Żałość
namiętna miłość dwojga star(sz)ych ludzi
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Niedawno skończyłem siedemdziesiąt lat. Jeszcze dwa lata temu sądziłem, że wszystko co miało się wydarzyć, już się stało, a kolejne dni będą dokładnie takie same jak minione. Czyż nie tak właśnie uważa większość zrodzonych anno domini 1942? Dwa lata temu wybuchnął bym śmiechem, gdyby ktoś powiedział, że mając lat siedemdziesiąt będę jeździł samochodem autostradami europy, tysiąc kilometrów w jedną stronę, na randkę z „dziewczyną”. A jednak ! Codziennie, po śniadaniu wychodzę na spacer. W parku zazwyczaj spotykam pewne, dostojne małżeństwo. W milczeniu krążą zawsze tymi samymi alejkami, wymieniamy ukłony, potem rozchodzimy się, każdy w swoją stronę. Potem patrzę, jak nikną za kolejnym zakrętem parkowej alejki i ogarnia mnie zwątpienie. Mój Boże, te przygarbione sylwetki, powolne ruchy, beznamiętnie spojrzenia i grobowe milczenie zdradzają niewyobrażalne znudzenie życiem, sobą, parkiem, pogodą, wszystkim, chyba także mną. Egzystencja sprowadzona do fizjologii. Zapewne pomrą z nudów. Życie udane, to życie pełne pragnień. Żyć naprawdę nie znaczy wszystko mieć, ale stale czegoś pragnąć, chcieć. Rzeczy szybko powszednieją, ci którzy „mają wszystko”, przeważnie są zgorzkniali, znudzeni. Imperator pewnego, egzotycznego państewka, które na mapie świata znaczy tyle, co pryszcz na pupie (pomijając złoża ropy naftowej i gazu), kupił sobie pięćset Rolls Royc'ów. Typowy przykład megalomani i głupoty. Czy można być pięćset razy bardziej szczęśliwszym? Albo, jeżeli pierwszy Rols Royc'e nie dał mu szczęścia, to czego spodziewał się po kolejnych czterystu dziewięćdziesięciu dziewięciu? Sens życia wyraża metafizyczne „żeby tylko chciało mi się chcieć”, wypowiedziane przez bohatera jednej ze sztuk Mrożka. Zatem... Jeżeli nawet niczego się już nie spodziewasz, to może istnieje katalog pragnień niespełnionych, które tlą się gdzieś w zakamarkach twojej duszy. Może warto do nich wrócić ? Nie bój się, bo to znaczy, że jesteś szczęściarzem. Los daje ci jeszcze jedną szansę. Nie zmarnuj jej, zanim wszystko przepadnie. Jestem takim szczęściarzem. Za sprawą M., a także mojej umiłowanej małżonki, której nawet przez moment nie zamierzam porzucać i, w moim mniemaniu, dochowuję małżeńskiej wierności. A wszystko wzięło swój początek …
Pięćdziesiąt pięć lat wcześniej. Pamiętam tamto upalne sierpniowe popołudnie. Cienie parterowych kamienic sięgały połowy wąskiej ulicy. Wlokłem się skądś, chyba znad rzeki, chodnikiem wyłożonym kamiennymi płytami. W krótkich spodniach, niedbale włożonej koszuli i wygniecionych, szmacianych tenisówkach, bo wtedy tak się chodziło podczas wakacji. Wtedy minęła mnie jadąca rowerem młodsza o jakieś cztery, pięć lat dziewczynka. Podjechała do bramy warsztatu stolarskiego. Zeskoczyła na chodnik i zniknęła w ciemnej sieni. Zwróciłem uwagę, że jechała bordową „Mifą” i miała zgrabne, opalone nogi. Była ładna. W tamtych czasach można było tak stwierdzić jeszcze bezkarnie, bez posądzenia o różne świństwa. Zobaczyłem ją kilka lat później, na majówce. W lasku nad rzeką grała wiejska kapela, ludzie pili piwo, tańczyli. Panienka, bo już nie dziewczynka, miała na sobie czerwony płaszczyk i była w towarzystwie koleżanki. Poznałem ją i przez moment wydawało mi się, że uśmiechnęła się do mnie. Nawet chciałem do niej podejść, ale powstrzymałem się. Przecież byłem już na studiach, a ona mogła mieć najwyżej piętnaście lat, więc nie wypadało. W to beztroskie popołudnie nawet przez moment nie pomyślałem, że nasze ścieżki zbiegną się kilkakrotnie, a u schyłku życia tak bardzo, jak tylko jest to możliwe. I gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że wreszcie, po wielu latach, w majową noc spotkam ją na drugim końcu Europy, zapewne uznałbym to za głupi żart. Przecież nawet niezwykłe przypadki są jakoś prawdopodobne. Ale zegary cierpliwie odmierzały czas.
W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym skończyłem studia i wróciłem do siebie, czyli do mojego miasta. Nadeszły święta Bożego Narodzenia, zbliżał się Sylwester, koledzy urządzali prywatkę. Nie miałem z kim pójść, ale przypadkowo spotkałem na Rynku tamtą dziewczynę, od bordowej „Mify”. Tak się składało, że wtedy mój tatko grywał z jej wujem w karty, co upraszczało sytuację. Podszedłem więc, elegancko przedstawiłem się i nie zważając, że jesteśmy na ulicy, zaprosiłem ją. M.(wtedy poznałem jej imię) uzależniła odpowiedź od zgody wujostwa, u których wówczas mieszkała. Złożyłem więc wizytę, wujo spoglądał na mnie podejrzliwie, bardziej przychylna ciocia nawet poczęstowała herbatą. W tę sylwestrową noc..., no, pocałowałem M. Pierwszy raz, delikatnie, nieśmiało. Nie miała w tym wprawy, ale też nie broniła się. Powiedziałbym, że była zaciekawiona. M. wówczas studiowała medycynę, w Białymstoku. Umówiliśmy się, że do niej przyjadę. Był maj. M. czekała na peronie. Pojechaliśmy do Białowieży. Dostaliśmy marne pokoje w turystycznym schronisku, ze skrzypiącymi metalowymi łóżkami, zasłanymi zimną, sztywną od krochmalu pościelą. Jakimś cudem byliśmy jedynymi gośćmi i chociaż recepcjonistka zakwaterowała nas oddzielnie, niby na żarty wprowadziłem się do jej pokoju. Siedziała na łóżku, miała na sobie tylko stanik i majteczki. Czarne. Usiadłem obok niej. Najpierw długo gadaliśmy, jak dwoje przyjaciół. Potem przygarnąłem ją do siebie, zacząłem próbować to i owo. Najgorzej szło mi ze stanikiem. Próbowałem rozpiąć, ale nie umiałem uwolnić pierońskiego zamka. Chyba sama zaczęła mi w tym pomagać, ale jakby zastygła w połowie ruchu. W końcu jakoś zsunąłem miseczki i zacząłem ją całować. Nawet się nie broniła, gdy zsuwałem z niej resztki bielizny. Pochyliłem się nad nią i właśnie wtedy wysiadłem. Nie byłem święty, ale wcześniej to zawsze działo się jakoś samo, spontanicznie, pod wpływem zauroczenia, chwili. To, zawsze była, kurde, miłość, a teraz co, miałem wyjąć i założyć kondoma, jak chirurg rękawiczki przed operacją ? Więc ona była piękna i naga, ja klęczałem nad nią i pękałem. Musiała mnie wyczuć, bo nagle zrobiła się sztywna i zimna jak bryła lodu. Wyraźnie nie była gotowa. Może dla mnie, może w ogóle. Nie róbmy tego, bo będziemy żałować, szepnąłem jej do ucha, żeby jakoś ratować sytuację. Rano wyszliśmy z hotelu, było mi wstyd. Wstydziłem się tego co zrobiłem i czego nie zrobiłem, siebie, jej, wszystkiego. Musiałem wyjść na bardzo szlachetnego fujarę, bo jak M. przyjeżdżała na wakacje, czy święta, to niezbyt chciała się ze mną umawiać. Raz chciałem z nią pójść na spacer. M. przyszła, ale z kostką masła w ręce i miała mi tylko tyle do powiedzenia, że w zasadzie to wyszła tylko do sklepu po to masło, więc może następnym razem. Potem jeszcze parę razy odprowadziłem ją do pociągu, jak jechała na te swoje studia, a w końcu przestaliśmy się spotykać. Chyba miała kogoś w tym Białymstoku. Tak zeszedł cały rok i jeszcze jeden. To i owo wydarzyło się w międzyczasie, ale jak przyszły kolejne święta i Sylwester, przypomniałem sobie o M. Właściwie, to cały czas siedziała mi w głowie, ale byłem jak ten pies, który kręci się w kółko za swoim ogonem. Więc telefon, krótkie co słychać itp., a potem, że bardzo chciałbym zaprosić znowu na Sylwestra. Czekam na odpowiedź, a w słuchawce cisza, milczenie. A potem mówi anielskim głosem, że bardzo chętnie, ale musi męża spytać. Męża! M. wyszła za mąż, a ja o tym nie wiedziałem! Zresztą dlaczego miałbym wiedzieć? Może nawet i dobrze, że nie wiedziałem, bo przecież wtedy bym nie zadzwonił i kto wie, jakby się wtedy wszystko dalej potoczyło. A tak opatrzność zrządziła że zadzwoniłem. Więc byliśmy na tym sylwestrze. Ona z mężem, a ja …, nie wiadomo po co. Bawiłem się, a jakże, doskonale. Widzieliście kiedy zbitego psa? Też się fajnie bawi, prawda? Czy później ją widywałem? Tak kilka razy. Pojawiła się po śmierci swojego wuja, jak trzeba było załatwiać sprawy spadkowe. W czarnej sukience była ładniejsza niż kiedykolwiek. Zawsze było jej do twarzy w czerni. Trochę wtedy cudowałem, żeby te sprawy za szybko się nie pokończyły, były dobrym pretekstem do spotkań. Któregoś dnia poszedłem do jej domu. Pod okiem ciotki uczyła się lepić pierogi. Nie mogłem się na nią napatrzeć przy tych pierogach, ale co tam miałem do roboty? Tyle, że były serdeczne buziaki na pożegnanie. Naprawdę serdeczne i nawet tak jakoś niezwyczajnie na mnie popatrzyła. Ciotka też, ale żadna nie poprosiła, żebym został chociaż na chwilę, na te pierogi. Zdaje się, że były z owocami. Wyszedłem i czułem się tak samo podle, jak po tamtym nieszczęsnym sylwestrze. W tym czasie M. była już razem z mężem w Oranie, pracowała tam jako lekarz. Za trzy, czy cztery lata umarła jej ciotka i też trzeba było spadek przeprowadzić. I wtedy raz mnie cholernie wzięło. Jakoś tak wyszło, że zaprosiła mnie do domu. Byliśmy sami, a jak podawała herbatę do stołu, to stanęła tak blisko, że otarła się o mnie biodrem. Poczułam jej zapach i zaczęło mi w żyłach buzować. Teraz albo nigdy, pomyślałem. Ciśnij ją na tapczan, zgaś światło i zrób to co należy, podpowiadało mi do lewego ucha. Daj sobie spokój, to dzieciata mężatka, sam masz żonę i dzieci, krzyczało w prawym uchu. I co zrobiłem? Posłuchałem tego z prawej strony. Niewykorzystana okazja, pewnie powiecie. Takie niewykorzystane okazje, to chyba moja specjalność.
W ostatnie wakacje pojechałem na spływ kajakowy Bugiem. Rzeka zawsze odkrywała mi smak życia. Nie potrafię opisać tego słowami. Przez tydzień żyję w prymitywnych warunkach, nocuję gdzie bądź, czasami nawet nie rozstawiając namiotu. Nie przeszkadzają mi niewygody. Rzeka oznacza wolność od rzeczy, wolność od ludzi. Pozwala cieszyć się życiem, niezmiennie i prawdziwie, zwraca poczucie młodości. Czwartego dnia dotarłem w okolicę Drohiczyna. Bug rozlewa się tam szeroko. I właśnie wtedy, niespodziewanie, zobaczyłem Lilkę, dziewczynę ze szkolnych lat. Niesamowite. Nie widzisz kogoś przez ponad czterdzieści lat i nagle, w takim miejscu. Z dużej odległości nie mogłem rozpoznać twarzy, ale sylwetka była znajoma. Nie miałem wątpliwości, Lilka, bo przecież to była ona, stała na nadbrzeżnej łące i wpatrywała się gdzieś daleko przed siebie. Wprost pod słońce. Wiatr szarpał jej sukienką. Obok niej był mężczyzna, nieco dalej stał samochód. Żeby zwrócić na siebie uwagę krzyknąłem „a hoj”. Mężczyzna odpowiedział, a wtedy i ona dostrzegła kajak. Zastygła w bezruchu i wypatrywała uporczywie. Dawniej mówiła, że zawsze mnie pozna po przygarbionych plecach. Nurt rzeki był rwący, kajak szybko oddalał się. Nawet chciałem dobić do brzegu, ale rzeka nie pozwoliła. Szybko zniknąłem za zakrętem. Miałem zawrócić? Po tylu latach? Po co?
Wobec kobiet nigdy nie byłem obojętny. Najpierw była pogarda wieku chłopięcego, potem nonszalancja okresu dorastania, zwierzęca chciwość czasu dojrzewania, wreszcie zaciekawienie. Coraz bardziej duszą niż ciałem. Znałem różne kobiety. Jedne wspierały swoich mężczyzn. Uskrzydlały ich. Inne ciążyły jak kula u nogi, czasami topiły w rozpaczy. Kiedyś rozmawiałem o tym z moim ojcem. - One są inne. Ani lepsze, ani gorsze. Po prostu inne. I na tym polega ich siła – usłyszałem. I tatko chyba miał rację. One są też różne. Kiedyś zatrzymałem się w barze na stacji kolejowej w Bielsku, jakoś zaraz po północy. Byłem głodny, koniecznie chciałem coś zjeść, możliwie ciepłego. Siedziałem przy stoliku nad talerzem fasolki, gdy weszła stara, brzydka, brudna kobieta. W ręce miętosiła sznurek z koralikami. Podeszła do kontuaru i mamrotała, że modli się do najświętszej panienki tak, jak jej zawsze przykazywała mamusia. Tutejsi musieli ją znać, bo nikt z obecnych nie zwrócił na nią uwagi. Tylko stojący przy kontuarze, równie niechlujny jak ona i śmierdzący brudem mężczyzna odstawił kufel piwa i podszedł do niej: Napijesz się ? – spytał. Łypnęła w jego stronę okiem. Ale duże – postawiła warunek. Dobili targu. Mężczyzna z pańskim gestem wyjął z kieszeni pięciozłotówkę i podsunął ją barmanowi. Cierpliwie odczekał aż kobieta wypiła swoje piwo i poszedł z nią za róg budynku. Przez okno, w półcieniu pobliskiej latarni widziałem, jak pochylona do przodu trzymała się starego, drewnianego płotu, a mężczyzna…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil dereń
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…