Wróć do katalogu

Wojna świń

A jeśli apokalipsa zombie trwa cały czas, tylko my jej nie dostrzegamy? A tak serio tekst powstał,aby każdy czytelnik dobrze się bawił, uśmiechnął, albo i zaśmiał nawet.

LenaUrban, opublikowano , 51 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Sznur tirów stał na drodze już ósmą godzinę. Zmęczeni czekaniem kierowcy tkwili w blaszanych kabinach. Tkwił też on. Oczy zamykały się mimowolnie. W myślach powtarzał sobie: „Jeszcze tylko 100 kilometrów”. Tymczasem stał jak w pułapce. Dookoła jedynie las. Przed i za identyczny tir z naczepą pełną towaru. Jak zwykle wiózł mięso. „To wcale nie idealna robota – pomyślał - „Wszystko musi być na czas, a kiedy do cholery jeść, spać? Nie ma nawet czasu się odlać, ale i na to są sposoby bez postoju.” - zaśmiał się sam do siebie - „Do tego jeszcze ta blokada”- denerwował się na myśl o opóźnieniu. Spostrzegł nagle, że o jeden tir przed nim coś się ruszyło. Za to tir stojący tuż przed nim, ani drgnął. Zatrąbił nerwowo przerywając ciszę. Nic? Zero reakcji! Tiry z przodu już dawno odjechały. Zatrąbił jeszcze raz. I znów. Nadal nic. Zdenerwował się. Wysiadł z kabiny, po drodze założył czapkę i podciągnął opadające na dół pleców jeansy. - Co ty do cholery sobie myślisz?! - Zaklął na głos. Kiedy podszedł do kabiny, wydawało się, że jest pusta. Wszedł na schodek i pociągnął za klamkę. Uderzyła go fala odurzającego smrodu. W środku tkwił zeżarty do połowy trup, a właściwie resztki pozostałe po kierowcy. Z przerażeniem pobiegł do tira stojącego z tyłu. Jednak i tu nie było lepiej...

Kolejny dzień budził mieszkańców metropolii. Ulice powoli zalewały fale samochodów. Sklepy i stoiska rozkwitały jedno za drugim. Ludzie wprawiali miasto w ruch. Byli jak krew, tłoczona przez niewidzialną siłę w martwym kolosie z betonu i żelaza, który nagle ożywa. Pędzili, tłoczyli się, denerwowali. Goniła ich ta właśnie niewidzialna siła - czas i pieniądz. Każdy zaczynał odgrywać swoją rolę: kierowcy wozili, sprzedawcy sprzedawali, biznesmeni robili biznesy. „I znowu. - pomyślałem jak zwykle wstając o 5 rano - Co za idiota wymyślił chodzenie do pracy na 6?” Każdy mój dzień wyglądał dokładnie tak samo: zwlekanie ledwie żywego ciała z łóżka, poranny szit, czyli coś zwanego śniadaniem ( u mnie był to zazwyczaj kawałek czegokolwiek co akurat znalazłem w lodówce i parę łyków mocnej kawy), potem szczęśliwy na myśl o całodniowym rąbaniu wieprzowych tusz szedłem do pracy. Po 10 godzinach (jeśli wyrobiłem się z towarem) szedłem do pubu. Tu zazwyczaj zabawiałem do 24, po czym stwierdzałem, że na dziś koniec rozrywek. I tak w kółko, czasem dla odmiany spędzałem wieczór w moim trzydziestometrowym „penthousie” oglądając filmy. Tylko niedziela była wolna całkowicie. Zakład nie pracował z racji, że to dzień święty. Akurat święty, wystarczy spojrzeć na markety i centra – to prawdziwe świątynie. Ludzie pędzą tam i kupują co się da. Teraz jednak ledwie przytomny próbowałem wykonać w miarę zgrabnie tak prostą czynność, jak oddanie moczu. Powieki nie chciały się otworzyć. Sytuacja się zmieniła, kiedy do mojego mózgu dotarła informacja o treści „kofeina”. Ubrałem się i wyszedłem na korytarz. Akurat, gdy zamykałem drzwi, zauważyłem, że sąsiadka wraca z psem z porannego spaceru. - Dzień dobry pani Ireno! – powiedziałem szczerząc zęby. - Dzień dobry, dobry. Z pana to taki ranny ptaszek, nie to co dzisiejsza młodzież, wczoraj tak nastraszyli biednego Punia, cały się trząsł – jak zwykle zaczęła się rozwodzić o swoim psie. - To straszne – zrobiłem przerażoną minę i pokręciłem ze zgrozy głową – wiedziałem, jednak, że dla tej starej, samotnej kobiety ta chwila rozmowy będzie swego rodzaju motorkiem napędzającym na cały dzień – jak będę wychodził z pracy to na pewno pomyślę o Puniu i w ramach pocieszenia wezmę dla niego coś do pochrupania. - Ooooo, to tak miło z pana strony, dziękuję. - W takim razie do zobaczenia, miłego dnia!- pożyczyłem kobiecie wychodząc z klatki. - Dziękuje i wzajemnie! – powiedziała z uśmiechem, wchodząc do mieszkania. Zachmurzone niebo nie wróżyło jednak zbyt pięknego dnia. W dodatku, co było normalne o tej porze dnia, wiało chłodem. Większość ludzi tkwiła w samochodach i kisiła się w autobusach. Ja na szczęście nie miałem daleko do pracy. Zakłady Mięsne Mieszkowski ( najlepsze w mieście) znajdowały się kilka ulic dalej. Mogłem jechać autobusem, ale jakoś nie miałem ochoty chłonąć porannych wyziewów biurowego towarzystwa. Wszedłem wejściem pracowniczym prosto do przebieralni. Od razu zobaczyłem parę nagich ciał .... niestety męskich. Panie miały swoją przebieralnię obok. Westchnąłem przeciągle, porzucając marzenia o ponętnych, kobiecych kształtach i usiadłem na ławce próbując rozsznurować buty. - Co? Znowu ciężka noc w klubie? - Jasne - spojrzałem na siedzącego obok Leszka - następnym razem idziesz z nami, bez gadania, czy tylko ja potem muszę cierpieć rano? - Coś ty, żona dałaby mi popalić za łażenie co wieczór do pubu. Tobie to nie grozi – zaśmiał się, klepiąc mnie po plecach. - Jasne, zapomniałeś już chyba jak to jest być singlem – popatrzyłem na Leszka wymownie - ale nie narzekam. - Cholera, znów cały dzień, 3 tony parówek. Co za potwór to zjada? - Społeczeństwo, a przynajmniej jego mięsożerna część - Założyliśmy lekko pożółkłe od ciągłego wybielania fartuchy i wyszliśmy z szatni. - Słyszałeś, że niedługo ma być wizytacja z zagranicy? Szefostwo wprowadza jakąś nowość w kwestii produkcji, podobno dzięki temu mięsko będzie jeszcze pyszniejsze – powiedział z ironią – jakby już nie było wspaniałe! - dokończył, po czym założyliśmy maski ochronne i weszliśmy do wielkiej hali produkcyjnej. Ja szedłem dalej, do ubojni. Machnąłem ręką Leszkowi. - Do przerwy! - bezskutecznie próbowałem przekrzyczeć warczące maszyny. Leszek pomachał na znak, że zrozumiał. Teraz wkraczałem do mojego królestwa. Jako rzeźnik, który miał uprawnienia do przenoszenia świnek na drugą stronę, mogłem czuć się na prawdę „wyjątkowo”. Na szczęście miałem swoich pomocników. I dzięki temu wszystko szło gładko i sprawnie, czyli 60 tusz na godzinę. A trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach szybkość to podstawa. Dlatego też poziom zaawansowania tej rzeźni przyprawiał mnie czasami o spore ciarki. Wnętrze wyglądało jak kosmiczna sala tortur. Wielka elektryczna piła, masa przeróżnych, ostro zakończonych przyrządów na długich metalowych wężach, stalowe haki, otoczone prętami boksy, komora z dwutlenkiem węgla. Wszystko wyłożone przeraźliwie białymi kafelkami, na których pod koniec pracy zapisana była krwią historia całego dnia. Całe to gadanie, że zwierzęta podczas procesu uboju mają być chronione przed stresem, bólem i cierpieniem wydawało mi się absurdalne. Jak śmierć może być bezbolesna? Bezstresowa? Świnie to podobno bardzo inteligentne zwierzęta, pewnie widząc to miejsce żałują ze nie mogą się zabić same. Przynajmniej ja bym tak wolał. Niestety światem rządzą ludzie, a świnie nie mają głosu. Każdy kto lubi mielone powinien czasem zainteresować się tym jaka jest ich historia. Ponieważ dziś jak zwykle wszystko szło sprawnie i szybko, dziesięć godzin później wolny jak ptak wyszedłem z krainy sterylnej śmierci. Po drodze zgarnąłem trochę kości dla pupilka pani Ireny. Postanowiłem, że dzisiejszy wieczór spędzę w domu. Już dawno nie miałem spokojnego wieczoru, takiego tylko dla siebie. Moje prawdziwe życie zazwyczaj zaczynało się po wyjściu z pracy, w klubie, albo na jakiejś popijawie. Nie uważam się za człowieka, który się źle prowadzi, to raczej kwestia tego co przeżyłem, no i kwestia mojej pracy. Jakoś nie wyobrażam sobie siebie po pracy w ciepłych bamboszkach oglądającego seriale o miłości. Taka praca to bilet do wariatkowa. Podobnie jak siedzenie godzinami w markecie przy pykającej kasie. Czy tylko ja mam wrażenie, że ludzkość zmierza do jakiejś katastrofy, albo samozagłady? Może lepiej nie wiedzieć, i żyć sobie bez pełnej świadomości i prawdy o nas samych. Akurat doszedłem do klatki. Wieczór, w odróżnieniu od poranka, był całkiem przyjemny, bo bezwietrzny. Panował spokój. Gdzieniegdzie błąkało się kilka osób, czasem przejechał samochód. Oto zapowiedź mojego leniwego wieczoru. W sklepie kupiłem czteropak podręczny. Zanim wszedłem do mojego mieszkania podszedłem do drzwi pani Ireny. Zapukałem. Od razu usłyszałem rytmiczne szczekanie małego pekińczyka. - Ach to pan, dobry wieczór – kobieta z nieskrywaną radością uśmiechnęła się i wzięła niesfornego psiaka na ręce. - Przyniosłem obiecane kostki dla pieska – wskazałem na białą reklamówkę. - No z pana to prawdziwy anioł – wzięła reklamówkę - dziękujemy bardzo. Zobacz Punio co dostałeś – powiedziała to niczym do dziecka. Dobrze, że nie kazała mu podziękować. - To w takim razie życzę dobrej nocy – uśmiechnąłem się jeszcze raz. - Dobranoc i dziękuję – uśmiechałem się do momentu aż zamknęła drzwi. Kiedy w końcu to zrobiła, niemal tanecznym krokiem podszedłem do swoich drzwi i je otworzyłem. Rzuciłem czteropak na kanapę i włączyłem telewizor, ustawiłem kanał z teledyskami rockowymi, podgłośniłem lekko, po czym zabrałem się za przyrządzanie kolacji. W końcu była 19 i był wieczór świętego spokoju. Zasiadłem na kanapie niczym król i otworzyłem puszkę. Piwo zasyczało radośnie po czym z jeszcze większą radością rozpłynęło się w moim gardle. Właśnie pokroiłem wspaniale upieczonego schabowego, gdy nagle zadzwonił telefon. - No czego kurde?! Mam nadzieje że to jakaś pomyłka – podszedłem poirytowany do telefonu. - Tak?! - spytałem ze złością. - Marek? - usłyszałem Leszka, brzmiał nie co dziwnie, jego głos sprawiał wrażenie wystraszonego. - Cześć – powiedziałem zupełnie spokojny – coś się stało? - Chciałem cię zapytać, jak się czujesz, wiesz w sensie, czy nie jesteś może chory, czy coś – pytanie to wydało mi się nie co dziwne, ale najwyraźniej Leszek miał jakiś powód by o to zapytać. - No cóż, po za tym że bolą mnie trochę plecy, to raczej wszystko w porządku. - Słuchaj, czy ..., czy jadłeś może mięso z dzisiejszej dostawy?- jego pytanie sprawiło, że lekko się zaniepokoiłem. - Nie, jeszcze nie, ale właśnie przed sekundą miałem to zrobić - usłyszałem sapanie, wydawało mi się, że słyszę w tle płacz. - Leszek, co się stało, halo?- to płakała kobieta, sapanie było co raz silniejsze. - Marek, posłuchaj, nie jedz tego mięsa, ani żadnej innej rzeczy z nim związanej – nie mógł złapać tchu – wyrzuć je, spal, pod żadnym pozorem nie jedz! - Leszek prawie krzyczał. - Coś z nim nie tak? - spytałem niepewnie. - Cholera, ono jest czymś zatrute! - płacz ustał, sapanie także. - Ale przecież rano była kontrola, jakaś salmonella, czy co? Leszek?- cisza w słuchawce zaczęła być niepokojąca – halo?!- Teraz słyszałem warczenie, jakby pies, tylko, że Leszek nie ma psa. Nic już z tego nie rozumiałem. - Leszek, czy to pies? - zażartowałem dla rozładowania wyczuwalnego napięcia. Nagle usłyszałem okropny wrzask kobiety, prawdopodobnie żony Leszka. - O Boże, ona żyje!!! Nie jedz tego cholernego mięsa !- były to ostatnie słowa jakie usłyszałem, bo połączenie zostało nagle przerwane. Stałem tak przez chwilę próbując to wszystko jakoś zrozumieć i połączyć w logiczną całość. Spojrzałem na smakowicie wyglądającego schabowego, którego w dodatku z niewyjaśnionych przyczyn nie mogłem teraz zjeść. I do tego te dziwne odgłosy, brzmiące jak wściekły pies. Pies? No właśnie, przecież pies Pani Ireny dostał świeże kości z dzisiejszej partii. Zastanawiałem się, czy wypada teraz iść i je zabrać. Jeśli mięso było rzeczywiście zatrute to jedyna radość tej biednej kobiety może zdechnąć i to przeze mnie. Ta myśl sprawiła, że bez wahania poszedłem pod drzwi mieszkania staruszki i zapukałem. Usłyszałem dziwne gulgotanie i warczenie jednak żadnego piskliwego szczekania, jak zazwyczaj. Nic co świadczyłoby o obecności małego, słodkiego pieska. Stojąc i nasłuchując odgłosów zza drzwi sąsiadki nagle coś uderzyło w nie z całą siłą. Poczułem lekki niepokój. Z wnętrza nadal słychać było gulgotanie i warczenie. Poczułem jakąś lepką substancję pod butami. Spojrzałem w dół i ogarnął mnie niepokój. Jestem przyzwyczajony do widoku krwi, ale te okoliczności i miejsce sprawiły, że się przestraszyłem. - Pani Ireno! - krzyknąłem – jest tam pani?! Zaraz pani pomogę - przymierzyłem się i z całą siłą natarłem na drewniane drzwi. Jeden zamach, drugi, w końcu ustąpiły. Wpadłem z całą siłą do środka i to co ujrzałem sprawiło, że niemalże w tym samym momencie zbladłem i poczułem, że zaraz zwymiotuję. Cały przedpokój zalany był krwią, która wypływała z rozerwanych wnętrzności kobiety. Jelita rozciągnięte po dywanie niczym włoczka, prowadziły do pokoju z którego dochodziło mlaskanie. „To nie może być prawda”- pomyślałem- „ Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach”. Wziąłem z przedpokoju, tak na wszelki wypadek, długi parasol z ostrym szpikulcem. Zaczaiłem się za ścianą i delikatnie spojrzałem do wnętrza pokoju. Na samym środku siedział nie kto inny