Wróć do katalogu

Wypadek

Jest to wstęp do dłuższej rzeczy, nad którą pracuję, choć samo w sobie też stanowi pewną całość. Autopsja przeplatana fantazją.

Artmina, opublikowano , 10 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Było już sporo po północy, toteż M. niespecjalnie przejmowała się policją. Dwupasmowa szosa aż prosiła się o wrzucenie piątego piegu i płynięcie prędkością ponad dwukrotnie większą, niż dozwolona. Wiedziała, że na trasie nie ma radarów, a cisza nocy dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Dwulitrowy silnik Mazdy mruczał radośnie wchodząc na wyższe obroty. M. tego samego dnia zakończyła żmudny, trzytygodniowy proces rejestracji i ubezpieczenia sprowadzonego zza zachodniej granicy auta i z niezwykłą lubością testowała możliwość swoich wymarzonych, szafirowych czterech kółek. W tle brzęczało gitarowe granie ze składanki dodanej do jakiegoś muzycznego magazynu. Odgłosy basów płynących z subwoofera zlewały się z rytmem pracy tłoków, zespawając się w jedną, przepełnioną radością chwilę adrenaliny. Szosa poszerzyła się o trzeci pas, wpełzając na wzniesienie wiaduktu. M. docisnęła gaz niemal do podłogi, a Madzia z radosnym warknięciem, bez chwili zawahania czy zwolnienia poczęła wspinać się do góry. M. uśmiechnęła się, przymknęła oczy czując buzującą w żyłach krew i bijące szybciej serce. Zacisnęła mocniej obie dłonie na kierownicy, w pełni kontrolując sto osiemdziesiąt rozjuszonych, mechanicznych koni. Wtedy kątem oka dostrzegła ruch. I krzyknęła. Ludzka sylwetka nieoczekiwanie, całkiem znikąd, pojawiła się na środku szosy. Impuls, niekontrolowany i rozpaczliwy, kazał dłoniom M. skręcić gwałtownie w lewo, starając się ominąć otuloną czernią nocy postać. Koła zapiszczały, samochód zjechał na boczny pas odwracając się niebezpiecznie bokiem do toru bezwładnej jazdy. Dłonie M. znów kierowane podświadomą, rozpaczliwą próbą przetrwania, odbiły w przeciwną stronę, gdy samochód był dwadzieścia centymetrów od barierki na pasie zieleni. Auto zwróciło się ponownie maską do przodu, a M. delikatnie puściła żelazny uścisk kierownicy, w poczuciu zażegnania kryzysu. To był błąd. Kierownica zawirowała samoistnie, gdy skręcone koła odzyskały gwałtownie przyczepność, wprowadzając maszynę w całkowicie już niekontrolowany wiraż. Oczy M. widziały jak żelazna barierka zbliża się nieubłaganie. Prawa stopa wbiła pedał hamulca w podwozie, ale nie zaowocowało to niczym ponad kolejny pisk gumy, który ułamki sekund później przerodził się w ogłuszający huk miażdżonej stali. Wybuch, biel przeradzająca się w czerń, okrutne szarpnięcie po czym palące ciepło na prawym policzku. A potem cisza. Grobowa cisza i tylko gdzieś w tle jednostajny, miarowy świst w uszach, podobny do tego po dobrym koncercie. Otworzyła oczy. „Żyję.” Prosta myśl, jedyna na jaką było ją stać. Ostrożnie odchyliła się do tyłu rozglądając się jednocześnie dookoła. Wystrzelone poduszki powoli zaczęły opadać. Złożona na pół maska zasłaniała większość widoku przedniej szyby. Gdzieś pomiędzy tym uporczywym, jednostajnym piskiem, słychać było syk mieszających się, wylanych płynów i dymu unoszącego się z tego, co niegdyś było przodem samochodu. „Może wybuchnąć. Uciekaj.” Kolejne proste myśli. Szok przeplatany z rozpaczliwą próbą racjonalnego myślenia. Odpięła pasy, spróbowała otworzyć drzwi. Częściowo także zmiażdżone, zaoferowały jej jedynie dwudziestocentymetrową szparę. Już miała wysiąść, gdy kolejne przebłyski myśli nakazały jej wziąć torebkę z telefonem i dokumentami. Przecisnęła się przez szparę w drzwiach, nie zwracając uwagi na rozdarcie płaszcza. Odeszła kilka metrów od samochodu, a im dłużej patrzyła na powyginane jak papier blachy, tym bardziej pozory racjonalnego myślenia dawały się stłumić narastającemu, niepohamowanemu przerażeniu. Usiadła na krawężniku, skryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Kroki, krzyk. Ktoś coś wołał. Ach tak, postać. Podniosła nieprzytomny wzrok. Patrzyła na nią para czarnych, zatroskanych i równie przerażonych oczu. - Boże kochany, nic ci nie jest? Nie ruszaj się, już zadzwoniłem pod sto dwanaście. Boli cię coś? Całe jej ciało było odrętwiałe, przytępione zmysły z trudem odnotowywały rzeczywistość. Skoncentrowała się, próbując zlokalizować źródło potencjalnego bólu. - Kolana mnie bolą – wymruczała. – I policzek. I dłoń piecze. Podniosła wolno rękę, pokazując niewielkie oparzenie na wierzchu dłoni spowodowane gorącem wybuchającej poduszki powietrznej. - Kark? Szyja? Nie ruszaj głową, w szoku możesz nie czuć, ale do szarpnięcia możesz mieć uszkodzony kręgosłup. Może się połóż? Zanalizowała ponownie stan swojego ciała. - Nie, szyja jest cała – oznajmiła poważnie. – Ale kolana… Bełkotała o szczypiącej dłoni i bolących kolanach, gdy podjechał wóz straży miejskiej. Uczynni funkcjonariusze, mimo jej lekkich protestów, zaprowadzili M. do swojego samochodu i ułożyli w pozycji półleżącej na mocno odchylonym siedzeniu pasażera. - Zaraz będzie karetka, proszę się jak…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych