Wojna Dusz cz2
kontynuacja czesci pierwszej
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Podniósł się z kolan. Słońce przestało się już wznosić i lada moment miało zacząć opadać. Otrzepał się ze ściółki, wyjął miecz, wytarł go o trawę i schował za pasek. Podszedł do konia, który skubał wiosenną trawę szarpnął go. Wskoczył na siodło. Jeszcze jedno spojrzenie na okolicę. Głębokie westchnięcie oznaczało, że oprzytomniał. Myśli wydały mu się bardziej trzeźwe. Spiął konia obcasami i już miał odjeżdżać, kiedy nagle zobaczył białego gołębia. Widok to rzadki w tych okolicach, bo gołębie nie zapuszczają się w las. Ten jednak swoim zachowaniem zdradził cos jeszcze innego. Za chwilę jednak okazało się, że goni go jastrząb, a gołąb w obawie przed schwytaniem postanowił schronić się w lesie. Przewaga ogromnego i zwinnego jastrzębia była tak ogromna, że życie gołębia było przesądzone. Jastrząb dopadł swoją ofiarę po kilku chwilach, szamotali się jeszcze i gołębiowi nawet udało się uciec na chwilę. Drapieżnik jednak ponowił atak, osłabiony ptak poddał się i już po chwili szamotał się w szponach jastrzębia, który wylądował ze swoją ofiarą na gałęzi żeby odpocząć. Podczas całej tej szamotaniny zauważył, że coś gołębiowi upadło na ziemię. Zeskoczył z konia, spojrzał jeszcze raz w górę. Jastrząb nic nie robił sobie z obserwatora. Siedział dumny na gałęzi, z lekko otwartym dziobem i swoim groźnym spojrzeniem udowadniał światu, że jest panem przestworzy. Podszedł na miejsce, gdzie wydawało się, że ptak upuścił jakiś przedmiot. Pochylił się i rękoma zaczął szukać w trawie. Po jakimś czasie natrafił na skórzany, owalny przedmiot, u końca którego zwisały dwie tasiemki, to one musiały się odwiązać podczas walki. Wydało mu się to bardzo dziwne. Słyszał kiedyś o ptakach, które przenoszą listy na odległość ale myślał, że to tylko historie opowiadane wieczorami w domach dla zabicia czasu. Miał jednak coś w ręku, coś co upuścił ten ptak. Odwrócił się i spojrzał na gałąź, na której siedział jastrząb ze swoją zdobyczą. W tej chwili drapieżnik poderwał się i bezszelestnie odleciał ze swoja ofiarą w głąb lasu. Obejrzał dokładnie przedmiot, z jednej strony dalo się kręcić wieczkiem. Pociągną silniej i otworzył. W środku znajdował się rulon papieru. Domyślał się, że to list. Wychowany, że nie wolno ingerować w niczyją prywatność, dłuższy czas zastanawiał się czy powinien go otworzyć. Wiedział jednak, że to jedyny sposób na to alby sprawdzić do kogo to należy. Powoli rozwinął zwój papieru.
„Dlaczego teraz nie moge gdzies z Toba, w zaciszu siedzac wiesc cichej rozmowy? Czemuz nie moge ujac twoich dloni na mym ramieniu czuc twojej glowy? Czemuz nie moge odzielic sie z toba kazdym oddechem, kazdym kesem chleba, kazda radoscia i kazda bolescia... i tylko tak mi wiecznie tesknic trzeba...?”
Dlugo czytal ten list. Kilka, kilkanascie razy. Zrobilo mu sie dziwnie. Usiadl na trawie. Nagle poczul sie jakby go ktos obserwowal. Za duzo znakow dane mu bylo zobaczyc w ciagu ostanich dni aby moc pomyslec ze to jedynie przypadek. Czul, ze Ktos chcial mu cos powiedziec, tylko co – zeby nie jechac? To dlaczego teraz, kiedy sie juz zdecydoawal. Sama decyzja o wyjezdzie byla dla niego wyzwaniem. Znow zaczal bac sie swoich mysli wiec przerwal je, ze zloscia spojrzal na list, zlozyl go i schowal do skurzanej sakwy wiszacej u jego boku. Wyruszyl. Postanowil, ze juz nie bedzie sie za siebie ogladal. On kochal podrozowac, poznawac, byc w nowych miejscach, dowiadywac sie o nich nowych rzeczy. Kazdy zakatek ojczyzny mial przeciez swoja wlasna historie, wystarczylo tylko dobrze poszukac. Z tym ze ta podroz, to podroz w jedna strone, nawet jak kiedys wroci do rodzinnego domu to bedzie traktowany jak gosc. Jechal wiec szybko zeby wyprzedzic takie mysli. Uwielbial czuc wiatr na swojej twarzy, powiew raz chlodnego – kiedy wpadal w gesty las, raz cieplego wiatru kiedy pedzil na otwartej przestrzeni. Kon jakby wreszcie doczekal sie swojego zywiolu, gnal przed siebie rownym galopem. Dluga grzywa rozwiewana na boki laskotala go po twarzy kiedy pochylal sie pod galeziami, wiart szumial mu w uszach i slychac bylo gluchy odglos kopyt. Swojego konia kupil w dniu osiagniecia pelnoletnosci. Od tego czasu niemal codziennie go dosiadal. Lubil chodzic do stajni nawet w deszczowe dni, bral wtedy zgrzeblo i czyscil go calego, az czarna siersc rumaka nabrala lsniacego blasku. Pozniej przychodzil czas na grzywe i ogon, ktore przeczesywane specjalnym grzebieniem nabieraly falistych ksztaltow. Kon cierpliwie czekal i po blyszczacych duzych oczach widac ze podobaja mu sie te pieszczoty. Teraz razem zgrani w rownych susach przemierzali okolice, ktore z racji odleglosci widywali rzadziej, az zaczely ukazywac sie im miejsca nowe. Krajobraz powoli zaczal sie zmieniac, mijali coraz wiecej rzek i jezior, lasy stawaly sie bardziej wilgonte, drzewa tezsze, a roslinnosc bujniejsza. Slonce zaczelo powoli chowac za horyzontem wiec trzeba bylo szukac schronienia na noc. Dojechal w miejsce skad widac bylo w oddali jakies miasto. Tu postanowil schronic sie na noc. Na lace przy lesie zauwazyl stogi siana, w ktorych bedzie mogl spedzic noc. Widocznie chlopi nie zebrali wszystkiego i zostawili na zime, musiala wiec byc to okolica urodzajna, a zeszly rok obfity w zbiory. Marcowe powietrze zdazylo juz jednak dobrze wysuszyc z wilgoci i mozna bylo spokojnie schronic sie przed nocnym chlodem. Napoil konia w rzece, ktora wyplywala z lasu i kierowala sie w strone miasta. Nazbieral drzewa, rozpalil ogien i zjadl posilek, ktory przygotowala mu matka przed wyjazdem. Juz mial sie klasc spac, kiedy przypomnial sobie o liscie. Wyjal go. Przyjemne cieplo grzalo go w gole stopy, bladozolty blask padal na zielona trawe, wokol panowala przyjemna cisza, ktora przerywal trzsk palacego sie drewna. Wilgotna i gesta mgla powoli zaczynala podnocic sie z ziemi. Zaczal go znow czytac. Poczul jakas wewnetrzna wiez z ta kobieta. Nie potrafil tego sobie wyjasnic. Jakies dziwne zrzadzenie losu skrzyzowalo ich drogi. Nie wiedzial gdzie ona jest ale mial cos co do niej nalezalo. Kim byla co teraz robi, o czym marzy i za kim tak bardzo teskni... Podlozyl jeszcze do ognia i zagrzebal sie w sianie. Za kilka dni miala przyjsc wiosna, wiec na niebie widac bylo gwaizdozbior Panny z jasna Spica, a za nia powoli wynurzal sie Lew ze swoja trapezowa glowa. Od kiedy pamieta zawsze lubil gapic sie w niebo. Pierwszym gwiazdozbiorem jaki poznal byl Orion. Na poczatku myslal, ze to tylko te trzy gwiazdki. Pozniej ojciec pokazal mu z to jedynie pas Oriona. Na niebie ukazal mu sie mysliwy z lukiem, czapka na glowie i piuropuszem. Powoli nauczyl rozpoznawac pozostale gwiazdozbiory. Dzis przed zasnieciem mogl bylo widziec Lwa, ktory powoli zataczal luk na czarnym niebie. Obudzilo go slonce, ktore deliktanie grzalo juz wysoko na niebie. Wstal i rozejrzal sie dookola. Kon uwolnil sie juz dawno i gryzl trawe niedaleko rzeki. Nigdy nie wiazal go zbyt mocno do drzewa, wiedzial ze kon i tak nigdy od niego nie odejdzie. Obmyl twarz w zimnej wodzie usiadl na trawie i zaczal zastanawiac sie co robic. Potrzebowal pieniedzy wiec musial poszukac pracy zanim przyjdzie mu jechac dalej. Jakos podswiadomie postanowil sobie ze poszuka zycia poza granicami kraju. Nigdy tego glosno nie powiedzial, tak poprostu czul. Czasy sie zmienily, staly sie bardziej spokojne i mozna bylo bez przeszkod podrozowac po swiecie. Nie chcial jechac daleko, chcial miec swaidaomosc, ze w kazdej chwili moze wrocic, kiedy bardzo zateskni za rodzina. Postanowil pojechac do miasta. Osiodlal konia i powoli zmierzal w strone miasta, ktore polozone bylo po obu stronach rzeki. Jadac wzdluz rzeki zauwazyl u jej brzegu piec spichlezy ustawione jeden obok drugiego. Usmiechnal sie lekko, wiedzial czym grozi takie rozmieszczenie drewnianych budynkow. Wystarczylo ze jeden z nich zapali sie, a cala reszta splonie razem z nim. Czesto widywal takie pozary w czasach swojej mlodosci. Pozar zaczynal sie od stodoly plonely inne budynki, domy w ktorych mieszkali ludzie i caly dorobek ich zycia. Dziadek opowiadal mu, ze kiedy on byl dzieckiem w ten sposob splonela cala wies. Wszystko zaczelo sie od jednej stodoly, a silny sierpniowy wiatr zrobil reszte. Powoli kierowal sie w strone spichlerzy, tam musial znalezc jakies zajecie. Do pracy przyjeli go chetnie. Roboty bylo duzo, przez cala wiosne wszystko nalezalo przygotowac do letnich zniw. Latanie dziurawego dachu, wymiana zgnilych desech w scianach, naprawa schodow i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil penyi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…