tylko ...Punio i z wielką zachłannością zjadał jeden z organów pani Ireny. Do połowy był oblepiony krwią. Jego sierść była skosmacona od krwi i śluzu. Wydawał się nieco większy niż zwykle. Zastanawiałem się co teraz zrobić, jak to wyjaśnić komukolwiek, o policji nie wspominając. Przecież to ja „otrułem” psa mordercę, w dodatku psychopatę. Już miałem się powoli wycofać, gdy nagle zwierzę podniosło głowę i odwróciło się w moją stronę. „ O kurwa”- pomyślałem na widok Punia, który teraz nie wyglądał zupełnie jak on sam, tylko jakby to coś zjadło też i jego. Przybliżyłem parasol do siebie. Widziałem w tych wielkich, przekrwionych oczach, że ze mną chce zrobić dokładnie to samo, co ze swoją troskliwą właścicielką. Wyszczerzył żółte powykrzywiane zęby. Z pyska wypływała mu czerwona piana. Zawarczał i rzucił się w moją stronę chcąc zadać mi śmiertelny cios prosto w tętnicę. Na jego nieszczęście, zabijanie było moją pracą. Nadział się prosto na ostrze parasola. Zagulgotał przeraźliwie i zacharczał. Puściłem parasol. Cielsko klapnęło na zakrwawiony dywan. Wyszedłem na korytarz zamykając drzwi. „ Cholera”- spojrzałem na umazane krwią buty. Zdjąłem je i szybko wróciłem do mieszkania. 999, wykręciłem numer pogotowia. - Pogotowie ratunkowe, słucham - poczułem lekką ulgę. - Proszę przysłać karetkę na ulicę Zielną 30, mieszkania 2 – wysapałem resztką tchu. - Przyjęliśmy, niestety mamy teraz masę zgłoszeń i będzie pan musiał poczekać w kolejce. Jeśli potrzebujący jest w stanie sam chodzić, lub jeśli ma pan własny środek transportu prosimy zgłosić się osobiści. - Właściwie to ta osoba już nie żyje – powiedziałem bez przekonania - „Co tu się do cholery dzieje?” - spytałem samego siebie w duchu. - Przykro nam bardzo, w razie jakichkolwiek problemów prosimy o zgłoszenie osobiste – odłożyłem słuchawkę. Panowała cisza, w oddali słychać było wyjącą syrenę. Wyszedłem z mieszkania. Właśnie zamknąłem drzwi, kiedy kątem oka dostrzegłem sunącą w moją stronę ... panią Irenę. Pomyślałem, że to jakiś absurd. Przecież przed chwilą widziałem jej jelita rozciągnięte po dywanie, które teraz także ciągnęły się za nią dyndając pociesznie. „Co za chora sytuacja, czy mam ją przeprosić, przecież to żywy trup!”. Tymczasem ona wyciągnęła sztywne ręce w moją stronę i zajęczała szczerząc krzywe, zaostrzone zęby. Odwróciłem się i wbiegłem na pierwsze piętro. Chcąc uniknąć bliższego kontaktu, który, biorąc pod uwagę wąski korytarz, był nieunikniony, otworzyłem okno i zeskoczyłem na przybudówkę, a potem prosto na ulicę. Biegłem przed siebie. „O Boże, ona żyje! Nie jedz tego kurewskiego mięsa!”- ostatnie słowa wypowiedziane przez Leszka plus to co zobaczyłem w mieszkaniu pani Ireny dało prosty wynik. Mięso było zatrute wyjątkowo ostrym rodzajem wścieklizny, w dodatku zarażali się nie tylko ci którzy je bezpośrednio spożyli, ale także osoby ugryzione przez zakażonych. Na ulicy panowała kompletna cisza. Nie było ani jednego człowieka, ani jednego samochodu. W oddali słychać było bez przerwy wycie karetki. Odbijało się nieznośnie od budynków. Dochodziło gdzieś z centrum, z okolic ... mojej pracy. Stwierdziłem, że może tam ktoś będzie w stanie wyjaśnić cokolwiek. W końcu to tam jest teraz epicentrum. Zbliżając się zobaczyłem grupkę osób stojących przed wejściem. Krzyczeli i próbowali otworzyć drzwi. Nagle spostrzegłem nadjeżdżający samochód. Zobaczyłem przerażonego Leszka. - Wskakuj!!! - krzyknął otwierając pospiesznie drzwi. Nie zdążyłem nawet ich dobrze zatrzasnąć, kiedy Leszek nacisnął na gaz i odjechaliśmy z piskiem opon. - Widzisz, zaczyna się – wysapał. Był spocony. Przez czoło miał przeciągniętą smugę krwi. - Co takiego?- stwierdziłem, że spytam. Wydawało się, że Leszek jest lepiej poinformowany ode mnie – wiesz o co tu chodzi? Oprócz tego, że pies mojej sąsiadki zjadł jej wnętrzności, a ona sam jest teraz zombi. - Zombi! Właśnie. To cholerne mięso było zatrute, a moja mała córeczka...- Leszek zaczął wrzeszczeć, po policzkach ciekły mu łzy. Zatrzymał się na jednej z ulic. - Moja mała Julka – oparł czoło o kierownicę – w dodatku, wiesz co jest najgorsze? Zagryzła też Annę, i potem musiałem odrąbać mojej małej córeczce, która była już tym czymś, głowę. Anna pewnie też już szaleje po ulicach. - Też coś podobnego widziałem. Dziękuję, że mnie ostrzegłeś. Uratowałeś mi życie. Przykro mi, że takim kosztem to się stało. Nie wiem właściwie co powiedzieć. - Wiesz, jak tylko zobaczyłem co się dzieje pomyślałem o tobie. Musiałem cię ostrzec. Dobrze, że zdążyłem – Leszek uspokoił się nieco. - Co teraz zrobimy? Może warto by pojechać na pogotowie, zbadać się. Spędziliśmy 10 godzin z tą zarazą. Jakim cudem kontrola jakości nic nie wykryła?- samochód ruszył. - Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że to nie jest przypadek, ani tym bardziej coś zupełnie niezależnego od ludzi. Tym świniom ktoś musiał to wszczepić. - Jakaś inna świnia - wypaliłem. - No raczej, wiedziała doskonale jakie to będzie miało skutki. Taki wirus rozprzestrzenia się błyskawicznie, z jednego trupa na drugiego. Jeśli ludzie nie zaczną się przed tym bronić dojdzie do epidemii - dojechaliśmy właśnie do szpitala, który wyglądał jakby spadła na niego ludzka bomba. Drzwi niemalże się nie zamykały. Wszyscy biegali, krzyczeli, popychali się. Weszliśmy do środka, co nie było łatwą rzeczą. Wszystko to wyglądało jak na przyspieszonym filmie ze zwiększoną ilością statystów. Telefony dzwoniły, szeleściły papiery, dzieci płakały, jednym słowem hałas był niecodzienny. - Chyba niczego się tu nie dowiemy, a o załatwieniu czegokolwiek nie ma nawet mowy – powiedział z rezygnacją Leszek. - Wyobrażasz sobie, co się stanie jeśli któryś z pacjentów przyjdzie tu z wirusem w rozwiniętej formie? Albo kiedy wpadnie tu jakiś umarlak? Katastrofa. Ci ludzie nie wiedzą nawet z czym mają do czynienia – stwierdzenie tego prostego faktu sprawiło, że poczułem pewien lęk. Popatrzyłem na tych wszystkich spanikowanych ludzi. W całym tym tłumie siedziała mała dziewczynka. Jej spokój i opanowanie bardzo kontrastowały z wirującym tłumem. Była niesamowicie blada. Podkrążone oczy wpatrywały się bezmyślnie w przestrzeń. Mocno tuliła szarego pluszaka. „To dziecko ma wirusa, za chwilę umrze, a potem...” - wolałem nawet nie kończyć swojej myśli. Podszedłem bliżej do Leszka. - Widzisz tą małą z misiem? - wskazałem na dziewczynkę – Ona ma wirusa. Jeśli ktoś nie udzieli jej pomocy, to szpital zamieni się w zebranie zombi. Do dziewczynki podbiegła roztrzęsiona kobieta - Kochanie, jak się czujesz? Bardzo cię boli? Pan doktor jest na razie zajęty, ale na pewno nam pomoże – Kobieta wzięła dziewczynkę na kolana i zaczęła przytulać i całować jej czoło. - Mamusiu, niedobrze mi – wyszeptała zeschłymi wargami dziewczynka. - Wiem kochanie, zjadłaś coś po prostu, dziwię się tylko, bo przecież serdelki były takie świeże... - to co usłyszałem, w zupełności mi wystarczyło. Bez wahania podszedłem do kobiety z dzieckiem. - Przepraszam, musi to pani wiedzieć, pani córka jest bardzo chora, właściwie śmiertelnie - powiedziałem jednym tchem. Kobieta spojrzała na mnie jak na wariata. - Jest pan lekarzem?! - spytała z ciekawością i oburzeniem. - Nie, ale znam sytuację, pani dziecko zjadło zatrute mięso, jeśli nikt jej nie udzieli pomocy to szybko umrze, a potem... - nie mogłem tego powiedzieć, zabrzmiałoby to jak bełkot ćpuna. Kobieta popatrzyła na mnie jak na totalnego głupka. - A potem co niby do cholery?! Daj mi pan spokój, lekarz przyjdzie jak będzie mógł – odwróciła się bokiem, tak by mnie nie widzieć. Podszedłem do lekarza, który akurat znalazł się w moim polu widzenia. - Doktorze, proszę pomóc tamtej dziewczynce, zaraz zacznie mutować... - Nie mam teraz czasu, za chwilę się nią zajmę, widzi pan jaką mamy sytuację – powiedział zdenerwowany. Z resztą nikt tu nie był spokojny. Lekarz pobiegł gdzieś długim, białym korytarzem. - No i co teraz będzie? - spytałem siebie retorycznie. Leszek próbował w tym czasie wyciągnąć jakieś informacje od pielęgniarki. Podszedł do mnie po chwili z nowinami. - Powiedziała, że podejrzewają masowe zakażenie wścieklizną, są też przypadki salmonelli – zaśmiał się – wyobrażasz sobie? Wścieklizna i zatrucia pokarmowe? Chyba nikt z tych ludzi nie miał do czynienia z tym co my. - Czy oni na prawdę muszą to zobaczyć, żeby uwierzyć? Tymczasem kobieta trzymająca dziewczynkę siedziała spokojnie niczego nie podejrzewając. Była tak przejęta i zestresowana, że nawet nie zauważyła, kiedy dziecko zasnęło, a właściwie straciło przytomność. Jej serce przestało bić. Widziałem, że kobieta w końcu to poczuła. Zwróciła twarz dziecka do siebie. - Kochanie? Skarbeńku, obudź się. O Boże, moja córka nie żyje!!! – zaczęła panicznie krzyczeć, szum panujący na korytarzu zamilkł na chwilę, po czym wybuchł ze zdwojoną siłą – Pomocy!- podbiegł do niej lekarz i pielęgniarka. - Spokojnie, wyczuwam puls, co prawda jest bardzo słaby, ale – w tym momencie dziewczynka dostała drgawek – proszę podać surowicę!- Pielęgniarka nachyliła się nad trzymającymi dziewczynkę lekarzem i matką i wbiła igłę w ramię dziecka. Ciało przestało drgać. - Teraz powinno być lepiej – uspokoił lekarz – nie ma powodów do niepokoju. Już miał odejść, gdy nagle dziecko otworzyło oczy, pełne krwi. Wewnątrz jej ust tkwiły ostre szpikulce. Rzuciła się na stojącą obok pielęgniarkę wgryzając się w jej brzuch. Tłum znowu wstrzymał oddech, po czym wybuchła panika. Część osób próbowała odciągnąć wyszarpującą jelita dziewczynkę, niestety ta ugryzła jeszcze w międzyczasie lekarza. Stwierdziłem, że to pora na uświadomienie społeczeństwa w obliczu czego stoi i zademonstrowanie, jak z tym walczyć. Zbiłem szybę i zerwałem z zabezpieczenia siekierę strażacką. - Odsuńcie się! – bez żadnych trudności odrąbałem małemu zombi główkę. Krew siknęła po stojących obok przerażonych ludziach, którzy patrzyli teraz na mnie z niedowierzaniem. Pielęgniarka leżała martwa z całym bogactwem swego wnętrza na posadzce. Zrobiło się nagle dziwnie cicho. Opuściłem ostrze siekiery i spojrzałem kątem oka na Leszka, który wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem. Tę niezręczną ciszę przerwał histeryczny płacz kobiety. Lekarz z pogryzioną ręką podniósł się nieporadnie. Omal nie upadł, buty ślizgały mu się między jelitami i krwią koleżanki. - To..to..co...pan – zaczął się jąkać. Spostrzegłem, że sam już nie wie kogo ma się teraz bać. - Zabiłeś ja!!! – nagle matka dziewczynki oprzytomniała rzucając na mnie oskarżenie. - Ja?! - wiedziałem, że majaczy. Szok dawał o sobie znać - Obawiam się, że raczej może mi pani podziękować za uratowanie życia - patrzyła na mnie przerażonymi oczami - Mogłabyś teraz tak wyglądać ! – wskazałem na zwłoki pielęgniarki. Każdy z was mógłby tu teraz leżeć z wyprutymi flakami – nagle zdałem sobie sprawę, że wszyscy w skupieniu słuchają tego co mówię. - O matko, on ma rację - z tłumu zaczęły dobiegać szepty. - Nie chcę nic mówić, ale każda pogryziona osoba staje się potencjalnym zagrożeniem – spojrzałem wymownie na lekarza. Spostrzegłem też, że pielęgniarka zaczyna się budzić. Tłum też to zobaczył i zaczął panikować. Wziąłem porządny zamach i jednym ciosem odciąłem jej głowę. - To jedyny sposób – powiedziałem na koniec rzucając siekierę pod nogi tłumu i zacząłem iść w kierunku drzwi. Leszek ruszył za mną. - Nieeeee!!!!- lekarz zaczął panicznie wrzeszczeć - oszalałeś?! Sugerujesz, żeby mi odrąbać głowę?! - tłum znowu wstrzymał oddech czekając na moje słowa. - Nie mnie o to pytaj – odwróciłem się, bo właśnie zaczęły nim rzucać drgawki. Słyszałem tylko jego zmutowany wrzask i ryk tłumu. Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy z piskiem opon. Na ulicach pojawiali się wyglądający na zagubionych ludzie. Panika ogarniała miasto. Najgorsze było to, że widziałem kilku zarażonych. Chodzili nieświadomi niczego. Spojrzałem na Leszka, nie wyglądał na zbyt przejętego. Nie należał do ludzi, którzy płaczą po kątach i nie wiedzą co ze sobą zrobić. Mimo tego, że najbliższe mu osoby zostały pochłonięte przez wirusa, nie poddawał się. - Masz jakiś plan? – przerwał ciszę. - Myślę, że warto by było sprawdzić kto mógł przemycić wirusa. Komu zależało na zniszczeniu miasta. Przede wszystkim, kto miał na pieńku z Zakładami. Nie można pozostać niewidzialnym, każdy człowiek zostawia jakieś ślady.. - Też się nad tym zastanawiałem, tak a pro po naszej wcześniejszej rozmowy - Jechaliśmy znowu w kierunku zakładów. - Myślisz, że to zemsta?- spojrzałem na wpatrzonego w drogę Leszka. - Możliwe, tak czy inaczej ta osoba odpowie za swoje poczynania. Jeśli nie przed sądem, to przede mną. - Uuuu, a to chyba najgorsza z opcji – zaśmiałem się. - Patrz, już jest ich więcej - skinął głową na wejście do Zakładów. Właśnie palono wielkie ognisko przed wejściem. Ludzie krzyczeli i walili pięściami w drzwi. Najwyraźniej zanosiło się na demonstrację. - Dobrze, że nie wiedzą o wejściu o którym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych