Zakładnik
Może do Ciebie przyjść ktoś, kogo się nie spodziewasz...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szarzało. Jak zwykle o tej porze roku ulice pełne były spieszących się ludzi. Wielu z nich nie bardzo wiedziało, w którą stronę się odwrócić, gdyż gorączka przedświątecznych zakupów odejmowała rozum. Zimowy chłód potęgował przenikliwy wiatr, przed którym najlepiej było schronić się w ciepłym supermarkecie. Bogata oferta towarów i liczne promocje przyciągały tłumy kupujących, a chłód wpychał mało zamożnych, którzy raczej tylko oglądali zapełnione półki i zazdrośnie spoglądali na koszyki tych, którzy mieli pieniądze. Po drugiej stronie ulicy stał niewysoki, szczupły mężczyzna. Przez chwilę patrzył na jaskrawy neon supermarketu i całe mnóstwo lampionów, które oświetlały wysokie choinki. Spojrzał na duży wyświetlacz zegara, którego cyfry właśnie wskazały równą godzinę. — Czas – powiedział jakby do siebie i po chwili zatrzymały się samochody, a na przejściu dla pieszych zaświeciło się zielone światło. Dał się unieść potokowi zmierzających do sklepu ludzi. Większość z nich była podekscytowana wyszukiwaniem prezentów i komponowaniem zestawów na świąteczne stoły, ale on nie. Nie interesowały go ani towary, ani prezenty, ani całe te święta. Wiedział, że dla znakomitej większości tych ludzi ważne były tylko prezenty, jedzenie i wolne dni od pracy, podczas których mogli spędzić więcej czasu przed telewizorami. Wiedział też, dlaczego dawno temu wymyślili same święta. Nigdy nie dał się zwieść całej tej aurze wielkiego oczekiwania na narodzenie kogoś, na kogo tak naprawdę nikt z nich nie czekał. Coroczne powtarzanie całego tego rytuału było mało zabawne, na pewno nie wzruszało, a z całą pewnością było żenujące dla każdego, kto potrafił spojrzeć pod płaszcz religijnej obłudy. Mężczyzna szedł po parkingu pełnym samochodów i uważnie im się przyglądał. Obok jednego z nich przystanął. Dostrzegł ten, którego poszukiwał. Zgadzała się marka, kolor i numery tablicy rejestracyjnej. Przyszedł tu ze względu na właściciela tego pojazdu. Zmarszczył czoło jak człowiek, którego myśli sięgają samego nieba i zmrużonymi oczyma wpatrywał się w fotel kierowcy, jakby chciał się dowiedzieć, czy jest jeszcze ciepły. Z olbrzymiej hali dobiegała muzyka. Gdzieś tam chodzi człowiek, którego musiał we właściwym sobie momencie odnaleźć. Czuł, jak powietrze w supermarkecie wrzało od wielu emocji. Niebawem temperatura znacznie się podniesie i niczym gwałtowna eksplozja wstrząśnie całym zgromadzonym tu ludzkim mrowiem. Ruszył w kierunku wejścia. Tuż za obrotowymi drzwiami stała młoda kobieta a przy niej kilkuletnia dziewczynka. Obok nich leżał na podłodze lizak. Mężczyzna schylił się, podał lizak dziewczynce i niemal proszącym tonem, z delikatnym uśmiechem powiedział jej coś, co miała usłyszeć mama: — Weź mamusię za rączkę i idź z nią do domku. Tam jest o wiele przyjemniej. Spojrzał kobiecie prosto w oczy. Była zaskoczona. Chciała zwymyślać go za bezczelność, ale niezwykłe ciepło bijące z oczu nieznajomego ucięło wzbierający w niej protest, kazało wziąć córkę na ręce i najzwyczajniej pójść do domu. Po kilku krokach mężczyzna stanął naprzeciw bramek, przez które wchodzono do sali sprzedaży. Każdemu wchodzącemu przyglądał się pracownik ochrony. Miał kajdanki i paralizator. Słuchawka w uchu dodawała nieco powagi i ważności misji jaką przyszło mu tu pełnić. Po drugiej stronie bramki stał drugi. Obaj byli młodzi i nieco znudzeni brakiem aktywnego zajęcia. Kiedy spojrzał w lewo, dostrzegł ich jeszcze kilku. Niektórzy w garniturach, inni w czarnych uniformach. Wszyscy pilnowali porządku i strzegli mienia wynajmującej ich firmy, wciąż przyglądając się każdemu klientowi, jakby byli zdolni wyśledzić ukryte pod zimowymi kurtkami drobne łupy złodziei. Tuż obok niego przeszedł jeszcze jeden, towarzysząc blond włosemu aniołowi, który w jedwabistej, lśniącej szacie z małymi skrzydełkami na plecach, koszykiem zawieszonym na przedramieniu i dźwięczącym dzwoneczkiem coś usiłował sprzedawać. Anioł zatrzymał się przy nim. — Opłatek na wigilijny stół – powiedział trzepocząc długimi rzęsami. Mężczyzna pochylił się, by niemal wprost do ucha dziewczyny stanowczo szepnąć: — Nie uznaję fałszywych aniołów i fałszywych świąt. Wolę to, co jest prawdziwie prawdziwe. Anioł wzruszył ramionami i ruszył szukać klientów na swój świąteczny towar. — Nie daj się oszukać – dorzucił jeszcze mężczyzna, ale wiedział, że jest obojętna. - Spadły panu rękawiczki. – Mały chłopiec o szczerbatym uśmiechu stał tuż obok i w wyciągniętej dłoni trzymał parę czarnych rękawiczek. — Tymoteusz! – wołał niedaleko jakiś wysoki człowiek w okularach. – Idziemy, pośpiesz się. — Dziękuję – odpowiedział mężczyzna i przyjął podane rękawiczki. Chłopiec dotknął dłoni mężczyzny. — Ma pan strasznie zimne ręce – powiedział przejęty. – Rękawiczki trzeba nosić, a nie gubić. — A ty masz bardzo dobre imię. Znam jednego Tymoteusza. Jest kimś bardzo ważnym, bo słuchał babci i mamy – uśmiechnął się – ... i bardzo mu się to opłaciło. — Babci Lois? – spytał chłopczyk niepewnie. — Tak, Lois – mężczyzna podniósł znacząco brwi. — I zna go pan? – niedowierzał malec. Jego zmarszczony nos i wielkie oczy wyrażały głębokie zdumienie. – Jak się pan nazywa? — Ain. — A na imię? — Tylko Ain. Słuchaj ojca, on zna się na rzeczy. Zmykaj, bo się zgubisz. Chłopiec zrobił szybki zwrot na pięcie, ale po kilku krokach odwrócił się, jakby chciał jeszcze raz dobrze przyjrzeć się dziwnemu nieznajomemu w długim płaszczu, który zna babcię Lois i gubi rękawiczki. Ten uśmiechnął się do niego szeroko, wskazał palcem sufit i przyłożył otwartą dłoń do serca. Malec zrozumiał i pobiegł za rodzicami. — Nie wszyscy są całkiem obojętni – powiedział mężczyzna, założył nieswoje rękawiczki i ruszył ku bramce. Ochroniarz patrzył gdzieś daleko poza nim. Przeszedł również obok drugiego, któremu nagle zaczęło coś trzeszczeć w słuchawce i gwałtownie musiał ściszyć krótkofalówkę. Tłum oglądających i kupujących był ogromny. Ludzie obijali się o siebie zmuszeni do ciągłej uwagi i mijania slalomem dziesiątek, setek, a może i tysięcy wypełnionych towarami wózków. Kto mądrzejszy brał mały plastykowy koszyk i ograniczając się w wydawaniu pieniędzy, ułatwiał sobie poruszanie po hali. Ain stał na środku komunikacyjnego traktu i nasłuchiwał. Z głośników dolatywała kolejna kolęda, ale nie jej słuchał. W powietrzu wibrował inny dźwięk, znacznie bardziej ważny. Tysiące ludzkich myśli szukało swoich miejsc przeznaczeń, stawiało najrozmaitsze pytania, pożądało, kłóciło się, śmiało i smuciło. Pośród dziesiątek półek był człowiek, którego szukał, człowiek, któremu przyglądał się od długiego czasu, człowiek, którego czas nadszedł właśnie dziś i o tej porze. Po lewej, w głębi hali był dział spożywczy. Tam nie. Bliżej sport i odzież. Tam też nie. Po prawej kasety, płyty, książki, dalej plastyki, części samochodowe i stoisko z telewizorami. Tam. Ruszył przeciskając się pomiędzy ludźmi. Narastające napięcie rozgrzewało jego duszę. Nikt nie przypuszczał, że za krótką chwilę to miejsce przejdzie wielką metamorfozę. Świat był coraz trudniejszy do wytrzymania, prawie niemożliwy do przeżycia. Sam skłaniał się ku samozagładzie. Ain wiedział, czym kierują się ludzie, ale nie rozumiał ich. Większość rzeczy zrobiłby zupełnie inaczej, z lepszym skutkiem, ale to nie jemu przyszło decydować. Teraz musiał jak najszybciej przedostać się przez zbitą, ludzką masę na przeciwległy kraniec hali. Pozostało niewiele czasu. Namacał w kieszeni płaszcza prostokątny pakunek. Był na swoim miejscu. Nie mógł go zgubić, ani dać sobie ukraść, nie dziś i nie teraz. Na środku przejścia zrobił się zator. Palety z promocyjnymi towarami przyciągnęły zbyt dużo klientów. By przebić się na drugą stronę, Ain skręcił w prawo. Między półkami ze szkłem było znacznie luźniej. Nieco przyspieszył kroku i po chwili skręcił w lewo, po czym mijając slalomem kilka koszyków, dotarł do działu z artykułami gospodarstwa domowego. Stąd było już niedaleko. Kolejny zakręt w lewo i znalazł się obok wysokiej ściany z telewizorami. Po minięciu następnych kilkunastu ludzi, dostrzegł go. Wyższy od niego niemal o głowę mężczyzna po trzydziestce nerwowo przeciskał się w jego stronę. Co rusz oglądał się za siebie, na prawo i lewo jakby szukał kogoś, jednocześnie przed kimś uciekając. Ain zmrużył oczy i spięty, niczym gotowy do skoku tygrys szedł na jego spotkanie. Tamten szybkim ruchem rozpiął kurtkę i prawą rękę wsunął pod pachę. Ain dostrzegł, jak poszukiwany przez niego człowiek staje i ze ściśniętą szczęką patrzy gdzieś poza niego. Wiedział, że nie on jeden jest zainteresowany tym młodzieńcem. Na ułamek sekundy odwrócił się, by zauważyć powód jego zdenerwowania. Barczysty człowiek w skórzanej kurtce odwrócił właśnie wzrok, jakby nagle zaintrygował go jakiś radiomagnetofon na pobliskiej półce. Młodzieniec chciał zmienić kierunek, ale zauważył zator, który właśnie ominął Ain. Po chwili zawahania zrezygnował z powrotu tą samą drogą, którą dostał się na to miejsce. Na przeszkodzie stanęło dwóch innych mężczyzn, których twarze zdążył wcześniej poznać i wiedział, kim są. Napięcie na jego twarzy objawiło się nerwowym tikiem. Zaczął trząść się, jakby zaraz miał dostać ataku epilepsji. Ain jeszcze bardziej przyspieszył kroku. Młodzieniec odwrócony był do niego niemal całkowicie plecami. Miał ułamek chwili, by zdążyć. Tuż za tym młodym człowiekiem, który właśnie wpadał w niekontrolowaną panikę stanęła dwudziestoletnia kobieta. Ain nie widział wyciąganej spod kurtki broni, ale dokładnie wiedział, że ten człowiek kątem oka dostrzegł kobietę i co w związku z tym zamierza. W chwili, kiedy huknął wystrzał, Ain złapał dziewczynę za rękaw kurtki i potężnie szarpnął, wykonując przy tym szybki półobrót. Kobieta z impetem potoczyła się i przewracając najbliższy wózek, runęła na ziemię. Ain zajął jej miejsce, a młody mężczyzna odwróciwszy się złapał go, otoczył silnym ramieniem szyję, przyciągnął do siebie i przyłożył dymiącą lufę pistoletu do skroni. Ain odetchnął jak człowiek, któremu właśnie ulżyło. — Nie ruszać się! – wrzasnął z całej siły młodzieniec. Stojący najbliżej ludzie pierzchnęli w popłochu we wszystkie strony, potykając się o siebie i przewracając. Część z nich dobrze znając amerykańskie filmy sensacyjne od razu padła na ziemię. Tylko barczysty mężczyzna i dwaj pozostali po przeciwległej stronie stali z wymierzonymi pistoletami w sczepionych brutalnym uściskiem ludzi . — Policja! – krzyknęli jak na komendę niemal równocześnie. – Poddaj się i oddaj broń! — Rozwalę mu łeb, jak tylko zrobicie jeden krok! – wrzasnął młodzieniec. Ain czuł drżenie jego ciała, chaos myśli i strach. Bał się tak bardzo, że każdy nierozważny ruch kogokolwiek mógł wywołać odruchowe napięcie wskazującego palca, który trzymał na spuście pistoletu. — Spokojnie – prawie wyszeptał, ale na tyle wyraźnie, by przestępca usłyszał. Ludzie, którzy byli najbliżej również wpadli w panikę. Jakaś kobieta zaczęła rozpaczliwie płakać, co niemal natychmiast udzieliło się innym. Mężczyźni starali się zasłonić swymi ciałami swe towarzyszki i dzieci. Wszyscy chcieli znaleźć się jak najdalej stąd. Komu starczało odwagi, powoli odsuwał się od osaczonego bandyty. — Roleta – znów szepnął Ain. Młodzieniec nerwowo zerknął w bok. Kilka metrów obok było szerokie przejście na zaplecze, oddzielone od hali gumową roletą. — Frank, poddaj się – powiedział jak tylko łagodnie potrafił jeden z policjantów. – To nie ma najmniejszego sensu. Tylko pogarszasz swoją sytuację. Zostaw tego człowieka i oddaj broń. — Odwal się! – ryknął Frank. – Odbiło wam, żeby łazić za mną w takim miejscu. — Nie uda ci się uciec. Listy gończe rozesłano już dawno. Szuka cię policja na całym świecie. Ain przymknął oczy. Trzęsący się Frank małymi kroczkami przesuwał się w kierunku rolety i ciągnął go ze sobą. — Broń na ziemię, ale to już! Jak się tylko ruszycie, pozabijam was wszystkich! Policjanci spojrzeli na siebie niepewnie. Frank cały czas przesuwał się w kierunku magazynu. — Czy jesteście głusi!!! – wrzasnął tak głośno, że niemal wszyscy podskoczyli z wrażenia. — Zróbcie, co mówi, bo nas pozabija – powiedział głośno błagalnym tonem leżący nieopodal starszy mężczyzna. Wszyscy trzej niechętnie i bardzo pomału odkładali pistolety na podłogę. — Trzy kroki do tyłu i na ziemię! – rozkazał bandyta. Policjanci powoli położyli się pośród klientów sklepu. Ścigany był już pod samą roletą. — Łańcuch – powiedział cicho Ain. Frank zauważył łańcuch i przysunął się do niego. — Ciągnij – rozkazał. Ain pociągnął i roleta powędrowała do góry. Zaraz znaleźli się w magazynie i roleta opadła w dół. Frank pchał swego zakładnika przed sobą, ale nie bardzo wiedział, gdzie jest wyjście. Wszędzie stały załadowane towarami palety, między którymi miejsca było tylko na wózek. Gdzieniegdzie widać było jakiegoś pracownika, który w popłochu uciekał przed siebie. Frank kilka razy zrobił z Ainem pełny obrót, aby upewnić się, czy ktoś nie ściga ich, czy ktoś nie chce na nich napaść. Po chwili zauważyli wyjście i przyspieszyli kroku. Młodzieniec nadal cały się trząsł. Ta sytuacja przerastała jego nerwy. Był zaskoczony i zdezorientowany. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Szalejące myśli pozbawiały go racjonalnej oceny sytuacji. Ain nie stawiał mu żadnego oporu. Nieco pomagał mu w nadaniu właściwego kierunku. Kiedy byli bardzo blisko drzwi, te nagle z impetem się zatrzasnęły. — Otwieraj! Ain szarpnął klamkę, ale drzwi nie otworzyły się. — Zamknięte – powiedział jakby zaskoczony. Zza nich dobiegło wycie policyjnych radiowozów. Byli szybcy. Frank mocniej ścisnął Aina za szyję i zawrócili. Skręcali to w prawo, to w lewo. Frank szukał innego wyjścia. Ain wiedział, że nie uda im się stąd wyjść. Za jedynym wyjściem z tej strony stały już radiowozy. Z drugiej strony była hala, a w niej trzej „znajomi”. Gdzieś ponad stertą zgrzewek z napojami zobaczyli, jak roleta znów podnosi się do góry. Tym razem Ain nadał wyraźniej kierunek. Przed nimi pojawiły się uchylone drzwi. Zaraz znaleźli się po drugiej stronie. Od wewnątrz było pokrętło zamka, które Frank nakazał przekręcić. Wąski korytarz miał czworo drzwi. Za pierwszymi znajdowała się ubikacja, drugie znów się zatrzasnęły. Szarpanie za klamkę nic nie dało. — Otwierać! – warknął Frank, ale odpowiedziała mu tylko martwa cisza. – Otwierać, bo rozwalę zamek! — Jeśli strzelisz, zaraz będą wiedzieć, gdzie jesteś – powiedział Ain. Frank przez chwilę stał z wymierzonym w zamek drzwi pistoletem, ale zrezygnował i pchnął swego więźnia dalej. Za ostatnimi drzwiami był jeszcze jeden krótki korytarz i następne drzwi. W obu były zamki, które zaraz zamknięto. Znaleźli się w niewielkim pustym biurze. Stało tam biurko z telefonem, szafa, regał z segregatorami. Nie było okna. Frank puścił Aina i walnął pięścią w blat biurka. Z jego ust posypała się cała lawina przekleństw. Był wściekły i zrozpaczony. Nie miał pojęcia, co robić. Wymierzył w Aina lufę broni. — Przesuń szafę do drzwi, szybko! – zakomenderował. — Ja? – Ain intonacją głosu wyraził zdziwienie. Jak dotąd wszystko szło dobrze, ale szafy nie miał zamiaru przesuwać. Frank spojrzał na jego mizerną posturę i zrozumiał pytanie tak, jak Ain tego sobie życzył. — Pod ścianę i odwróć się. Ain stanął pod przeciwległą ścianą odwrócony do niego plecami i tylko słyszał, jak tamten sapnąwszy z wysiłku przepchnął szafę tak, aby zasłoniła drzwi. Zaraz potem Frank gwałtownie otwierał i zamykał drzwi szafy i szuflady biurka, po czym kazał mu wyciągnąć obie ręce do tył. Nerwowymi ruchami ciasno związał je jakimś znalezionym sznurkiem i mocno zaciągnął węzeł. Obok biurka stały dwa krzesła, jedno z nich przesunął pod szafę. — Siadaj. Ain odwrócił się i z politowaniem popatrzył na Franka. — Nic ci to nie pomoże, Arturze, wiesz, że zaraz będzie tu jednostka antyterrorystyczna i na tym się skończy – powiedział spokojnym tonem. Artur Frank stanął w bezruchu naprzeciw swego zakładnika i patrząc z góry w jego pozbawione emocji jasne oczy wycedził przez zęby: — Skąd znasz moje imię? — Od dawna znam ciebie i twoją rodzinę. Ojciec Wojciech Frank, recydywista, aktualnie odsiaduje wyrok piętnastu lat więzienia za napad z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Matka Hanna nie żyje od dziesięciu lat, była gorliwą chrześcijanką. Oczy Franka zrobiły się wielkie, a usta otworzyły ze zdumienia. — Skąd to wiesz? Jesteś z policji? — W kieszeni płaszcza mam dla ciebie paczkę. Wyciągnij. Frank ostrożnie podszedł do niego z wciąż gotowym do strzału pistoletem. Lufę niemal przytknął do jego nosa, a lewą ręką wyciągnął prostokątną, papierową, kolorową torebkę ze sznurkami do trzymania. — Co to jest?…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil remi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…