Wolna
Opowieść o wędrówce krowy, której udało się uciec przed śmiercią w rzeźni.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Młody, najwyżej dwudziestoletni chłopak przyglądał się nieobecnym wzrokiem krowom stłoczonym w zagrodzie, pogrążony we własnych, nieskomplikowanych myślach, koncentrujących się głównie wokół planowanego na wieczór spotkania w pubie i dziewcząt niezbyt wysoko ceniących swe względy. - Ty jesteś ten nowy? Chłopiec drgnął zaskoczony i obejrzał się za siebie. Stał tam mężczyzna o twardych rysach i ogorzałej twarzy, mierząc go uważnym spojrzeniem ciemnoniebieskich oczu. - Tak. - Nazywają cię jakoś? - Mam na imię Tom. - Ja jestem Paul. - Miło mi pana poznać. - Daj spokój tym ceregielom. – skrzywił się Paul, ale uścisnął wyciągniętą dłoń chłopca. - Możesz mi mówić po imieniu. Robiłeś już kiedyś w ubojni, albo na fermie? - Nie, to moja pierwsza praca. - Zupełnie zielony, co? Nic nie szkodzi, szybko załapiesz. Do twoich obowiązków będzie należeć rozładowywanie ciężarówek, zapędzanie zwierząt do zagród, a następnie, kiedy przyjdzie na nie kolej, do budynku rzeźni. Jak widzisz, jeśli chodzi o te tu oto krówki, pierwsze dwa zadania zostały już wykonane przez poprzednią zmianę. Ty pomożesz mi tylko zagonić je do środka; ale to dopiero, kiedy uporają się z poprzednią dostawą. - Więc nie będę pracował przy zabijaniu? - Nie. Przynajmniej nie na początku. Chciałbyś? - Sam nie wiem. - chłopak wzruszył ramionami. - Rozumiem. No cóż, skoro nigdy nie pracowałeś ze zwierzętami, lepiej pokażę ci, jak sobie z nimi radzić, żeby nie sprawiały kłopotów. Ruszyli razem w kierunku bramki zagrody. Kilka kroków od ogrodzenia Paul uniósł wzrok i napotkał wbite w niego spojrzenie jednej z krów. - A ta co się tak gapi? - mruknął. - We mnie też wcześniej tak wlepiała gały. - Ta sama? - Chyba tak. Mało tu podobnie ubarwionych. A wcześniej wpatrywała się uporczywie w las na zachodzie, zupełnie jakby... jakby mierzyła odległość. - Nie bądź głupi, to tylko krowa. Nie potrafiłaby zmierzyć odległości od swojej dupy do pyska. - Jasne. Mówię tylko, że tak to wyglądało. - No nic, zaraz ją oduczymy gapienia się. Paul podszedł do ogrodzenia i spróbował złapać krowę za ucho przez rzadko rozmieszczone, metalowe pręty. Uchyliła się zwinnie i cofnęła, ustawiając tuż poza zasięgiem jego rąk. Nadal nie spuszczała z niego chłodnego, czujnego spojrzenia wielkich, brązowych oczu. - Takaś cwana? Czekaj no tylko! - warknął. Miał nieprzyjemne wrażenie, jakby to głupie krówsko upokorzyło go przed nowym dzieciakiem. Poza tym chłopiec miał rację: w jej wzroku było coś dziwnego, co sprawiało, że czuł się trochę nieswojo. Chwycił oparte o bramkę widły. Krowa natychmiast uskoczyła w głąb zagrody i wmieszała w resztę stada. Obaj mężczyźni roześmieli się głośno. Chwila napięcia minęła. - Wejdźmy do środka. - powiedział Paul otwierając furtkę. Widząc wahanie na twarzy Toma, dodał z uśmiechem wyższości: - Nic się nie bój, to tylko bydło. Nic ci nie zrobią, nie potrafią się nawet bronić. - Nie boję się. - burknął Tom niechętnie i wsunął się za Paulem do zagrody. - Pamiętaj, dziwki muszą znać swoje miejsce. Musisz być zawsze pewny siebie i stanowczy, żeby utrzymać je w ryzach. Możesz uznać to również za poradę w sprawach sercowych. - zażartował Paul. Znów obaj się zaśmiali. - To tchórzliwe stworzenia, przeważnie wystarczy trochę krzyku i szturchańców, żeby poszły tam gdzie chcesz. - mówił dalej Paul, niespiesznie torując sobie drogę wśród zwierząt. - Jeśli jakaś sztuka ci się opiera, celuj w czułe punkty – pysk, oczy, wymiona. Niezłe efekty daje wykręcanie ogona, możesz go nawet złamać, jeśli bydlę za nic nie chce się ruszyć. - Jak to? Nie będę miał z tego powodu jakichś kłopotów? - A niby dlaczego? I tak idą na rzeź. Możesz robić z nimi co chcesz, nikogo to nie obchodzi. Pracowałem kiedyś z facetem, który zawsze nosił przy sobie torebkę sproszkowanej ostrej papryki i wcierał ją w oczy najbardziej upartym sztukom. To chodzące hamburgery; o ile nie będzie brakować żadnych istotnych części, wszystko będzie w porządku. Musisz tylko uważać, żeby nie zobaczył cię ktoś z zewnątrz. W ogóle musisz pilnować, żeby nie kręcili się tu żadni obcy. To dodatkowy obowiązek, ale nie mniej ważny od pozostałych. - Kto miałby się tu kręcić? - Zwariowani miłośnicy zwierząt. Przypałęta się taki, porobi zdjęcia, filmy, idzie z tym do mediów i wybucha wielka afera. Nagle wszyscy są zszokowani, że w rzeźni nikt się ze zwierzakami nie cacka. Sporo czasu mija, nim sprawa trochę przycichnie i zdarza się, że mniejsze zakłady nie dają rady tego czasu przetrzymać. Kilka lat temu straciłem w ten sposób pracę – żaden hurtownik ani detalista nie chciał kupować od nas mięsa, żeby nie stracić klientów, akcje przedsiębiorstwa spadały na łeb, na szyję, firma zbankrutowała, a ja wylądowałem na bruku. - Brzmi paskudnie. - Owszem, jeśli trafi na firmę, dla której pracujesz. W przeciwnym wypadku przez jakiś czas będziesz miał ręce pełne roboty, bo, rozumiesz, rozhisteryzowane paniusie bojkotują konkurencję, ale popyt na mięso nie spada. Ludzi właściwie gówno obchodzi, skąd bierze się mięso, dopóki jakiś pajac od wyzwolenia zwierząt nie wciśnie im tego siłą w źrenice. Inaczej żyliby sobie spokojnie z czystym sumieniem, choćby do usranej śmierci udając przed sobą, że kotlety rosną na drzewach. Ale nie, te pedały i nawiedzone babki nie mogą odpuścić; tak jakby normalni ludzie nie mieli ważniejszych problemów, niż czy jakieś krówsko zdychało minutę czy godzinę. - Ale tak czy siak kupują mięso. - Tak, bo wydaje im się, że skoro ludzie od praw zwierząt krzyczą ile sił w gardłach, że jakaś jedna rzeźnia jest be, to we wszystkich pozostałych zwierzęta lula się delikatnie do snu. Ale powiem ci, synu, że przez trzydzieści lat pracowałem w ubojniach małych, średnich, dużych i bardzo dużych, ale w żadnej nie śpiewano zwierzakom kołysanek przed zarżnięciem... A to co znowu? Paul spojrzał ze złością na zagradzające mu drogę cielsko. Wymierzył krowie dwa celne kopniaki w kręgosłup, ale to nie wystarczyło, by skłonić ją do wstania. - Chyba zdechła. - Powiedział niepewnie Tom. Paul nachylił się nad zwierzęciem i poddał je uważnym oględzinom. - Jeszcze zipie, ale długo to już nie potrwa. - ocenił. - Trzeba będzie przyjechać po nią później wózkiem. - Skąd właściwie są te krowy? - Z fermy mlecznej. Widzisz, jakie mają wielkie wymiona? Nie są jeszcze stare, mięso jest dobre, ale jako bydło mleczne są już wyekspel... wypleksa... no wiesz, zużyte. Opuścili zagrodę i Paul polecił Tomowi, aby przyprowadził wózek widłowy z jednego z pomniejszych budynków kompleksu. Tom posłusznie spełnił polecenie. Podobał mu się starszy kolega, praca też zapowiadała się całkiem przyjemnie. Chciał zaparkować wózek koło zagrody, ale miał niewielkie doświadczenie z tego typu pojazdami i źle ocenił odległość. Impet uderzenia sprawił, że cały segment ogrodzenia runął do środka. Przerażone krowy pierzchnęły w głąb zagrody, mucząc i wpychając się między i tak już stłoczone towarzyszki; kilka się przewróciło. Tom natychmiast zeskoczył z wózka, ale nie zdążył zareagować, gdy biało-kremowa krowa, która przyglądała im się wcześniej, przemknęła jak strzała tuż koło niego, gnając co sił w stronę lasu.
*
Teraz! Biegnij, biegnij, to twoja jedyna szansa, czekałaś na nią całe swoje nędzne życie, drugiej nie będzie! Biegnij, nie oglądaj się za siebie, na dziś zaplanowano dzień twojej śmierci, jeśli się zawahasz albo potkniesz, zginiesz! Biegnij, nie zważaj na ból i sztywność słabych, nienawykłych do wysiłku mięśni, będziesz mieć aż nadto czasu, by odpocząć później, nawet jeśli cię złapią... A teraz biegnij, biegnij, biegnij!
*
- Co teraz zrobimy? - zapytał z przestrachem Tom, gdy już uporali się, nie szczędząc przekleństw, kopniaków i ciosów widłami, z zagonieniem z powrotem do zagrody krów próbujących iść śladem uciekinierki i ustawili przewrócony segment ogrodzenia. - Cholera, chyba niewiele możemy... Widzisz, jak zasuwa? Nigdy nie widziałem, żeby krowa poruszała się tak szybko. Koniem byś jej nie dogonił... a samochodem nie da rady, teren jest zbyt nierówny. Może sama wróci? Paul spojrzał na niego dziwnie. - Na zarżnięcie? Chyba nie jest aż tak głupia. - To przecież tylko krowa. Ludzie kojarzą jej się pewnie tylko z jedzeniem i schronieniem. - No cóż, przekonamy się. Ale za bardzo bym na to nie liczył. - Słuchaj, Paul, może nikomu nie powiemy, co? - Tom zwrócił na starszego kolegę błagalne spojrzenie. - Tych krów jest tu kilkaset, może nikt się nie zorientuje, że brakuje jednej? Jak myślisz, Paul? - Z tym różnie bywa... Z niektórymi i grubsze numery przechodziły, ale są i tacy, co mają mięso wyliczone na kilogramy, zanim jeszcze załadują zwierzęta na ciężarówkę. - Paul zamyślił się. Poczuł prawdziwą sympatię do tego dzieciaka, mimo że tak nabroił od razu pierwszego dnia pracy. - Słuchaj, jakby co, powiem, że to był wypadek, że nie było w tym twojej winy. - Dzięki, Paul! - W głosie Toma brzmiała szczera wdzięczność.
*
Krowa biegła już od długiego czasu, najpierw galopem, potem kłusem. Z coraz większym trudem łapała oddech, w gardle zupełnie jej zaschło i czuła, że wkrótce będzie musiała się zatrzymać. Kiedy zobaczyła leżący w małej kotlince strumień, bez namysłu skierowała się w jego stronę. Zanurzyła pysk, łapczywie pijąc czystą, zimną wodę. Potem, po chwili wahania, położyła się w strumieniu i wytarzała, ochlapując całe ciało. Ta przyjemna i naturalna czynność, którą miała możliwość wykonać po raz pierwszy w życiu, nieco uspokoiła jej nerwy. Westchnęła głęboko. Teraz, gdy adrenalina opadła, również szalona determinacja, spełniwszy swą rolę, ustąpiła miejsca innym, mniej intensywnym emocjom. Czuła się nieco niepewnie w nowym otoczeniu, nawet jeśli oferowało swobodę i spokój, jakich nigdy dotąd nie zaznała. Z pomocą przyszedł jej pusty brzuch, podpowiadając, czym zająć się w dalszej kolejności. Uniosła się na obolałych nogach i spróbowała wybrać coś spośród bogactwa roślinności porastającej brzegi rzeczki. Wszystko pachniało świeżo i zachęcająco. Wybrała dość duży, wąski liść, przez chwilę badała go miękkimi, delikatnymi wargami, po czym z uwagą zżuła. Całkiem niezły. Trochę kwaśny, ale smaczny. Przez godzinę czy dwie przechadzała się niespiesznie po okolicy, próbując coraz to nowych roślin i zapamiętując na przyszłość, które jej smakowały, a których lepiej unikać, jeśli nie ma się później ochoty przez dłuższy czas czuć trudnej do usunięcia, wykrzywiającej pysk goryczy. W końcu nasyciła głód i poczuła senność. Położyła się na ziemi, w cieniu zapewniających poczucie bezpieczeństwa krzewów, rozkoszując się rozpływającym się po całym ciele ciepłem niezwykłego posiłku. Czuła się wolna i swobodna, po raz pierwszy od chwili, kiedy jako kilkudniowe cielę została oderwana od matki i zamknięta w ciasnym, ciemnym boksie z dala od niej. W tej chwili nieznane jej dotąd uczucie odpowiedzialności za własny los nie budziło niepokoju. Przyjemna gnuśność ogarniała ją całą, nawet ból przemęczonych mięśni wydawał się w jakiś sposób miły. Zapadła w drzemkę. Nie upłynęło wiele czasu, nim poderwała się na równe nogi, zaalarmowana jakimś trzaskiem w pobliskich zaroślach. Zamarła w bezruchu, z sercem boleśnie tłukącym się w piersi, nasłuchując i wypatrując najlżejszego poruszenia, ale nic więcej się nie wydarzyło. Jeszcze nie czas, pomyślała, jeszcze nie czas na odpoczynek, musisz iść dalej, jak najdalej od ludzi, jak najdalej od tych, którzy mogą cię szukać.
*
Trzy tygodnie później jej wędrówka wciąż trwała, choć w znacznie spokojniejszym, wolniejszym tempie. Krowa kierowała się przeważnie na zachód i południe, zmieniając kierunek marszu, kiedy napotykała granicę lasu. Była ostrożna. Kilka razy zdarzyło się, że musiała przekroczyć pozbawiony drzew, otwarty obszar, tam gdzie pola uprawne i łąki wcinały się w masyw puszczy. Decydowała się na przeprawę zawsze po dłuższej obserwacji, upewniwszy się, że w pobliżu nie kręcą się ludzie, i jak najszybciej pokonywała dystans dzielący ją od kolejnej partii lasu. Ani bieg, ani długotrwały marsz już jej tak nie męczył. Lato chyliło się ku końcowi, jedzenia nie brakowało, a jej mięśnie nabrały twardości i mocy. Noce stawały się coraz chłodniejsze, niejedną spędziła drżąc gwałtownie, przemoczona po deszczu, ale pod wpływem zimna okrywająca ją sierść zgęstniała. Kilka razy rozbolał ją brzuch po zjedzeniu niewłaściwych roślin; raz upłynął nawet cały dzień, nim doszła do siebie. Teraz jednak zdobyła dość doświadczenia, by swobodnie paść się nie ryzykując choroby. Była wolna i radziła sobie świetnie. Nigdy wcześniej nie czuła się tak dobrze, zarówno fizycznie jak i psychicznie, choć była bardzo samotna. Nie tęskniła za ściskiem i smrodliwym zaduchem panującym na zatłoczonej fermie, ale w tym wielkim lesie wszystkie krowy, które znała, i jeszcze wiele więcej, mogłyby się bez trudu pomieścić, nie wchodząc sobie nawzajem w drogę, spotykając się z innymi tylko wtedy, gdy miałyby na to ochotę. Myślała często o swoich cielętach, dwóch byczkach i jednej krówce, które odebrano jej zaraz po urodzeniu – tak samo jak ją odebrano jej matce. Gdyby tylko mogły razem z nią wędrować po puszczy, pić czystą wodę z potoków, skubać świeże pędy pod jej czujnym i czułym spojrzeniem, tarzać w trawie i błocie, ścigać się między drzewami i brykać beztrosko po polanach... Ale wiedziała dobrze, że to niemożliwe, że jej dzieci przepadły i nic nigdy ich jej nie zwróci.
*
Dzień był upalny, przywodzący na myśl pełnię lata, chociaż nastała już jesień. Nieco otumaniona i rozleniwiona krowa, skubiąc pożółkłą trawę, wkroczyła na polanę. Dopiero teraz dostrzegła obecność ludzi. Dwoje dorosłych, kobieta i mężczyzna, leżało nieruchomo na rozpostartym na ziemi kocu. Spali. U stóp kobiety leżał zwinięty w kłębek piesek, łypiąc podejrzliwie w stronę intruza. Nieopodal bawiło się szyszkami małe, na oko trzyletnie dziecko. Krowa nigdy wcześniej nie widziała małego człowieka. Ciekawość wygrała z ostrożnością. Podeszła do dziewczynki i chciwie wciągnęła jej zapach. Dziecko, z fascynacją i zachwytem widniejącym w błękitnych oczach, wyciągnęło rączkę i pogłaskało ją po aksamitnym nosie. Kierowana nagłym impulsem, krowa polizała je po twarzy. Czując lepki i ciepły dotyk wielkiego języka, dziewczynka zachichotała cichutko. To wystarczyło, by obudzić jej opiekunów. Kobieta uniosła się na łokciu, popatrzyła w kierunku córeczki i zerwała z krzykiem z posłania. Szarpała swojego towarzysza za ramię, aż i on nie wstał. Psiak zaczął wściekle ujadać, a dziecko rozpłakało się nagle. Posłuszny rozkazom wywrzaskiwanym przez swoją partnerkę, mężczyzna chwycił gruby kij i zwrócił się w stronę krowy. Czmychnęła w zarośla z sercem bijącym jak szalone, nie rozumiejąc, co sprowokowało ich atak. Dopiero wieczorem uświadomiła sobie, co przyciągnęło ją tak nieodparcie do ludzkiej dziewczynki. W jakiś niejasny sposób przywiodła jej na myśl jej własne potomstwo. Przed zaśnięciem długo muczała, nawołując dawno utracone dzieci.
*
- A więc krowa, tak? - powiedział Rob, dyżurujący w biurze leśnik, rysując w notesie esy-floresy. - Przecież mówię, że krowa. Czy pan mnie w ogóle słucha? - Oczywiście, całym sercem i duszą moją. Proszę mówić dalej. - Przecież wszystko już panu powiedziałam! Leżeliśmy sobie na polance, kiedy nagle zaatakowała nas krowa, na pewno wściekła! - Zaatakowała, tak? - beznamiętnym głosem upewnił się leśnik, kreśląc szczególnie skomplikowaną pętelkę. Nie znosił takich wrzaskliwych, histerycznych bab. Choćbyś się skichał, próbując takiej paniusi dogodzić, i tak będzie miała pretensje. Równie dobrze można się odprężyć i trochę zabawić jej kosztem. - No przecież mówię! Kochanie, potwierdź! - Tak, krowa. Tak, zaatakowała. - Odezwał się milczący dotąd partner kobiety. Rob przyjrzał mu się z nagłą iskierką zainteresowania w oczach, ale twarz mężczyzny nie wyrażała żadnych uczuć. - No dobrze. - westchnął. - Proszę mi opisać, jak wyglądała ta krowa.
*
Nadeszła zima. Coraz trudniej było znaleźć coś do jedzenia. Liście wcześniej soczystych i delikatnych roślin były teraz twarde, suche i szorstkie. Nadal starała się nie pozostawać długo w jednym miejscu, ale teraz więcej czasu zabierało jej poszukiwanie żywności, niż właściwa wędrówka. Nie niepokoiło jej to zbytnio. Miejsce wydawało się być najbezpieczniejszym z możliwych: ogromny las, pozostałość puszczy pokrywającej niegdyś niemal cały kontynent.
*
Gdy tylko David wdrapał się na pokład ambony, poczuł, że cała wyprawa była błędem. Miał nadzieję, że spacer po lesie i małe polowanie trochę go orzeźwią, tymczasem poczuł się znacznie gorzej. Trzęsły nim dreszcze, musiał mieć wysoką gorączkę, a jego głośny, świszczący oddech i tak na pewno wypłoszył zwierzynę w promieniu co najmniej kilometra. I tak nic nie ustrzeli, równie dobrze mógł w o ogóle nie wstawać dziś z łóżka. - Cholera, źle ze mną. - mruknął, wyjrzawszy na zewnątrz. Wydawało mu się, że napotkał skupione spojrzenie jakichś wielkich, brązowych oczu na tle zalegającego między drzewami śniegu. Zamrugał z wysiłkiem i spojrzał jeszcze raz. Oczy wciąż tam były, zwrócone w jego kierunku, ale tym razem dostrzegł również sylwetkę jakiegoś dużego zwierzęcia... krowy? Sięgnął po lornetkę, ale zanim zdołał ją namacać i przytknąć do oczu, po dziwnej zjawie nie było już śladu.
*
Zima była łagodna, ale krowa i tak często chodziła głodna. Trudno było znaleźć coś jadalnego, szczególnie kiedy ziemię pokrywał śnieg. Czasami przyłączała się do stad saren i jeleni, uczyła od nich, jak jeszcze można zdobyć pożywienie. Bardzo schudła, lecz mimo to czuła się bez porównania silniejsza niż w latach, kiedy paszę podtykano jej pod nos. Przywykła do wolności. Las dawno przestał być dla niej obcym środowiskiem, czuła się w nim pewnie. Wiele czasu spędzała, obserwując innych jego mieszkańców. Wielokrotnie widziała lisy i inne niewielkie drapieżniki chwytające i zjadające mniejsze zwierzęta. Nie stanowiły dla niej zagrożenia i nie bała się ich, ale budziły w niej silną niechęć, aż do dnia, kiedy napotkała uwięzionego w sidłach, konającego już od kilku godzin lisa. Nie potrafiła mu pomóc, ale zaczęła patrzeć na jego pobratymców nieco innym okiem. Nie mogły zmienić swojej natury, tak jak ona nie mogła przestać być krową. Kierował nimi instynkt i nie zdawały sobie sprawy z cierpienia, które powodują. Miażdżenie zębami delikatnych ciał piskląt przychodziło im równie naturalnie i bezrefleksyjnie, jak picie wody. Nie było w nich okrucieństwa ani chęci upodlenia ofiary, które tak dobrze pamiętała z zachowania ludzi pracujących na fermie.
*
Zawsze starała się trzymać od ludzi jak najdalej, ale uniknięcie wszystkich spotkań z nimi nie było możliwe. Pod koniec zimy pogłoski o krowie w białe i płowe łaty widywanej tu i ówdzie, na terenie Parku Narodowego i poza jego granicami, nabrały na sile. Pojawiły się pierwsze wzmianki w miejscowych mediach.
*
- Daj spokój, Chris, ludziom się nudzi i wymyślają sobie różne brednie. Znudziły im się Yeti i inne Wielkie Stopy, to uroili sobie krowę. - Wszyscy ją sobie uroili? Wiesz, ile już się zebrało takich relacji? - Jednemu kretynowi coś się uwidziało, jak wracał nawalony z potańcówki, a reszta baranów powtarza. Rob bawił się jo-jo, a właściwie sumiennie ćwiczył tę czynność. Gryzmolenie trochę już mu się znudziło, zresztą ostatnio musiał wysłuchać półgodzinnej, wygłoszonej przez szefa tyrady o tym, że służbowe notatniki są przeznaczone do zapisywania ważnych informacji, a nie do bazgrolenia pozbawionych sensu znaków. To samo tyczyło się zresztą służbowych długopisów. Rob potrzebował nowego sposobu na wkurzanie odwiedzających biuro Parku turystów. - Najpierw niech zapłaci, potem może brudzić do woli tłustymi paluchami! - rzucił w kierunku dziesięciolatka, pogryzającego pączka i przerzucającego wyłożone na stojaku mapy i przewodniki turystyczne. - Ja nic nie kupuję. - odburknął chłopiec. - No to zmiataj stąd! - Rob, a ta facetka z mężem i małym dzieciakiem, których rzekomo zaatakowała krowa? - wrócił do tematu Chris. - Pamiętasz, sam mi o tym opowiadałeś. - No właśnie, rzekomo. - westchnął Rob – To była kompletna idiotka, pewnie sarna albo nawet królik przebiegł jej drogę i narobiła w gacie ze strachu, a mąż potwierdził jej wersję dla świętego spokoju. Poza tym, to było pod koniec lata albo na początku jesieni, a teraz jest już prawie wiosna. Myślisz, że krowa przez całą zimę błąkała się po lesie? Co niby żarła? Ogryzała korę i gałązki z drzew? - Sarny i jelenie tak robią, prawda? - Tak, ale to dzikie zwierzęta. Krowy są udomowione, ich instynkty przetrwania zanikły. Nie poradzą sobie na wolności, bez opieki człowieka. - Ale kolor się zgadza, prawda? Biała, w jasnorude łaty? - Niby tak, ale to niedorzeczne. Nie mogła przetrwać zimy. Poza tym, skąd by się tu wzięła? W okolicy nie ma żadnych gospodarstw hodujących bydło. Problem polegał na tym, że kiedy odwracał wzrok od jo-jo, cholerstwo zaraz się plątało. Jeśli sztuczka miała być skuteczna, manipulacja zabawką musiała wyglądać na dokonywaną zupełnie od niechcenia. - Wiesz... - Chris zamyślił się na chwilę. - Mój kuzyn pracuje w rzeźni w Willow Creek. Jakoś w lecie zeszłego roku była tam wielka afera. Podobno stado krów przewróciło ogrodzenie i wydostało się z zagrody. Połapali wszystkie z wyjątkiem jednej, która uciekła i nigdy nie udało jej się odszukać. - Co ty znowu pleciesz? Willow Creek jest prawie sto mil stąd. Myślisz, że uciekła z rzeźni autostopem? - Tak tylko mi się przypomniało. Dopiero po tym wypadku postawili solidne ogrodzenie wokół całego terenu należącego do ubojni. Ciekawe, czy ktoś pamięta, czy wśród tych krów były jakieś umaszczone podobnie do tej... chyba zapytam o to kuzyna. - Proszę bardzo, jeśli masz ochotę robić z siebie idiotę. - parsknął z irytacją Rob, próbując rozplątać sznurek od jo-jo.
*
Ku zaskoczeniu Chrisa, jego kuzyn nie miał najmniejszych problemów z przypomnieniem sobie ubarwienia krowy-uciekinierki. Chris nie bardzo rozumiał, w jaki sposób umaszczenie akurat tej krowy, której nigdzie nie można było znaleźć, tak dobrze zapadło Tomowi w pamięć, ale nie poświęcił temu zagadnieniu zbyt wiele uwagi. Bardziej zainteresował go fakt, że opis kuzyna zgadzał się z większością relacji o krowie widywanej w lesie.
*
Po miesiącu cały kraj słyszał już o krowie, która ocaliła swoje życie uciekając z rzeźni, przewędrowała lasami osiemdziesiąt mil i od ponad pół roku przemierzała okolice Parku Narodowego, który najwyraźniej obrała za swoją siedzibę. Jedna z lokalnych knajpek zbiła mały majątek ustawiając przy drzwiach wejściowych kartonową makietę, z którą turyści mogli robić sobie zdjęcia. W sklepach z pamiątkami pojawiły się maskotki i figurki przedstawiające mniej lub bardziej realistycznie postać krowy. Internet kipiał przekręconymi i wyolbrzymionymi wersjami opowieści, a prezenterzy popularnych programów telewizyjnych prześcigali się w odgadywaniu prawdopodobnej trasy ucieczki. Obrońcy praw zwierząt wykorzystali nagłe zainteresowanie opinii publicznej losem krowy pytając społeczeństwo, czy naprawdę uważa, że smak sera i kiełbasy usprawiedliwia masowe zabijanie stworzeń, które z taką determinacją potrafią walczyć o zachowanie swego życia. Próbowali zwrócić uwagę na skandaliczne warunki panujące na fermach, negatywny wpływ chowu przemysłowego na środowisko oraz walory zdrowotne roślinnej diety. Medialny szum mógł zwiastować nadejście ciężkich czasów dla producentów żywności pochodzenia zwierzęcego. Nie umknęło to ich uwadze. Zarząd ubojni w Willow Creek, po naradzie z przedstawicielami związków zawodowych i w porozumieniu z właścicielem fermy, z której pochodziła słynna na cały kraj krowa, dyskretnie powiadomił kluby i organizacje łowieckie o wyznaczeniu wysokiej nagrody za jej głowę.
*
Kiedy myśliwi zwabieni obietnicą nagrody zaczęli przybywać i żądać od kierownictwa Parku Narodowego pozwolenia na wkroczenie na jego teren z bronią, z początku nikt nie chciał nawet z nimi rozmawiać. Niektórzy ustępowali, decydując się na ograniczenie obszaru polowania do pozostałej części lasu, lub mając nadzieję, że uda im się niezauważenie przekroczyć granicę chronionego terenu nielegalnie. Kilku zniechęciło się i zrezygnowało z przedsięwzięcia. Ktoś wpadł jednak na pomysł, by poinformować o zaistniałych komplikacjach fundatora nagrody. Wykonano kilka telefonów i nagle okazało się, że wyeliminowanie krowy jest kluczowe dla bezpieczeństwa ekosystemu Parku Narodowego oraz przyległych do niego obszarów. Wałęsająca się swobodnie krowa żerując powoduje poważne straty w szkółkach leśnych, niszczy chronione gatunki roślin oraz stanowi niedopuszczalną konkurencję dla zwierzyny. Ponadto istnieje możliwość, że przenosi bakterie i wirusy, na które lokalne populacje dzikich zwierząt nie są uodpornione, co oznacza zagrożenie o trudnych do oszacowania skutkach. Niewykluczone, że niektóre z tych zarazków mogą być szkodliwe również dla ludzkiego zdrowia. Rzecznik prasowy Parku wyraził głębokie ubolewanie, że problemem nie zajęto się wcześniej oraz zapewnił, że wszelkie niezbędne kroki, by jak najszybciej zażegnać niebezpieczeństwo, zostały już podjęte.
*
Tymczasem krowa, nieświadoma zarówno swej sławy, jak i zawisłej nad nią groźby, cieszyła się rozkwitającą wiosną. Odzyskiwała utraconą przez długie miesiące zimy masę, delektując się świeżymi, soczystymi pędami, których przybywało każdego dnia. Wciągane w nozdrza powiewy wiosennego powietrza napełniały ją poczuciem czystego szczęścia i radości życia. Zdarzało się, że brykała jak cielak, podskakując i wierzgając, lub ganiała między drzewami wyimaginowane towarzyszki. Kiedy tarzała się w trawie, skołtunione, zimowe futro odpadało z powierzchni jej skóry całymi płatami.
*
- Rob! Miło cię widzieć, stary! - Rob podniósł zaskoczony wzrok na stojącego przed biurkiem otyłego mężczyznę. Jo-jo natychmiast się zaplątało. Niecierpliwym ruchem wrzucił je do szuflady. - Mark? Co ty tu robisz? Postanowiłeś wpaść zobaczyć, co słychać u starego kumpla po dwudziestu paru latach? - Niezupełnie. Właściwie to nie wiedziałem nawet, że tu pracujesz. Przyjechaliśmy powalczyć o nagrodę za ustrzelenie tej waszej słynnej krowy. To Adam, mój syn. - Mark z dumą wskazał na tyczkowatego chłopca o niezbyt inteligentnym wyrazie twarzy, w wieku mniej więcej piętnastu lat. Rob przyznał w duchu, że dzieciak bardzo przypomina ojca, gdy ten był w jego wieku, chociaż od tej pory przybyło mu chyba drugie tyle kilogramów. - A to Trevor, wiceprezes klubu, do którego należę. - Rob skinął im głową. Nie podobały mu się dziwne, głęboko osadzone oczy Trevora. - Witajcie. W czym mogę wam pomóc? - Właściwie to chcieliśmy tylko kupić jakieś mapy, ale skoro tak szczęśliwie się złożyło z naszym spotkaniem, może odpalisz coś ekstra ulubionemu kumplowi ze szkoły średniej? - Jasne, mogę dać wam do nich teczkę. - spojrzenie bladoniebieskich oczu Roba pozostało nieruchome. Jego prywatna opinia na temat uczuć, jakimi darzył dawnego kolegę była nieco inna, ale – przynajmniej na razie – nie widział powodu, by dzielić się z nim tą informacją. - Chodziło nam raczej o jakieś wskazówki, które mogłyby nam pomóc namierzyć to krówsko. - Mark nie zauważył ironii. - Coś, co dałoby nam przewagę przed innymi. Bo pewnie nie tylko my przyjechaliśmy w tym celu, co? Dużo myśliwych się tu kręci? - Jak na mój gust zdecydowanie zbyt wielu. Na dodatek rozrabiają tak, jakby było ich dziesięć razy tyle. Strzelają do wszystkiego co się rusza, a jak ich złapiesz ze zwierzyną w obrębie Parku, twierdzą, że wydawało im się, że to ta przeklęta krowa. Ciekaw jestem, z jakiej odległości można uznać pięć bażantów za krowę. - Rob zastanawiał się nad czymś przez chwilę. - Właściwie moglibyście poprosić Davida o pomoc. Dam wam jego adres. Może zgodzi się zostać waszym przewodnikiem, jeśli obiecacie mu odpalić uczciwą część tej waszej nagrody. To łebski facet. - To twój kumpel? - Nie wiem, czy on w ogóle ma jakichś kumpli. To odludek i trochę dziwak, ale, jak już wspomniałem, ma łeb na karku. Nikt nie zna lepiej od niego tych lasów. Cale życie w nich polował – najpierw z ojcem, teraz samotnie. Poza tym, będę przynajmniej spokojny, że wy nic nie nabroicie w Parku – już on was przypilnuje. Pod tym względem można na nim polegać. Powiedzcie, że ja was przysyłam, będzie bardziej skłonny z wami gadać. - Gdzież my byśmy coś nabroili! O to możesz się nie martwić. A z tym twoim Danielem na pewno się dogadamy, skoro uważasz, że z nim mamy większe szanse na wygraną. - Davidem. - poprawił Rob. - Tak, myślę, że nie znajdziecie lepszego kandydata do tego zadania. Tylko nie próbujcie go oszukać na nagrodzie. O ile dobrze pamiętam, przydałyby mu się nowe buty.
*
David wysłuchał oferty Marka i zatopił się w rozważaniach. Pomysł, żeby biegać po lesie za jakąś zaginioną krową razem z tymi trzema facetami, wydawał mu się co najmniej idiotyczny. Z drugiej strony, w grę wchodziły dodatkowe pieniądze, a jemu przydałyby się porządne, nowe buty. Podeszwa lewego zaczęła ostatnio sprawiać wrażenie, że wkrótce może spróbować uzyskać niezależność i udać się we własną drogę. - To ile dokładnie wynosi ta nagroda? Mark wymienił sumę. David gwizdnął. - Co takiego zrobiła im ta krowa, że tyle dają za jej łeb? - A kogo to obchodzi? Ważne, że dają. Podzielimy się po równo. Dostanie pan czwartą część. - Czyli pan i pański syn dostaniecie połowę? - zauważył z kpiącym uśmiechem David. - Ja dostanę swoją część, a on swoją. Kto wie, może to właśnie on odda zwycięski strzał? Dlaczego nie miałby mieć takich samych praw, jak wszyscy? - Zwycięski strzał, powiada pan... David nie lubił myśliwych, którzy traktowali łowiectwo jako hobby, grę czy zabawę. Myślistwo było jego głównym zajęciem, żywił się w dużej mierze tym, co upolował, a zysk ze sprzedaży skór i trofeów wystarczał na utrzymanie małego, drewnianego domu i pokrycie innych wydatków związanych z jego prostym, skromnym stylem życia. Nie posiadał komputera, telewizora ani radioodbiornika – jedynie stary magnetofon kasetowy, na którym odtwarzał wciąż te same taśmy, z których niektóre były już zupełnie zdarte – ominęły go więc sensacyjne relacje o niezwykłym wyczynie krowy zalewające media. O całej sprawie pierwszy raz usłyszał przed kilkoma dniami, w rozmowie z napotkanym przypadkiem w lesie innym myśliwym. Dopiero wtedy zrozumiał, że to co zobaczył pewnego zimowego dnia, kiedy paskudnie się rozchorował, nie było przywidzeniem wywołanym gorączką. Cała sprawa niewiele go dotychczas obchodziła. Jedynie nadprogramowi łowcy uganiający się gorączkowo po lesie stanowili pewną niedogodność – zakłócali jego spokój i płoszyli zwierzynę. - Dobrze, niech będzie, skoro wszystkim pasuje taki układ. David nie próbował negocjować warunków kontraktu. Nie był chciwy, a czwarta część wymienionej przez Marka sumy aż nadto wystarczy na jego potrzeby, i to przez długi czas. Poza tym, im szybciej ta idiotyczna afera się skończy, tym prędzej w jego lesie znów zapanuje spokój.
*
Grupka myśliwych prowadzona przez Davida rozpoczęła poszukiwania następnego dnia. Przypadek sprawił, że tego samego ranka wyruszyła inna ekspedycja, również mająca na celu odszukanie krowy, ale kierująca się zupełnie odmiennymi motywami. Przedstawiciele lokalnej organizacji walczącej o prawa zwierząt dowiedzieli się o nagonce na dzielną uciekinierkę i wszczęli alarm w środowisku obrońców i miłośników zwierząt. Wkrótce została powołana ekipa ratunkowa, składająca się z członków i wolontariuszy pewnej fundacji, mającej siedzibę w innym rejonie kraju i prowadzącej azyl dla zwierząt rzeźnych. Sześcioosobowa grupa przyjechała pociągiem, objuczona namiotami, śpiworami i wypchanymi plecakami. Ich zadaniem było…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ridareta
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…