Zamknięty krąg wypadkowych
Jeden w życiu studenta, sytuacje tak zawyczajne, że nienormalne.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zamknięty krąg wypadkowych
Są takie dni, jak ten, kiedy bezwład codzienności otacza mnie ze wszech stron. Uczucie, które mnie wtedy nawiedza wydaje mi się podobne do węża z na wpół zgniłym ogonem. Żywy gad budzi się z letargu. Toczy jego odwłok straszna wojna życia i śmierci. Przed oczyma ma jej rezultat. Powoli zaczyna się rozumieć sytuację, w której się znalazł. Coś pozbawia go barwy i lśniącej skóry. Specyfika zapachu, woń przypominająca rzecz, którą znać powinien, ale nie potrafi sobie przypomnieć, co to może być. Wije się w instynktownej chęci przetrwania. Ruch przynosi ze sobą oderwanie się części ciała, ból i gniew. Odór rozkładającego się węża unosi się nad coraz bardziej zniechęconą egzystencją. Rozpędzone w szaleńczym pędzie myśli, usiłują zrozumieć sytuację. Na wpół martwy, na wpół żywy rozpamiętuje swoją drogę, przypomina sobie wszystko, czego sytuacja ta jest konsekwencją. Wiedza, która odkrywa jest mu ciężarem. Straszna jest w swej istocie, bo pozwala na uświadomienie sobie pewnej niezbyt przyjemnej sprawy: bycia martwym za życia.
I… nagle otwieram oczy, pierwszy świadomy oddech, któreś z rzędu poruszenie rzęsami. Myśli o tej porze, po prostu na wyrost zagmatwane, nie całkiem obudzone. Śnił mi się wąż… pamiętam jego imię, było w mojej głowie, tkwi w niej, od kiedy ujrzałem okładkę książki z filmu „Niekończąca się opowieść” – Ouroboros, tak ma na imię. Symbol paradoksu, wąż jedzący swój ogon. Bycie zamkniętym kręgiem wypadkowych, martwym za życia, samozagłada dla siebie samego. Budzik rozrywa ciszę jeszcze półsennego pokoju. Dłoń instynktownie odnajduje poszukiwany przedmiot. Wstaje całkowicie nieprzekonany do tego czynu. Czuje jak życie obok mnie przebiega nie pytając mnie o zdanie, jakbym sam był Ouroborosem. Poranne czynności wykonywane w półśnie zdają się być rozciągłe, mniej namiętne i bardziej oschłe niż zwykle. Czuje się tak jakbym pokłócił się wczorajszego wieczoru z ręką i nogą jednocześnie. Obie postanowiły się do mnie nie odzywać, bo tak się po prostu w związku nie robi. Staram się nie odpowiadać na ich dzisiejsze fochy i kaprysy myłem twarz, goliłem się i starałem wciągnąć spodnie. Trochę swej cennej uwagi poświęcam śniadaniu. Cóż o wypadek przy takiej kolei rzeczy jest łatwo. Robiąc sobie śniadanie parze dłoń. Trochę boli, ale nie tak bardzo jak ją. Odczuwam nawet niemą satysfakcję, gdy widzę pierwsze pęcherze na dłoni. Wychodzę z domu zamaszystym krokiem. Plecak zarzucam na ramię, szlachetnie niosę śmieci, mając nadzieję, że współlokatorzy w tym tygodniu się ode mnie odwalą, jeśli chodzi o materię śmieci i ich wynoszenia. Idę spotykając tych samych ludzi, co od trzech lat. Kobietę o krótkich brązowych włosach, smutnej twarzy. Od trzech lat towarzyszy jej chłopczyk, co roku wyższy i bardziej pyskaty. Przeważnie dużo mówi, ona milczy. Idzie tępo patrząc w chodnik tuż przed nią. Gdy mnie mija obrzuca zlęknionym spojrzeniem. Innym niż chłopak. Jego oczy, tak podobne do matki patrzą z ciekawością. Mijając tą parę po raz kolejny wyobrażam sobie, jakie ona może mieć życie. Matka ubrana w rzeczy nie najmodniejsze, ale też nie najstarsze. Gustownie, ale bez naśladowania mody. Włosy przeważnie zaczesane do tyłu odsłaniały końską szczękę i wąskie usta, zaciśnięte i podkreślające jej wiek. Twarz poorana była bruzdami życia. Syn radośnie idzie obok, próbując zdobyć jej uwagę. Wywnioskowałem, więc, że kobieta dużo pracuje. Ma mało czasu dla jedynego z pewnością syna. Pożółkła cera, wyschnięte włosy mówią mi, że jest palaczką. Zazwyczaj to ona idzie z synem. Rezygnuję z myśli, że ma męża. Może zmarł, a może odszedł? Pewnie odprowadza syna do szkoły, po czym szybko idzie do pracy i widzą się wieczorem. Zatrzymuję się na chodniku. Światła zmieniają się na zielone. Wiem, że to moja szansa, może jedna z, wielu jakie przyjdzie mi wykorzystać w życiu, a może ostatnia. Zbieram się, więc w sobie. Mijają mnie ludzie patrzący na mnie podejrzliwe, bo to widok niecodzienny. Młody człowiek stojący na chodniku i wpatrujący się w zielone światło. Od wypadku z dzieciństwa ta część drogi kosztowała mnie najwięcej. Światła zamigotały z czerwono. Denerwuje się. Jak to możliwe, by paliły się tak krótko? Założę się, że żadna staruszka o lasce nie zdążyłaby przejść. Założę się, że dokuśtykałaby o lasce do połowy drogi. Nagle zapaliłyby się czerwone i wtedy pod starowinką zadrżałyby chude, nie młode nóżki. Laska niebezpiecznie zachwiałaby się w słabej, spracowanej dłoni, wieku starczego, chyląc ku upadkowi całą postawną kobiety z doświadczeniem wiekowym. Pani rozejrzałby się strachliwie na samochody otaczające ją zewsząd. Oto stałaby na środku ich klatki. Ona jedna, samotna, opuszczona przez cały świat. Samochody biłyby w jej stronę oddechem śmiertelnych spalin, niczym tygrysy na zająca w swej klatce. Ofiara poderwałaby się do biegu w ostatnim odruchu życia. Laską dzielnie wystukałaby sobie rytm. Porykiwania silników byłyby coraz bliższe, staruszka niemalże czułaby oddech i zapach śmierci na plecach. Pot oblałby ją, a życie w jednej mini sekundzie pomknęłoby jej przed oczyma. Czułaby, że śmierć jest blisko i żałowałaby wielu niedokończonych, pozostawionych sobie spraw. Wtedy, gdyby stała śmiercią twarzą w twarz z pewnością pragnęłaby drugiej szansy, pragnęłaby odejść ze świata pogodziwszy się z nim. Staruszka wykonałaby nadludzki wysiłek, by przyspieszyć kroku i dech by jej zaparło. Uniosłaby spocone czoło i ujrzałaby chodnik, połyskujący w oddali, niczym wyspa dla rozbitka, niczym jedzenie dla głodnego, niczym oaza na środku pustyni. Tam leżałoby wybawienie, tam leżałaby wolność. Staruszka przyspieszyłaby kroku. Byłaby już tak blisko, niemalże czułaby zapach stojącego na chodniku kosza na śmieci. Zapach, który w normalnych okolicznościach wprawiałby ją w obrzydzenie, teraz pachniałby jak najsmaczniejsza herbatka z rumem. Już, już byłaby tak blisko. Niemalże dotykałaby chodnik stopami, gdy nagle…jej laska wypadałaby z dłoni. Jak na zwolnionym filmie starsza pani widziałaby jak jej ukochana laska upada na asfalt, jak wolno z głuchym dudunięciem rozpada się na pół. Jej ukochana laska. Staruszka czułaby jak serce wraz z laską rozłamuje się jej na pół. Ale nie! Ale nie, to nie koniec. Ona tak łatwo by się nie poddała. Dzielna staruszka postanowiłaby się nie poddać, nie pozwoliłaby by zniszczyły ją do końca. Ostatkiem sił podeszłaby do laski i ją podniosłaby. Ranna na duszy przemierzałaby ostatnie metry szosy aż stanęłaby na chodniku. Patrzyłbym na nią jak na bohatera, wybawcę ludu ciemiężonego, mojego osobistego mentora. Ukradkiem przystanąłbym troszkę bliżej by usłyszeć od niej słowa prawdy, słowa człowieka, który przed momentem stoczył śmiertelny bój, który odmienia i sprawia, że nic już nie jest takie jak było. I rzeczywiście, słowa, które padłyby z jej ust, byłyby słowami zaiste proroczymi, słowami, które każdy z nas nosi głęboko w sobie, ale nie każdy ma je odwagę powiedzieć głośno, a brzmiałyby one „Kurwa mać.”
Zatrzymawszy dla siebie tę prawdę o życiu swym, przechodzę przez ulicę. Uczelnia połyskuje w oddali. Ból i strach, udręka i ekstaza, szczęście i tragedia przeplatają się w mym sercu, gdy wzrok mój błądzi w tamte okolice. Uczelnia. Tyle lat nauki, tyle lat postępu i wyrzeczeń. Podchodząc coraz bliżej zadaje sobie pytanie, „dlaczego?”. Patrzę na studentów i zastanawia mnie to czy oni podobnie jak ja zastanawiają się nad tym? Czy myślą o sensie życia, gdy przechodzą przez ulicę? Czy w ogóle o tym myślą? Wspinam się po schodach do nie przepastnej gardzieli, matki uczelni naszej. Uderza mnie mnogość istot ludzkich w dziwnym zbiorze, w dziwnych ubraniach. Przez tłum widzę koniec korytarza. Przeciskam się przez niego i dochodzę do klatki schodowej. Widzę młodą dziewczynę schodzącą ze schodów, której krótkość spódnicy i stromość stopni działają bardzo na niekorzyść. Moje miejsce jest idealne na samotną wyprawę w głąb męskiej wyobraźni o dziewczynie, podwiniętej spódnicy i kilku rzeczach, o których nie godzi się wspominać w pracy publicznej. Stoję przez chwilę, nim budzą mnie do rzeczywistości chichoty, przedstawienie zakończono. Ruszam dalej w plecaku niosąc prócz kilku kserowanych notatek trochę marzeń na nudne zajęcia i kilka napój grzesznej egzystencji zakupionych wczoraj specjalnie na dziś.
Na naszego wykładowcę, zawsze można było liczyć. Tak nudnych zajęć nie miałem już bardzo długo. Odchylając się do tyłu przechwytuję kartkę od Izy. To dziewczyna, jakich wiele. Ma długie nogi, pokaźny biust, duże usta. Zamykam oczy, bo jej usta zawsze jakoś, w mych sennych marach są blisko mych. Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach, gdy słyszę tuż nad uchem. - To, co z tą bibą, przyjdziesz? – dziwne ochrypły, męski głos sączy mi się do ucha, czuję nieprzetrawiony alkohol, mocną kawę i coś jeszcze, jakby papierosy red end white. Otwieram oczy i widzę twarz kolegi. Szczerzy do mnie swoje zębiska, wszystkie trzy, posiada głupkowato - pytający wzrok. Patrzę mu w oczy oczekując zmiany postawy, takiego błysku zaprzeczenia. Nic i nikt nie może zionąć taką pustką, tak nic nie myślącą egzystencją. - Mogę ci zadać jedno pytanie? Zadając to pytanie patrzy na mnie z uwagą godną pokerzysty, tylko oni potrafią tak precyzyjne ukryć swoje wnętrze, niemalże mam wrażenie myślenia. Widzę jak wielka maszyna w jego czaszce powoli rusza tryby. Jeden, drugi, następny… Tak, słyszę, stąd z odległości kilku centymetrów, wyraźnie jak rozpędzający się pociąg. Pokłady szarej masy zaczynają pracować, neurony dotykają się i nagle wszystkie komórki zapalają się. Czacha mu zaczyna dymić. I to jest proszę państwa, jak w dowcipie Walta Disneya, kiedy bohater wpada na myśl genialną, zapala mu się żarówka w głowie, więc teraz taka żarówka zapala się w głowie mego kolegi, Kamila. Jest to dość zakurzona żarówka, na początku dostęp elektryczności troszkę szwankuje, ale po chwili triumf! Zapala się żywo. Kamil najwidoczniej pragnąc wciągnąć mnie w jedną ze swych wyszukanych gier słownych patrzy, śmiejąc się i lekko przymykając oczy. Jak tak robi to zawsze mam wrażenie, że biedaczyna strasznie się męczy, może nie dosypia, może cierpi na bezsenność? W każdym razie, on tak mruży te „patrzałki” i czeka jakby na zbawienie. Ociężale odpowiadam. - To zależy, co masz na myśli? - Zdanie ze znakiem zapytania na końcu, a co? – mruczy i zaczyna się śmiać. Słyszę to nad sobą i po raz kolejny dziwię się, że mogę to wytrzymać, nie wstając, nie zdejmując rękawicy i nie wzywając go na pojedynek. Za ten śmiech i za obryzganie mnie darmowym DNA kolegi po fachu, studenta. Za każdym razem wbijam wzrok w to, co akurat mam przy sobie, a jest to ksero notatek, na którym ktoś niezbyt zgrabnym pismem napisał „Kocham Heńka”. Jakby odruchowo pamiętając ten tekst z książki niejakiego Janusza Głowackiego dopisuję z bezczelnym uśmiechem, uczuciem przeżycia tego, co jeden z moich faworytów literackich „A ja go chromolę”. Patrzę na to cudo i widzę kartki jego małej książeczki, zaczynam powoli odlatywać, gdy słyszę smutny głos Kamila. - No, przyjdziesz na ta imprezę? Całkowicie mi wyleciało z głowy, że siedzi obok. - Kto będzie, gdzie, kiedy i za ile? – rzucam wracając z sennej podróży. - Ja, taka Malwina i jej facet Olaf, no ich nie znasz i kilku chłopaków, których nie znasz.- Patrzy na sufit. Jakoś mi się to spojrzenie nie podoba, mam wrażenie, że zaraz mój kumpel, dobry znajomy nie tylko od piwa, wbije mi nóż prosto w plecy i przekręci, a ja będę zmuszony ładnie się uśmiechnąć.- No, muszę tam pójść, bo to urodziny Malwy, pamiętasz ją? Dziś, o ósmej. Kiwam głową, choć niewiele jej pamiętałem. Jakaś znajoma jeszcze z podstawówki, ostatnio przypomniała sobie o istnieniu Kamila. No, tak musiał iść. - Słuchaj nie poszedłbyś ze mną. Wszystko za darmo, wyżera, lokal, alkohol… - Babki nie możesz sobie skołować? – mruczę bazgrząc po notatkach, połowicznie zagłębiając się w sens toczonego wykładu. - No nie… inaczej bym cię nie prosił, nie chce mi się samemu, wiesz jak jest… No właśnie, wiem jak jest. Prawda była taka, że babki nie za bardzo za nim przepadają, zdolność zdumiewająca. To tak jak w jednej książce, którego tytułu nie pamiętam, kobieta miała ładne uszy, a motyw miała taki, że jak je zasłaniała to wszystko było ok., ale jak je odsłaniała to każdy był jej. Kamil miał coś takiego, tylko w drugą stronę, niestety nie o uszy mi chodzi, sam bym mu je odrąbał jakbym zauważył taką anomalię w jego wyglądzie, to miało znaczenie głębsze, którego ja pojąć nie potrafiłem. Co do tej paniusi Malwy, on jej nawet nie lubił, ale na prośbę mamy tej małej nie chce robić przykrości, „bo ona dopiero zaczyna studia i powoli musi się wdrążyć w środowisko studenckie”. Jakoś wszyscy ją traktują jakby miała tyłek z czekolady. Kiwam głową, nie miałem nic do roboty, a wszystko za darmo, można spróbować. Nie mam przekonania do tego typu pohulanek, ale dla mojego dobrego kolegi – nożownika mogę się poświęcić.
Jeden wykład za mną. Wychodzę z sali w przeświadczeniu, że śmiertelnie się wynudziłem. Patrzę na plan i mam mdłości, jeszcze trzy ćwiczenia. Idę do grupy. Siedzi sobie jedna dziewczyna z nosem w książce. Obok jest wolne miejsce, więc siadam i rozglądam się za jakąś ofiarą, Kamil siada obok i wyjmuje komiks. Typowe. „Ćwiczeniowca” jeszcze nie ma i nie wiadomo czy się zgłosi. Dziewczyna z książką po chwili wybucha śmiechem i szturcha koleżankę obok. - Słuchaj, słuchaj…”Znalazłeś rozkaz dopiero jak wyszedłeś spod prysznica? Oczywiście. Mam dalej do podłogi niż ty.” – Uśmiecha się z triumfem. – Scott, on mnie zawsze rozśmiesza. Patrzę na nią jak na dziwoląga. Co tam było takiego śmiesznego? Szturcham Kamila i komentuję sytuację w sposób niewybredny. Dziewczyna nagle odwraca się w moją stronę, chyba nie udaje mi się obrzydzenia pokryć uśmiechem, gdyż ona patrzy na mnie ze zdumieniem i mówi. - Jakiś problem, po tamtej stronie barykady, na tle egzystencjonalnym? Patrzę na nią zdumiony. Skąd ona bierze takie teksty? Nie odpowiadam, a ona demonstracyjnie odwraca się do znajomej. Jej oczy przez moment płonęły jak ogniska w noc Kupały, aż mnie dreszcze przeszły. - Słuchaj byłaś na tym konkursie? – Zagaduje ta druga. - Byłam – odpowiada tamta zamykając książkę, widzę jak zapalają jej się oczy. Oj, zaczyna się przemknęło mi przez myśl. Te oczy to u tej panny jak zapłony. Zapalają się i bracie bądź pewny, że nastąpi eksplozja. – Żenada, tyle ci powiem. Wcale nie wyglądało na to, że zamierza przestać, po tak drastycznym postawieniu sprawy. - Pytania? Jurorzy? - Jurorzy? – Obrzuciła ją lekceważącym spojrzeniem. – Oni się nie zmieniają od kilku dobrych lat. Jurorzy. – Powtórzyła lubując się własnym głosem, po czym dodała. – Uśmiechali się pod nosem, gdy ludzie otwierali swoje pytania i zamierali z przerażenia, gdy mimo wszystko chcieli odpowiadać. Pytanie roku, wiesz, jakie jest? Koleżanka oczywiście, nie miała bladego pojęcia i słuchała z żywym zainteresowaniem. - Osobiście…- coś mi podpowiadało, że sporo wody upłynie nim usłyszymy to pytanie. – Sądziłam, że na tego typu konkursach, przy takiej liczbie uczestników, będą, choć trochę bardziej ludzcy. Nie liczyłam na ulgę przy odpowiedziach, ale liczyłam na to, że dostanę się, chociaż do pierwszej trójki. – Wysoko mierzyła. – Pytania były strasznie trudne, a to pytanie mnie zabiło; podaj składniki soku wieloskokowego. Popatrzyłem trochę zdziwiony, nazwa mi niewiele powiedziała. Tej drugiej chyba też. - Och… - wzdrygnęła się opowiadająca. – Ten wywar, co waży się miesiąc z włosem osoby, w którą się chcesz zamienić. Pamiętasz, co wtedy Hermiona zamieniła się w kota, czy wiewiórkę, bo pomyliła włosy. Siedzę chwilę zdumiony, nie wiedząc, co powiedzieć, jak zareagować. Oto dwie dorosłe dziewczyny ekscytują się Harrym Portterem. Toczy się właśnie poważna wymiana zdań na temat soku i jego wad, oraz zalet. Czasami nazwy są niemalże naukowe. Na szczęście moje, bo właśnie zaczęły naprawdę straszne brudy wyciągać na zewnętrz, nadchodzi „ćwiczeniowiec”. Mężczyzna lat około dwudziestu pięciu, chudy, z wyłupiastymi oczami zaborczym wdechem i wydechem. Zabójczym sweterkiem wyciętym w serek, z równie odjechaną kratkę. Pustym wzrokiem z krokiem nie mającym nic wspólnego z ludzkim, przemieszcza się zagarniając rękoma powietrze wokół, jakby bojąc się, że ktoś może przed nim mógł tędy przejść zagarnąć w podobny sposób i to powietrze nie byłoby już tym samym. Rzuca na nas tymi swoim czarnymi oczyskami i zasiada za biurkiem lub raczej osiada jak pleśń, grzyb na bardzo dobrym dżemie. Wszystko, co robi natychmiastowo staje się spektaklem. Z przejęciem i rozwagą godną snajpera otwiera teczkę, by wyjąć notatki, kratki z obecnościami. Patrzy czy my patrzymy na niego. My zaś odwzajemniamy to pełne niepokoju spojrzenie, wtedy w kącikach jego ust wykwita uśmiech wyższości, który ja osobiście mam ochotę odcisnąć w betonie, tak mi się podoba. Zaczyna odczytywać nazwiska. Chwila dla publiczności, to był nasz czas, nasze pięć minut, w których ten jedne raz przez całe półtorej godziny na pewno się nie wygłupimy. Zaczyna wykładać. Jego piętnaście minut i salwa pytań po grupie, kto nie przeżyje ten trafia do „nieba”, innymi słowy na konsultacje, niebo owego ćwiczeniowa. Ponoć diabeł tez jak wita u swych bram mówi „witajcie w moim niebie.” Cóż pojęcie względne to niebo. W tej chwili zajęcia dla mnie przestają istnieć. Siedzę i zaczynam zastawiać się nad sobą. Rodzice często kładą mi do mózgownicy, bym nadał swemu życiu większy sens. Kłopot w tym, że nie bardzo mam ochotę na zmianę. Nie chce go zmieniać, bo go lubię, a jak go lubię to nie widzę celowości w inaugurowaniu zmian na „lepsze”. Dla nich każdy z nas, młodych płodów ich lędźwi powinien się już zastanawiać, bogowie wiedzą, nad czym. Więc ja też się zastanawiam, bogowie wiedzą, nad czym. Może nad sensem mego istnienia, metafizycznym mym odpowiednikiem we wszechświecie zamkniętym w ziarnku piasku na mej dłoni. Myśli czasami układają się w sensy niezmierzone, jakby to rzec po poetycku. Czasami wydaje mi się to zwykłym laniem wody na młyn. Filozofia, dzielenie włosa na cztery. Tym ponoć filozofowie różnią się od fryzjerów. Ci drudzy ścinają włosy, ci pierwsi dzielą je na cztery. Więc czasami taka filozofia życia wkrada się w szare życie zwykłych nas i nakazuje nam patrzeć trochę inaczej, widzieć. Patrzenie na świat, a jego widzenie to dwie różne rzeczy. Widzimy głębię naszego ja w chodniku, a patrzymy na siebie w lustrze, nie widząc nic po za nasza rozochoconą, zakłamaną mordą. Upadek homo sapiens, gatunku panów i nadistot, pysznych jednostek, zadufanych w sobie fanatyków i egocentryków. Ogólnie rzecz biorąc nie przepadam za ludźmi. Mają dziwne podejście do życia fizycznego i spraw, jakby to ująć ładnie, metafizycznych. Zadając pytania, na które pozornie nie istnieją odpowiedzi, dochodzą do wniosków zdumiewająco logicznych, opartych na rzeczach z palca wyssanych. Na pytanie czy Bóg istnieje, odpowiedzi są dwie: tak albo nie. Oni nagle wysnuwają z dwa tysiące odpowiedzi, bo tyle lat trwa zagorzała dyskusja, w której nieźle nabałaganił cieśla z Nazaretu, wszystko bardziej komplikując niż było przed. A już tak dobrze im szło. Do takich jak on u mnie w podstawówce wzywano rodziców, a dziecko oddawano do specjalnej szkoły. Pomieszkanie w pokoju bez klamek jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a ilu uspokoiło. Więc jest sobie on ze swoją teoryjką, w której z Boga – tyrana, cudownie przeobraża się Bóg – ojciec, no i jest sobie kupa innych filozofów, którzy jego koncepcję wywracają jak kieszenie w wytartych spodniach, kciukami zakrywając dziury. No a teraz jestem ja. Wszyscyśmy szczęśliwcy utrzymani w jednym poziomie egzystencji. Znaczy oni w swoim czasie ja w swoim i dyskusja między nami taka, że nawet, jeśli jeden na drugiego się zdenerwuje to i tak nikt tego nie poczuje. Mimo tej wzgardy czytam filozofów, bo może któraś z koncepcji będzie moją. Wertuję mozolnie Platona, Sokratesa i resztę kserokopiarek filozofii dwóch pierwszych panów. Może czasami czas najwyższy podejść do tematu dojrzale, jaka jest moja teoria na istnienie tego wszystkiego? Cóż pewnych rzeczy nie zobaczymy, jeśli ich nie nazwiemy. Boga nazwaliśmy już, co najmniej ze sto razy, a nie znam wielu, którzy go widziało. Tak, więc czuję się w kropce, ale wiem, że sporo osób w tym kilku moich znajomych nie zna bliżej tego stanu. Wierzą lub nie i mi przyjedzie się do tego ustosunkować. Bóg. Cóż, nawet bez mojej wiary nie będzie mu to przeszkadzać egzystencji, tak czy siak. Nie lubię jak mnie coś omija, więc wierzę. Chyba. Nie jestem mnichem by wiara była sensem mego istnienia. Gryzmolę, więc na kartce, zdając sobie sprawę, że tak nagle nie znajdę odpowiedzi. W życiu nie chodzi o to by żyć wiecznie, tylko by życie miało sens, taki smaczek na końcu, by śmierć się udławiła jedząc potrawę z twych flaków. Jednym słowem by umierając niczego nie żałować ani przypalonych kapci babci w wieku pięciu lat, ani nocy z prostytutką, w wieku lat czterdziestu, byleby prostytutka była dobra w swym zawodzie. Wtem słyszę pytanie i szturchnięcie, znad biurka. Wzrok mój ląduje najpierw na Kamilu, ale szybko przenosi się na ćwiczeniowca, prawdziwy powód przerwania mego monologu. Więc z tą porażką, z tą pożal się Panie Boże skargą na niesprawiedliwość tego świata, ze swoją bezczelną gębą nieprzeciętną, z małomiasteczkową szarmancją, w tej sytuacji patowej, jakby na to nie patrzeć, wstaję ukazując w pełnej krasie sylwetkę swoją przegraną. On, pan mego być lub nie w tej chwili, pragnie wyciągnąć ze mnie zeznania na temat jak dla mnie intymny, nawet, jeśli właścicielka owej sprawy nie żyła od dobrych trzech wieków. W tym oto momencie, sprawa zyskuje dla mnie kontekst melodramatyczny i zabarwiony tragizmem starożytnych, gdyż w imię uczuć wyższych, moich zagnieżdżonych w okolicy szemranego sumienia, gdzieś pod rudą strzechą wypadających włochów oraz pani królowej, czuję się wybrany do strzeżenia jej tajemnicy, a przynajmniej nie uczestniczenia we zbiorowym akcie negliżowania życia nieszczęsnej kobiety o upodobaniach hedonistycznych. Kobieta nie żyła, z pewnością nie życzyłaby sobie ujawniania swych win komuś, kto doskonale wpisywał się w kanon hieny cmentarnej, a takim kimś był niewątpliwie mój „ćwiczeniowiec”. Mieliśmy tu klasyczny impas. On patrzy wyłupiastymi oczami starając się zagłębić w meandry mej duszy, a udaje mu się jedynie ślizgać po powierzchni mego jestestwa. Brudził przy tym tą taflę swymi niestosownymi, coraz bardziej namolnymi pytaniami o sprawy łóżkowej rzekomej pani. Mój upór zdominowany pustką w mózgownicy zmusza mego dręczyciela do kapitulacji i do odroczenia czasu ostatecznego złamania mego uporu na czas określony z góry w grafiku jego zajęć. Nie powiem wiadomość ta trochę wstrząsnęła wiarą w mój nieprzeciętny fart, zburzyła głęboko zakorzeniony optymizm. Siadam mrucząc pod nosem „no i bardzo dobrze, magistrze Kapuściński”. Z niewzruszoną, spokojną na swój sposób arogancką miną otwieram książkę niejakiego Mariusza Grzebalskiego opiewającej na całe sto sześćdziesiąt osiem stron, w twardej oprawie koloru nadziei, czyli zieleni, pod poetyckim tytułem „Człowiek, który biegnie przez las”, poczynam czytać. Na kolanie, rzecz jasna, muszę skrywać tą szlachetną czynność, która w takich…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kidzia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…