Wszyscy zgłupieliście
Gorzów Wielkopolski, późna jesień - do przewodniczącego szacownego stowarzyszenia pisarskiego dzwoni młoda pisarka...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Eustachy leżał na trzech przystawionych do siebie krzesłach i trzymał się za głowę. Robert siedział przy stole i palił mentolowego papierosa, po drugiej stronie szachownicy John główkował już od kilkunastu minut. - Mówię ci, Robercie, odpraw ją, powiedz, żeby poszukała sobie innej firmy. Robert zaciągnął się papierosem, na jego twarzy odznaczał się spokój i chillout. ‘’Spokój i chillout – taka jest niedziela’’ – zaśpiewał w myślach Robert. - Posłuchaj, oczywiście liczę się z twoim zdaniem, nie zapominaj jednak, że zatrudniamy specjalistów od tej roboty, i ich zdaniem dziewczyna jest świetna. - Wiesz, kogo zatrudniacie?! – krzyknął Eustachy. – Ignorantów i idiotów, którzy tyle wiedzą o literaturze, co ja o chemii organicznej. Ta młoda to szajs jakich mało. John przesunął gońca o dwa pola w kierunku króla Roberta. Teraz to Robert pogrążył się – do ostatniej resztki swojego intelektu – w namyśle, z wzrokiem wbitym w szachownicę. - Podzielam twoje obawy, Eustachy. Ale czy na pewno nie oceniasz Agnieszki zbyt radykalnie? – spytał John. Z papierosa Roberta spadł na stół spopielony tytoń. - Posłuchajcie oboje... – zaczął Eustachy. - Ja teraz nie mogę – odrzekł Robert. – Porozmawiaj z Johnem. Robert wyciągnął przed siebie rękę, zawiesił ją nad szachownicą, zastanowił się, cofnął rękę. - A więc posłuchaj, Johnie; Agnieszka pisze o rzeczach, o których nie ma pojęcia. Nigdy nie była w Los Angeles, nie zna tam nawet jednego sklepu. - Ja nie umiem pływać, więc trzymam swoją czarną dupę z dala od basenu – zacytował John. - Tak, o tym właśnie mówię. Robert przestawił skoczka na pozycję, na której zagrażał on hetmanowi Johna, a jednocześnie wystawił na pożarcie swoją wieżę. - Słyszałeś może o fikcji literackiej? – spytał Robert, podczas kiedy John intensywnie rozważał kolejne posunięcie. - Wiem, co chcesz powiedzieć. Ale nie masz racji. Pisarstwo powinno mieć ręce i nogi, o ile nie pisze się science fiction. - Los Angeles Agnieszki to taka właśnie fikcja. Miasto, które Agnieszka sobie wymyśliła. - To pójście łatwiejszą drogą, z górki, a jak zapewne wiesz, droga z górki ma to do siebie, że kiedy dojdziesz jej kresu – będziesz na dole. Agnieszka osiągnęła dół pisząc o ludziach, o których zwyczajach i upodobaniach nie wie więcej, niż Rogowiecki i Brzozowicz o muzyce. Pisarstwo polega na tym, że z prawdy wysnuwa się wnioski, z gotowych sytuacji, zmienia się tylko ich kolejność i częstotliwość. W świecie wymyślonym nie istnieje punkt odniesienia, nie można więc wysnuć żadnego wniosku. Nie wiadomo przecież, czy w mieście Agnieszki wypróżnienie się na ulicy nie należy do dobrego tonu, czy choćby tylko do natury. - Przesadzasz. To miasto o kręgosłupie moralnym takim samym, jak nasze miasta. - A skąd to wiadomo? I pewnie debatowaliby tak jeszcze długo, gdyby nie to, że John zaszachował króla Roberta swoją wieżą, i ten szach okazał się szach-matem. - O, żesz, do cholery! – zdenerwował się Robert. - Popełniłeś niewybaczalny błąd – rechotał John. - Robercie, Johnie – przerwał im Eustachy – Agnieszka będzie waszym największym błędem. No, może nie największym, ale sporym. - Eustachy... doprawdy nie wiem, co mam ci na to odpowiedzieć – rzekł z ponurą miną Robert. - Po prostu powiedz Agnieszce, żeby poszukała sobie innego wydawcy. Albo niech napisze książkę, której akcja dzieje się w Zielonej Górze, czy choćby w Parzymiechach, ale – na miłość boską! – nie w Los Angeles. Robert zapalił drugiego papierosa. Zrobił dwa buchy i odezwał się: - Zaczynam podejrzewać cię o niecne intencje. Eustachy zerwał się i usiadł na jednym z krzeseł, na których przed momentem leżał, trzymając się za głowę po nieudanym eksperymencie tytoniowym. - Cóż za pomysł, że ja miałbym bać się konkurencji Agnieszki?! – wykrzyknął. Wciąż jeszcze kręciło mu się w głowie. - Nie powiedziałem tego – protestował Robert. - Jeszcze trzy minuty – i powiedziałbyś. John ustawiał bierki przed kolejną partią. Robert wciąż palił papierosa, a Eustachy pociągnął z kubka dwa łyki herbaty, czy raczej odwaru z roiboos. Ciszę przerwał John: - Osobiście – na wypadek, gdyby ktoś kiedyś spytał mnie o zdanie w tej spawie – optowałbym za umożliwieniem Agnieszce skompromitowania się lub udanego debiutu – tego przecież teraz nie wiemy, i ubliżając sobie z pewnością się nie dowiemy. Robert zrobił ostatniego bucha, zgasił papierosa i jeszcze bardziej sposępniał. Wydawał książki Eustachego od sześciu lat, w tym czasie Eustachy napisał ich pięć, począwszy od drugiej wszystkie po kolei okazywały się bestsellerami. Nie takimi, jak płyta jakiegoś zespołu muzycznego z Sopotu. Mowa o doskonałej literaturze. Przez te sześć lat doskonale się rozumieli, można powiedzieć, że byli przyjaciółmi, Robert John i Eustachy. Wszystko zaczęło się psuć, kiedy do Roberta zadzwoniła Agnieszka. - Pan Stanisław Stanisławski – mówiła Agnieszka – który, jak zapewne panu wiadomo, przewodniczy Lubuskiemu Stowarzyszeniu Literackiemu, doskonale ocenił moją powieść. Całe Stowarzyszenie było zachwycone. Myślę, że powinien pan rzucić okiem. Robert, jako właściciel wydawnictwa WNZ – o akronimie później – musiał oswoić się z takimi telefonami. Jednak niewielu dzwoniących mogło pochwalić się aprobatą Stanisława Stanisławskiego. - Staszku, czy znane ci jest nazwisko Komorowska? - Agnieszka Komorowska! – krzyczał do słuchawki Stanisław Stanisławski – Niesamowita dziewczyna. Ma w sobie wielki potencjał... – i temu podobne banały. Wobec takiego zachwytu Stanisława Stanisławskiego Robert postanowił spotkać się z Agnieszką. Umówili się więc w Pizza Hut – to było w minimalistycznym stylu Roberta – w piątek, o godzinie siedemnastej. Agnieszka Komorowska przybyła punktualnie – Robert spóźnił się o dziesięć minut. - Myślę, że powinien pan to zobaczyć. Również w swoim interesie. Agnieszka położyła na stoliku plik około trzystu kartek maszynopisu. Robert przywykł również do takich plików, i gdyby Agnieszce udało się go zainteresować – przeczytałby jej powieść w jedną noc. - A więc jest pani pisarką – zaczął Robert z udawanym znudzeniem w głosie. - Agnieszka – rzekła dziarsko Agnieszka i wyciągnęła rękę do Roberta. - Robert. A więc jesteś pisarką, to mamy już ustalone. Co poza tym powiesz mi o sobie? Agnieszk uformowała twarz w minę zdziwienia. - Napisałam powieść. - To już wiem. - Zgłosiłam się do konkursu organizowanego corocznie przez Lubuskie Stowarzyszenie Literackie. - I wygrałaś? – domyślił się Robert. - Oczywiście! Nie mogło być inaczej. Robert czuł do Agnieszki coraz większą antypatię. - Przyznam, że rozmawiałem z panem Stanisławskim. Mówił o tobie w samych superlatywach. - Tego się spodziewałam – odpowiedziała szczerze Agnieszka. - Dlaczego? - Ponieważ jestem naprawdę dobra! - Czyżbym się przesłyszał? – nie dowierzał Robert. - Dlaczego się dziwisz? Czy Jezus zapytany o swoje ewentualne królestwo nie odpowiedział: ‘’tak, jestem Królem Żydowskim’’? - Moja droga, ostrożnie z tym samouwielbieniem. Jesteś dobra? Być może. Ale póki co pozwoliłaś mi się poznać przede wszystkim jako bardzo pewna siebie. - Czy to zła cecha? - Cecha nie jest zła. Złe dopiero jest nadużywanie. - Przejdźmy do rzeczy. Czy mogę liczyć na twoje zainteresowanie? Robert sięgnął po paczkę papierosów do kieszeni, ale szybko przypomniał sobie, że w lokalu nie wolno palić. - Jak już mówiłem, pan Stanisławski polecił mojej uwadze twoją twórczość, tak więc proszę, daj mi ten materiał, z pewnością przeczytam. Dopił pepsi, zabrał maszynopis, poprosił Agnieszkę o numer telefonu, pożegnał się i wyszedł. Nazajutrz, kiedy siedział zaczytany w swoim gabinecie, drzwi otworzyły się i wszedł John. - Tylko mi nie mów, że dałeś się wciągnąć w opiniowanie twórczości kolejnego nawiedzonego literata. Robert doczytał do końca zdania, odłożył maszynopis i odpowiedział: - To doskonała literatura. Stanisławski mówił prawdę. - Stanisławski? – zdziwił się John. - Wczoraj zadzwoniła do mnie młoda panienka. Wygrała konkurs LSL, Staszek mówił o niej, że jest doskonała. Czytam więc – i odnoszę podobne wrażenie. John zamyślił się wpatrzony w okno. - Mógłbym dostać kopię? – spytał. - Kiedy skończę polecę skopiować to dla ciebie. Sam widzisz. – Robert wskazał na leżący przed nim maszynopis. – Jest tego dużo. Kopiowanie zajmie pół godziny. - W porządku. A więc trzymam cię za słowo. - A z czym do mnie przyszedłeś, Johnie? - Dzwonili z kapituły nagrody imienia Schmitta, chcą cię zaprosić do współpracy. - Co miałbym robić? - Podsyłać im polskojęzyczne powieści. - Czy to pilne? To znaczy – jak długo mogę zwlekać z odpowiedzią? - Nie ma pośpiechu. John szybko opuścił gabinet Roberta, nie chcąc przeszkadzać mu w lekturze – czyli w pracy – pożegnał się z sekretarką, zbiegł po schodach i już był na Wełnianym Rynku. Dochodziła czternasta. Ogródek piwny tętnił życiem, człowiek w czapce z daszkiem rozdawał ulotki reklamujące bezpłatne szkoły, kobieta zatrzymywała przechodniów prosząc o złożenie podpisu pod jakąś petycją, roiło się od młodych ludzi w spodniach z krokiem między kolanami. ‘’Wymierają’’ – pomyślał John – ‘’ale wciąż jeszcze jest ich pełno. Dzieci Latkowskiego’’ – John prychnął pogardliwie pod wpływem owych myśli. Teraz miasto opanowuje nowa moda – moda na rasta. ‘’Tylko co mnie to obchodzi?’’ – zastanowił się John i poszedł w kierunku ulicy Hawelańskiej, gdzie kupił rogala i jogurt, zjadł to w swoim samochodzie i odjechał. Eustachy skończył pisanie ostatniego rozdziału swojej nowej powieści, dumny z siebie skręcił jointa, zapalił i zadzwonił po pizzę. Dwa kwadranse później usłyszał dzwonek do drzwi. Otworzył. Na klatce luksusowego bloku przy ulicy Ogińskiego stał dostawca pizzy. Eustachy zapłacił, podziękował i życzył miłego dnia. Zadzwonił telefon. - Witam, Eustachy – mówił John. – Rozumiem,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kokesh
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…