Zaczarowany kuferek - część I i pozostałe
Aslynn przypadkiem znajduje w babcinej pracowni tajemniczy kluczyk. Do jakiego zamka będzie on pasował i czy Aslynn uda się odkryć sekrety babci Heleny?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ponieważ całość nie zmieściła się w jednym pliku, do pozostałych rozdziałów zamieściłam linki. Proszę o komentarze i ocenę całości opowiadania :)
ZACZAROWANY KUFEREK
--= 1 =-- Zagadkowy kluczyk
Zima ma w sobie coś magicznego i nieprzewidywalnego. Zamieniając zgromadzoną w chmurach wodę w miliony fantazyjnych białych drobinek, okrywa wszystko szczelną kołderką, tuląc do snu rośliny i zwierzęta. Czasem jest ponura jak zachmurzony dzień, brzemienny śniegowymi płatkami i smagający wszystko lodowatym wiatrem, czasem ciepła jak popołudniowe słońce roztapiające lodową pokrywę. Nocami jej mroźny oddech maluje na szybach zaczarowane pejzaże, równie ulotne jak baśnie opowiadane przez rodziców na dobranoc. Aslynn w widoku za oknem nie widziała jednak nic magicznego. Nie lubiła zimy i wszystkiego, co było związane z tą - nieciekawą dla niej - porą roku, na mrozach i uporczywych zaspach poczynając, a kończąc na czapce i szaliku o zjadliwie zielonym kolorze, które sprezentowała jej babcia przy jakiejś, mało ważnej dla dziewczyny, okoliczności. Babcia Aslynn - Helena - była znana ze swego zamiłowania do drutów, igły i wszelkich robótek ręcznych, które zdołały wyczarować jej palce. Dawniej łączyła swoją pasję z pracą, sprzedając wykonane na drutach serwetki czy bieżniczki na targu. Z czasem reumatyzm i słabnący wzrok kazały staruszce zaniechać wielogodzinnych hafciarskich seansów, nie oznaczało to jednak całkowitego wycofania się Heleny z ulubionego hobby. Odkąd wszyscy sięgali pamięcią, w jej małym domku po kątach zawsze stało pełno pudeł z mulinami i włóczkami, biblioteczka w salonie głównie skupiała się na katalogach z wzorami, pracownia w piwniczce zastawiona była krosnami i maszynami do szycia, a na ścianach wisiały coraz to nowe wymalowane nićmi obrazy przedstawiające różne ptaki lub krajobrazy. Niestety tej zimy Helena ciężko zaniemogła i cała liczna rodzina solidarnie postanowiła, że zaopiekuje się nestorką. Dwutygodniowy okres ferii przypadł w udziale Amelii - matce Aslynn - która postanowiła połączyć przyjemne z użytecznym i urządzić córce niezapomniany rodzinny wypad poza miasto. Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że jej latorośl może mieć zupełnie inny punkt widzenia na takie atrakcje. Dla piętnastoletniej dziewczyny, która spędzała zdecydowaną większość dnia przed ekranem komputera, wizja kolejnych dwóch tygodni bez tego cudu techniki była wprost niemożliwa do zaakceptowania. Większość znajomych Aslynn istniała w wirtualnym, cyfrowym świecie, a jej zainteresowania nie wykraczały dalej niż sięgał kabel konsoli do gier. Zamiast książek, na półkach w jej pokoju stały całe bataliony płyt, a jeżeli już nastolatka sięgała po jakąś lekturę, był to internetowy audiobook. W tonącym w śniegu Sadbre, z dala od pachnących spalinami wielkomiejskich, zatłoczonych ulic i szarych, betonowych blokowisk, które codziennie oglądała, z trudem można było złapać zasięg na komórce. Ku rozczarowaniu wnuczki, Helena nie posiadała nawet telewizora, a jedynie stare, mocno już sfatygowane radyjko częściej trzeszczące od zakłóceń w eterze niż brzmiące audycją. Tak więc, stojąc z naburmuszoną miną przy oknie, Aslynn oczekiwała przyjazdu ojca, który miał pojawić się u babci po pracy i szykowała na bardzo nudne dwa tygodnie. Ponury nastrój udzielił się również Amelii, która, nerwowo krążąc po pokoju, uporczywie próbowała dodzwonić się do mocno już spóźnionego męża. Stojące na stoliku przy Helenowym łóżku radyjko trzeszczało wniebogłosy starymi szlagierami, skutecznie rozpraszając myśli i utrudniając porozumiewanie się, lecz na babci Aslynn najwyraźniej nie robiło to wielkiego wrażenia. Otulona polarowymi kocami chora z błogim wyrazem twarzy wychwytywała tony płynącej z odbiornika muzyki, czasem próbując swoich raczej miernych umiejętności wokalnych. Amelia w końcu zostawiła komórkę i przyniosła z kuchni na tacy filiżanki z owocową herbatą. -W radiu zapowiadali na wieczór mocne opady śniegu - obwieściła Helena, kiedy Amelia pomogła jej usiąść i zajęła się poprawianiem poduszek na łóżku. -Mam nadzieję, że Paul zdąży przed nocą - mruknęła, mierząc chorej temperaturę. Zmarszczyła czoło oceniając wynik. - Lynn, chodź na herbatę. -Nie mam ochoty. Niepotrzebnie zrobiłaś - Aslynn wzruszyła ramionami, krzywo spoglądając na kota łaszącego się do jej nogi. Helena bardzo lubiła zwierzęta i swego czasu jej mały domek gościł wiele bezdomnych czworonogów kręcących się po okolicy. Po dawnym zwierzyńcu pozostał staruszce jeden, kiedyś rudawy, a teraz równie siwy jak ona sama, miauczący pieszczoszek. Helena nazywała go Figiel. Aslynn uważała, że bardziej adekwatnym imieniem byłoby Gapcio, Tłuścioszek lub coś w ten deseń, gdyż kotek, przekarmiony smakołykami i rozpieszczany do niemożliwości, nie potrafił upolować nawet myszy. Dziewczyna nie przepadała za Figielkiem, opędzając się od niego, jakby był mruczącą zarazą. Zresztą nielicznymi zwierzętami, które lubiła, były przypinane szpilkami do korkowych ramek owady, stanowiące poza plakatami jedyną ozdobę jej własnego pokoju. Amelia miała właśnie upomnieć córkę za niegrzeczne zachowanie, kiedy leżąca na stole komórka rozdzwoniła się hałaśliwie. -Halo? Paul? Gdzie ty, do licha, jesteś? Miałeś być godzinę temu! - kobieta niemal krzyczała. - Jak to nie dojedziesz?... Co? Korki? No tak. Znowu pracowałeś do późna! - Tyrada Amelii nie pozwalała jej rozmówcy na zabranie głosu. - Tylko dwa dni? Miałeś przecież wziąć ten urlop, Paul. Wiem. Wiem, że jesteś niezastąpiony, ale mieliśmy spędzić dwa tygodnie z mamą, obiecałeś! Paul... Paul? - westchnęła, rozłączając komórkę i dodała: - Czasem się zastanawiam, dlaczego w ogóle wyszłam za tego faceta. Paul dzisiaj nie przyjedzie - poinformowała, opadając na fotel obok Heleny i upiła łyk gorącej herbaty. - Przedłużyło mu się spotkanie z klientami, potem jeszcze musiał poprawić projekt, a teraz podobno utknął w korku i złapała go śnieżyca. "Cały tata" - pomyślała kwaśno Aslynn, odsuwając się od szyby. Na zewnątrz zapadał wieczór. Paul rzadko uczestniczył w życiu rodziny, zwłaszcza odkąd Amelia straciła pracę, a on stał się jedynym żywicielem rodziny. I chociaż zarobione przez niego pieniądze z nadwyżką pokrywały potrzeby Foreignetów, często brał dodatkowe zlecenia, niemal mieszkał w pracy. Aslynn nie pamiętała, kiedy tato ostatnio wybrał się z nią i z mamą do kina albo na zakupy, o jakiejkolwiek wycieczce już nie wspominając. Otrzymane od niego płyty z grami, markowe ubrania, a gdy była młodsza - liczne pluszaki - nie potrafiły zastąpić ojca i wcale nie cieszyły. -To będziemy miały babski wieczorek - babcia Helena spróbowała jakoś rozładować zły humor unoszący się w pokoju. -No nie wiem, mamo, czy będziesz mogła długo siedzieć. Po antybiotyku gorączka zeszła, ale nadal jesteś bardzo osłabiona - na twarzy Amelii pojawiło się zatroskanie. - Lekarz mówił, żebyś się nie przemęczała. Powinnaś dużo odpoczywać i nabierać sił. -A tam, gadanie - fuknęła staruszka i machnęła ręką. - Jeszcze będę miała tyle czasu na odpoczywanie, że mi bokiem wyjdzie! Powinnam się zająć gośćmi, upiec dobre ciasto, a ty położyłaś mnie do łóżka, jakbym była sparaliżowana i nawet nie pozwalasz samej napić się herbaty - dodała z wyrzutem, gdy Amelia przystawiła jej do ust filiżankę. Kobieta zarumieniła się z zakłopotaniem. -To dla twojego dobra, mamo. -Wiem, że jesteś pielęgniarką - Amelia już otwierała usta, by powiedzieć, że z zawodem pożegnała się zostając żoną Paula, a jej troska jest podyktowana innymi pobudkami, lecz Helena nie dała sobie wejść w słowo - ale, moja droga, potrafię jeszcze sama o siebie zadbać. Przynajmniej Lynnka nie robi ze mnie paralityka. Prawda, Lynnko? - zapytała stojącą przy oknie dziewczynę. - Mam ochotę upiec szarlotkę. Mam nadzieję, że mi pomożesz, Lynn, wyperswadować twojej matce, że to bardzo nieszkodliwe zajęcie. -Nie mamy jabłek, poza tym Lynnka wolałaby poczytać - stwierdziła Amelia, spoglądając na córkę i próbując przekazać jej na migi, żeby poszukała sobie jakieś ciekawsze zajęcie, niż wystawanie przed oknem i bezużyteczne przyglądanie się padającym płatkom śniegu. Bardzo irytowała ją pełna obojętności postawa córki i nieskrywane znudzenie otoczeniem. Domyślała się niezadowolenia Aslynn z zaistniałej sytuacji, lecz była też zła, że jej latorośl tak otwarcie to manifestuje, sprawiając przykrość starszej osobie. Postanowiła, że później poważnie porozmawia o tym z córką i porządnie ją zbeszta. -Bardzo chętnie - Aslynn niemrawo przytaknęła. - Widziałam w salonie kilka ciekawych książek... -A jutro pojadę do sklepu, kupię jabłka i razem coś upieczemy - dodała szybko Amelia próbując odwrócić uwagę Heleny od nadąsanej miny nastolatki. Drzwi za wychodzącą cicho zaskrzypiały. Aslynn odetchnęła z ulgą i zeszła po wąskich, drewnianych schodach na parter do salonu. Ostatecznie mogła zająć się czytaniem. Bez komputera czy komórki nawet to zajęcie wydawało się szalenie interesujące, a słuchania "kociej" muzyki - jak wolała określać ulubione, babcine utwory - miała już powyżej uszu. Wysłużona podłoga w wielu miejscach skrzypiała przy każdym kroku. Startym po latach mycia i pastowania powierzchniom brakowało naturalnego połysku - były szarawe i sękate. Pokrywające je dywany były równie wytarte od wielu przechodzących po nich stóp. Na zewnątrz było już prawie ciemno i Aslynn musiała włanczać w pokojach światła, by nie potknąć się o nieznaną przeszkodę - zupełnie nie do pomyślenia w mieszkaniu w mieście, gdzie uliczne latarnie i liczne neony skutecznie przełamywały hegemonię ciemności. Nawet w letnie dni pomieszczenia tonęły w półmroku - ze względu na małe okienka i ciemną tonację wystroju wnętrz, która zdawała się wprost pochłaniać każdy najmniejszy promień słońca. Helena rzadko rozstawała się z ulubionymi, choć już mocno wysłużonymi meblami. Dla Aslynn solidne, dębowe szafy i szafeczki ze zdobieniami, półki i komódki wyglądały niczym eksponaty muzealne - były stare i niemodne. Siedziska krzeseł i foteli wytarte od wieloletniego użytkowania, starannie otulały przeszyte na maszynie pokrowce, stolik przykrywała ręcznie wydziergana serweta, na której stał wazon z zasuszonymi polnymi kwiatami. Centralnym punktem salonu był kominek, teraz czarny i zimny, bowiem opiekująca się staruszką rodzina wolała zainwestować w elektryczne grzejniki o wiele łatwiejsze w obsłudze, niż brudzić sobie ręce rozpalaniem ognia na palenisku lub w piecach kaflowych stojących w kilku pokojach na piętrze. Mimo wszystko w kącie leżała skrzynia z polanami, tylko czekającymi, by rzucić je na palenisko i zająć się strzelającymi płomieniami. Aslynn przebiegły dreszcze po plecach i objęła się ramionami, gdyż w salonie, nie ogrzewanym żadnym grzejnikiem, było wyjątkowo zimno. Z ust przy każdym oddechu wydobywał się obłoczek szybko niknącej pary. Dom Heleny pachniał starością i piernikami. Aslynn uwielbiała babcine wypieki, zwłaszcza miodowe ciasteczka z migdałami. Zresztą nie tylko ona, bo i siwawe kocisko, snujące się za nią krok w krok, do perfekcji opanowało sztukę podkradania z talerzyka słodkiego specjału i czmychania przed Helenową ścierką, gdy zostało przyłapane przez staruszkę na gorącym uczynku. Dziewczyna zerknęła na tłuściutkiego mruczka, który z podwiniętym, puszystym ogonem, przysiadł na progu, wlepiając w nią zielone, błyszczące w ciemności ślepka. -No to popatrzmy, czy jest tu coś godnego uwagi... - mruknęła Aslynn. Podeszła do półki i krytycznym wzrokiem zmierzyła grzbiety równiutko poustawianych w regałach grubych tomiszczy. Tytuły niewiele jej mówiły poza tym, że książki są niebywale stare, a przez to niezbyt ciekawe. Dużo traktowało o robótkach ręcznych, technikach szycia i dziergania. Niżej leżały w stosach kolorowe gazety zawierające wzory do haftów. Wśród nich znalazł się egzemplarz w twardej oprawce "Opowieści z Narnii" - które Aslynn kilka lat temu czytała z wypiekami na twarzy, chociaż obecnie kręciła nosem na tę "bajkę dla małych dzieci" - trochę historycznych romansideł i pamiętników. Od niechcenia przekartkowała kilka poradników dla początkujących hafciarzy, lecz nic nie przykuło zbyt długo jej uwagi. Robótki były dla niej czarną magią, podobnie jak internetowe cuda dla jej babci Heleny stanowiły trudną do pojęcia łamigłówkę. Z rozczarowaniem dziewczyna rozejrzała się po salonie i objęła się ramionami, z trudem powstrzymując drżenie. Po krótkim namyśle otwarła sękatą szafę, a później zajrzała do stojącej w rogu skrzyni w poszukiwaniu jakiegoś ciepłego koca czy swetra. Pod ciężkim, ręcznie malowanym wiekiem piętrzyły się stosy babcinych ubrań i równo złożonych chust, z których jedną, wyjątkowo grubą, szczelnie się opatuliła. Przeżarty przez korniki zegar z kukułką obwieścił, że właśnie minęła piąta. Z wiszącej tuż obok czarno-białej fotografii ślubnej młodsza wersja Heleny spoglądała na otuloną chustą Aslynn, zdając się ją ganić za grzebanie w nie swoich rzeczach. Dziewczynie przyszło na myśl, że jej mama do złudzenia przypomina babcię z czasów jej młodości - miała te same jasne włosy spływające na ramiona kaskadą loków, ten sam lekko zadarty nos, a gdy się uśmiechała, na jej policzkach pojawiały się te same wesołe dołeczki, które wiele lat temu uwiecznił fotograf na twarzy Heleny. Amelia była niewysoka, podobnie jak jej matka, którą przeżyte lata znacznie już przygarbiły i pochyliły ku ziemi. Pomimo siatki zmarszczek i starczych plam z babcinej twarzy wciąż spoglądały te same, błyszczące młodością, błękitne niczym niebo oczy. I tylko okulary, które Helena z utyskiwaniem zakładała na nos, gdy zasiadała nad robótką lub gazetą, informowały, że nie patrzyły one już na świat tak bystro jak niegdyś. Aslynn urodą wdała się w ojca i miała bardziej kanciastą twarz i orzechowe tęczówki. Wzrostem też powoli dorównywała matce, chociaż dopiero ukończyła piętnaście lat i zapowiadało się, że wyrośnie na smukłą pannę. Jedyne co odziedziczyła po Amelii to jasna strzecha włosów, chociaż ta nijak nie tworzyła cudnych loków tylko sterczała na wszystkie strony świata. Aslynn nie lubiła myszkować po cudzym mieszkaniu, chociaż gdy wyszła z zimnego salonu i już miała udać się schodami na piętro, by przyznać, że jednak nic ciekawego do czytania nie znalazła, jej uwagę przykuło światło wydobywające się zza niedomkniętych drzwi na końcu korytarzyka. Dziewczyna domyśliła się, że tam właśnie znajduje się pracownia Heleny, chociaż nigdy jeszcze nie zaglądała do tego pomieszczenia. To był mały azyl jej babci, do którego wstęp mieli tylko nieliczni. Nawet dziadek Aslynn, kiedy jeszcze żył, rzadko przekraczał ten próg. W niewielkim pomieszczeniu w piwnicy, do którego prowadziły strome schodki, powstawał zaczarowany świat Heleny, przez kilka ostatnich lat zamknięty na głucho. Dlatego też światło wydobywające się zza drzwi wzbudziło zainteresowanie w dziewczynie i trochę obawę, że coś może być nie tak. Mama od lat nabijała jej głowę włamywaczami, chociaż kto w taką pogodę miałby ochotę ruszyć się z domu i myszkować po cudzych piwnicach? Z niezdecydowaniem Aslynn stanęła w progu i popatrzyła na wąskie schodki i niziutki, przybrudzony strop prowadzące w piwniczną czeluść. Na progu stała mała latarenka. Figielek podjął za nią decyzję, z cichym miauknięciem zeskakując po stopniach i niknąc w ciemności. Aslynn chwyciła latarenkę i ostrożnie zaczęła schodzić po skrzypiących schodach. Musiała nisko pochylić głowę, by nie uderzyć w strop. Po kilku pierwszych stopniach schody skręciły pod ostrym kątem. Przed dziewczyną ukazały się kolejne, zamykane na zasuwę drzwi. Zardzewiały mechanizm z trudem udało się przesunąć. Tuż za drzwiami rozciągał się opleciony pajęczynami i płachtami białego prześcieradła prawie zimowy krajobraz. Stojąca w progu Aslynn z mieszanymi uczuciami spoglądała na wnętrze słabo widoczne w mrugającym świetle latarenki. Gdy uniosła ją wyżej, z mroku wyłoniły się zarysy półek i postawianych na stosach różnej wielkości skrzynek. Pod prześcieradłami i nylonowymi pokrowcami stały krosienka i kilka maszyn do szycia. W rogu przycupnął taboret przy małym stoliku z podpiętą do blatu stojącą lampą. Aslynn z ulgą stwierdziła, że działa. Figiel, dotąd czający się przy jej nogach, teraz wesoło buszował pomiędzy płachtami prześcieradła, zostawiając na zakurzonej podłodze setki kocich tropów. Sądząc po ilości śladów Aslynn była pierwszą osobą, która od dłuższego czasu zaglądnęła do pracowni. Dziewczyna poczuła się dziwnie z myślą, że zakłóca spokój duchom tego pomieszczenia i już miała stąd czmychnąć, gdy niezgrabny Figiel skoczył na jedno z pudeł, zrzucając je z łoskotem na podłogę. Różnokolorowe włóczki rozpełzły się w różne strony świata. Kot przez dłuższą chwilę próbował dogonić uciekające nitki, lecz gdy w końcu kompletnie się w nich zaplątał, z przestrachem na wąsiastym pyszczku popatrzył na Aslynn. -No i co zrobiłeś najlepszego? - fuknęła na mruczka dziewczyna, próbując rozplątać urwisa. - Narobiłeś mi tylko roboty! Teraz będę musiała to wszystko pozwijać... A to co takiego? - ze zdziwieniem uniosła wyżej końcówkę jednej z włóczek, do której przywiązany był jakiś mały, metalowy przedmiot o podłużnym trzonie i skomplikowanie wyprofilowanej główce. - Kluczyk? - brwi Aslynn uniosły się w zdumieniu prawie pod samą grzywkę, gdy w palcach obracała niespodziewane znalezisko. - Coś takiego.
--= 2 =-- Brama
Początkowo Aslynn chciała zawinąć znaleziony kluczyk we włóczkę i odłożyć na miejsce, lecz ciekawość w końcu zwyciężyła. Nurtowało ją pytanie, do jakiego zamka może pasować owo znalezisko i dlaczego w ogóle zostało ukryte w tak nietypowym miejscu. Czy była to jakaś szafka, sekretarzyk? A może jeden z licznych kuferków, które były poupychane po rogach w całym domu Heleny? I co takiego zawierała owa skrytka? Dziewczyna nie mogła zapytać o to babcię wprost, nie przyznając, że myszkowała po jej pracowni, nawet jeżeli klucz wpadł w jej ręce zupełnym przypadkiem. W myślach już sobie wyobrażała, co powiedziałaby Amelia na wścibstwo córki. Mimo wszystko Aslynn czuła, że babcia Helena posiada jakiś sekret, i bardzo chciała się dowiedzieć co to takiego. W nocy długo nie potrafiła zmrużyć oczu, przewracając się z boku na bok i zastanawiając, jak zabrać się do sprawy. Mały, zdobiony kluczyk leżał pod jej poduszką zawinięty w białą chusteczkę i Aslynn co chwilę sprawdzała, czy przypadkiem rzeczywiście się tam znajduje. To była jedyna rzecz, po nowej konsoli, którą dostała od ojca dwa miesiące temu, która wzbudziła w niej tak żywe zainteresowanie. Postanowiła, że jeszcze raz zajrzy do babcinej pracowni rano, zanim inni się obudzą, i dokładnie zlustruje wszystkie zakamarki. To miejsce wydawało się Aslynn najprawdopodobniejszym do przechowania przedmiotu, do którego mógł pasować kluczyk - przecież nikt, poza babcią dawno do niego nie zaglądał - wprost wymarzona lokalizacja na przechowywanie sekretów. Plany dziewczyny spaliły na panewce, gdy z głębokiego snu obudziły ją nawoływania Amelii na śniadanie. -Lynn, śpiochu, kakao stygnie - kobieta zastukała do drzwi pokoju, po czym nie czekając na zaproszenie, weszła
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil carys
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…