Wymarłe miasto
Reportaż z wizyty w opuszczonej strefie po katastrofie w elektrowni w Czarnobylu w 23 rocznicę wybuchu...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czarnobyl 23 lata później
{b}Decyzja o wyjeździe do Czarnobyla zapadła w jednej chwili. Zafascynowany miejscami opuszczonymi przez człowieka, szybko natrafiłem w internecie na informacje o Prypeci i martwej strefie, wysiedlonej po katastrofie w 1986 roku. W głowie zaczęły się mnożyć pytania bez odpowiedzi. Ciekawość, jak tam jest naprawdę, próba konfrontacji rzeczywistości z mitami, jakie narosły wokół tragedii, wiele wykluczających się nawzajem informacji, często będących czystą fantastyką, i rosnąca ciekawość – zobaczyć to na własne oczy. To przecież jedyne takie miejsce na świecie. Później wystarczyło skontaktować się z podobnymi zapaleńcami, naukowcami z Polskiego Towarzystwa Nukleonicznego i dopiąć całą sprawę. I stało się. 31 marca, o godzinie 22.00 spod Sali Kongresowej w Warszawie, wyruszyłem jako jeden z uczestników, na wyprawę naukową "Czarnobyl 2009".{/b}
Opierając się na wiedzy wyniesionej z książek i filmów, nie wiedziałem, czego właściwie powinienem się spodziewać. W głowie krążyły historie o zmutowanych zwierzętach, dwugłowych dzikach, ośmionogich koniach, grasujących po napromieniowanym terenie. Znajomi, żartujący na pożegnanie, że po powrocie zaoszczędzę na elektryczności, bo świecąc w nocy będę mógł czytać książki bez lampy, i podobne historie. Na szczęście w autokarze szybko poznałem osoby, które chętnie i wyczerpująco odpowiedziały na każde moje pytanie. Niektórzy jadą do opuszczonej strefy po raz szósty, nigdy nie „świecili”, i żyją, więc może nie będzie tak źle. Na pytanie, dlaczego uporczywie jeżdżą w miejsce, z którego normalny człowiek by uciekał, w dodatku wielokrotnie tam powracają usłyszałem odpowiedź – zobaczysz, ty też zechcesz wrócić – to wciąga... Granicę w Dorohusku przekroczyliśmy nad ranem, zaś po godz. 18 byliśmy w Sławutyczu – miasteczku pracowników elektrowni, które przez tydzień miało stać się naszym drugim domem. Zamieszkaliśmy w mieszkaniach u Ukraińców, w jednym z wielu dość specyficznych bloków. Blok sześciopiętrowy, za to z windą. Całość dość mocno zaniedbana. Na Ukrainie nie istnieje instytucja Spółdzielni Mieszkaniowych i elewacje budynków nie są odnawiane. Kto więc dba o porządek? Sami mieszkańcy. Jeżeli ktoś na przykład chce ocieplić sobie mieszkanie, okłada styropianem kawałek bloku, resztę pozostawiając nieocieploną. Wychodzi z tego jedna wielka pstrokacizna. W mieszkaniu, które nam przydzielono, jest wszystko, ciepła woda, prąd. Trochę dziwnie wyglądają ściany, oklejone zamiast tapetą stronami kolorowych magazynów, ale idzie się przyzwyczaić. Wieczorem obfita kolacja w "Starym Talinie" – najlepszej restauracji w Sławutyczu, szybko idziemy spać - nazajutrz wyjazd do elektrowni atomowej. Przed snem włączam Biełłę – kieszonkowy miernik promieniowania, w który zaopatrzyłem się przed wyjazdem – wynik nieco mniejszy niż w moim rodzinnym Mielcu – 0,07 µSv/h (mikrosivertów na godzinę) – dawka normalna dla okolicy czystej, porośniętej lasami (na mieleckim rynku 0,15 µSv/h). Jesteśmy ok. 60 km od czarnobylskiej elektrowni, ale chmura radioaktywnych zanieczyszczeń ominęła te tereny. Zasypiam spokojny. Ciekawy dworzec w Sławutyczu, z którego tory prowadzą tylko w jednym kierunku – do elektrowni. Kolejka, którą jedziemy wraz z pracownikami, wiezie nas częściowo przez teren Białorusi. Ciekawie wyglądamy przez okna. „Możecie robić zdjęcia wszędzie – instruuje nas pan Marek, nasz opiekun – ale unikajcie zdjęć ludzi. Oni ciągle żyją jeszcze w podświadomym strachu, w innym systemie, w którym nawet przyjaciel mógł okazać się ukrytym szpiegiem, są bardzo wyczuleni na obcych. Nie przeklinać, są na to wrażliwi. I pamiętać, jesteście tu gośćmi, pracownicy mają pierwszeństwo”. Grzecznie ustępujemy miejsca w kolejce, ustawiając się rzędem wzdłuż okien. Granica z Białorusią jest w tym miejscu umowna – tereny przez które przejeżdżamy to głównie bagna, olbrzymie rozlewiska, gdzieniegdzie pojawiają się pierwsze zabudowania – dawno opuszczone przez człowieka. Im bliżej celu podróży tym ich więcej. Duży, żelazny most na rzece Prypeć i... Elektrownię widać już z daleka. Charakterystyczny komin czwartego, nieczynnego reaktora, wielokrotnie uwieczniany na zdjęciach przez fotoreporterów. Na stacji ścisła kontrola, tory się kończą, wyjście tylko na jedną, lewą stronę, pod czujnym okiem kamery. Ukrainiec w mundurze sprawdza nasze paszporty. Miejsce, w którym jesteśmy, jest dostępne jedynie dla pracowników. A w elektrowni wciąż pracuje 3,5 tyś ludzi. Pytam pana Marka czym się zajmują, skoro od 2000 roku wszystkie reaktory są wyłączone, paliwo nuklearne z rdzeni wywiezione, teren gruntownie oczyszczony. „Z reaktorem nie jest tak jak z żelazkiem – słyszę odpowiedź – ciągle prowadzone są prace likwidacyjne, przygotowywana jest budowa nowego sarkofagu nad jednostką czwartą. Unia Europejska i liczne organizacje dają na to grube pieniądze, z których ci ludzie żyją. Wielokrotnie ich obecną działalność ciężko nazwać pracą, robotnicy spokojnie rozmawiają, czytają gazety, oglądają telewizję. Ale są ważni – likwidują elektrownię atomową. Tylko, że wszystko jest tu już zlikwidowane. Jeżeli budowa nowego sarkofagu jeszcze się nie rozpoczęła, to dlatego, że wówczas skończą się fundusze, z których ci ludzie utrzymują swoje rodziny”. Z ciekawości włączam dozymetr – pomiar wciąż mniejszy niż w centrum Mielca – 0,12 µSv/h. A przecież jesteśmy w korytarzu elektrowni atomowej! Ukraiński autobus wywozi nas pod sarkofag czwartego reaktora. Dopiero w drodze dozymetr budzi się, dawka promieniowania rośnie. Gdy wysiadamy tuż pod bramą, ok. 150 metrów od sarkofagu czwartego reaktora, pomiar wskazuje już 3,33 µSv/h – dawka ok. 30 razy większa od normalnej (tj. takiej, do której przywykłem). Sarkofag jest olbrzymi. 76 metrów wysokości, 176 metrów długości. Wielkie, szare, betonowe cielsko, oplecione ścianą dźwigów i rusztowań, poprzecinane brunatnymi zaciekami i zielonymi plamami mchu. Dziś, pod błękitnym niebem, widać wyraźnie, że budynek powstawał z narażeniem życia, w wielkim pośpiechu. Monumentalny gmach budowano w miejscu tak napromieniowanym, że człowiek mógł w nim przebywać najwyżej kilkadziesiąt sekund! Ekipy budowlańców zmieniały się w przerażającym korowodzie. Ale najpierw... By ugasić palący się grafit, ze śmigłowców zrzucano tony pochłaniającego promieniowanie ołowiu, z setek cystern w specjalnie wydrążony pod reaktorem tunel wylewano setki ton betonu. Zdalnie sterowane maszyny zakopywały napromieniowany gruz, psuły się jednak, więc w końcu zastąpiono je ludźmi... Potem pogorzelisko obłożono betonowymi i stalowymi płytami, tworząc konstrukcję, mającą w założeniach wytrzymać 10-15 lat. Stoi już tak dwudziesty trzeci rok. I pęka, nawet zza muru ogrodzenia widać spore niedoróbki w betonowej osłonie. Każdy krok bliżej muru, zwieńczonego drutami kolczastymi i trakcją pod napięciem, powoduje przyspieszony ostrzegawczy pisk dozymetru. Przy samym murze – bliżej podejść się nie da – pomiar wynosi przeszło 7,26 µSv/h. Stukrotnie przekroczona "normalna" dawka wydaje się wynikiem ogromnym, a przecież to wciąż śmiesznie mało. 7,26 µSv/h to 726 µR/h (mikrorentgenów na godzinę), czyli 0,726 mR/h (milirentgena na godzinę), czyli 0,00726 R/h (Rentgena na godzinę). Przyjęło się, że dawka groźna dla zdrowia, mogąca dać objawy choroby popromiennej, zaczyna się od 0,5 R/h, dawka śmiertelna to 500 R pochłonięte w ciągu pięciu godzin. Jesteśmy więc zupełnie bezpieczni, choć może nadmiernie podnieceni wynikami na wyświetlaczach mierników. Strażnicy przy bramie śmieją się do nas, pokazując palcami. Dla nich to normalna praca, jak każda inna, po dziewięć godzin dziennie, codziennie... Pod czwartym sarkofagiem spędzamy około pół godziny, po czym jedziemy zwiedzać miasto Czarnobyl. Niegdyś 12-tysięczne, historyczne grodzisko, dziś na stałe żyje tu ok. 500 osób, choć tło promieniowania oscyluje w granicach normy. Przy wjeździe punkt kontrolny, sprawdzanie paszportów. Postój pod pomnikiem poległych w akcji gaśniczej strażaków... Strażacy pierwsi byli na miejscu pożaru reaktora. Nikt nie uprzedził ich, z czym naprawdę przyjdzie im walczyć, jednostki gaśnicze ściągano z wszystkich okolicznych miejscowości. Byli to młodzi chłopcy, ambitni, chcący przysłużyć się ojczyźnie. Wielu z nich zmarło wkrótce po akcji na chorobę popromienną, wielu do dzisiaj żyjących już zawsze będzie odczuwać skutki tamtej nocy. Wozy strażackie nigdy nie powróciły do swoich remiz. Zbyt napromieniowane musiały zostać zdekompletowane i wraz ze śmigłowcami i wojskowymi transporterami, porzucone na wielkim złomowisku w Rosoce pod Czarnobylem. Dziś wszystkie te wozy to przeżarte rdzą wraki. Na dawnym stadionie w Czarnobylu oglądamy kilka takich pojazdów. Tabliczki ostrzegają przed dotykaniem skażonego metalu. Jedziemy przez ulicę, po obu stronach mając porzucone kamienice i domy zionące czeluścią otwartych okien, pozarastane skłębionymi krzakami, puste. Zatrzymujemy się dłużej nad zalewem, by spojrzeć na wraki barek i statków, porzucone na zawsze w czarnobylskiej przystani. To tymi barkami dowożono żwir i piach do gaszenia pożaru reaktora. Przyjęły na siebie ogromną dawkę promieniowania, musiały zostać porzucone. Wielkie złomowisko okrętów wywiera wstrząsające wrażenie. Niektóre barki tkwią zaryte głęboko w brzeg, inne dryfują smutnie po wodzie gdzie wiatr zawieje, jeszcze inne, częściowo zatopione wystawiają nad powierzchnię wody szczątki kominów, czy budek kapitańskich, jak ręce topielców. Za plecami martwa ściana opuszczonych domów... Tuż obok dawnego stadionu cerkiew św. Eliasza z XVIII wieku. Obok porzuconych chałup wygląda imponująco. Zupełnie nienadgryziona zębem czasu, zadbana, jakby świeżo odmalowana, błyszczy się w słońcu bielą, błękitem, złotem. Mentalność tutejszych mieszkańców nie pozwala zaniedbać cerkwi, dbają o nią, jak tylko potrafią. Kontrast jest oszołamiający – naprzeciwko opuszczone, rozsypujące się ze starości chaty mieszkańców i wielka, wspaniała świątynia. Obiad jemy w stołówce pracowników elektrowni. Obfity, bardzo smaczny posiłek, złożony z kilku dań, zadowala każdego. Wracamy do Sławutycza tą samą drogą – kolejką wraz z pracownikami elektrowni. Po kilkugodzinnym pobycie w skażonej strefie musimy jeszcze przejść przez specjalne bramki, stanąć na czymś w rodzaju wagi i przyłożyć obie dłonie do czytników po bokach urządzenia, odczekać chwilę. Jeżeli zapali się zielona lampka – można iść dalej, jeśli czerwona, w ubraniu, w butach czeka cię prysznic dezaktywujący. Wszyscy przechodzimy bezpiecznie. Co ciekawe, to atrakcja tylko dla nas, nieco na pokaz – pracownicy elektrowni, narażeni na większe dawki, przechodzą spokojnie obok, oddzielnym przejściem. Następny dzień poświęcamy w całości na eksplorację opuszczonego miasta Prypeć. Miasto to, przed katastrofą w elektrowni, było dla mieszkańców czymś w rodzaju wspaniałej oazy. Zbudowane od podstaw w 1970 roku, dla pracowników elektrowni, oferowało niezwykle wysoki jak na owe czasy standard życia. Czterdzieści pięć tysięcy mieszkańców miało dobrze wyposażone sklepy, biblioteki, kino, teatr, stadion, basen, przepiękny, przeszklony dom kultury, przystań dla jachtów, kawiarnie, hotel o podwyższonym standardzie, jeden z najlepiej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil wariorr
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…