Z mogiły
Opowiadanie jest smutne. Jedno z mrocznej serii.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Umarłem chyba w lutym. Mówię „chyba”, bo sam nie wiem, jak długo przeleżałem nieprzytomny pod szpitalnym respiratorem. Do szpitala trafiłem pod koniec stycznia z potwornym bólem głowy. O tym że to coś poważnego dowiedziałem się na stole operacyjnym, a o mojej chorobie jakiś młody lekarz w okularach powiedział mi dwa dni po operacji, kiedy rzygałem na OIOMie do basenu. Lekarz powiedział, że to normalne, że zwykle po narkozie ma się wymioty. No a tak poza tym to mam raka. Wiadomość lekarza była rzucona ot tak sobie między moimi wymiocinami a poleceniem zmiany pościeli. Pościeli powiedziałem? Miałem na myśli zarzygane prześcieradło i poszewkę poduszki. Kołdry nie miałem i było mi bardzo zimno. Bardziej jednak wkurzał mnie fakt, że leżałem nago i nikt nie raczył mnie nawet czymś przykryć. Pielęgniarki miały pewnie niezły ubaw. Widok kutasa odzianego w cewnik to mogła być jakaś atrakcja. Po trzech dniach zapadłem w jakąś dziwną śpiączkę i straciłem przytomność. Nie wydaje mi się zatem, abym przeleżał dłużej niż miesiąc w takim stanie.
Inni to mają szczęście. Przyjdzie sobie taki jeden do gabinetu lekarskiego, siądzie w wygodnym krześle i słucha wyjaśnień pana doktora na temat swojej choroby. „Zostało panu kilka miesięcy życia, góra pół roku” – mówi doktor, a koleś najpierw w szoku, potem ze łzami w oczach, ale już wychodząc z gabinetu, obmyśla jak spędzi te ostatnie miesiące swego zasranego życia. Wiadomo, że porządni ludzie chcą je spędzić z rodziną, przelać jeszcze więcej miłości na żonę i dzieci, zabrać je na wakacje. Ba, zabrać na wakacje nawet teściową. Ale w naszym kraju mało jest porządnych ludzi, tak więc koleś, któremu lekarz odczytał przed chwilą wyrok, rozmyśla sobie teraz, jakby umilić sobie te kilka miesięcy. Carpe diem, jak to mawiają. Wreszcie bez żalu i skrępowania można będzie iść do kasyna i przegrać wszystko, można będzie się schlać jak świnia najdroższą whisky, przespać się z najlepszą kurwą w mieście, a nawet dać się przelecieć jakiemuś przystojnemu gejowi, żeby zdążyć jeszcze przed śmiercią poznać rozkosz orgazmu analnego.
A ja? Co ja mogę zrobić w takim stanie? Stanowczo za późno dowiedziałem się, że niedługo się przekręcę. Choćbym nie wiem jak się starał, nie doprowadzę się nawet do połowicznej erekcji. Te leki i kroplówki w ogóle wyłączają mnie z jakiegokolwiek uczestnictwa w życiu. Rozgrzać panienkę to mogę chyba tylko swoją prawie czterdziestostopniową gorączką. Leżę niczym zaintubuwana kłoda. Może chociaż morfinę mi podadzą. Może to będzie jakaś używka w tej koszmarnej sali. Leżało nas tam chyba sześć osób, ale rotacja była dosyć częsta. Co chwila przewozili kogoś do innej sali, co chwila ktoś umierał, co chwila kogoś reanimowali i wieźli na salę operacyjną. A ja leżałem tak sobie wśród tych na wpół nieboszczyków sam nie wiem jak długo. Ale chyba nie dłużej niż miesiąc.
***
Pogrzeb miałem najzwyczajniejszy ze zwykłych. Ktoś płakał, ktoś śpiewał „Dobry Jezu, a nasz Panie”, ktoś zagrał nawet na końcu na trąbce. Padał śnieg z deszczem, kiedy mnie przewozili ze szpitalnej kostnicy na cmentarz, padał śnieg z deszczem, kiedy leżałem w kaplicy w otwartej trumnie i wsłuchiwałem się w „Zdrowaś Mario” klepane przez jakieś babcie. Nawet nie wiem kim one były, w ogóle ich nie znałem, a zachowywały się jakby były moją najbliższą rodziną. Kiedy zamykali wieko trumny też padał śnieg z deszczem i padał pewnie podczas procesji, ale wtedy nie myślałem o tym, wsłuchiwałem się tylko w bicie dzwonu i śpiew księdza. Głos księdza był mi znany, nawet chyba kiedyś byłem u niego u spowiedzi. Bardzo skrupulatny klecha. Kiedy w końcu się przełamałem i zdradziłem w łagodnych i przystających do świętego miejsca jakim jest kościół słowach, że współżyłem z kobietą, ksiądz spytał mnie o ilość moich współżyć. Zamiast mówić o ilości powiedziałem o częstotliwości, zgodnie z prawdą, tak aby spowiedź była szczera. Tak, to był na pewno ten sam głos. Wprawdzie w konfesjonale nie śpiewał, ale to był on. W sumie ksiądz jak ksiądz. Coś tam odklepał, poświęcił, zaśpiewał, rzucił na trumnę garść zmrożonej ziemi, wziął kasę i sobie poszedł.
Ziemia była naprawdę zmarznięta. Grabarze muszą chyba w zimie mieć dodatkowe premie, w końcu wykopać dwumetrowy dół w tym skamieniałym piachu to nie lada wyczyn. No ale przynajmniej rodzina zaoszczędziła na przechowywaniu zwłok. Zimą nie trzeba było mnie balsamować i uruchamiać specjalnego systemu chłodniczego wielkiej prosektoryjnej lodówy. Wystarczyło położyć mnie gdziekolwiek w nieogrzewanym pomieszczeniu i trzymałem się bez rozkładu niczym Lenin. Na rozkład przyjdzie jeszcze czas. Ziemia uderzała w drewno pudła, w którym byłem zamknięty i powoli przysłaniała mi mój dawny świat – znajome twarze, drzewa bez liści, zimne nagrobki. Nie raz łaziłem po tym cmentarzu we Wszystkich Świętych, mocząc w błocie wypastowane buty, brudząc woskiem nową kurtkę i przesiąkając smrodem palonych zniczy. Ale teraz tylko ten zapach mi już pozostał.
Nigdy nie lubiłem cmentarzy. Może jeszcze te stare, z przedwojennymi nagrobkami miały pewien urok. Ale te współczesne wręcz odpychały. Czułem się teraz jak starzec, który wbrew sobie został umieszczony przez rodzinę w domu opieki, którego akurat nie znosił. Żałowałem, że nie zdążyłem sporządzić testamentu. Kazałbym się skremować, a prochy rozrzucić gdziekolwiek. Nawet jakby wsypali mnie do kibla i spuścili wodę, czułbym się lepiej niż na tym zimnym cmentarzysku szarych granitowych mogił, smrodzących (dobrze że już nie kopcących tak jak kiedyś) zniczy i idiotycznych kartek, wygrywających melodyjki. Jeśli mąż nieboszczyk lubił Beatlesów to owdowiała żona kładła mu w rocznicę jego urodzin na mogile kartkę, z której przez dwa dni aż do wyczerpania się bateryjki leciało „Yesterday”. Czyżby tak miało wyglądać piekło? Na dodatek jeszcze pochowali mnie w najdalszej części nekropolii, za mną już tylko rzeka i las. Nie czułem zimna, ale wiedziałem, że jest zimno. Nie mogłem nawet zapłakać...
***
Przyszła wiosna. No i gdzie wyście mnie kurwa pochowali? Mój grób musieli chyba wykopać na jakiejś zamarzniętej żyle wodnej. Teraz woda zaczyna przeciekać przez trumnę. Kapie powoli, kropelka po kropelce. Kap, kap, kap – wprost na moje krocze. Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo. Kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym spadaniem. Kap, kap, kap – jeszcze trochę a zamiast jaj będę miał dziurę wielkości piłki tenisowej. Niech się wreszcie skończy ta odwilż i deszcze. A w ogóle to co to za pomysł zakładać cmentarz w pobliżu rzeki? Oho, czuję chyba jak się porusza trumna. Grunt tu musi być grząski i niepewny, woda gotowa mnie jeszcze zmyć razem z lawiną błota. Nie czuję wilgoci, ale wiem, że jest mokro. Cholernie mokro. Ale to dziwne, bo tam na górze świeci słońce, kwitną drzewa, chyba jest Wielkanoc, bo ktoś mi postawił na grobie wazon z baziami. To dlaczego u mnie jest tak mokro? Ziemia jest jak gąbka, wchłania w siebie całą wilgoć, ten bród i smród atmosferyczny, te kwaśne deszcze dosolone ludzkimi łzami, a potem przechowuje to w swoich porach, nasiąka syfem, a część tego ścieku właśnie kapie mi na kutasa. A ja nie mogę nawet zapłakać...
Mama? Mamusia. Przyszła do mnie. To ona postawiła te bazie. Jej czarne niemodne buty toną w świeżo zielonej trawie. Postawiła bazie i poszła widocznie wyrzucić stare znicze, ale wróciła. I jest tu ze mną. Mama. Kochana Mama. Nie musisz zapalać tego znicza. Trochę wieje, ciężko jest zapalić zapałkę. Uważaj, nie poparz się. Mamo, skoro nie można zapalić to nie zapalaj. Czemu się parzysz ogniem i na siłę wkładasz tam zapałkę? I pobrudziłaś się na dodatek od sadzy. Ja nie potrzebuję zniczy, one mnie denerwują. Ale dziękuję. Kocham Cię, Mamo. Dziękuję, że przyszłaś. Powiedz coś. Co u was? Nie płaczecie chyba po mnie, co? Nie ma co się smucić, Mamo. „Ania kończy właśnie szkołę. Chce iść na studia. Bardzo byś się pewnie cieszył i był dumny, że masz taką siostrę”. Pewnie. Kochana siostrzyczka zawsze miała chęci do nauki. Ciekawe na co idzie. Chyba nie na prawo? „Wybrała prawo. Zupełnie tak jak ty, synku. W Poznaniu. Gdybyś żył, pewnie byś jej pomagał, w końcu studiowałeś aż trzy lata zanim zrezygnowałeś”. Ale tępą miałem siostrę jednak. Teraz zostanie adwokatem i będzie się użerać z pospolitym elementem. A mogła przecież wyjechać za granicę, ojciec przecież dawno już mówił, że może jej sfinansować studia gdzieś za granicą. Ale ta idiotka chyba z jakiegoś sentymentu chce studiować prawo. A może to ma być hołd dla mnie? Może chce dokończyć to, czego ja nie skończyłem? Nie płacz, Mamo, na pewno będziecie z niej dumni. Jak będzie musiała przejść praktykę, broniąc chłopców z poprawczaka to się jej odechce. Kiedy zaczną ją klepać po tyłku i składać prosto z mostu propozycje wyruchania, to sama zrezygnuje. Ale będziecie z niej dumni, Mamo. Mamo? Idziesz już? Zostań jeszcze trochę. I nie płacz, jakoś daję radę. Tata jest w szpitalu i do niego idziesz? Złamał nogę? Całe szczęście, że to nic groźnego. No to idź, nie zatrzymuję Cię, i tak nie mam jak. Do zobaczenia, Mamo. Kocham Cię.
Jakoś daję radę. Tylko do kurwy nędzy żeby mi jeszcze przestało kapać na jaja, to już byłoby zupełnie znośnie. Te bazie są nawet ładne. Nigdy nie zwracałem uwagi na bazie. To znaczy nie na wygląd. Zawsze lubiłem je dotykać, były takie gładkie. Ale z wyglądu były szare i nijakie. Te są nawet bardzo piękne. To słońce je tak ładnie oświetla. I na brzozach za mną są już małe zielone listki. Słyszę nawet gołębia. Grucha gdzieś w dali. Piękna jest wiosna, nawet jak się leży w grobie.
***
Dobrze, że przestało kapać. Gacie mam już pewnie całe mokre. Dni tutaj mijają bardzo szybko, więc szybko powinny wyschnąć. Zresztą w tym pudle i tak nie mają nic innego do roboty. Gacie w trumnie skazane są na schnięcie. Bo nawet ich nie osram, nawet nie pobrudzę nasieniem. Nie mówiąc już o ściągnięciu albo wypraniu. Dlatego tak jak parę dni temu skazane były na chłonięcie kropel wody, tak teraz niech sobie schną. Białe bokserki przylegające, które miałem na sobie tylko jeden raz w życiu, za to nieskończenie wiele dni będę je nosił po śmierci. To Kasia je kupiła, moja żona. Chciała widzieć w nich moje męskie kształty, a potem zsuwać je delikatnie zębami. Nawet nie wiem, czy ktoś zdążył je wyprać po tej naszej spontanicznej zabawie. Schnijcie sobie moje gacie, po co mają mi gnić genitalia.
A ten czego tu szuka? Skąd on się tu w ogóle wziął? Ohydny robal pełznie mi po nogawce. Wsuwa się pod nią. Nie czuję go, ale na pewno tam siedzi i idzie w górę. Czy taki ma być koniec mojej męskości? To co nie przegnije, ma być zjedzone przez robaka? Zdaje się, że jestem dobrym punktem gastronomicznym dla niego. Być może już mi pożarł jaja, a może, co gorsze, wyżarł w nich dziurkę, małą norkę, i złożył tam larwy? Teraz cała rodzina państwa Robaków będzie miała ze mnie źródło pożywienia na cały rok. Wyszedł ze spodni. Najadł się, albo zrezygnował. Pełza obrzydły śliski robal po moim brzuchu. A co jeśli dobierze się do mojego mózgu? Skonsumuje ostatnie zdolne do myślenia komórki? Przestanę myśleć? To niemożliwe, mój mózg przecież od dawna jest martwy i nie myśli. Pewnie myślę teraz duszą. To dusza jest całym mną, a ja jestem tylko duszą. Uwięzioną jakimś dziwnym trafem w martwym ciele. Zamiast trafić do Czyśćca, nadal tkwię w ciele. A co jeśli robak pożre i duszę? Przetrawi ją w swoim prymitywnym układzie pokarmowym, a potem wysra wraz z kawałkami zgniłych liści i trawy. Zniknę na zawsze w mikroskopijnej kupie robaka, przestanę istnieć. Boże, co to za obślizły robak. Dlaczego nikt mnie nie spryskał jakimś insektycydem, zanim zakopali mnie w tej norze? On zaraz wwierci się mi w mózg, a ja nawet nie mogę zapłakać...
***
Dni mijają tu jakoś inaczej niż tam na górze. Szybciej. Jeśli miałbym na coś czekać i nie mógł się doczekać, to właśnie teraz to czekanie minęłoby bardzo szybko. Szkoda, że już na nic nie czekam. A może jednak? Może jednak coś jeszcze jest przede mną? Może poza powolnym rozkładem moich zwłok coś jeszcze się wydarzy? Na razie przychodzą na mój grób i odchodzą. Znajome i nieznajome dłonie zapalają znicze, kładą kwiaty. Nigdy nie dostawałem tyle kwiatów co po śmierci.
No w końcu jest. Przyszła. Kasia. Czemu tak długo kazałaś mi na siebie czekać? I nawet kwiaty przyniosłaś jakby ładniejsze od innych. „Witaj, Tomku”. Witaj, kochanie. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że mogę cię zobaczyć. Wprawdzie z grobu, ale zawsze. „Kochanie, już jestem musiałem zamknąć samochód, nie musieliśmy tu przyjeżdżać”. Kochanie? Kto, Kasiu, nazywa cię kochaniem? Mariusz? Dlaczego on tak do ciebie mówi? Mariusz, mój kolega z pracy. Przyjaciel. Tyle wódki ze sobą wypiliśmy, tyle nocy przegadaliśmy o naszych kłopotach i sukcesach. Cieszę się, że przyszedłeś. Ale czemu mówisz do Kasi kochanie? „Mariuszku, chciałam tu przyjechać, chciałam mu powiedzieć, tak dla czystego sumienia”. „Przecież on cię nie usłyszy, go nie ma, on nie żyje”. „Wiem, ale chcę mieć czyste sumienie”. Powiedzieć? O czym do cholery masz mi powiedzieć? Co to wszystko ma znaczyć? No mówże szybko. Co to za tajemnice?
„Tomku, Mariusz i ja się kochamy. Pewnie sam byś sobie tego życzył, abym po twojej śmierci związała się z kimś kogo znam, z kimś pewnym, na kim mogę polegać. Mariusz bardzo mnie wspomógł. Kiedy zabrali cię do szpitala był cały czas przy mnie. To dobry przyjaciel. Właściwie to przyjechaliśmy, aby ci powiedzieć... Bo wiesz... My z Mariuszem... Jeszcze zanim to się stało, na długo przed... My już dawno chcieliśmy ci o tym powiedzieć, ale nagle zachorowałeś... My się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil leomagic
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…