażnik z mundurze przy wjeździe. W kraju wszystko robi się na poważnie i ostatecznie. Irlandię natomiast wymyślono po to, żeby odwlec ostateczne decyzje, oszczędzać na niezdefiniowaną przyszłość. Tutaj wszyscy spotykamy się i wszyscy jesteśmy równi przy kasie Tesco. - To co właściwie programujesz? Robisz gry? - przełamuję milczenie. - Programuję maszyny. - Jakie? - Nie wiem - wzrusza ramionami. - Algorytmy korygujące ruchy precyzyjne. Mechanizmy trymujące. Nie lubię wydobywać z ludzi informacji na siłę. Rezi nie czuje do mnie niechęci, bo z niechęci trzeba sobie zdawać sprawę i znać jej przyczynę. Tak jak lęk jest strachem bez uzasadnienia, tak uczucie, które żywi do mnie Rezi jest rodzajem bezpodstawnej, wyniosłej obojętności. Nagle wymyślam, o co jej chodzi, a pomysł jest tak zaskakujący, że aż chichoczę cicho pod nosem. Może Rezi chce się zapytać, o co mi chodzi, ale seans się zaczyna, więc wchodzimy na salę. ........................ Wracaj z pracy w cuchnących smarem spodniach. Niech ludzie wiedzą, że ciężko pracujesz. Po powrocie pobij się z Gretusem o pierwszeństwo do prysznica. Wygraj. Wyjdź w piątek po południu śpiewając na całe gardło „Wolność? Po co wam wolność, macie przecież telewizję”. Odłóż pieniądze na czynsz i opłaty. Odłóż zryczałtowaną kwotę na konto na oszczędności. Przepij resztę w piątek wieczór. Pracuj. Wyślij rury do chińskich kopalń lub do norweskich kutrów, na platformy wiertnicze na Morzu Północnym. Wspomóż globalną gospodarkę za siedem dwadzieścia jewro za godzinę. Koniecznie wyciągnij sposób na życie od Szweda-magika. Podlewaj kwiaty i sprzątaj po sobie. Pamiętaj o urodzinach dziewczyn. Bądź najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Pracuj. Żyj. Zmierzaj donikąd. .................................... - Rewelacyjna ścieżka dźwiękowa, szkoda że soundtracki nie osiągają nigdy statusu kultowych, a przynajmniej nie w takim stopniu jak płyty. Rewelacyjny podkład na przykład do „Into the wild” nie zostanie nigdy wymieniony jako jeden z tych, które miały wpływ na muzykę porównywalny z... „Nevermind” Nirvany. - Słusznie - odpowiada Rezi, wychodząc z kina. - Soundtrack zawsze będzie w jakiś sposób schowany za samym filmem, płyta jest wartością samą w sobie. „Nevermind” to fragment pewnej popkulturowej wiedzy, którą posiada chyba każdy. - Może nie każdy. Kultura gna do przodu z takim tempem, że wszystko staje się kultowe i tradycyjne o wiele szybciej. Prawdziwa wiedza popkulturowa nie jest znana wszystkim. Przykład? Najlepszy żyjący zespół to... - Mam podać... - No właśnie - przerywam jej. - Słysząc takie pytanie ludzie zazwyczaj podają swoje ulubione kapele, chociaż samo to hasło odnosi się do Uriah Heep. - Rene miała rację. - Słucham? Dziewczyna zatrzymuje się i kiwa lekko głową. - Jeśli kogoś można określić mianem „rock and rollowy typ” i nie czynić z tego od razu kliszy, to właśnie ciebie. Idziemy przez chwilę w milczeniu, a ja gryzę się przez chwilę i w końcu rzucam haczyk na próbę: - Do you like old time rock and roll, that kind of music that soothes the soul? Odpowiada szybko, bez zająknięcia. - I reminisce about the days of old with that old time rock and roll. Bob Seger oczywiście. Piosenka, którą wszyscy znają. Słuchaj, Orczyd, nie dogadujemy się nie dlatego, że spędzamy ze sobą za mało czasu, czy że mamy różne gusta muzyczne. Tak nie jest, jak widać. Nie dogadujemy się, ponieważ tak się czasem dzieje, nie wszystkim musi ze sobą wychodzić. A Rene powiem, że się dobrze bawiliśmy i że kiedyś wyjdziemy razem na inny seans. Będziemy miło siedzieć w gronie i w tym gronie zagadywać do siebie i opowiadać anegdoty. Wyciszę Rene. A my się zwyczajnie będziemy lubić jak dwoje ludzi, którzy nie mają nic przeciwko sobie. .................................. Gretus i Ian słuchają z niedowierzaniem. - Więc jak on to robi? - Szwed-magik? Nie wiem, ale mieszka z czterema dziewczynami, które mu gotują i sprzątają. Jeśli nie jest to najgenialniejszy człowiek na ziemi, to i tak nie potrzebuję znać tego mądrzejszego. - Ile on ma lat? - Dziewiętnaście. Pochylamy się nad Guinessem, każdy licząc, ile lat już zmarnował. - Jak znalezienie czterolistnej kończynki - mruczy Gretus. - W tym kraju? Nawet na majtkach ją drukują. - Przesyt. Chodzi o to, że jak znajdziesz jedną, to już przestajesz szukać, prawda? Ian czubkiem nosa pokazuje mi wiszącą za mną reklamę piwa light, która mnie bardzo denerwuje. Przypominam sobie tych wszystkich idiotów, o których opowiadał mi właśnie Ian. Poznał ich jeszcze jako młody gość sprzątając pokoje w Corrib Villige. Na podłodze pełno papierów po hamburgerach i chipsach, a na stoliku stoi pusta butelka po Coli Zero. - Kiedyś przestawali szukać. Na przykład Szwed-magik jest przed studiami, zrobił sobie rok przerwy po skończeniu szkoły. I jestem pewien, że w końcu zostanie Senior Consultant of Unneeded Services, a i tak myślami będzie wracał do momentu, kiedy pracował w fabryce nie mając wykształcenia. - Kończynka zdewaluowała się. Jedna już nie wystarcza, trzeba je zebrać całe garście, żeby można było o sobie powiedzieć, że jest się szczęśliwym. Jeśli powiesz, że wystarczy ci jedna, ludzie potraktują cię w najlepszym razie jako zabawnego dziwaka. - Nie widzę różnicy pomiędzy standardową telewizją a HDTV - wyznał nagle Ian. - Nie słyszę różnicy pomiędzy CD audio a DVD audio - idę jego tropem. - A ja jestem święcie przekonany, że smak wódki z czterolistnych kończynek nie różni się specjalnie od ukraińskiego przemytu, kupowanego w akademiku. Każdy może być początkiem miłości i bólu głowy - obwieszcza Gretus donośnym głosem. Parę spojrzeń w barze kieruje się w naszą stronę. Czas wrócić po pracy do mieszkania na osiedlu Glenn Dara. Czas zrobić sobie samemu frytki na obiad (który to już dzień?). Czas poszukać na YouTube dobrych amatorskich coverów znanych kawałków (zwykle dobrze wychodzi ludziom „Zombie”, brawa dla Kellie Woods). Czas pobyć z irlandzką rodziną, kiwnąć głową Tony’emu Montanie. I ponownie: „Who do I trust? In us, I trust”. Nie zostawiajcie mnie.
4. Helgoland
Grunge’owy wieczór w „Eclipse”, choć zazwyczaj grają tu raczej w kierunku indie rocka. Mother Love Bone, Mudhooney, Pearl Jam, Mad season i projekt Temple of the Dog. Wszyscy czują się rozbici jak wtedy, kilkanaście lat temu podano tą straszną wiadomość, że Kurt Cobain nie żyje. Podobnie jak inni, pamiętałem dzień, w którym się to stało. To był piątek. Na początku nikt nie wierzył, nikt nie pochlipywał. A potem dziewczyny zaczęły płakać. W powietrzu czuć było emocje. Nie wiem, jak przeżywali to inni. Wróciłem do domu, zakleiłem taśmą wyłamane ząbki w kasecie Dire Straits – Brothers In arms i nagrałem na niej z RMFu dwugodzinną audycję o Cobainie. Wtedy czułem się, jakby zmarł mi ktoś z rodziny. Ogólna Teoria Wszystkiego, punkt trzynasty: na świecie pozostało już bardzo niewiele legend. Na parkiecie tanecznym ludzie rozmawiają ze sobą, zbliżeni do siebie przez hałas. Jestem zaskoczony, piątek jest zwykle dniem na absolutne wyszalenie się z upokorzeń niskopłatnej pracy. Może była to specyfika knajpy Jazzygit, może po prostu właściciel tego przybytku wpadł w sentymentalny nastrój. Wydaje mi się że go widzę przez szybę, siedzącego w biurze, wpatrzonego w jeden punkt. Może przegląda faktury, ale jestem święcie przekonany, że świat byłby o wiele lepszym miejscem, gdyby były to zdjęcia z jego dawnej i szalonej podróży do Seattle. Stoję przy barze. Gretus podchodzi do mnie, zamawia mi i sobie Guinessa i krzyczy mi do ucha: - A wiesz że dziś wygrzebałem albumy Nirvany? Nie wiedziałem. Świat może nie był takim złym miejscem. Wracamy do stolika. Rene wygląda jak niesforna chłopczyca, z krótkimi włosami i opadającą na czoło grzywką. Pije Ballmersa, który stoi obok Jamiesona z lodem, należącego do Rezi. Gretus jeszcze raz mówi, co znalazł na wysypisku; wygląda, jakby bardzo potrzebował papierosa. Ian próbuje wypowiedzieć słowo „Żywiec” z butelki, którą mu specjalnie kupiliśmy, Suzuki wygląda na najbardziej rozluźnionego z nas. Niby Japonia leży najbliżej Seattle z naszych ojczyzn, ale czy tam się w ogóle słucha Nirvany? - Co się stało z Proletaryatem? - Słucham? - Byłem niedawno na koncercie IRY - wyjaśniam. - Zacząłem się więc zastanawiać, co z innymi kapelami z tamtego czasu. Czemu Tomek Lipiński nie gra w Tilcie? Co się stało ze zgrywaniem z radia fragmentów piosenek, z kasetami przegrywanymi przez telefon z Londynu, co się stało z pieczołowitym podpisywaniem pirackich kaset Teenage Love Alternative? Tylko kochana Kasia Nosowska dalej trzyma formę. Ian i Suzuki patrzą się na siebie i razem wzruszają ramionami. Gretus jeszcze bardziej potrzebuje papierosa, ale nie wychodzi przed knajpę. Mówi wolno, jakby z trudem, że dałby wszystko, by móc znowu pojawić się na Marlboro Rock-in festival 95. Przyszedłem tu na świętowanie, a czuję się fatalnie. Chwyta mnie straszliwa tęsknota za tamtymi czasami; Gretus przechodzi to samo. W tym momencie niczego tak nie pragnę jak ponownego wtopienia się w tłum podczas koncertu Aerosmith w Warszawie, gdy supportowała go Ira, chcę powrotu z tego koncertu tą wielką falą ludzi, w której poznawało się dziesiątki wyjątkowych osób (Pucio, Karmel, co z wami? Ja przynajmniej próbowałem!). Chcę znowu spędzić z nimi noc na dworcu centralnym. Chcę być nastolatkiem na tydzień przed pojawieniem się albumu „Fire” Hey’a. Chcę nosić powyciągany bordowy sweter, z naszytymi na plecach łatami z czarnego dżinsu, tworzącymi napis WAR, od inicjałów Williama Axla Rose’a. Chcę płacić dwadzieścia siedem tysięcy złotych za paczkę papierosów, wyżebraną nielegalnie w kiosku Ruchu. Chcę... Przez barmana nagle pragnę bardzo wielu rzeczy. To nie jest uczciwe! Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że dwa tysiące sto kilometrów to dobra odległość, żeby uciec od samego siebie, a tu nagle cholerny miłośnik Nirvany niszczy to wszystko! Czy on nie zdaje sobie sprawy, jak ważne w moim dzikim kraju są legendy? Dla niego pewnie śmierć Cobaina była tylko stratą dla muzyki, dla nas był to ostateczny powrót do świata amatorskich reklam telewizyjnych i amatorskiego kapitalizmu. Muszę podejść do niego, najlepiej chwycić go za fraki i wykrzyczeć rudzielcowi: „Ej! Znam na pamięć Ogólną Teorię Wszystkiego do punktu trzynastego. Ej, ty, słyszysz? Nie przypominaj nam o legendach, które nie wrócą! Ej! Masz piwo EB?”. Gdy wracamy, wszyscy mamy lekko w czubie, poza Rene, która mogłaby być matką nas wszystkich. Rene dużo nie piła, i dzięki temu prowadzi mnie trzymając dłoń na moim ramieniu, a ja cieszę się, że mogę wdychać jej zapach, bo to mnie uspokaja. Rene pachnie kojąco, takim matczynym aromatem mydła rumiankowego. Nie muszę być z kobietą, żeby cieszyć się z jej obecności. Rezi idzie z tyłu i dyskutuje zawzięcie z Ianem, którego nasze szlochy także poruszyły jego irlandzką duszę, więc słucha uważnie, gdy Rezi tłumaczy na angielski tekst „Autobiografii”. Gretus idzie trochę zły i sam, ale to po prostu był jego melancholijny piątek. Od centrum miasta do mieszkania na osiedlu Glenn Dara jest pół godziny drogi. Ulice w centrum są pełne krzyków i ludzi, wszystkich języków i wszystkich nacji. Ian znowu rozgląda się wokół tym pełnym zaskoczenia wzrokiem, jakby wrócił do kraju po latach nieobecności i nie mógł go rozpoznać. Rezi szarpała go za rękaw i klaruje, czym było radio Luxemburg, choć sama nigdy go nie słuchała. Gdy dochodzimy na miejsce, Gretus zasiada w salonie, otwiera ćwierć litrową buteleczkę piwa i zaczyna wyszukiwać starego polskiego rocka w sieci. Rezi kocim ruchem wskakuje do łazienki, Ian macha wszystkim i nikomu ręką i idzie od razu spać. Rene prowadzi mnie do pokoju, który zajmuję z Gretusem, choć wie dobrze, że nie jestem aż tak pijany by potrzebować pomocy. Kładę się na łóżku, a Rene staje nade mną. - Czemu przyjechałeś tutaj? Żeby zarobić na studia? - Na samochód. - Jasne. Zwyczajnie kolejny uciekinier. - Przerażają mnie ubezpieczenia i kredyty długoterminowe – wyznaję jej nagle. - Czuję się komfortowo, gdy nie muszę podpisywać umowy z Vodafone, żeby dzwonić, tylko sami dają mi komórkę za darmo. Jedyny problem to reklamy, które przerywają rozmowę co minutę. - Masz coś takiego? - Nie, ale byłaby to dla mnie idealna opcja - z trudem wyłuskuję telefon z kieszeni i rzucam go w jej kierunku. Aparat ląduje na łóżku – Ja i tak tego nie używam, zadzwoń sobie do rodzinki czy gdzie tam... A jak jest z tobą? - podnoszę się na łokciu. - Też uciekasz przed czymś? Przed... nietolerancją, brakiem akceptacji w naszym dzikim kraju? Zbliża się do mnie i pochyla nade mną. Jej zapach staje się intensywniejszy. - Niestety, Orczyd, stałam się w uciekaniu za dobra i już zwyczajnie nie pamiętam. - Irlandia to mimo wszystko dobre miejsce na takie manewry, co? - mruknąłem. Świat wirował trochę przed oczami. - Bardziej na zachód jest już tylko bardzo dużo morza - uśmiecha się. - Ale wiesz co, opowiem ci bajkę o pewnym uroczym miejscu, które jest o wiele lepsze od Irlandii, dobrze? Tylko zamknij oczy. Kiedyś poznałam gościa, który opowiedział mi o wyspie, uniesionej zad powierzchni morza gładkimi, czerwonymi skałami. Od jej południowej struny dźga niebo skalna iglica, na podobieństwo pomyślanej przez naturę latarni morskiej. Helgoland, bo tak nazywa się wyspa, pokryta jest bujną zieloną trawą, pośród której nikną parterowe domki. Gdy od morza powieje silniejszy wiatr, trawa ugina się posłusznie, domy natomiast cierpliwie stawiają czoła wiatrowi i całemu światu od wielu, wielu lat. Na wyspie są pozostałości starej wojskowej bazy, której największą częścią jest tnący morze betonowy falochron. Jeśli morze jest akurat spokojne, można przejść nim kilkadziesiąt metrów od brzegu, tą wąską nitką przyczepioną do malutkiej wysepki (a wiedz, że jest tam tylko jeden policjant, który nawet nie ma samochodu). Na kawałku płaskiej powierzchni urządzono małe lądowisko, z którego wysłużona Cessna Skyhawk startuje, zabierając kilku nielicznych w tym miejscu turystów na wycieczkę. Czasem, gdy pilot się odważy, przelatuje pomiędzy iglicą a klifami, a ma tam niewiele zapasu (czy nie wspominałeś kiedyś, że Gretus marzy o lataniu?). Miejscowych raczej trudno namówić na zobaczenie ich wyspy z lotu ptaka, choć kilku się zgodziło. Z pewną dozą nieufności wsiedli do maszyny, ale ich nieufność była bardzo prosta, powodowana faktem, że pilot był z kontynentu. Gdy już znaleźli się w powietrzu, gwizdali i cmokali z zadowoleniem, gdy samolot leciał wzdłuż klifów poniżej ich krawędzi. Po wylądowaniu szli szybkim krokiem do nieodległego pubu i opowiadali z dumą, co widzieli, a reszta bywalców patrzyła a nich jak na przybyszów z innej planety. Obok Helgolandu jest mniejsza, bezludna wysepka, która kiedyś stanowiła jego integralną całość. Jeśli morze jest łaskawe, można do niej dopłynąć łodzią wiosłową i pooglądać dzikie kaczki. Taka jest moja baśń, Orczyd, ostateczna ucieczka. Tam można by spędzić resztę swojego życia. Orczyd, śpisz już? Orczyd? W porządku, już cię zostawiam. Jak każda bajka, tak i ta nadaje się głównie do usypiania. - Nie śpię. Tylko powiem, że jesteście wspaniałe. Wy, kobiety. Faktycznie potrafiłybyście spędzić resztę swojego życia w takim miejscu. Nie macie w zwyczaju niszczyć swojego świata co sześć lat, jak robią to mężczyźni. - Śpij, Orczyd. Powiem Gretusowi, żeby zachowywał się cicho.
5. Dojrzewanie
Budynek, w którym pracuje Rezi, okazuje się być srebrnym biurowcem, gdzieś przy wylotowej Dublin Road. Parkuję skuterem na tyłach, skuterem, będącym kluczowym punktem mojego planu. Zaczyna się jesień, która różni się od lata jedynie zmienionymi wystawami sklepów z ubraniami. Słońce pojawia się natomiast częściej niż we wakacje. Wchodzę do budynku przez duże obrotowe drzwi i podchodzę do portierni. Przez chwilę usiłuję przekonać strażnika, żeby dał mnie wejściówkę gościa, jednak ten jest nieugięty. Dzwonię więc do Rezi, która po chwili nerwowym krokiem schodzi na dół i podpisuje się w odpowiednim miejscu, zapewne biorąc za mnie odpowiedzialność (kto się zgadza na takie rzeczy?). Strażnik każe mi spojrzeć w obiektyw kamerki i po trzydziestu sekundach z maszyny wylatuje mała plastikowa karta z wydrukowanym moim zdjęciem. Wzór magnetyczny na karcie otwiera furtkę w barierce. - Wyjdźmy na chwilę na parking - proponuję - Ale po co? - Nie lubisz raczej niespodzianek, co? Nieważne, raz się przełamiesz. Rezi prowadzi mnie holem. Po drodze mijamy wózek z owocami. - Firma zapewnia codziennie rano świeże - wyjaśnia. - Znaczy darmo. Rezi kiwa głową, więc otwieram szybko plecak i wkładam do środka dwa kiście bananów i parę mandarynek. Rezi kręci wolno głową, a ja przypominam sobie, że istnieją konkretne powody dla których dziewczyny nigdy nie lubiły przedstawiać mnie swoim rodzicom. Zjeżdżamy windą na niższy poziom. Mijamy plastikowe kabiny wielkości budki telefonicznej, z silną wentylacją, w której pracownicy palą papierosy. Jeśli istnieje forma bardziej poniżającego publicznego napiętnowania, to nie chcę jej znać. Rezi prowadzi mnie dalej przez podziemia aż do miejsca, które wygląda na duży garaż. Otwiera małe drzwi w rogu i blokuje je w pozycji otwartej. Wychodzimy na parking. - O której dziś kończysz? - pytam, prowadząc ją między samochodami. - Dwudziesta plus wkurw szefa. - Nie przejmuj się, będziesz wracać odrobinę szybciej. Skuter należy do ciebie. Rezi z pewnością nie przywykła do bycia zaskakiwaną i do okazywania radości, jej reakcja była więc bardzo naturalna. Po raz pierwszy dostrzegam ją samą, poza jej zwyczajową nonszalancką maską. Po chwili jednak maska wraca, Rezi znowu unosi gardę i patrzy na mnie podejrzliwie. - Sam to kupiłeś? - To nie żadna łapówka, tylko prezent od Rene. Zawsze chciała, żebyś bezpiecznie wracała z pracy, a u mnie szef w robocie akurat miał tą maszynkę do sprzedania. Ja tylko pośredniczyłem w kupnie, wykonałem jazdę próbną, trochę przy nim pogmerałem. I Rene nalegała, żebym to ja ci go dał. Ona chyba i tak potrafi wywołać u ciebie radość. - Niesamowita dziewczyna - mówi wolno i dodaje: - Jeszcze trzeba ubezpieczenie zapłacić. - Ja się o nie pytać nie będę - zastrzegam szybko. - W razie kontroli po prostu jak najszybciej wpakujesz skuter do morza. Oglądamy przez chwilę pojazd, tłumaczę jej obsługę. Potem siadamy na krawężniku. Rezi wyciąga papierosy Red Apple i częstuje mnie. Gdy odmawiam, zapala sama. - Więc sprawiła mi prezent, ale pozwoliła tobie go dać żebyśmy się lepiej dogadali? - Naprawdę jej na tym zależy. - Przez moment waham się, ale w końcu zbieram się na odwagę i mówię - Chyba wiem, czemu był… jest między nami taki dystans. Nie podoba ci się moja niedojrzałość. U Rene to może być słodkie, ale generalnie nie lubisz ludzi bez planu i pomysłu na życie. W porządku. - Nie, nie o to chodzi, chłopie, ale plus za próbę - Jak w ogóle poznałyście się z Rene? Rezi przeciąga się i śmieje do wspomnień. - Dzięki fartownej kanapie. To najszczęśliwszy mebel, jaki miałam. W moim mieszkanku od dawna nocowały często różne osoby. Wiesz, na studiach byłam zaangażowana w wiele projektów, imprez i festiwali. Sztuka alternatywna, konferencje genderowe, dni kultury serbskiej, tym podobne. Mieszkanie było często wykorzystywane jako magazyn na różne ozdoby i materiały, często zostawali u mnie na noc znajomi, z którymi pracowałam do późna, czasem znajomi znajomych. Dla nich zawsze była wielka, wygodna kanapa, stojąca na środku salonu. Bardzo wygodny mebel, już samo spanie w nim zapewniało radość. Ale mebel często znosił też seks i rozmowy do późna. Sprężyny były ciche, poduszki głębokie, kanapa stała się wśród naszych znajomych niemal przysłowiowa. I pewnego razu, gdy siedzieliśmy w kilka osób o północy, przy winie próbując odpocząć po nerwówce przygotowań do zbliżające się konferencji, z boku fartownej kanapy przycupnęło małe, wystraszone coś o chłopięco przyciętych blond włosach. Rene była na pierwszym roku, przygotowywała poster na temat brakujących kobiet w Azji Południowo Wschodniej, czy czegoś takiego, i po raz pierwszy trafiła w taki klimat. Siedziała obok jakiegoś faceta, też go cholera nie znałam, ale fartowna kanapa zadziałała... Nagle wszystkie zapadki zaskakują w mojej głowie i otwierają się drzwi, dzięki czemu nagle rozumiem źródła niechęci Rezi do mnie. - Rene jest biseksualna, tak? Obawiasz się konkurencji ze strony mężczyzn. Przez moment Rezi nic nie mówi, tylko patrzy się przed siebie i przygryza wargę. - Wiesz, według mojej teorii każdy jest w jakimś stopniu biseksualny, wszyscy jesteśmy na jednej osi, a nie w dwóch zbiorach… - Według twojej Ogólnej Teorii Wszystkiego? - Mojej, Prywatnej i Nieogólnej - znowu chwila milczenia. - Ale masz rację, trochę się tego obawiam. Wiem, że irracjonalnie, ale o wiele bardziej boję się, że Rene może spodobać się jakiś facet niż inna kobieta. - Nie zabiorę ci jej, nawet przez myśl mi przez to nie przeszło. Jesteście za idealną parą, z tego czerpię jakąś stabilność, wiesz? Jakąś taką wiarę, że świat nie oszalał do końca. Może to i egoistyczne, ale na pewno niegroźne. Biorę od Rezi papierosa. Generalnie nie palę, ale monotonne czynności mają kojące właściwości. - Fajna historia z tą kanapą. - Miałeś kiedyś taki mebel? Parskam śmiechem. - Nie, ale oddałbym za coś takiego lewą rękę. Ale ta historia to taki paradoks paradoksów współczesnych czasów. - Nie rozumiem. - Żyjemy w czasach totalnego rozpasania erotycznego, jednak moje życie seksualne raczej niż amerykańską komedię dla nastolatków przypomina takowe życie ucznia technikum za peerelu. To pierwszy paradoks. Drugim natomiast jest to, że seks zaczynał i definiował wszystkie ważne momenty w moich życiu uczuciowym. Dzięki filmowi erotycznemu poznałem swoją dziewczynę - przytaczam jej szybko historię, którą na początku mojego pobytu w Irlandii opowiedziałem Rene. - Akurat Led Zeppelin? - pyta z uśmiechem. - Takim byłem na bakier chłopcem z nie swojej epoki - wyjaśniam. - W takiej sytuacji ją poznałem. Ale to, że ona mnie kocha, odkryłem w innej. Słońce rozgrzewało powoli beton parkingu, rozgrzewało samochody, a nas usypiało. Poprzez szum ruchliwej Dublin Road słychać było morze. - Historia ta działa się w łóżku, gdy dziewczyna pieściła mnie ustami. Dobry początek, nie? Nie obruszaj się, już mówię dalej. Robiła to uroczo nieporadnie, ale było to wspaniałe. Cały czas trzymaliśmy się za dłonie. Gdy zbliżyłem się do końca ostrzegłem ją i skończyłem. I wiesz co? Poczułem, jak dłoń, za którą ją trzymałem, zaciska się na moim nadgarstku, a ona jęknęła kilka razy, drżąc na całym ciele. Dostała orgazmu razem ze mną, choć jej wcale nie pieściłem. Moja dziewczyna dostała orgazmu widząc, jak mi jest dobrze. To właśnie jest miłość. Totalne porozumienie, gdy dwie osoby czują, myślą i działają tak samo. - Wiesz co, Orczyd? - No co? - Żadna dziewczyna tego otwarcie ci nie przyzna, ale to bardzo ładna historia - Rezi ściska mnie za ramię. Wstajemy i oglądamy jeszcze raz razem skuter. Kierujemy się z powrotem w stronę budynku, ale robimy to ociężale i niechętnie. - Nie ma to jak poważne rozmowy siedząc na krawężniku. - Wszystko żeby zachować trzeźwość - mruczę do siebie. - Słucham? - Gretus ubawił mnie niedawno zabawną metaforą. Powiedział, że kiedyś ludziom wystarczało znalezienie jednej czterolistnej koniczyny, a teraz nie poprzestają na jednej, tylko zbierają jej tyle, że można by z niej zrobić wódkę. - A jeśli znajdziesz kończynkę na początku swojego życia, to co robić dalej? Możesz się usadowić, zadowolić i czerpać radość, ale w końcu zapragniesz rozpocząć nowe życie... - ... i za sześć lat szukać następnej - mówimy razem. - Mam nadzieję, że wytrzymacie ze sobą dłużej niż sześć lat. Naprawdę bym chciał. Rezi wchodzi do budynku, a ja oddalam się w stronę Glenn Dary. - Hej - krzyczy za mną. - Nie możesz wyjść, bo według systemu ochrony jesteś ciągle wewnątrz budynku. Musisz przesunąć kartę przez czytnik przy wyjściu głównym, żeby system się nie pomylił. - Nie pokona się systemu, co? No dobrze, idziemy. Ogólna Teoria Wszystkiego, punkt dwudziesty pierwszy, ogólniejszy niż pozostałe. System zawsze wie, gdzie jesteś, i będzie wiedział o tobie jeszcze więcej. System zmusi cię do ucieczki i ciągłych poszukiwań w regularnych odstępach czasu. Czym jest System? Trudno rzec, ale wyszedł nam znakomicie. Montana patrzy się na mnie jakoś wyjątkowo triumfująco. „What do I trust? That the system will last”.
6. 1994 rok i co sześć następne
Rok 1994 to był bardzo zły rok. Ira wydała „Ogrody” i już więcej nie powtórzyło się nic podobnego do płyty „Mój dom” (czemu już wtedy nazywaliśmy to płytami? Wszystkiego słuchało się na kasetach). W Stoczni Gdańskiej wybuchł pożar i aż do świąt każde gitarowe granie z przyjaciółmi musiało zawierać piosenkę „24.11.94”. Kurt Cobain zacisnął zęby na dubeltówce. Skończył się grunge, a w Polsce epoka Złotego Rocka. Zaczęła się ona kapelami punk-rockowymi w latach osiemdziesiątych, zawierała w sobie skandowanie: „Chcemy bić ZOMO” na koncertach Perfectu. Potem wolność i Jarociny, pierwsza WOŚP. Ale to wszystko skończyło się gdzieś w okolicy tego felernego roku (instrukcja obsługi roku 1994: kasety, RMF, koncerty, bunt, L&M, czerń, nonkonformizm plemienny) Miałem trzynaście lat i też skończyłem wtedy pewien etap życia. Rozpocząłem dojrzewanie, picie piwa i wódki (właściwie więcej wódki niż piwa, zawsze byłem przede wszystkim Słowianinem. Zresztą z tą słowiańskością też jest dziwna sprawa, wiele lat później odkryłem, że Belgowie też są Słowianami, bo w swojej historii też nie wynaleźli niczego godnego wzmiankowania i nie zapadli w pamięć ani jednym nazwiskiem). Pierwszy seks, zanim nauczyłem się dobrze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil shuki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…