Wspomnienia - Fragment do oceny
Fragment mojego opowiadania o człowieku z darem zapominania złych doświadczeń, które mu się przytrafiły. Wydaje się, że jest całkiem normalny, ale pewni ludzie, doprowadzają go do furii, choć nic mu nie zrobili.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1 Zakurzony śmierdzący odchodami i wymiocinami pokój. Wszechogarniający bałagan nie przeszkadza trzem postacią w nim przebywającym. A właściwie czterem. Na odrapanym drewnianym stole leży nieprzytomny mężczyzna. Wyróżnia się z pozostałej trójki, choć tak naprawdę to trzy pozostałe postacie zwróciłyby uwagę na siebie będąc na ulicy. Zakrzywiony szpon sięga po skalpel. Powstaje dwucentymetrowe nacięcie za uchem nieprzytomnego mężczyzny leżącego na stole. Małpo-podobna istota radośnie podskakuje na widok pojawiającej się krwi. Pierwotnie miał być to człowiek, lecz niepojęte przyczyny powstawania mutacji i defektów genetycznych przemieniły go w owłosione, niemal bezrozumne monstrum zadowalające się fizycznym cierpieniem innych ludzi. Jednak nie zawsze tak było. Ludzie ukształtowali jego charakter tak, że z biegiem lat, sam zapragnął, by inni też cierpieli. Na odrapanym skórzanym fotelu całej operacji przygląda się postać w mundurze marynarki wojskowej. Zniekształcona twarz skupia całą swą uwagę na ruchach ręki i szpona kolegi przeprowadzającego zabieg, który właśnie wydrążył tunel o milimetrowej szerokości w czaszce nieprzytomnego mężczyzny i zaczął wprowadzać strzykawką do jego mózgu zieloną płynną substancje. Była to opracowana przez Szponiastego receptura, ujawniająca najgorsze, najbardziej skryte wspomnienia w otchłani ludzkiego mózgu. Wspomnienia, o których człowiek zapomina, bo gdyby je pamiętał, nie byłby normalnym człowiekiem. Przeobraziłby się w potwora, z pozoru wyglądającego jak człowiek. Wysoka postać zakończyła operację zaszywając nacięcie. On i dwóch jego przyjaciół uważali, że skoro wyglądają jak potwory, to muszą się jak one zachowywać. Szczególnie po tym, co przeszli w liceum z Alanem Queyderem, leżącym teraz nieprzytomnie na stole. Mówi się, że agresja rodzi agresję, Alan jednak nie był agresywny dla ludzi i zwierząt. Zwłaszcza dla zwierząt. Przez wczesne lata szkolne należał do harcerstwa, dokarmiał jelenie w lesie i pomagał w schronisku. Dla ludzi i kolegów zawsze był uprzejmy. Dziwiło to osoby, które wiedziały, co działo się w jego rodzinie i domu. Szczególnie te, które mieszkały w sąsiedztwie, przez co mogły zobaczyć najwięcej. Alan jednak miał dar. Dar do zapominania złych rzeczy, które mu się przydarzyły. Można, by pomyśleć, że dzięki temu łatwiej mu się żyło, gdyż nie rozmyślał nad swym złym losem. Nie zadawał pytań: Dlaczego? Czemu mnie to spotkało? Lecz Alan przez swój dar nie mógł zmienić nastawienia do ludzi i sytuacji, w których wiedziałby się jak zachować i czego nie robić, jeśli tylko pamiętałby, co jemu się w życiu przydarzyło. Może zacząłby traktować kolegów szkolnych dotkniętych chorobami genetycznymi jak ludzi, za których ich jednak nie uważał. Sądził, że ukradły życie zdrowym osobą, które mogłyby się narodzić, gdyby oni nie zajęli ich miejsca, przez co starał się jak najbardziej pogorszyć ich życie. Nie pamiętał, co czuł, kiedy jemu robiono krzywdę, gdy najpierw ojciec przypalał go papierosami za karę przez rozlanie mleka czy pobrudzenie koszulki. Zapomniał, że kiedy miał siedem lat, gdy ojciec umarł na atak serca jego dziadek zamknął go w zimnej, ciemnej piwnicy pełnej szczurów gryzących go w ręce i nogi i wyciągnął dopiero po trzech dniach, przez ten czas nie jadł i nic nie pił. Złe rzeczy, które mu się przydarzyły przypominały się dopiero, kiedy znów działo mu się coś złego. Po czym ponownie je zapominał. Tworzyło to w efekcie błędne koło, nie wiem czy nie okrutniejsze od wspomnień zawartych w jego wnętrzu. Z tej przyczyny przemoc, której doświadczył nie mogła się przełożyć na okrucieństwa czynione genetycznie chorym kolegom z klasy. Uznawał to za swoją misję. Nie przypuszczał jednak, że misja ta doprowadzi go do tragicznego końca. -Gamble – rzekł ochrypłym, cichym głosem człowiek ze szponem- zabierz Alana z powrotem zanim się obudzi. Gamble powoli wstał ze skórzanego fotela, wydarł się na nadmiernie szczęśliwego owłosionego człowieka, by mu pomógł przenieść go do samochodu i odjechał z brudnego zamieniającego się w ruinę domu na wzgórzu. 2 - Alan! Mój Boże Alan obudź się! – Krzyczał Troy klęcząc nad krawężnikiem. Troy Skalski był wieloletnim przyjacielem Alana. Poznali się w wieku sześciu lat, kiedy zaczęli chodzić do jednej klasy. Alan przetarł oczy i spojrzał na przyjaciela. -Cześć Troy – odezwał się Alan zaspanym głosem – Wczoraj wieczorem szedłem na siłownię i chyba straciłem przytomność – począł się tłumaczyć podnosząc się z ziemi. Troy zaczął się powoli uspokajać, choć jego serce wciąż szybko biło w piersi. -Alan, jak mogłeś iść na siłownie? Leżałeś w zaułku przy koszach ze śmieciami. -Widocznie jakiś dobry menel przeniósł mnie, by nie rozjechał mnie żaden samochód na drodze – żartobliwie rzekł Alan próbując rozładować napięcie. Cieszył się, że nie został okradziony, pobity czy jakkolwiek okaleczony. Przynajmniej na razie nie czuł żadnego bólu. Towarzyszyło mu za to głuche otępienie i lekki szum w uszach. Tak właściwie to jak mnie znalazłeś? -Natalia dzwoniła do mnie o siódmej rano, że wyszedłeś wieczorem i nie wróciłeś na noc. Pomyślała, że może poszedłeś do mnie na piwo i postanowiłeś zostać. W sumie to nie wiem, dlaczego nie zadzwoniła do mnie późnym wieczorem, może bym cię wcześniej znalazł. —Wiesz, jaka ona jest, nie chce zachowywać się tak jakby trzymała mnie na smyczy. W końcu jeszcze nie jest moją żoną. Poza tym, sam wiesz, że nie lubię, kiedy mnie ktoś kontroluje – wypowiadając ostatnie słowo, Alan się zająknął. Słowo kontrola podziałało jak klucz do wspomnienia. Ściemniało mu przed oczami, głos ojczyma słyszany najpierw z oddali, przybliżał się. Kiedy miał jedenaście lat matka wyszła za rzeźnika. Nie lubił dzieci, w szczególności Alana, który go irytował. -I co gówniarzu? – Władczy głos Stana, rzeźnika-okrutnika jak mówili na niego w miasteczku rozbrzmiał w głowie Alana. Ojczym trzymał go za koszulkę nad ogniskiem. Matka wraz ze starszym o cztery lata bratem poszła po kiełbaski do domu – Pamiętaj, że ja tutaj rządzę, a nie ta głupia cipa twoja matka. Jeśli następnym razem porzygasz się w moim ukochanym samochodzie, albo znów zjesz ostatnią kiełbasę w lodówce to usmarze ci dupsko nad tym ogniskiem. – Lodowaty wzrok ojczyma paraliżował ciało małego chłopca. Stan odrzucił go na trawę obok ogniska i kazał przestać szlochać, – Jeśli twoja matka zobaczy, że płaczesz to już po tobie- i uśmiechnął się serdecznie, akurat, kiedy żona wracała z kiełbaskami. Cieszyła się, że jej syn dobrze dogaduje się ze Stanem. Na Alana jednak nie zwróciła uwagi, nie zobaczyła łez schnących na jego policzkach, w przeciwieństwie do jego brata, który przeważnie był normalny. Tylko czasem miał napady niepohamowanej złości. Alan patrzył w oczy brata i nie odnalazł w nich współczucia. W tym momencie wspomnienie się urwało. Krzyki Alana na ulicy zwróciły uwagę licznych przechodniów. -Jasna cholera, Alan uspokój się! Nic złego się nie dzieje!- Troy próbował pomóc swojemu przyjacielowi. Oparł go o ścianę i uspokajał- Już w porządku, dobra?- Alan napotkał zatroskane spojrzenie przyjaciela i już tylko dyszał. Nigdy nie rozmawiał z Troyem o swoich problemach z rodziną. Przeważnie, kiedy Troy zaczynał ten temat, Alan sam ich już nie pamiętał. W takich momentach przypominał sobie tylko to, że jego ojczym to zły człowiek. Miewał też podobne uczucia do ludzi, którzy go skrzywdzili. Nie pamiętał, by zrobili mu coś złego, jednak zawsze zostawały te niejasne przeczucia i siniaki, które nie wiedział skąd się brały. Mama zawsze mu mówiła, że ma delikatną skórę i pewnie gdzieś się uderzył i już nawet tego nie pamięta. Wierzył jej. W końcu nie pozostawało mu nic innego. Alan wstał na nogi. Przechodnie przeczuwając, że nic ciekawego się już nie wydarzy zaczęli się rozchodzić. Szepty również zaczynały milknąć. -Nic mi nie jest, możesz mnie zaprowadzić do domu?- spytał Troya. Głos jednak miał przepełniony lękiem. -Ja się zastanawiam nad wezwaniem pogotowia, a ty tak po prostu do domu się wybierasz. Naprawdę martwię się o ciebie chłopie.- Alan rozmyślał, ignorując zatroskane, ukradkowe spojrzenia przyjaciela. Dlaczego w głowie pojawiła mu się tak okrutna sytuacja, której on był ofiarą? Prawdą jest, że ojczym nigdy nie był dla niego zbyt uprzejmy, często po nim krzyczał i narzekał, ale nigdy go nie skrzywdził. Na pewno nie zrobiłby tego z tak banalnego powodu jak zjedzenie ostatniej kiełbasy z lodówki. -Dobra Alan, ja lecę, wpadnę później do ciebie, zobaczymy jak się będziesz czuł - powiedział Troy, kiedy doszli przed dom Alana-pozdrów narzeczoną. -Dzięki za pomoc Troy – Przeszedł przez podwórko z kiepsko skoszoną trawą. Stanął przed drzwiami i kiedy miał zapukać, nagle się otwarły z okropnym skrzypieniem. -Alan! Martwiłam się o ciebie! – Krzyknęła Natalie zarzucając ręce na ramiona narzeczonego i czule go całując. Weszli do domu, gdzie zjedli śniadanie. Natalia musiała szybko wyjść na i tak spóźnione zajęcia na Uniwersytecie Ohio gdzie studiowała sztukę. Alan nigdy nie miał zamiaru iść na studia. W szczególności szydził z dywizji szkoły Natalii „Religia, nauka, przyzwoitość, a przede wszystkim, cnota”. Trzy pierwsze słowa pasowały do jego narzeczonej, ale cnota?! Ha, cnota pasowała do niej jak Papież do czarnego stroju. Nie żeby puszczała się z byle, kim, ale jeśli znalazła kogoś na stałe, potrafiła go zamęczyć w łóżku. W rozmowach z kolegami mawiał, że próbuje sobie wynagrodzić wstrzemięźliwość na imprezach. Alan wolał pracę na budowie. Z daleka od rozpraszających kobiet, nauczycieli, do których musiałby zwracać się z szacunkiem i oczywiście mutantów. Tak właśnie nazywał te trzy kaleki ze szkoły. Inni im po cichu współczuli, nie śmiali się, ale głównie unikali. Alan tego nie potrafił. Nie umiał przejść przez korytarz i nie walnąć tego włochatego półgłówka Jimmiego Watersona. Jimmy cierpiał na nadmierne owłosienie ciała, zwane fachowo hipertrichozą z lekkim autyzmem. Hipertrichoza to potocznie zwany syndrom wilkołaka, przez rozległe, nienaturalne owłosienie całego ciała. Autyzm jego stopniowo się polepszał. Nie były to duże zmiany, ale z czasem sam potrafił pisać wypracowania na język angielski i przestał gryźć się w ręce, kiedy się denerwował. Rany na rękach sprawiały najwięcej problemu. Nie potrafił tego opanować, przez co kiedy mył ręce bardzo krzyczał, z powodu mocnego pieczenia ran. Bolało go to przy wielu czynnościach, stękał wkładając ręce do piórnika, chowając je do kieszeni, czy ścieląc łóżko. Matka – ojciec zginął w wypadku samochodowym jadąc po pijaku – postanowiła leczyć syna za pomocą hipoterapii, pomagało to do momentu trzeciej klasy szkoły wyższej. Znowu przyczyną był Alan, tak uprzejmy i pomocny dla innych kolegów i koleżanek. Dźwięki telefonu zbudziły Alana z płytkiej drzemki. Szybko wstał z łóżka i poszedł go odebrać. — Halo? — Cześć Alan — ze słuchawki wydobywa się głos Toniego Nelarda. — Spałeś? Alan poznał Toniego na siłowni siedem lat temu, na samym początku, kiedy zaczynał ćwiczyć na poważnie, włączając w to odpowiednią dietę i bilans kaloryczny. Alan był dwa lata młodszy od Toniego, lecz zyskał sobie jego przyjaźń i szacunek podobnym humorem, spokojem i ówczesnym wyciśnięciem osiemdziesięciu kilogramów na sztandze, co przy siedemdziesięciokilowej wadze Alana stanowiło niemały wyczyn. — Trochę się zdrzemnąłem. Co u ciebie Tony? — Zapytał Alan. — Kupiłem sobie nową paczkę kreatyny. — Przesadzasz, mówię ci, nerki ci w końcu wysiądą — Od pewnego czasu Tony zaczął brać po dziesięć tabletek dziennie i nikt nie umiał go przekonać, że nie są to mięśnie w proszku, które napęcznieją mu w ciele, tylko substancja mająca polepszyć syntezę białka w organizmie. Każdy na siłowni mu to mówił, i każdy wiedział, że Tony nie posłucha . — Lepiej zadbaj o porządną dietę, a nie ciągłe suplementy i magiczna według ciebie kreatyna. — Nie ma mowy stary, Alice powiedziała mi, że albo zjem to, co ona ugotuje na obiad, albo nie zjem w ogóle. A ja po pracy nie mam czasu sam sobie gotować. — To, po co ci taka żona? — Dziwił się — Twardziel Tony nie umie wychować swojej żony? — Obaj wybuchnęli śmiechem. — Zobaczymy jak poślubisz Natalie — pouczał Tony — pamiętaj, że kiedy byliśmy, z Alice narzeczeństwem, to nasz związek był bardziej przyjemny i miły. Można, by pomyśleć, że to nie tylko słowa, ale dwa różne stany rzeczywistości. Po tym nadzwyczaj przyjemnym i romantycznym czar pryska, i zaczyna się problematyczne małżeństwo. Brak pracy w moim zawodzie, a rachunki trzeba pospłacać. Od kiedy zamieszkaliśmy razem wiele czynności stało się rutynowych. Niedługo zaczniemy kochać się tylko w określonym czasie, bo miejsce już jest stale to samo. Nie tak jak to było na studiach, kiedy dreszczyk emocji przebiegał po plecach, bo nigdy nie można było być pewnym, czy tym razem ktoś cię nakryje czy nie. — Co tam u rodziców? — Spytał Alan. — Ojciec zaczął biegać — oznajmił Tony — Zobaczymy jak szybko mu się to znudzi i wróci na kanapę. Wiesz, chce schudnąć, ale kiedy wraca do domu to zjada pół kurczaka i z kilogram ziemniaków. — Może niech się przerzuci na ryż, albo kaszę? — Zaproponował Alan. — Mówiłem mu to, nie chciał mnie słuchać — odparł Tony. Jaki ojciec, taki syn, pomyślał Alan. — Właściwie, to chciałem zaprosić ciebie i Natalię na bawełniane wesele — powiedział Tony. — Bawełniane wesele? — Odparł zdziwiony Alan. — No wiesz, druga rocznica ślubu się tak nazywa — wyjaśniał Tony. — Dziwny pomysł, ale się uparła. Przyjdziecie? Za tydzień w sobotę, ósmego maja. — No pewnie, dzięki za zaproszenie. — To do zobaczenia — pośpiesznie żegnał się Tony. Z jego strony dobywały się krzyki Alice. — Wybacz, ale chyba sam słyszysz, że już muszę lecieć. — Trzymaj się Tony — powiedział Alan i odłożył słuchawkę. Alan poczuł się wyjątkowo szczęśliwy. Z Natalie kłócili się bardzo rzadko, a mieszkali razem już prawie pół roku. Widocznie bardziej pasowali do siebie niż, Tony z Alice, którzy byli parą przeciwieństw. Może i przeciwieństwa się przyciągają, ale po dłuższym czasie musi robić się to uciążliwe. Rozbieżność zainteresowań nie może na dłużej spoić poważnego związku. Zawsze zastanawiał się, o czym dwoje takich ludzi rozmawia, skoro jednego nie interesują tematy drugiego. Tony lubić koszykówkę, siłownię, mięsne potrawy, grę na gitarze, grafikę komputerową, dzięki której zarabiał duże pieniądze i jak wielu facetów spotkania przy piwie z kolegami. Alice była wegetarianką, słuchała rocka i lubiła baseball, który jej mąż uważał za nudny. Alan nie lubił jej za to, że powoli zmieniała Toniego w pantoflarza. Coraz częściej zabraniała mu wychodzenia do baru, a on się jej tak po prostu słuchał i nigdy nie buntował. Powinni dojść do jakiegoś kompromisu, ale co im miał powiedzieć? Nie mógł nic zrobić, w gruncie rzeczy to nie była jego sprawa. Zapragnął wyjść na spacer i nie czekając dłużej, by nie dopadło go lenistwo, wyszedł z domu. Ciepłe majowe powietrze owiało jego twarz, zapowiadał się piękny dzień. Ruszył w stronę lasu. Mieszkał w małym miasteczku nieopodal Athens mieszczącego w sobie Uniwersytet Ohio. Zawsze wolał małe miasteczka mieszczące kilkaset do kilku tysięcy mieszkańców, od ogromnych aglomeracji z zawiłymi liniami metra i ulicami, na które bałby się wyjść po zmroku. Szedł powoli dróżką wsłuchując się w śpiew ptaków i relaksując się. Uwielbiał leśne, świeże, czyste powietrze. Po takich spacerach czuł się dotleniony i bardziej wypoczęty. Skręcił ścieżką w górę i przeszedł obok polanki, na której uwielbiał urządzać piknik z Natalie. Wiele dobrych wspomnień wiązał z tą niewielką polanką. W wakacje często kochał się na niej z Natalie. Zaopatrzył się w naprawdę dobry, wygodny i odpowiednio duży koc. Zanim ją poznał, a dopiero zaczynał swe miłosne podboje, było to miejsce, w które przyprowadzał dziewczyny. Wytwarzało ono niepowtarzalny klimat. Szczególnie po zmroku, kiedy świerszcze zaczynały swój muzyczny spektakl, chłodnawy letni wietrzyk owiewał ciało, wywołując gęsią skórkę, a gwiazdy zaczynały świecić na ciemniejącym bezchmurnym niebie. Z Troyem, Tonym i Arniem, czasem jeszcze tu przychodzili. Była to miła odmiana od dusznego, zatłoczonego w weekendy baru. Kiedyś za dużo wypili i rano Arnie obudził ich swoim krzykiem. Przez noc oblazła ich chmara świerszczy, których Arnie bał się bardziej niż pająków. Od kiedy pojawiła się praca, dla innych studia, wspólne mieszkanie z dziewczyną, to nie zawsze był czas na tego typu rzeczy, które w colleagu były chlebem powszednim. Zaczął schodzić do miasteczka. Wstąpił do sklepu, by zakupić kilka jogurtów brzoskwiniowych, chudych twarogów, paczkę kotletów i trochę jarzyn. Zatrzymał się przy skrzynkach z warzywami oznaczonymi GMO. Rozejrzał się i zorientował, że w sklepie nie sprzedawano naturalnych produktów. Nigdy nie narzekał na zmodyfikowane genetycznie żywienie. Często nawet nie wiedział, że takie spożywa, bo nie było oznaczeń w sklepie. Smakowało normalnie, oprócz tych kilku razy, kiedy zakupił płaskie brzoskwinie o nienaturalnym kolorze w środku. Do tej pory nie dowiedział się, z czym zostały połączone skrzyżowane. Natalie kiedyś kupiła ananasowe truskawki. Miały biały kolor, normalny kształt a jej pestki były ciemno czerwonego zabarwienia. Pomyślał wtedy, że genetyka żywieniowa rozwija się w aż za szybkim tempie. Nie mogli mieć wystarczająco czasu na badania czy to czasem nieszkodliwe, a do tego były jeszcze dużo droższe od zwykłych truskawek. Okazało się jednak, że owe truskawki to naturalny gatunek z Ameryki Południowej, który był niemal na wyginięciu, dopóki nie zaczęli go uprawiać holenderscy rolnicy. Pytanie jednak pozostaje. Nie powinno się z góry zakładać, że przez wprowadzenie nowego genu, czy też zmianę innego, jest to dalej to samo bezpieczne, zdrowe warzywo czy owoc. Nie przeprowadzając odpowiednich badań, mogą narazić społeczeństwo na spadek odporności czy zwiększone ryzyko zapadnięcia na pewne choroby. Wiele akademii nauk i instytutów do spraw żywności uważa, że żywność ta jest zdrowa i nie niesie ze sobą niebezpieczeństw. Jednak kilka przeprowadzonych badań na szczurach wykazało, większą ich śmiertelność i częstsze zapadanie na nowotwory. Jednak dzięki inżynierii genetycznej, (którą Troy, przeciwnik ingerencji we wszelkie zmiany genetyczne organizmów, żartobliwie nazywał loterią genetyczną) zbiory były dużo wyższe i trwalsze. Niektóre odmiany zawierały również większe ilości składników odżywczych. W przyszłości naukowcy może stworzą taką odmianę, którą będzie można hodować w Afryce. Choć potrwa to pewnie trochę czasu, zważając na klimat i jakość gleb afrykańskich. Alan i tak nie miał zbyt szerokiego wyboru. Naturalna żywność była droższa i trudniej dostępna w jego okolicy. Nie wiedział, kto ma rację. Tego nigdy nie można być pewnym. Po prostu kupował to, co potrzebował i nie zastanawiał się, czy te kotlety w jego koszyku są zrobione ze świń karmionych modyfikowaną genetycznie paszą czy naturalną. Zapłacił za zakupy i poszedł do domu, przygotować coś to jedzenia sobie i swej narzeczonej, niedługo mającej wrócić z uczelni.
3 Natalie wróciła do domu, w momencie, gdy Alan kończył gotować jej ziemniaki. Sam wolał kaszę, po ziemniakach czuł się za bardzo ociężały. Mógł ich zjeść trochę, okazjonalnie, by nie cierpieć potem na siłowni, czy budowie z powodu kolek, albo ciągłego odbijania się i kwasu żołądkowego w najgorszych momentach podchodzącego aż do gardła. — Już wróciłam! — Głośno oznajmiła swe przybycie. — Cieszę się, kochanie — odparł Alan — zobacz, co przygotowałem. — Ojej, ale nabrudziłeś w kuchni — oceniła Natalie chaos panujący w pomieszczeniu. Garnki powyjmowane ze swoich szafek, stół ubrudzony w ziemi z ziemniaczanych obierków i przypalony olej na patelni. — A ja się tak starałem, nawet ziemniaki ci specjalnie obrałem — udał smutek Alan chowając twarz w dłonie i cicho pochlipując. — Ciii, już dobrze posprzątamy razem jak zjemy — Natalie przytuliła Alana i pocałowała na zgodę. — No, choć, zanim wystygnie. To kotlet z indyka? — Dzisiaj schabowy. Mieli wyprzedaż w sklepie — wytłumaczył Alan. W małym miasteczku wyprzedaże w niewielkich sklepach rzadko się zdarzają. Po większe zakupy jeździli do Athens, gdzie często mogli dostać jedzenie za pół-ceny. Takie produkty jednak trzeba było szybko zjadać, z powodu kończącej się daty przydatności do spożycia. Szczególnie atrakcyjne były promocje mięsa, które można było zamrozić. Mimo, że Athens nie było szczególnie rozległe, mieli tam przynajmniej supermarket — A zamiast sałatki, smaczniusie buraczki ze słoika — oznajmił Alan wielkodusznie. — No, no, widzę, że się postarałeś — powiedziała z łobuzerskim uśmiechem na twarzy, spoglądając na Alana. Zasiedli do stołu i zaczęli jeść. — Jak było na zajęciach? — Spyta Alan. — Jesteśmy w trakcie tworzenia rysunku na temat ’To, na czym mi najbardziej zależy” — Jaką pozycje wybrałaś do tego rysunku? — Rzekł z uśmiechem i wzrokiem skierowanym na Natalie. — Alan! — Odpowiedziała narzeczona z pretensją w głosie — Rysuję ciebie. — O! Dziękuję, czuję się wyróżniony. — Przestań — twardo powiedziała Natalie — lepiej rusz się i pomóż mi posprzątać ten bałagan, jakiego narobiłeś gotując obiad. — Trochę nam to zajmie. — Pamiętaj, Z Bogiem wszystkie rzeczy są możliwe — oznajmiła. Dobrze wiedziała, że rozmowy o Bogu denerwują Alana. Był twardo stojącym na ziemi ateistą, który z zacięciem lwa odpierał wszelkie argumenty. Ona wciąż pozostawała katoliczką z potrzebą wiary. Poza tym, było to motto stanu Ohio. Alan go nie cierpiał nawet bardziej, niż dewizy szkoły Natalie. — Dobrze, choć my zanim przyjdzie Troy. — O której ma być? — Nie wiem, powiedział, że wpadnie zobaczyć, czy ze… — zawahał się Alan. — No, przyjdzie nas odwiedzić. — Nie chciał martwić Natalie, że nie wie, co mu się stało i leżał nieprzytomny na ziemi. — Po co przyjdzie, Alan? Czy coś się stało? — Rzekła zmartwionym głosem. Musiała rozpoznać jego zawahanie i zaczęła coś podejrzewać. Trzeba to jakoś odwrócić. — Dzwonił Tony, zaprosił nas na bawełniane wesele i musimy umówić się z chłopakami, co kupimy — wytłumaczył się Alan. — Może ty z Jenny (żoną Troya) również zastanowicie się, co by się im przydało? — Albo kupimy coś wszyscy razem — zaproponowała Natalie. — Arnie też będzie? — Na pewno, w końcu należy do starej bandy. Natalie lubiła, Arniego, choć czasem przesadzał w żartach. Po prostu nie wiedział, kiedy kończy się śmieszna część, a zaczyna niesmaczna, zbyt poważna by z niej żartować. Kiedy byli młodsi, czasem za bardzo się rozkręcił i mówił coś o ojczymie bądź dziadku Alana. Alan, ale dzisiaj śmierdzisz. Rozchlapałeś za dużo wody z miednicy, kiedy ojczym cię podtapiał i nie miałeś się, w czym umyć? Alan nigdy nie wiedział, do czego nawiązuje i co w tym zabawnego. Po takich żartach zapadała niezręczna cisza, w której rozbrzmiewał śmiech Arniego. Kiedy zdał już sobie sprawę, że popełnił nietakt, zaczynał przepraszać, ale pewien niesmak pozostawał na długi czas. Nagle rozbrzmiał sygnał telefonu. Natalie poszła go odebrać. — Tak, już daję. Alan do ciebie! — Już idę! — Wytarł ręce w ręcznik i podbiegł do słuchawki. — Słucham? — Cześć Alan, tu kierownik Goodmary — odezwał się niski chropowaty głos w słuchawce. — Dostaliśmy zlecenie. Koniec obijania się. Zwijaj manele i bądź przy Old Route 33 na szóstą rano. — Tak jest kierowniku. Co będziemy stawiać? Dom? — Pytał Alan — Tak dom. Ale nie taki zwykły dom. To będzie cały murowany pensjonat z wieżycą. Mówię ci, firma na tym sporo zarobi. Jutro trzeba począć przygotowania. Sprowadzić maszyny i ogrodzić teren. — W głosie kierownika słychać było podniecenie. Projekt musiał być bardziej skomplikowany niż te proste budowle, które ostatnio robili. Przy tamtych inżynier nie musiał wiele myśleć, a niektóre były nawet drewnianymi prostymi domkami, bardziej przypominające letniskowe. —Zabierzesz ze sobą Arnolda? — Tak, mieszka niedaleko mnie. Wpadnę po niego. Pracowali z Arnim w jednej ekipie. Alan przeważnie podjeżdżał po niego i jechali razem do pracy. Nie mieli daleko, zaledwie dziesięć minut jazdy do punktu, o którym mówił Goodmary. — No to do zobaczenia! Pamiętaj, o szóstej bądź na miejscu! — Przypomniał Goodmery, po czym się rozłączył. Długo się poobijał. Zaledwie jeden poniedziałek bez roboty, który w dodatku będzie trzeba odpracować w niedzielę, skoro w sobotę impreza u Toniego. Jest ich dwóch, więc powinni dać radę przekonać resztę ekipy. — Alan pomożesz mi w tej kuchni, czy będziesz tak sobie stał? — Denerwowała się Natalie. Ledwo ruszył się w jej kierunku, a usłyszał dzwonek do drzwi. — Przykro mi kochanie, z resztą będziesz musiała poradzić sobie sama. Ja muszę przyjąć gościa. — Ruszył w kierunku drzwi, przechodząc obok kuchni usłyszał wydech dezaprobaty Natalie. — Nie przejmuj się, z Bogiem wszystkie rzeczy są możliwe — wspaniałomyślnie oznajmił Alan z szerokim uśmiechem na twarzy. Otworzył drzwi, przed którymi stał Troy z cztero-pakiem Heinekena. — Witam pana śpiocha — przywitał się Troy. — No widzę, że masz tam coś na rozbudzenie. — Rzekł Alan zerkając na Heinekena. — Wchodź śmiało. — Alan nachylił się do ucha przyjaciela. — Tylko nie wspominaj o niczym Natalie. Nie chcę jej martwić. — Nie ma sprawy, ale wiedz, że nie podoba mi się to. Natalie wychyliła głowę zza drzwi kuchni. — O czym wy tak tam szepczecie? — Zapytała, lekko zaniepokojona. — Cześć Natalie! — Cześć Troy. — Powiedziała bez entuzjazmu. — Myślałam, ze przyjdziesz z Jenny. — Chciałem ją zabrać, ale postanowiłem, że zrobimy sobie z Alanem, taki męski wieczór — skłamał Troy. — W takim razie, innym razem porozmawiamy o prezencie dla Toniego i Alice. — Uznała Natalie. — Teraz ja pójdę na piętro poczytać sobie książkę, a wy się chłopcy zajmijcie sobą. — Postaramy się za bardzo nie hałasować — powiedział Alan. Przeszli z Troyem do salonu, otworzyli puszki z piwem i rozsiedli się na wygodnych fotelach. Za oknem zaczynało się powoli ściemniać. — Byłeś u lekarza? — Prosto z mostu zapytał Troy. — Ciebie jak boli głowa to dzwonisz na pogotowie? — Odparł podenerwowany Alan. — Mówię poważnie, może coś złego dzieje się w twoim organizmie. Zdrowie jest najważniejsze i ty dobrze o tym wiesz. — Cholera, daj spokój Troy, nic mnie już nie boli, dobrze się czuję. Poza tym nie ma czasu. Dostaliśmy zlecenie i rano jadę do pracy. — Obiecaj mi tylko, że jak poczujesz, że słabniesz to kogoś o tym zawiadomisz i pojedziesz się przebadać. — Obiecuję — przyrzekł Alan. — Na pewno? — Upewniał się Troy. — Przyrzekam na mój honor! — Alan przyłożył sobie rękę do serca. Troy po przysiędze od razu zrobił się spokojniejszy o przyjaciela. Wiedział, że teraz jak będzie się coś złego działo to komuś w pracy tym powie. Zapewne, Aniemu i kierownikowi, ale to już nie była jego sprawa. Pooglądali trochę telewizję, po czym zaczęli grać w Pro Evolution Soccer 2006. Po dwóch początkowych zwycięstwach Alana, Troy wygrał trzeci mecz aż sześć do zaledwie dwóch. Nawet Natalie przyszła popatrzeć zwabiona entuzjastycznymi okrzykami i wybuchami radości dobiegającymi z dolnej części domu. Próbowała nawet pograć, ale jak zwykle przegrała Alanem osiem do jednego, a z Troyem sześć do zera. Świetnie się przy tym jednak bawiła, a chłopaki mieli przynajmniej publiczność. Ostatecznie po ciężkiej walce w końcowym meczu, który skończył się jeden do zera dla Troya, wygrał on sześć meczów, a Alan cztery. Późnym wieczorem pożegnali się i ustalili, że trzeba zaprosić Toniego i Arniego, by rozegrać poważny turniej. Najlepiej o pół litra wódki. Po wyjściu Troya poszedł się przygotować do snu i umyć. W momencie, gdy wyszedł z łazienki, Natalie czekała już na niego w łóżku z lubieżnym spojrzeniem. Alan przeczuwał, że rano będzie niewyspany.
4 Sygnał budzika wyrwał Alana ze snu o piątej rano. Wstał i powoli ruszył do łazienki. Przed wyjściem zerknął jeszcze na pogrążoną we śnie Natalie. Miała przed sobą jeszcze jakieś dwie godziny snu. Orzeźwiający chłód poranka owiał jego twarz. Zapowiadał się piękny, bezchmurny dzień. Przeszedł, do samochodu, przyrzekając sobie, że skosi chaszcze rozrastające się na tym, co niegdyś było trawnikiem przed…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Rychu
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…