Wróć do katalogu

Wybór

Nigdy nie możemy być pewni tego, czy na skraju swego życia nie spotka nas jeszcze jedna wielka niespodzianka.

nexus1, opublikowano , 47 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

WYBÓR

Mam dla pana złą wiadomość panie Norman- powiedział siedzący przed nim mężczyzna- Czy chce pan znać całą prawdę? Poczuł jak ugięły się pod nim nogi, a świat nagle przybrał zupełne inną barwę. Czy rzeczywiście było aż tak źle? -Proszę mówić, jestem gotowy na wszystko- odparł. -Ma pan raka i to wyjątkowo przebiegłego. Stadium choroby jest daleko zaawansowane i doprawdy nie wiele możemy już panu pomóc. Powiedział to z takim spokojem, jak gdyby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. Przełknął suchą ślinę w gardle i powiedział. -Czy to znaczy, że wkrótce umrę? Odpowiedziało mu milczenie, lecz cóż chciałby usłyszeć? Nieuzasadnioną niczym nadzieję? -Ile zostało mi czasu? -Jeżeli zdecyduje się pan na leczenie zachowawcze, to może dwa miesiące. W każdym innym przypadku nie wiele ponad dwa tygodnie. Dwa tygodnie czy dwa miesiące, czy świat był dla niego tak ważny by walczyć jeszcze o te kilkadziesiąt dodatkowych dni? Nie, nie miało to dla niego zupełnie znaczenia. Wstał od stołu i zdobył się jeszcze na ostatni uśmiech i ostatnie słowo. -Dziękuje, ale nie skorzystam z zaproszenia. Wkrótce znalazł się za zatłoczonej ulicy pełnych pospiesznie idących ludzi. Szedł wśród nich bez celu i nie miał zamiaru dokądkolwiek dojść. Pomyślał sobie, że nie jest na tyle silny by żyć z tą myślą przez następne dni i nic sobie z tego nie robić. Może lepiej byłoby popełnić samobójstwo i zakończyć tą sprawę jedną odważną decyzją? Była przecież jeszcze Sylwia, której przed dwoma dniami powiedział, że musi wyjechać na kilka dni. Nie chciał jej mówić prawdy o tym, że skierowano go na obserwację. Wtedy jeszcze miał nadzieje, że kontrola w szpitalu będzie jedynie krótka i rutynowa. Teraz jednak jej osoba wydała mu się już tak odległa, że powrót do czegokolwiek był chyba nie możliwy. Nie mógłby popatrzeć na nią i z radością przeżyć chociażby jedną chwilę. Zresztą czy życie miało dla niego tak wielkie znaczenie, czy miał, czego żałować? Żył w zasadzie na uboczu nie rzucając się nikomu w oczy i nie zostawiał żadnych niezałatwionych spraw. Zatrzymał się na chodniku i spojrzał na ulicę. Samochody pędziły jeden za drugim. Wystarczyłby jeden śmiały krok żeby zakończyć wszystko i zaznać wieczny spokój. Lecz chyba nie dojrzał jeszcze do takiej decyzji by zdobyć się na tak radykalne rozwiązanie. Siła życia nadal w nim tkwiła i nie pozwalała zrezygnować ostatecznie ze wszystkiego. Odwrócił się za siebie i zobaczył, że stoi w pobliżu nocnego baru. Pomyślał, że może kilka drinków pomoże mu w podjęciu właściwej decyzji. Usiadł samotnie przy stoliku w najciemniejszym miejscu sali, zamówił butelkę wódki i zaczął pić. Nie był przyzwyczajony do ostrego alkoholu ani do tego by się upijać. Robił to pierwszy i może ostatni raz. Ale czy po kilku drinkach decyzja o samobójstwie będzie łatwiejsza? Może pozwoli mu zapomnieć i nabrać dystansu do wszystkiego, co wokół niego się działo. Nalał sobie kolejną szklane po brzegi i spojrzał na salę. Oprócz niego siedziało przy stolikach kilka innych osób zajętych rozmową a przy barze siedział samotny mężczyzna odwrócony w stronę stolików i bacznie obserwujący gości. Uciekł oczami w pewien obraz, który wisiał na ścianie, przedstawiający scenę toczącej się bitwy. Zobaczył jak ludzie giną w wyniku wybuchu bomby a ich twarze przedstawiały wielki dramat i strach, przeżywany w jednej krótkiej chwili. Zaklął w myślach i przechylił szklankę. Nawet tutaj śmierć przypominała mu o tym, że istnieje i nie ma od niej ucieczki. Zastanowił się, co go czeka po niej, jaka jest dalsza droga człowieka? Czy jego umysł zgaśnie i przestanie istnieć? Czy też istnieje coś dalej i teraz ta chwila jest tylko etapem istnienia? Nie chciał żyć po śmierci, wolał nie mieć duszy i być tylko zwykłym cielesnym bytem, który świat zapomina. Zaśmiał się, o czym on w ogóle myślał? Przecież, jeżeli nie dzisiaj to w czasie kilkunastu dni umrze i przekona się czy coś jest czy niczego już nie ma. Po co teraz męczyć się pytaniami, przecież nigdy dotąd nie zastanawiał się nad nimi i nie miało to dla niego znaczenia. To była jeszcze dla niego tak odległa w czasie perspektywa. -Mogę usiąść?- Usłyszał nad swoją głową czyjś głos. Czuł już szum w głowie, świat mu wirował i zobaczył nad sobą mężczyznę, który jeszcze przed chwilą siedział przy barze i przyglądał się gościom. -Pan Ness Norman, prawda? -Siadaj…, napijesz się czegoś? Może właśnie towarzystwa mi teraz brakuje?- zapytał i nalał druga stojącą szklankę. Podniósł potem swoją do góry i powiedział. -To wypij ze mną za zdrowie albo za śmierć! -Żegnasz się ze światem?- usłyszał pytanie. -Nie mam, czego żegnać i nikt mnie nie będzie żegnał. To chyba najlepsza sytuacja, prawda? Ale do diabła, co do cholery może obchodzić ciebie to, co tutaj robie i dlaczego piję? Nie wiele już do niego docierało. Miał słabą głowę i coraz częściej spoglądał na ulicę, na ludzi na samochody. Czuł się już gotów na definitywne rozwiązanie swojego problemu. Mężczyzna, który siedział przed nim wyciągnął z kieszeni butelkę z różowym płynem i nalał połowę szklanki. -Wypij to przyjacielu, spojrzysz na świat zupełnie inaczej. Przyjrzał mu się uważniej i nagle ten ktoś zaczął mu ciążyć i być zupełnie niepotrzebny, skoro mówił do niego w taki sposób. Lecz nieznany eliksir na stole zaczął go ciekawić, bowiem stał się czynnikiem, którego nie przewidział na swojej krótkiej już przecież drodze ku śmierci. Było mu i tak już wszystko jedno i najlepiej jakby była to trucizna. Osoba, która przed nim siedziała wyraźnie czegoś od niego chciała. Powodowany chęcią poznania i beznadziejnością sięgnął po szklankę i wypił słodkawy napój pachnący alkoholem i poczuł rozpływającą się po nim fale zimna. Na chwilę świat zawirował jeszcze bardziej, czuł, że nie jest w stanie nawet podnieść się z krzesła i dojść do drzwi. Lecz już w następnym momencie wszystko gwałtownie zaczęło ustępować i nie wyraźne kontury pomieszczenia zaczęły się na nowo wyostrzać. W kilku krótkich chwilach poczuł, że trzeźwieje i po alkoholu, którego wypił sporą ilość nie ma już śladu. Ze zdziwieniem popatrzył na mężczyznę i na resztki płynu w szklance. -Co ty do cholery mi dałeś? -Chce tylko byś mnie wysłuchał mając trzeźwe spojrzenie na świat. Potem możesz skorzystać z mojej propozycji lub tak jak wcześniej chciałeś na nowo się upić i rzucić pod ciężarówkę. Moja oferta powiązana z tym, w jakim stanie obecnie jesteś. Powiedz mi, czy gdyby ktoś dał Ci jeszcze jedną szansę i mógłbyś żyć dalej, skorzystałbyś z niej? -Kim właściwie jesteś i skąd tyle wiesz? -Mów mi po prostu Dick. A wiem znacznie więcej niż myślisz. Chcę złożyć Ci uczciwą propozycję i jeżeli z niej skorzystasz, będziesz mógł żyć dalej a po twojej chorobie nie zostanie nawet ślad. -Jesteś diabłem, który chce bym podpisał cyrograf? -Pomyśl, czy to w tej chwili może mieć dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie? Zaczął się śmiać i śmiał się tak aż popłynęły mu łzy. -Co za ironia losu. W ostatnich chwilach swego życia spotykam wariata. Może podajmy sobie dłonie i rzućmy się razem pod samochód? -Nie jestem wariatem, sprawiłem przecież, że wytrzeźwiałeś w ciągu kilku sekund, wiem, że przed chwilą byłeś u lekarza i że rozstałeś się z Sarą. Wiem o tobie wszystko, nawet to, że masz w sobie pragnienie życia. Na chwile przyjrzał mu się uważniej. Co do diabła przeszkadzało mu w tym by we wszystko uwierzyć? Przecież i tak było to lepsze niż czekanie i myślenie o śmierci? Cokolwiek mu zaproponuje, na pewno będzie bardziej interesujące. Prawdopodobnie nie był wariatem, wiedział zbyt wiele, lecz chyba nie przybył do niego z czeluści piekieł? -No dobra, nie ważne, kim jesteś. Mów, jaką masz propozycję.- powiedział. -Jestem agentem obcej cywilizacji, która znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Potrzebujemy ludzi do naszej armii, która walczy na pewnej planecie z przerażającymi owadzimi mutantami, które chcą zniszczyć nasz świat. Jeżeli tego dokonają, wkrótce dowiedzą się o was i za kilka lat pewnie przybędą tutaj by unicestwić kolejną cywilizacje. Moja propozycja jak widzisz nie tylko polega na tym byś nam pomógł, ale jednocześnie wpływasz na dalsze losy waszego świata. Tam, dokąd chcę Ciebie zabrać, jest już wielu takich jak ty, wielu ludzi, którzy skorzystali z tego by przedłużyć swoje życie. Darowaliśmy im czas i mają szansę żyć znowu normalnie. -Obcy? Kosmos i te bajery?! Mam iść na wojnę i walczyć z mutantami? Nie mógł jakoś w to uwierzyć, że w ostatnich chwilach swojego życia dostępuje kontaktu trzeciego stopnia. Nie wyglądał na ET, lecz przecież wcale tak nie musiał tak wyglądać. -Skoro tak to i tam mogę zginąć, prawda? -Możesz zginąć, ale jednocześnie i zmartwychwstać. Każdy z was posiadać będzie osobistego klona. Inne ciało, do którego możemy transferować umysł w wyniku jego śmierci. To dodatkowo przedłuża wasze życie. I nie chcemy byś walczył przez długi czas. Masz tam wolną rękę i nikt nie będzie Cię zmuszał do tego byś zabijał. Lecz gdy zobaczysz, kogo zabijasz, nie będziesz miał żadnych zahamowań. Potem, jeżeli przeżyjesz, wrócisz i będziesz się cieszył przez lata nieskazitelnym zdrowiem. Zapomnisz o wszystkim a lekarze, do których się udasz będą rozkładali ręce widząc twoje dziwne uzdrowienie. Jeżeli będziesz miał szczęście nie będziesz musiał walczyć. To zależy od bardzo wielu czynników i masz nowe dwa życia, jak w grze komputerowej. Teraz decyzja zależy od ciebie i musisz podjąć decyzję, co chcesz dalej zrobić ze swoim ludzkim istnieniem? To było zbyt wiele nawet dla niego. To, co usłyszał graniczyło z szaleństwem i może w tej chwili ktoś wystawiał go na próbę. Poczuł się naprawdę jak w grze i mimo że te kilka ostatnich godzin zachwiało jego równowagą i zrezygnował już ze wszystkiego, poczuł jednak w sobie jeszcze jedną nadzieję. Miał teraz jakiś wybór, coś, co nie zależało od parszywego zdrowia, które sobie sam zmarnował. I jeżeli była to tylko gra lub czyjś głupi żart, to chciał wziąć w tym udział. -Wiesz, że się zgodzę, prawda? Wszyscy się zgadzają? Każdy człowiek taki jak ja chwyta się ostatniej szansy, która daje mu jeszcze nadzieję, której pozbawili go już inni? -Tak przyjacielu, pod tym względem jesteście tacy sami. Zgadzają się nawet Ci, którzy zupełnie nie wierzą w to, co usłyszeli. Zajrzał mu jeszcze uważniej w oczy, próbując znaleźć w nich jakąś odmienność. Nie zobaczył tam jednak niczego, co kazałoby mu zachować ostrożność. -Nic mi już więcej nie powiesz, prawda? Patrząc w Twoje oczy widzę, że koszt będzie mimo wszystko znacznie większy. -Wybór należy do ciebie, lecz nawet ja nie wiem wszystkiego. Tam, dokąd Ciebie zabiorę sytuacja zmienia się z minuty na minutę. Skinął głową i zdobył się na pierwszy tego dnia spokojny uśmiech. -Dobrze, więc co mam robić? Dick wyciągnął z kieszeni inną butelkę z zielonym płynem i nalał połowę szklanki. -Wypij to a ja resztę załatwię za Ciebie. Kiedy się obudzisz nie dziw się niczemu, co zobaczysz i usłyszysz. Chwycił w dłonie szklankę i przyjrzał się bliżej napojowi. Roztaczał zupełnie mu nieznaną woń, lecz przyjemną dla jego zmysłu. Niech się dzieje, co chce- pomyślał i na moment wrócił myślami do Sylwii, którą kochał nad życie i to dla niej postanowił spróbować. Wrócę do ciebie, jeżeli przeżyję. Poczuł po chwili jak świat rozmywa się na wiele pojedynczych barw. Stracił nad sobą kontrole, jak gdyby nadmiar alkoholu w jednej chwili odebrał mu wszystkie zmysły.. *** -Obudź się przyjacielu, już czas!- usłyszał głos nad swoją głową. Ocknął się momentalnie z długiego snu. Spodziewał się zobaczyć jednak zupełnie, co innego. Tymczasem w ciasnym pomieszczeniu ujrzał grupę ludzi ubranych w wojskowe kombinezony, którzy badawczo spoglądali na siebie i z niepokojem oczekiwali następnych wydarzeń. Na swojej piersi zobaczył przywieszoną broń i inne wyposażenie potrzebne podczas walki. Wiec już się zaczęło i był już w miejscu, o którym jeszcze nie wiele wiedział? Dookoła słyszał dziwne dudnienie a podłoga pod nim uciekała spod nóg. Domyślił się, że lecą w powietrzu w miejsce, które na pewno nie będzie pięciogwiazdkowym hotelem. -Gdzie jesteśmy?- zapytał -Dopiero będziemy. Kiedy spałeś odwiedził nas pilot i powiedział, że lecimy na placówkę, gdzieś w głębi planety, która czeka na posiłki. -Cholera, więc to prawda? Zgodziłem się? -Jak każdy z nas… W innej sytuacji zastanawiałby się nad tym ile czasu upłynęło i jakim sposobem pokonali przestrzeń gwiezdną, ale teraz nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Po chwili dotarł do nich odgłos wybuchu gdzieś w pobliżu, rakieta, którą lecieli zadrżała i na chwilę stracili sterowność. Nick zobaczył ze swojej lewej strony, że siedzi tam kobieta o młodej twarzy i śniadej cerze. Czy ona także gotowała się na śmierć? Nie miał odwagi jeszcze zapytać. Pełen niepewności rozejrzał się po pomieszczeniu i dostrzegł wśród takich jak on wiele kobiet. Czy one też musiały w ten sposób zapłacić za swoje dalsze życie? Chciał o tak wiele jeszcze zapytać, lecz strach paraliżował mu myśli a w głowie pojawiały się setki nieznanych mu spraw, o których dotąd nie miał pojęcia. Gdy wylądowali ze zgrzytem otworzył się okrągły właz a do środka wpadło obce słońce i ktoś zaczął wołać. -Szybko ruszać się! Nie mamy wiele czasu!!! Raz, raz, raz! Wybiegli na zewnątrz w wysoką trawę i podążyli za nie znajomym mężczyzną, który już tam na nich czekał. Statek, którym przylecieli wzniósł się w powietrze zostawiając ich samych w obcym dla nich miejscu. Po chwili wskoczyli w jakiś dół, którym przemieszczali się dalej. Dookoła szum traw, obce dźwięki, zmęczone oddechy i przestraszone twarze, wszystko to przewinęło się przed nim w ciągu kilku długich minut w czasie, których biegł ile sił głębokim wykopem brnąc w błocie za innymi. W pewnym momencie upadł potykając się o leżący metalowy złom a jedna z kobiet biegnąca obok z lekkością uniosła go pozwalając złapać mu równowagę. Był już mocno wyczerpany, gdy zezwolono im odpocząć i kurczowo ściskając broń, którą nawet nie umiał się obsługiwać spojrzał po raz pierwszy na niebo. Było zielone jak trawa na wysuszonej i wypalonej żarem łące a słońce, które oświetlało planetę dwa razy większe od tego, jakie znał, ale o znacznie słabszym blasku. Więc był na obcej planecie, to, co usłyszał i czego się dowiedział było prawdą. Cisza, jaka trwała przez chwile przerwana została stanowczym rozkazem. -Niech się nikt nie rusza! One przelatują! One? Jakie one?- pomyślał i po chwili je zobaczył. Na niebie pojawiło się setki czegoś, co potrafiło latać, lecz nie przypominało niczego, co znał. Leciały w nieładzie i szumem skrzydeł oznajmiały o swoim istnieniu. Znajdowały się jednak zbyt wysoko by rozpoznać jakikolwiek konkretny kształt, lecz był pewien, że były to mutanty, z którymi przyjdzie im walczyć, Gdy niebo zrobiło się ponownie czyste ktoś w pobliżu odezwał się do nich. -No dobrze, chwila spokoju…Można palić i rozmawiać. Zaraz, dowiecie się kilku spraw, które zaspokoją waszą ciekawość. Zdjął ciążący mu hełm i zobaczył obok siebie znowu tą kobietę z rakiety. Siedziała obok niego bacznie go obserwując, jak gdyby chciała z jego twarzy wyczytać coś ważnego. -Nic Ci nie jest?- zapytała troskliwie. -Zostaw mnie! Poradzę sobie sam i nie potrzebuję babskiej opieki – zawołał Podszedł do nich pewien człowiek z kilkoma bliznami na twarzy. Widać było, że jest tutaj już od długiego czasu. -Cholera…Za każdym razem przysyłają nam takich jak wy, którzy zanim oswoją się z sytuacją to już nie żyją…Parszywy świat! Witajcie w miejscu gdzie człowiek to taki sam, robal jak wszystkie inne tutaj, które napotkacie. Jestem Mark i pomogę wam w tych pierwszych chwilach. Może to dzięki wam zdołam wrócić na Ziemię? -Co to za miejsce? I z kim właściwie prowadzimy wojnę? I gdzie są właściwie Ci, którzy nas tutaj sprowadzili? -Oni? Ich tutaj nie ma, nie mogą żyć w takiej atmosferze jak ta dłuższy czas, dlatego potrzebują nas do swoich celów. Jeżeli masz jednak nadzieję, że szybko i łatwo stąd wrócisz, to porzuć ją już teraz. -Ale przecież była umowa, kontrakt i własny klon… -Uwierzyłeś we wszystkie brednie, jakie Ci wcisnął? Powiedział Ci tylko cześć prawdy a reszta była powiedziana tylko po to byś nie miał wątpliwości. Może zresztą mają nie aktualne informacje. Tutaj sytuacja zmienia się bardzo szybko. Zresztą za chwilę będziesz mógł go o to sam zapytać. Dziewczyna obok ze zwinnością w dłoniach przeładowała broń. -Pilnuj jej, ona może Ci uratować życie. To twoja osobista partnerka, bez której nie przeżyjesz długo.- powiedział i odszedł do innych. Kobieta wysiliła się na sztuczny uśmiech i wzięła od niego ciężki karabin.. -Zobacz, jak się tym obsługiwać i wypatruj tego, co się dzieje na wschodzie. Jeżeli zobaczysz coś niepokojącego w powietrzu to strzelaj i nie patrz nawet na to, co spadnie obok.- powiedziała do niego i wytłumaczyła mu w kilku zdaniach jak się obsługuje broń. Jej znajomość okolicy i sytuacji była znacznie większa niż przypuszczał i na pewno nie była jedną z kobiet, które były tutaj by uratować swoje życie. Zauważył, że jednak były i takie wśród nich i teraz wspólnie próbowały porozumieć się ze swoimi partnerami. Nick wyjrzał z okopu na równinę i zobaczył wypalony ogniem piasek. Dookoła leżały jakieś nieznane i dziwne szczątki, których nie udało mu się rozpoznać. Po chwili Mark zjawił się ponownie, lecz tym razem w towarzystwie kogoś jeszcze, którego twarz wydała mu się tak znajoma. I mimo stroju wojskowego nie miał wątpliwości, że to ten sam, który go zwerbował na Ziemi. -Cześć, jestem Dick, dowódca waszej grupy i opiekun na tej niegościnnej planecie. -Oszukałeś nas! Nie tak sobie to każdy z nas wyobrażał. Gdzie klony i baza?- zawołał ktoś z grupy. Ten jednak był dobrze przygotowany na to, co im w takiej chwili odpowiedzieć. -Jestem jednym z was i jadę na tym samym wózku i tak samo jak i wy mogę zginąć w każdej chwili! Miałem zwerbować dla siebie grupę ludzi i zrobiłem to! Nie byłem tutaj od trzech lat i nie wiedziałem, jaka jest naprawdę sytuacja. I tylko od nas samych zależy czy wrócimy na Ziemię czy też nie! Nie zostawiamy was jednak na pastwę losu i każdy z was ma swojego opiekuna, kogoś, kto będzie się o was martwił i dla was poświęci życie. Jesteście już także zupełnie zdrowi a to chyba było dla was najważniejsze. I to od was zależy, co teraz postanowicie, bo nikt was nie zmusi byście walczyli po naszej stronie. Lecz jeżeli przeżyjecie pierwszą bitwę, zrozumiecie wiele i zapewne zostaniecie tutaj i będziecie walczyć razem z innymi. Już dawno nie dysponujemy żadną placówką, w którą można nazwać bazą. Wszystkie zostały zniszczone i naszym jedynym schronieniem pozostały podziemne tunele, które drążymy i gdzie odpoczywamy między jedną bitwą a drugą. Czy warto było wiedzieć coś więcej? Nikt nie miał już ochoty zadawać dalszych pytań, bo nie było do nich żadnych dobrych odpowiedzi. Popatrzył na siedzącą obok niego kobietę. Kobieta i mężczyzna stanowili tutaj jakiś dziwnie powiązany ze sobą związek i nawet nie próbował się domyśleć, kim tak naprawdę jest ta urodziwa dziewczyna z bronią w ręku. Zdjęła w końcu ciężki hełm, otarła mokrą twarz od potu i powiedziała. -Nie patrz na mnie tak jakbyś się mnie bał lub nie wierzył w moje oddanie. Jeszcze nie wiele rozumiesz z tego, co się tutaj dzieje, ale czas wyjaśni ci wszystko- powiedziała. Gdzieś obok ktoś powodowany jakimś szaleństwem zawołał na głos. -Może warto było wtedy jednak umrzeć?! Po co nam więcej dodatkowych cierpień? Mam się teraz chować pod ziemią jak szczur? -Czy ty też tak uważasz?- zapytała. Nie wiedział, co o tym jeszcze ma myśleć. Był tutaj za krótko i chyba jednak życie chociażby wydłużone o kolejną godzinę miało dla niego znaczenie. Dopiero teraz dostrzegł, że dziewczyna jest nie tylko bardzo piękna, ale zarazem zgrabna i zapewne inteligentna. Jej oczy i kształtne usta mogły pobudzić do szaleństwa każdego mężczyznę. -Widzicie tamten las na horyzoncie?- zapytał Mark. -Tak? - W zaroślach kryje się nasze wybawienie i wolność. Ostatnia placówka naszych nierozważnych pracodawców gdzie dokonywano eksperymentów na tutejszych żywych organizmach. To tam mieści się droga, którą możemy wrócić na Ziemię i mechanizmy sterujące mutacjami a także główne siedlisko skąd dokonują na nas ataków. Posiadana przez nich broń niszczy wszystkie nasze statki, które próbują stąd odlecieć i dlatego nie wysyłamy nikogo tą drogą na Ziemię. Jedyny szlak to poprzez komory transferyjne, które znajdują się także gdzieś wśród drzew. To taki teleport do pewnego miejsca na Ziemi, który jeżeli uda nam się zdobyć, stanie się naszą drogą do domu i bliskich. Jeżeli tam dotrzecie, musicie zniszczyć stojący w pobliżu emiter fal. Czyli to, co powoduje, że te stwory są takimi, jakimi są. To sprawi, że mutanty stracą swą agresywność i większość z nich zginie a reszta utraci swą odmienność i wszystko z czasem wróci do stanu początkowego. I nie będziemy się musieli już martwić tym, co stanie się dalej. Jesteśmy już zdrowi i nikt już nie będzie od nas niczego żądał. Udało nam się w ostatnim czasie dowiedzieć to, to, że las miał stanowić kontrolowane miejsce eksperymentu i pozwolono na wszystko to, co się wydarzyło. Nie zdołano jednak tego w porę opanować i utracono nad tym kontrolę. Tamte stwory uzyskały dzięki temu nie tylko swój wzrost, ale i inteligencję, stworzoną do tego by służyć swym stwórcą. To one jednak przejęły inicjatywę i zdobyły przewagę i teraz już wiedzą, że próbujemy się tam dostać i je zniszczyć. To, co czynią wobec nas to ich instynkt samozachowawczy i chyba normalna reakcja na zagrożenie. Dzięki swej inteligencji wiedzą jak walczyć i działają planowo próbując jak najszybciej oczyścić sobie tereny dookoła lasu. My jednak wciąż przybywamy z nowymi posiłkami i jednych zabitych zastępujemy nowymi żywymi. Zobaczycie wkrótce jak to jest i zachowajcie wtedy zimną krew i nie wpadajcie w panikę. Wszyscy spojrzeli na Dicka, który mógł chyba im o tym powiedzieć znacznie więcej. -Nie pytajcie mnie o więcej. Uznajcie to, co się stało za niewybaczalną pomyłkę istot uważających się za nieomylne. Mark powiedział tutaj gorzkie słowa o moim ludzie i ma zupełną rację. Możemy jednak jeszcze wszystkiemu złemu zapobiec i dlatego jesteście tutaj jako nasze i wasze ocalenie. Mógł powiedzieć cokolwiek i tak musieli w to uwierzyć, bo nie było jeszcze dla nich innej prawdy. Ness popatrzył na kobietę, która, mimo że piękna wydala mu się obca. Co było w niej takiego, co go od niej odrzucało? Czy była w jakiś sposób powiązana z Dickiem? I może rzeczywiście była dla niego jedyną szansą na przeżycie? Mark i Dick odeszli po chwili zostawiając ich samych ze swoimi myślami. Najważniejsze było tutaj przeżyć i to nie ważne, w jaki sposób. Jeżeli jednak tylko droga przez las wiodła ich do jedynego miejsca, skąd można się dostać na Ziemie?. Czuł, że ogarnia go przerażenie i nie bardzo wiedział jak z paniką sobie poradzić. Rozejrzał się wśród innych, którzy dookoła niego byli i stwierdził ze morale jest niezwykle małe. Jak taka armia mogła w ogóle walczyć? Kto tak naprawdę tym wszystkim dowodził i czy ktoś miał jakikolwiek plan. Śmierć mogła przyjść do niego nawet szybciej niż przyszła by na Ziemi. Drżąc z zimna a może ze strachu, skulony w piaszczystym, mokrym dole czekał na coś, co może się wydarzyć. Czas wydawał się, że stoi w miejscu, bowiem wciąż było tak samo cicho, tak samo niebezpiecznie i dziwnie obco. Dick, który ich tutaj sprowadził nie pojawił się już w pobliżu, tylko Mark krążył wokół nich sprawdzając czy niczego im nie potrzeba,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych