Wódkacy, cz. I
Opowiadanie fantastyczno - humorystyczne
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Radosław Tomala
Wódkacy
Twórcom „Świata według Kiepskich”.
W życiu każdego pijaka są takie dni, że nawet anioły upadają. I nie chodzi tu tylko o przedłużający się odwyk, którego przyczyną jest pusta kieszeń, załamanie nerwowe lub nieplanowany pobyt w szpitalu. Przychodzi taki czas, kiedy alkoholik zostaje samiutki jak palec w zabitej dechami wsi, bez perspektyw, bez pieniędzy, gdy cały dzień musi przeżyć o suchym pysku. Ten zły czas nastał właśnie dla pięćdziesięcioletniego Józefa Mazurka, nałogowego alkoholika z ponad trzydziestoletnim stażem. W życiu Józek pijał różne trunki, począwszy od kupionej na targu wódy, po oczyszczany za pomocą chleba denaturat, a skończywszy na perfumach żony, która odeszła od niego przed piętnastu laty. Teraz Józek nie ma już ani za co, ani z kim pić. Na początku września komisja lekarska uznała go zdolnym do pracy, co równało się z odebraniem dotychczasowej renty. W październiku zmarł ostatni kolega od kieliszka, a tydzień później zamknęli jedyny sklep na wsi z powodu braku klientów… Dlatego nie zdziwcie się, gdy usłyszycie, że Józek od bladego świtu siedzi przy stole, rozczochrany, nieogolony, brudny jak świnia, i płacze do pustej butelki. Jest bliski depresji, trzęsą mu się ręce i cały drży z zimna (skończyły się już wszystkie zapasy węgla i drewna, które Józek uzyskał poprzez prozdrowotną wycinkę drzew z nie swojego lasu). - Matko Boska Częstochowska – zaczął swą wieczorną modlitwę – nazywam się Józef Mazurek, dla przyjaciół i nieprzyjaciół Józwa. Jestem pijak. Ostatni raz w kościele byłem dawno…Ech… Znaczy się nie wiem dokładnie kiedy, bo mnie strasznie boli głowa. Chyba się przeziębiłem albo jakiego tyfusa złapałem. Ech. No więc Matko Boska mam do was wielką prośbę. Nie, mnie zimno w chałupie wcale nie przeszkadza. Ech. No może trochę, ale są przecie ważniejsze sprawy. Mianowicie chciałbym, aby ta flaszka, ech, która tu przede mną stoi, a dokładniej łzy, ech, które sam do niej roiłem przez ostatnie dwa dni, zamieniły się w spirytus albo przynajmniej, ech, czterdziestoprocentową wódę. Tu Józek przerwał swą modlitwę, bo coraz mocniej zaczął go ogarniać sen. Przeżegnał się, ręce położył na stoliku i schował w nich głowę. Po kilku chwilach już chrapał.
***
Józka budziło zawsze nieznośne ryczenie krów, ale dzisiejszego ranka było zupełnie inaczej. Najpierw poczuł smakowity zapach duszonego boczku, mieszający się z ostrą wonią świeżo posiekanego szczypiorku, i już sam nie wiedział, czy to jawa, czy tylko senne marzenie. Z nadzieją, że jednak to pierwsze, Józek uniósł głowę znad stolika i oto ujrzał stojącego przed kaflową kuchnią wysokiego mężczyznę, z lekko odznaczającym się brzuchem spod wciągniętej w spodnie koszuli. Miał zaczesane na bok włosy, zerowy zarost i w ogóle sprawiał wrażenie eleganckiego człowieka, pewnie kierownika albo jakiegoś gościa od papierkowej roboty. Kiedy nieznajomy zobaczył, że Józek właśnie się obudził, uśmiechnął się do niego sympatycznie i powitał: - Dzień dobry, Józiu. Przygotowałem dla nas jajecznice. Głodny? - Kim ty u diabła… - Pardon, zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Wódkacy i przybywam od Najświętszej Panienki. Józek naraz przypomniał sobie o wczorajszej modlitwie i od razu spojrzał na stojącą przed nim flaszkę. - Nie musisz się obawiać – powiedział do niego Wódkacy. – Tak jak prosiłeś, łzy twe zamieniłem w najczystszy spirytus. Gdzie trzymasz jakieś szkło? - Tego… W kredensie, górna półka. Ale… ale jak to zrobiłeś? - Oj, ma się takie różne zdolności. Chyba już gotowe. Wódkacy nałożył równe porcje jajecznicy na talerze i podał do stołu. - Voila! – powiedział, odkręcił flaszkę i polał do kieliszków. – Teraz możemy zasiąść do śniadania… Józiu, poczekaj, najpierw skosztuj jajecznicy. Niezdrowo tak pić na pusty żołądek. - Właśnie o to się rozchodzi, że po alkoholu mam lepszy apetyt. Józek nałożył na widelec nieco jajecznicy, przełknął i popił pięćdziesiątką spirytusu. Potwornie zapiekło go we wnętrznościach. Wywalił na wierzch oczy oraz język i zaczął ciężko sapać. Dziwnie wykrzywiona twarz zmieniała kolor z ziemistej w czerwoną i sinofioletową. - Mo-mo-oo-mooooooocne – wychrypiał z trudem. – I to… to tak naprawdę z tych moich łez? - Owszem. Pstryk i już. - Że jak? Że tak prztyknąłeś palcami i z tamtych łez się ten alkohol zrobił? - Oczywiście. Mówiłem, pstryk i już! - Kurna… Hehehe… Ty, a tak jak Jezus Chrystus w Kanie Czarodziejskiej umiałbyś? - Nie Czarodziejskiej tylko Galilejskiej. - Jeden wuj. To potrafisz tak? - Bez problemu. - To w pizdu, ale mamy interes! Słuchaj, wiadrami będziemy czerpać wodę ze studni, ty to przemienisz w wódę, prytę czy inną księżycówkę, rozlejemy wsio do butelek, a ja to już po okolicy rozprowadzę. Jak się dzielimy zyskami? - Ile łaska. - Dobra, ja biorę siedemdziesiąt, ty trzydzieści procent… Tylko te nasze wyroby musimy jeszcze jakoś nazwać. - O markę się rozchodzi? - No. Tak myślę… Może Cola-Bandżola? - Albo Cola-Mącigłowa… - … Cola-Ochłoda. - Lub Cola-Osłoda. - Cola-Swoboda. - Cola-Wojewoda. - Cola-Szyszkojagoda. - Cola-Dupa-Wołowa. Józkowi skończyły się już pomysły. Sięgnął po flaszkę, nalał sobie pięćdziesiątkę i wypił duszkiem. Potem jeszcze dwa razy to samo. - Po alkoholu mam jaśniejszy umysł – wyjaśnił. – Wydaje mi się, że ta nazwa powinna być kapkę krótsza. - Masz rację, w końcu zważywszy na krótką pamięć naszych potencjalnych klientów… - Właśnie. A może taka marka – Hip-Chłop? Co o tym myślisz? - Przecież miała być krótsza. - A no tak. Czekaj, muszę się jeszcze napić. Józek chwycił butelkę i pociągnął z gwintu do dna. Skrzywił się, splunął na podłogę i przetarł rękawem usta. Nagle drgnął, jakby coś mu zaświtało. - Eureka! - Józiu, proszę cię, to zbyt zagraniczne… - Nie, nie eureka, tylko Siup! Wóda Siup, Wino Siup…
***
Dwa tygodnie później, kiedy interes Józka i Wódkacego kwitł w najlepsze, diakon tutejszej parafii dostał trzydzieści złotych od plebana, za które miał kupić dwie butelki wina mszalnego. Jako, że był na parafii w charakterze praktykanta i chciał się pokazać z dobrej strony, postanowił rozmnożyć powierzone pieniądze na automatach. W mieście, gdzie znajduje się seminarium, często hazardował na maszynach losowych z różnym skutkiem. Przez pierwsze miesiące rzeczywiście wychodził na plus, a przynajmniej na zero, później jednak dobra passa minęła i raz nawet przepuścił całą kasę, którą dostał od rodziców na przyszły miesiąc. No cóż, zdarza się. Zapożyczył się u kolegów, by odrobić poniesione straty, ale niestety – znowu mu się nie udało i był kompletnie spłukany. W sukurs przyszedł na szczęście znajomy ksiądz, któremu obiecał, że już nigdy więcej nie zagra na automatach, nie obstawi u bukmacherów, ani nie weźmie udziału w żadnym zakładzie. Słowa dotrzymał, ale tylko przez dwa miesiące. Nałóg okazał się silniejszy, choć ówczesny akolita zmądrzał na tyle, by nie grać przynajmniej o wszystko. Dzisiaj raz jeszcze postanowił spróbować szczęścia, ale cóż, tak pomnożył pieniądze, że nawet na jedno wino nie starczyło… Błąkając się po mieście i szukając wyjścia z tej trudnej sytuacji, diakon natknął się na siedzącą w parku grupę ludzi, konkretniej społecznych mętów moczygębów lub, mówiąc prościej, pijaków. Cztery kobiety oraz czterech mężczyzn siedzieli naprzeciw siebie, gawędzili i podawali sobie butelkę jakiegoś taniego wina owocowego. - Zdro-waś… Sz-cz-ęść Boże – powiedział jeden z alkoholików. Był najstarszy i najbardziej pijany. - Szczęść, szczęść... A cóż to za specjały popijacie? - My… Ssss… iii… kkk… Za-gra-niczne. - Siup! – wysłowił się mniej pijany kolega. – Wino Siup. - Nie słyszałem o takim. - Chce księciunio spróbować? – zapytała towarzyszka. - Dziękuję, nie. A po ile takie frykasy? - Po trzy zeta, księciuniu. - Gdzie?! - U Józka Mazurka, tam na Kalinowie. Pierwsza chałupa po lewo przed lasem – wyjaśnił najmniej pijany z kompanii. - Niech wam Bóg pobłogosławi! – Diakon skłonił się i szybko odszedł. Najstarszy uniósł butelkę do góry i wybełkotał: - Cztery baby, osiem dup – no to siup!
***
Józek Mazurek nakleił etykietę na butelkę świeżo wyprodukowanego wina. Tego dnia Wódkacy przemienił sto dwadzieścia litrów wody studziennej, co dało dziewięćdziesiąt flaszek wina wieloowocowego, które sprzedawało się jak świeże bułeczki albo nawet lepiej. Do domu Józka zjeżdżali ludzie z Kalinowa, miastowi i mieszkańcy wiosek w promieniu kilkunastu kilometrów. Produkt Wódkacego i Mazurka okazał się bezlitosny dla konkurencji. W „muzycznych” na łeb na szyję spadła sprzedaż popularnego ostatnio „Mamrota”. Prezes GS-u zachodził w głowę, co też mogło być przyczyną tak gwałtownego spadku obrotów. Zapewne w najbliższym czasie Józka odwiedzą stróżowie prawa, ale figę, Wódkacy nauczył go zaklęcia i za jednym pstryknięciem palców alkohol z powrotem zamieni się w najzwyklejszą wodę. Józek wziął pod pachę butelkę wina i poszedł do izby. Leżący na wersalce Wódkacy kimał już od kilku godzin. W sumie to nie ma mu się co dziwić; przemiana prawie dziesięciu hektolitrów wody w tydzień z pewnością nadwątliła jego siły… Tymczasem Józek czuł się bardzo dobrze. Co prawda pracował ciężko, ale wystarczał litr „Siupa” i jakaś dobra książka przed snem, by znów miewał się jak nowo narodzony. Józek wbijał trybuszon w korek, gdy nagle rozbrzmiało kołatanie u drzwi. - Pewnie klient – dociekł. – Że też nigdy nie mogą przyjść przed, albo chociaż po wieczorynce… Otworzył drzwi. Mógł się spodziewać absolutnie każdej osoby. Ministra, prezydenta, ciotki z Ameryki, a nawet samego Adama Małysza… Ale przez myśl mu nie przeszło, że w progu jego domostwa stanie najprawdziwszy ksiądz. - Ooo… Niech będzie pochwalony. A co księdza sprowadza w te skromne progi? - Na wieki wieków. Z wizytą przychodzę, zobaczyć jak żyjecie… - Tak jak każdy. Powolutku. Ale, proszę wejść, zaraz zrobię herbatkę albo coś mocniejszego. - Rozchodzi się właśnie o to mocniejsze. - Wódka? - A wino jest? - Jest. W szklance czy prosto z gwintu ksiądz woli? - Na wynos… Józek postawił oczy. Tego, że dzisiaj do jego domu zawita klecha i to na dodatek w charakterze klienta, nie mógł już nikt przewidzieć. No, może poza Krzysztofem Jackowskim… - Aaa, to było tak od razu mówić, że ksiądz w interesach. Ile butelek? - Dwie. Albo nie, trzy lepiej. Józek poleciał do piwnicy i zgodnie z zamówieniem przyniósł trzy flaszki dzisiejszego wina wieloowocowego. Podał je księdzu; ten dwie butelki włożył do torby, którą miał przewieszoną przez ramię, trzecią natomiast wziął pod pachę. Pewnie na drogę… - Bóg zapłać. – Duszpasterz podał Józkowi dłoń i opuścił chatę. Zdumiony gospodarz nie puścił za nim wiązanki, a jedynie cicho powiedział: - Ksiądz w dom, wina nie ma.
***
Wiszący nad wersalką zegar wybił godzinę ósmą. Wódkacy obudził się, przetarł oczy i niemrawo rozejrzał się po pomieszczeniu. Józek pogrążony był w lekturze jakiegoś szekspirowskiego dramatu, ale skrzypiące sprężyny starego łóżka momentalnie uświadomiły, że lokator już wstał. - O, jak miło cię widzieć przytomnego – powiedział Józek. – Dla twojej wiadomości informuję, że drzemałeś całe piętnaście godzin. Rozumiem, że mogłeś być trochę zmęczony po wczorajszej pracy, ale jak świat światem, ile można spać?! - Oj, z czasem wyrobię lepszą formę. Ale na pewno nie zgadniesz jaki miałem sen. - Nawet nie będę próbował. - Więc byłem w kościele na porannej mszy… Słuchasz? - Tak, tak. - I wszystko było ładnie pięknie, aż do kazania. Rozumiesz, stanął pleban przed amboną, taki inny był jakiś, bardziej czerwony, głowa mu się dziwnie kołysała we wszystkie strony… I wiesz, zaczął gadać o dupie Maryni, Czerwonym Kapturku, o Wandzie, co nie chciała Niemca… I, kurna, teraz najlepsze… W pewnym momencie padł twarzą na tę ambonę, usnął normalnie! Przepitego ciuka miał blisko mikrofonu, to tak chrapanie było słychać, że aż murami ruszało… Hahaha! - Hehehe - powtórzył Józek z sarkazmem. – Coś ci ta praca dobrze na łeb nie robi... Choć w sumie to nawet zabawne, bo wczoraj sprzedałem księdzu trzy butelki naszego wina. - Co zrobiłeś?! Komu?! - Jej, nie obruszaj się tak, skąd miałem wiedzieć, że księża kupują wszystko za Bóg zapłać… - Coś ty najlepszego narobił! - Jezu, jak tak bardzo ci zależy, to zwrócę ci twoje straty. Wódkacy w przypływie nagłych emocji wyrywał sobie włosy z głowy. Na podłodze znajdowało się ich całe pęki. - Ty nic nie rozumiesz! – krzyczał. – Jestem skończony! Najświętsza Panienka wyrzuci mnie na zbity pysk… - Za co niby? - Jestem wysłannikiem, przybyłem tu z misją! – Wódkacy wrzeszczał, jak żona na męża dwadzieścia lat po ślubie. – Mój sen wcale nie był snem… Pleban schlał się naszym winem! - Co z tego, że naszym. Pijak jest, tak samo upiłby się tym z muzycznego. - Nie tak samo! – Wódkacy przywalił pięścią w ścianę i z parapetu spadł kwiatek. Niebezpiecznie zakołysał się również żyrandol. – To nie jest zwykłe wino! Mój alkohol ukulturalnia ludzi prymitywnych i stopniowo wyciąga z nałogu pijaków, a odwrotnie działa na ludzi prawych, dobrze wychowanych… Jak ja mogłem do tego dopuścić?! Jak nic mnie wyleją, jak nic… - Nie panikuj. Zamieszkasz ze mną na stałe i będziemy dalej kręcić… A właśnie, jak już cię wyleją, to te swoje zdolności zachowasz? - Zachowam, nie zachowam… To nie ma znaczenia. Obawiam się czegoś znacznie gorszego… W tym momencie z dworu dobiegł warkot silnika. Pod chatę zajechał stary niebieski Żuk. Wysiadły z niego dwie skrzydlate istoty o posturze Schwarzeneggera, krowim tułowi i twarzy z grubsza przypominającej facjatę Homo sapiens. - Co to za jedni? – spytał Józek. - Cherubi. – Głos Wódkacego był łamliwy, pełen strachu. – Przyszli po mnie. - Cheru… jak? Kim oni są? - Cherubi. To anielscy stróżowie prawa. Józek pobiegł do ganku. Zamknął na zasuwę drzwi i wyjrzał przez okno. Dryblasy z nie tego świata wchodzili właśnie po schodach. Patrząc na swoje parszywe gęby zaczęli coś gadać w nieznanym języku. Potem jeden z nich zakasał rękaw niebieskiej szaty i załomotał w drzwi. W miejscu uderzenia odprysła farba. - Otwieraj! Wiemy, że tam jesteś! Józek…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Radek123
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…