Wróć do katalogu

Wyspa

Moje pierwsze opowiadanie... z alegorią.

lukwis101, opublikowano , 19 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W życiu każdego człowieka istnieją dni, których nigdy nie zapomni. Dobre wspomnienia, koszmarne sytuacje... To jest właśnie życie - musimy mieć nadzieję, że nastąpi coś jeszcze lepszego wiedząc, że najgorsze jest już za nami i możemy z uśmiechem patrzeć w przyszłość. Świat może być mrocznym i złym miejscem, ja jednak zawsze uważałam, że można znaleźć światło w ciemności. Urodziłam się w mieście, moja rodzina posiadała własny sklep, nigdy nie mieliśmy problemu z pieniędzmi. Pomagałam jak tylko mogłam, byłam wdzięczna moim rodzicom za ich opiekę, pracę i poświęcenia dla mnie, nie chciałam być zepsutym, samolubnym smarkaczem. Jaki byłby sens mego istnienia, jeśli tylko marnotrawiłabym pieniądze na przyjemności, rozrywki i kosztowności? To tylko ozdoby naszej trumny, które przepadną po jakimś czasie. Szybko uczyłam się przydatnych umiejętności w rodzinnej branży - czytanie, pisanie oraz matematyka nie były problemem, skupiałam się przede wszystkim na rachunkach, pomagając ojcu w jego męczącej pracy. Czasami kazano mi zrobić coś poza sklepem - zanieść coś komuś, upomnieć się o coś, przynieść i zanieść jakiś list... Miałam wtedy okazję poznać nowych ludzi, z wpatrywać się w przechodniów, rozumieć ich, odkryć o nich prawdę. Moją zabawą było wymyślanie ich historii, na przykład tworzyłam historię żebraczki, która błagała właśnie o jałmużnę. Czyżby uciekła z rodzinnego domu, a następnie umarł jej kochanek i została sama? Może była bogata i czekała na prawdziwego altruistę, który pomoże jej powstać z dna? Było tyle możliwości, tyle wyborów, tylu ludzi, tyle wydarzeń - a wszystko to leżało w moich rękach, jak narzędzia dla wynalazcy. Uwielbiałam czytać - to prawdopodobnie dlatego potrafiłam stworzyć tak barwne i przyciągające życiorysy obcych. Czasem opowiadałam moje wymysły rodzicom, zawsze ich to interesowało, a czasem nawet bawiło, mimo ich frywolności i niesamowitości. Miasto, które było moim domem, znajdowało się na wyspie otoczonej morzem i często miewającej gości z odległych krain. Odkryłam i poznałam wielu ludzi - poszukiwaczy przygód, kupców, odkrywców, admirałów... Byli bardzo zafascynowani tym miejscem - pełnym labiryntów, z wysokimi, zbitymi ciasno, ale elegancko i stylowo zbudowanymi budynkami. Zawsze opowiadałam im o naszej miejscowej legendzie. Na naszym rynku znajduje się pomnik, dwie syreny z mieczami. Miały być aniołami, które zbuntowały się przeciwko Bogu, chowając się w wodach przeciwko niebiańskiej zemście, żyjąc jako siostry. Jednak pewnego razu obydwie poznały rycerza z tej wyspy i się w nim zakochały. Kłótnie i walki trwały latami, morze było niespokojne, aż wreszcie rycerz umarł, gdy okręt na którym się znajdował zatonął, zagubiony podczas sztormu. Dopiero wtedy, pełne goryczy i bólu, przysięgły razem pomagać ludziom, wskazując im bezpiecznie drogę do domu. Mówi się, że jeśli dojrzysz migoczące nisko gwiazdy na niebie, w niektórych wersjach pijanę na wodzie, powinieneś kierować się w ich stronę, gdyż to one starają się cię ostrzec i zaprowadzić do pobliskiego, bezpiecznego portu albo chociaż kryjówki przed wiatrem i deszczem. Czas mijał, a ja ciągle pracowałam. Dorastałam i nie martwiłam się moją przyszłością, chciałam żyć chwilą, dzisiejszą myślą i opowieścią. Zaczynałam być kobietą, a jednak wciąż byłam wewnątrz niewinnym dzieckiem, smutek i śmierć znałam z opowieści, doskonałość zaś ze starych ksiąg. Byłam nikim. Jedyne, co umiałam, to spełnianie poleceń. Żyłam, bo nie chciałam nikogo zawieść. Dlatego, gdy moi rodzice przedstawili mi mojego przyszłego męża, nie stawiałam oporu. Nazywał się Irvin, był synem bogatego kapitana floty handlowej. Nigdy wcześniej go nie widziałam, po ujawnieniu mojej przyszłości, zaczęłam go widywać w sklepie. Był w podobnym wieku co ja, czułam jednak niechęć do niego. Nie tylko przez wygląd - musiał mieć celtyckich przodków, wyróżniał się w tłumie, niemalże świecił bielą swej skóry, która dla mnie wydawała się delikatna i przerażająca - ale głownie przez świadomość mojego ograniczenia. Nie zamieniłam z nim słowa gdy przybywał co miesiąc na wyspę, zawsze z daleka wpatrywał się we mnie udając, że ogląda wystawę. Był to straszny zwyczaj, jednak nigdy nikogo o jego zachowaniu nie poinformowałam. Zaczęła mnie ogarniać paranoja, zawsze miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi, patrzy na mnie. Tłumaczyłam sobie, że wśród tłumu ludzi zawsze ktoś się patrzy, tak jak ja to robiłam, bawiąc się jako dziecko. Wmawiałam to sobie. Nie wierzyłam w swoje słowa, byłam pewna że coś jest nie tak. Gdy w mieście wybuchła niewielka epidemia, ja wciąż przesyłałam wiadomości i informacje w określone miejsca, byłam jednak nazbyt zdenerwowana, dziecięca zabawa nabrała rodzaj koszmaru. Wyobrażałam sobie, jak zwykle, historie ludzi. Teraz jednak zawsze były zepsute, przerażające, ponure, pełne zła i śmierci. Wszystko wydawało się umierać - ludzie, zwierzęta, miasto, ludzie. Czy to ja się zmieniałam? Zupełnie, jakby dzieciństwo umarło w ciągu paru dni. Przynajmniej moi rodzice wciąż byli zdrowi i szczęśliwi, i to utrzymywało mnie na duchu. Czas jest strukturą, która istnieje tylko dzięki naszemu umysłowi, a przynajmniej sposób w jaki go określamy i mierzymy. Niektórzy nazwą to cudem, inni wynalazkiem, niektórzy wiedzą, dla części to codzienność niewarta uwagi.. Niezaprzeczalne jest jedno - nie da się go zatrzymać, cofnąć, ani przyśpieszyć. I pod tym względem jest niebezpieczny. Każda chwila już umarła, moment stał się kolejnym pogrzebem. Biznes nabierał rozpędu, ludzie chorowali, umierali, z rzadka przeżywali - potrzebowali wszystkiego, co wpadło im w ręce. Częściej musiałam chodzić i odbierać zaległe opłaty, ludzie oddawali swoje rzeczy w zastaw, poświęcali wszystko, by utrzymać chociaż namiastkę normalności w tych trudnych czasach. Czułam się źle, widząc umierających ludzi i zabierając ich pamiątki rodzinne, spełniałam jednak wciąż swój obowiązek. Moja rodzina znacząco się wzbogaciła na tragedii ludzkiej, zyskała wpływy, ale wciąż chciała zostać w tym samym miejscu. Gdyż handel jest tylko zabawą, dzięki której przeżywaliśmy. Nie umieliśmy poradzić sobie z otaczającymi nas teraz artystami, bogaczami i szlachcicami, nie musieliśmy się jednak tam wpasowywać. Teraz to moi rodzice posiadali władzę w tym mieście, dzięki sprytnym inwestycjom, a zaraza zrównywała wszystkie grupy i wszystkich mieszkańców. Patrzyłam w oczy ludziom którzy wiedzieli, że umrą. I traktowałam to chłodno. I, uwierzcie mi, nie mogłam spać po nocach. Spojrzenia ludzi pełne nadziei i strachu, przeszywające duszę człowieka... Jak mogłam na to pozwalać? Czemu nic nikomu nie powiedziałam? Może wtedy dalej mogłabym żyć w mojej ignorancji, cieszyć się z prostych rzeczy i nie cierpieć? Nie... To byłoby jeszcze gorsze. W tamten dzień zachodziło już słońce. Miałam odebrać zaległe pieniądze od jakiegoś mężczyzny, ekscentryka żyjącego samotnie, był cichy i nie sprawiał nikomu problemów. Z łatwością znalazłam to miejsce, znałam miasto jak własną kieszeń przez ciągłe bieganie na posyłki przez kilka lat. Budynek był stary i zniszczony, znajdował się w biedniejszej dzielnicy, w której taniec śmierci szalał i dokonywał największych szkód. Powoli zbliżyłam się po kamiennej dróżce do drzwi i zapukałam. Nikt nie otworzył, ale usłyszałam jakiś odgłos w środku. Stałam jak wryta przed potężnymi, dębowymi drzwiami - może coś się stało i mężczyzna potrzebuje pomocy? Nie zrobiłam nic dla ludzi od zbyt dawna, uznałam, że czas to zmienić. Pewnie nacisnęłam klamkę - drzwi były otwarte - i szybko przekroczyłam próg domu. Wnętrze było całkowicie zaciemnione i duszne, okna zasłonięte i tylko ja wpuściłam tutaj chociaż trochę powietrza i światła. Gdybym tylko była bardziej uważna, mogłabym uniknąć całej tej sytuacji. Ktoś na mnie skoczył i uderzył mnie czymś w głowę. Upadłam, poczułam czyjeś ręce na swoich plecach, wciągające mnie w głębię mieszkania. Domyślałam się, że chodziło o wpływy mojej rodziny, raczej nie pieniądze, po ostatnich wydarzeniach nie były już ludziom potrzebne. Zaciągnął mnie do jakiegoś pokoju, zostawił na twardej, drewnianej podłodze i związał mi najpierw ręce, następnie nogi. Chciałam walczyć, uciec, ale mogłam się skupić tylko na jednej rzeczy - na zimnej stali, którą przyłożył do mojej szyi. Jeden niewłaściwy ruch, jeden sprzeciw, a byłabym martwa. Nie mam pojęcia, ile czasu leżałam na ziemi. Ze zdenerwowania, a może ze zwykłego zmęczenia, zaczęłam śnić. W pierwszym śnie pamiętam kobietę w sukni ślubnej. Szłam za nią, przechodząc przez puste ulice miasta. Nie było widać nikogo, ani jednej osoby. Byłyśmy całkowicie same. Gdy przekroczyłyśmy bramę miasta w stronę pobliskiego lasku, poczułam zniewalający fetor rozkładu. Mimo to, szłam dalej za nią. Jej suknia pobrudziła się ziemią i podarła o gałęzie. Nie wyglądała już tak pięknie. Dotarła do niewielkiego stawu i uklękła. Zrobiłam to samo i zobaczyłam to - wodę śmierci. Kościotrupy, ciała, zgniłe zwłoki Irvinga. I wszechobecny smród, pewna zapowiedź nieodwracalnego. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Wreszcie spojrzałam na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych