Wróć do katalogu

Z pozoru, cz.1

Powieść pisana w ramach spełniania się jako młody pisarz. Połączenie gatunku fantasy oraz obyczajówki wyszło moim zdaniem zaledwie poprawnie. Też tak uwazasz?

Matio.K, opublikowano , 35 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Proszę brać poprawkę, że to moje pierwsze [jeszcze niezdarne i poczynione przeszło dwa lata temu] kroki w pisaniu dłuższych tekstów*; do tej pory odnoszę pewne niewielkie sukcesy na polu recenzji, ale tutaj czuję pewną dozę alienacji ze swojej strony, toteż niepewnym będę póty nie pojawią się pierwsze subiektywne, i mam nadzieję, szczere odczucia.

A teraz słów kilka na temat samej „pracy”: kierowany przeświadczeniem, że dłużyzny oraz nadmiernie szczegółowa narracja [„niesiony wiatrem liść koloru jaśniejącego brązu, powoli, wręcz sennie, lewitował ku ziemi, która (…)] najzwyczajniej w świecie czytelnika [a w tym mnie] nudzi. Przynajmniej nieumiejętne jej stosowanie. Toteż chcąc uniknąć skrajności spróbowałem czegoś innego. Świadomie stosuję taką, a nie inną narrację [wciąż w mym subiektywnym odczuciu daleką od doskonałością, ale patrz wyżej], skupiając uwagę na najważniejszych, tudzież najciekawszych w danej sytuacji elementach. Możecie mnie zganić, zmieszać z błotem, grozić śmiercią psu – w moim osobistym odczuciu wymaga tylko doszlifowania.

Swoją drogą powieść [bo jest to zaledwie fragment], porzuciłem … nie, to oddaje ducha sytuacji … przerwałem na rzecz zupełnie przemodelowanego scenariusza, znacznie poważniejszego, dojrzalszego.

Choć całość balansuje na krawędzi powieści historycznej z domieszką elementów nadnaturalnych, o tyle nie doszukamy się tu obcych ras z obowiązkowym apostrofem, imion plączących języki, nazw krain. Wszak nie trzeba sięgać wyobraźnią nazbyt dalece, by dostrzec fascynujący materiał zgromadzony na przestrzeni ostatnich kilku tysięcy lat. Uciekanie się do własnej wyobraźni stanowi niejako niechęć do własnej kultury. I nie żebym uważał, że za człowieka, który zjadł wszystkie rozumy – jesteś świadom popełnionych błędów i zwyczajnie słabych fragmentów itd.

*Napisane w wakacje 2007.

Zima, noc. Leniwie opadające płatki śniegu objawiały się trojako – po pierwej budziło znużenie oraz senność; po wtóre ograniczały widok oraz, z czasem, utrudniały przejazd. Udzielająca się powszechnie doza magii w nich zawarta irytowała go tylko.

- Woźnica, kiedy dojedziemy na miejsce? - Kawał drogi jeszcze przed nami. Siedź spokojnie i nie kręć się tak – odparł z nutką goryczy. Prosty był to chłop i nie znosił tych śmierdzących groszem.

**

Kiedy tylko go dojrzał, począł biec ile sił w nogach. Czy na to czekali od dłuższego czasu?

--

Nieznajomy stawiał nieśpieszne kroki w kierunku miasta. Nawet pomimo mrozu, który nie mógł przecie pozostawić go obojętnym.

--

Doskoczył do drzwi ratusza i począł rozpaczliwie się dobijać. Powiew ciepłego powietrza, który dochodził z jego wnętrza stanowił miłą odmianę, po czasie tak długim czasie spędzonym na warcie.

- Przybysz – rzekł naprędce.

--

- Stój przybłędo! Kimżeś !? – usłyszał nieznajomy.

Nieśpiesznie wzniósł głowę i ujrzał właściciela tych słów. Stojący na murze człek był nikczemnego wzrostu, krępy i o głowie równie zarośniętej co kolano, tyle, że gładszej. Wielce rad był, że oszczędzono mu konieczności podejmowania jakichkolwiek czynności, by dać znać o swym nadejściu.

- Jestem tylko strudzonym wędrowcem, szukającym schronienia przed zimnem i ciepłej strawy mości panie. Czy dostąpię tej łaski? – odrzekł pochylony w pas i spoglądający na karła człek noszący na sobie chroniącą przed zimnem grubą skórę.

- To nie on. – powiedział do reszty, by po chwili zauważyć, że wciąż tam stoi. - Zmiataj stąd kmiocie!

- Mam pieniądze.

- Otworzyć bramęęęę! – ryknął na tyle donośnie na ile pozwalały mu płuca.

Ciche szczęknięcie zawiasów i wbudowane w nie drzwi stanęły otworem. Wymagało to z pewnością mniej wysiłku niż otwieranie całej bramy, a skutek był taki sam – do miasta wtargnęła osoba wędrowcy.

Dopiero w świetle pochodni przyszło mu ujrzeć z kim właściwie ma przyjemność; byli to członkowie jednego z wielu tutejszych grup bandytów. Odziani byli równie prymitywnie co uzbrojeni; niekiedy bywały to ułamane wpół ostrza, proste cepy bojowe, czy też potężne, acz nazbyt masywne i nie służące w walce ze zwinnym oponentem, młoty. Nie tworzyło to korzystnego wizerunku, ale zdawali się o tym nie wiedzieć. I bynajmniej nie miał zamiaru ich w tym uświadamiać. Cała ta hałastra zdawała się kontrolować w tej chwili całe miasto. Tego o spadzistych i bijących czerwienią dachach, zabudowach o fantazyjnych, a zarazem jakże nieregularnych kształtach, czy współtworzonej przez lampy z zatkniętymi tam nocą świecami grze cieni. Jego mieszkańcy spoczywali na placu, przywiązani do siebie wzajemnie oraz pilnowani przez grabieżców. Wyglądali na wyczerpanych, choć poprzysiągłbym, że byli także całą sytuacją także znużeni. Choć jedno nie wyklucza drugiego.

- Masz kilka chwil nieznajomy, licząc od teraz. Poprowadzą cię ci dwaj – wskazał mającym dzierżący na sobie sygnet burmistrza, palec.

Padło także młodą kobietę katowaną przez podlegających mu zwyrodnialców. Skinął do nich ręką, a ci niezwłocznie opuścili swoją ofiarę. Okazję dojrzeli w tym inni, którzy szybko zajęli ich miejsce. Herszt.

- Zaprowadzić go do przybytku – rzekł odbierając brzęczącą, a przy tym nie tak lekką na pierwszy rzut oka sakwę. – Azaliż klient nasz pan powiadają.

Niezwłocznie ruszyli więc w stronę domniemanego miejsca wymiany środka pieniężnego na towar. Przechadzka odbywała się przy akompaniamencie jęków ich ofiary – błagalnym tonem prosiła o okazanie łaski, lecz odbijało się to echem. Szyld wiszący ponad drzwiami niewielkiego budynku dawał do zrozumienia, iż dotarli. Znaleźli się w środku pozbywając się wszechobecnego mroku. Poddasze zdominowały grube, ręcznie ciosane bele z których leniwie kołysały się donice z kwiatami, a na znajdujących się za ladą polkach, znajdował się asortymenty pierwszej potrzeby – zioła, pieczywo, miod pitny. Jeden z nich uprzejmie stanął za ladą, by siląc się na grzeczność zapytać:

- Więc w czym mogę służyć? Grim, bo takie imię nosił nasz nieznajomy, ujrzał spływającą po kobiecej licy łzę. Niewielką, acz wystarczającą, by przyśpieszyć plany. - Długo nie wracajom. Możem pojdziem i sprawdzim? - To się nie ociągajcie i sprawdźta to – odrzekł zobojętniałym tonem herszt.

Nie trwało to długo; po chwili dotarli na miejsce, by z przygotowanym do zadania, tudzież odparcia ciosu orężem, krok za krokiem, niepewnie podchodzili do drzwi. Jeden z nich oparłszy na nich rękę, gotów był do ich gwałtownego otworzenia. Opór jaki stawiały przeświadczał jednakże o tym, iż …

- Są zamknięte do czorta! Wyważamy cholerstwo! – rzekł do towarzysza, który stał tuż za nim. Od słów do czynów, toteż przy akompaniamencie głośnego trzasku wyłamywanych zawiasów, przejście stanęło otworem. Oba stwierdzili niemal jednomyślnie, iż nikogo wewnątrz nie ma. Chcieli już wracać z tą nowiną do chlebodawcy, kiedy ujrzawszy coś wystającego zza lady, zaintrygowany podszedł i wychylił głowę.

- Truchło jednego z naszych. Ki diabeł mu to zrobił? – rzekł tuż po ujrzeniu przybitego do podłogi ciała w rozrastającej się kałuży krwi.

- Uciekajmy powiadam! – odrzekł jego towarzysz, który salwując się ucieczką nie oglądał się za siebie. Oszczędził sobie przy tym oglądania towarzysza, który w jednej chwili nieznacznie uniósł się nad ziemią, a wybałuszone oczy spowodowane uściskiem pętli na szyi tylko pogłębiały wrażenie koszmaru na jawie. Uparcie przy tym trzymał swój oręż, spowodowane prawdopodobnie pośmiertnym skurczem.

Grim zeskoczywszy z belki, otrzepał się z powodu kurzu, który tam zalegał, a następnie z największą czcią zdjął także damę. Kazał jej zamknąć oczy i pozostać w miejscu, by tymczasem samemu wyruszyć w kierunku wyjścia. Inni nie mogą wszak czekać.

**

Nie potrafił sobie przypomnieć w jakich okolicznościach przyszło mu nająć tego zrzędliwego starucha. Może chodziło o cenę. Choć z drugiej strony nigdy nie stanowiła problemu. A może …? Nie, to nie to. Utrzymujący się kac bynajmniej nie pomagał.

- Co tam przebąkujesz? - Nic takiego, po prostu rad jestem, iż trafiłem na tak znamienitego woźnicę – skłamał wyobrażając sobie jak zrzuca go w bezdenną przepaść.

**

Minęła już dłuższa chwila odkąd wysłana rezerwa jeszcze nie powróciła. Naturalnie pogląd mieszkańców na tę sprawę nieco różnił się punktem widzenia – ci bowiem, najchętniej zobaczyliby ich przytaszczonych w trumnach. Co też ku ich uciesze miało pośrednio miejsce. Byli bowiem świadkami opętańczego biegu człeka, który krzyczał wniebogłosy:

- Wszyscy nie żyją, wszyscy nie … – przynajmniej do czasu, gdy zaniemówił z powodu dziury w piersi jaką spowodował celnie oddany strzał z muszkietu. Biedak zaniemógł i poczuł się w obowiązku paść martwym. Właściciel kuli właśnie opuścił cień ujawniając swe oblicze wszystkim zgromadzonym na placu. Skrępowani mieszkańcy nie ukrywali swej radości, skandując po chwili ... no właśnie, czyje imię?

- Kim tyś jest!? – herszt nie krył swego gniewu i roztargniony zadał to bezcelowe w istocie pytanie.

- Grim. Zaś dla przyjaciół i ludziom, którym nadepnąłem na odcisk ... Grim. – mówiąc nie przestawał ładować.

- Brać go! – palec wskazujący nie pozostawiał wątpliwości co do tego o kogo mogło chodzić. Tylko realizacja nie należała do łatwych, o czym zresztą przekonał się nieszczęśnik, który nie czekając na resztę, wybiegł niesiony duchem bojowym i z pieśnią bojową na ustach. Wykonawszy, sparowany zresztą, zamach, jakoby na chwilę utracił impet. Chwilę słabości wykorzystał Grim, który podrzucił broń wysoko w górę i pozbył się ograniczającego zakres ruchów odzienia. Pochwycił spadające ku ziemi ostrze, by wykonać nim wobec zdezorientowanej ofiary, pchnięcie. Nie było co prawda śmiertelne, acz jednoznacznie wyłączało z walki do czasu rychłej śmierci z powodu utraty nadmiernej ilości krwi, czy uszkodzenia organów.

Nie bierz tego do siebie – rzekł trzymając miecz wbity w jego trzewiach, kiedy próby przeklęcia go kończyły się jedynie niezrozumiałym Charkiem. – To naprawdę nic osobistego. Zapierając się nogą o jego biodro zdołał wyszarpnąć szkarłatną stal. Ledwie przy tym uniknął wymierzonego przeciw niemu ciosu cepem (który w normalnych okolicznościach rozłupałby mu czaszkę), by korzystając następnie z nadarzającej się okazji, kolanem znajdującym się teraz w podbrzuszu, zgiąć nieszczęśnika wpół i ciosem zadanym rękojeścią w kark, ogłuszyć. Kolejny machał orężem jakoby liczył na łut szczęścia. Kiedy trzymał ręce ku górze biorące właśnie stosowny do sytuacji zamach, Grim wytrącił go łokciem do pozycji w której stał do niego tyłem. Płynne przecięcie ścięgien u nóg powaliło go z godnym pożałowania jękiem na kolana, a stąd już prosta droga do oddzielenia głowy od reszty ciała.

Plac stał pełny pełen czerwonej mazi oraz salwujących się ucieczką towarzyszy poległych. Sam przywódca tej zgrai z rosnącym przerażeniem obserwował zmagania z bezpiecznej odległości. Nie zamierzając narażać skóry postanowił dołączyć do swej grupy, która biegła ku bramie, teraz jawiącej się jako błogosławieństwo. Dzieliło go od niej jakieś 60 stóp. Grim nieśpiesznie przetarł ostrze, a następnie schował do pochwy. 40 stóp. Sięgnął po naładowany wcześniej muszkiet i pogwizdując przyjął pozycję do oddania strzału. 20 stóp. Skierował go w stronę nieszczęśnika. 15 stóp. Nacisnął na zamek powodując zapalenie się prochu, która wprawiła w ruch ołowianą kulę. Ta zyskawszy z nadaną prędkością moc zdolną zabijać, niechybnie z niej skorzystała. Utrata przywódcy niechybnie przyczyni się do rozłamu w grupie, tudzież wewnętrznych walk po których przestaną stanowić jakiekolwiek znaczenie dla większych ośrodków.

**

Otwarte nocą bramy miasta można by interpretować wielako. W tej jednak właśnie chwili nie potrafił znaleźć rozsądnych powodów.

- Możesz już stanąć. – rzekł do woźnicy na chwilę przed ich przekroczeniem. Nie zamierzał ryzykować niezapowiedzianego wjazdu, nawet jeśli tego właśnie oczekiwano pozostawiając je w takim, a nie innym stanie. - Jak sobie jaśnie pan życzy. – Dorożka zrobiła to na tyle gwałtownie, iż jej pasażer nieomal wypadł. Podniósłwszy się, zdławił w myślach kolejne myśli o popełnieniu czego mógłby później srodze żałować.

Otworzył drzwiczki, lecz nim postawił nogę na kawałku suchej ziemi, spojrzał zawczasu pod siebie. Krew wyraźnie odznaczała się na białym puchu. Toteż odpowiednio wymierzywszy odległość, stąpał już po ziemi nie narażając się na kontakt z tą lepką cieczą. Wszak był to szlachcic, choć ubogi. A przy tym jakże miło było mu móc nareszcie wyprostować skostniałe od długiej podróży ciało.

Jeszcze z tego miejsca począł doglądać swego nabytku. Zaczepił parę, która wynosząc zwłoki , została uprzejmie poproszona o wskazanie mu drogi. Skierowawszy spojrzenia na widniejącemu poza miastem wzgórzu, rzekł głośno, jakoby sycąc się tą chwilą: Czarcia Wieża.

**

Powróciwszy do stanu wzmożonej normalności, czasem przewlekanej jeszcze komentarzami na temat wydarzeń ostatnich chwil, oraz sprzątnąwszy wszelkie ich oznaki, mieszkańcy rozeszli się do domów, łajdacy je opuścili, zaś wszystkie gospody przygotowały się do wytężonej pracy.

Skromnie ubrane kelnerki z wylewającym się biustem, gruby, acz sympatyczny karczmarz z bujnym wąsem, który zwykł kręcić, czy jego goście sprawiający wrażenie skorych do bitki i gotowych zabijać dla przyjemności, albo duży kufel piwa. Gdzie się podziali w godzinie próby?

Grim nie dawał po sobie poznać zniecierpliwienia czekając, aż karczmarz zaszczyci go spojrzeniem. Gdy ten wreszcie skończył wreszcie obsługiwać resztę swe klienteli, znalazł i czas dla niego:

- W czym mogę służyć?

Gdzieś dały się słyszeć zaczątki bójki, śmiech szczęśliwca, który właśnie wygrał w karty i dźwięk tłuczonego na czyjejś czaszce szkła.

- Szklankę mleka.

Wtem w jednej chwili wszystko ucichło. Zaciśnięta pięść zmierzająca w stronę twarzy zastygła w połowie drogi, a dziesiątka par ciekawskich oczu spoglądała w jednym tylko kierunku. W akompaniamencie ciszy sięgnął po świeżo wytartą szklankę i począł się zastanawiać kiedy ostatni raz ktoś poprosił go o coś takiego. Dopiero po chwili doszło do niego, że musi skoczyć na tyły.

- Muszę skoczyć na tyły.

Gdyby się baczniej przysłuchać, usłyszelibyśmy pojedyncze bicie serc, które tworzyło umilający w oczekiwanie na powrót człowieka z wąsem, utwór. Grim wciąż siedział niewzruszony przy ladzie, za nic mając fakt utkwionych w nim spojrzeń. Wtem karczmarz powrócił, niosąc już szklankę wypełnioną barwą jakże inną od zawartości należących do nich. Nieśpiesznie usadowił ją na ladzie. Nagle jego prawa ręka poruszyła się. Skąd nikąd sięgnęła po stojącą przed nim szklankę z białym trunkiem. Jeden duży łyk wystarczył, by pochłonąć jej zawartość.

- Pokoje to wy macie?

Karczmarz skinął wymownie głową. Podał mu klucz, by w zamian otrzymać garść groszy, które, zdaniem przybysza, mógł zachować „w całości dla siebie. Dwa dni”. Przy akompaniamencie skrzypiących schodów udał się na piętro.

To było dziwne. – odrzekł jeden z bywalców, który po chwili przyjął cios. W jednej chwili wszystko wróciło do swego dawnego stanu.

**

Czarcia Wieża wedle plotek przekazywanych z ust to ust w trakcie to których zapewne zacierała się jej pierwotna historia, należała do alchemika, bądź jak nazywali go niektórzy, mistyka. Spędzającego czas na czymś przeczącym wszelkim wyobrażeniom, a mianowicie, jak mówiła przejęta tym starsza kobieta, parającego się studiowaniem sposobu nad wskrzeszaniem zmarłych. Wynikiem tego, że całe dnie tkwił w księgach, a nos poza wieżę wyszczubiał sporadycznie, była rzekoma śmierć zmarłej podczas epidemii, ukochanej. Trudno orzec ile słyszał wersji zakończenia całej tej historii. Niektórzy powiadają, że po latach powiodło mu się, a świadkowie z ręką na sercu gotowi to potwierdzić, widzieli jakoby to miejsce opuścił wraz z ukochaną. Z dnia na dzień, pozostawiwszy cały dobytek. Toteż władze oddały ją tanio, tłumacząc grabież cudzego mienia kodeksem prawnym. Nie wahał się sięgając do sakwy – sama lokalizacja była nadzwyczaj dogodna, a przy tym nie spowodowało dużego uszczerbku w jego budżecie. Wiązały się z tym jednak dwa problemy – całość była nieomal zrujnowana i musi znaleźć chętnych do jej zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej renowacji. Na przeszkodzie stała wyjątkowo sroga zima, jednak zmożony podróżą, postanowił zająć się tym jutro z samego rana. Pośpieszył wynajętych na tą chwilę bagażowych jak ich nazywał i ruszył na czele ku obranej przedtem tawernie.

**

Rozległo się delikatne, miarowe pukanie. Chwila przerwy stanowiąca oczekiwanie na rezultat, a kiedy takowego brak, najście w postaci wkroczenia we włości bohatera dnia wczorajszego. Intruz jest kobietą; urodziwą, acz nie piękną. Posiadającą skazy do której należał w tym i brak przedniego zęba, który jednak zdawał się nie stanowić problemu. Stąpała pewnie, jakoby robiła to co dnia. Kobieta, już to winno starczyć za powód do powrotu z krainy snów.

- Przepraszam, że nachodzę, lecz … - z trudem kryła swój entuzjazm i nawet brak jakiej reakcji z jego strony zdawał się jej nie peszyć. Korzystając z wyjątkowo srogiej zimy tego roku, otworzyła okno.

- Mmmmymph ...

Przyniosło to rezultat – przejawy powrotu do rzczywistości. Podniósł głowę, podrapał się w pewnym jakże nieprzyzwoitym miejscu i z trudem uniósł powiekę badając najbliższe otoczenie. Sądząc po gwałtownym zerwaniu z łóżka, dotarła do niego świadomość obecności innej osoby.

- Kim ... - Jagoda. Miło poznać. - Dlaczego nie zapukałaś !?

Zaczęła chichotać, bo właśnie opuścił łoże. Nagość nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych