Wróć do katalogu

Zapomniany bohater

Opowiadanie osadzone w universum doskonałej gry Gothic.

kokoner, opublikowano , 1 godz. 5 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nad Nowym obozem wstawał blady świt. W wielkiej grocie było jeszcze ciemno, jednak z jednego z domków znajdującego się w niej, wydobywało się mętne światło. W jego wnętrzu przy stoliku siedział młody mężczyzna, studiujący mapę Górniczej doliny, dokładnie jej południowych, wciąż nie do końca poznanych obszarów. W końcu zwinął ją i schował za szerokim skórzanym pasem, wypił ostatni łyk piwa i wyszedł za próg. Ruszył pewnym krokiem w kierunku wyjścia z groty, w której zalegała niczym niemącona cisza. Minął karczmę, przeszedł przez tamę i gdy przechodził wzdłuż brzegu jeziora, został zaczepiony przez nadchodzącego z naprzeciwka szkodnika. - Gdzie się wybierasz Karlaf? Tam gdzie zwykle? - zagaił chudy mężczyzna ubrany w futrzany pancerz. - Tak - mruknął Karlaf. -To powodzenia i miłej zabawy. Daj znać gdy byś chciał się do nas przyłączyć do zorganizowania zasadzki na konwój do kopalni Gomeza. Najemnik obrzucił go ponurym spojrzeniem. - Powtarzałem już to dziesiątki razy: nie będę brał udziału w waszych gównianych zasadzkach, sam sobie radzę - warknął po czym poszedł w stronę bramy. - Ale ktoś taki by się nam bardzo przydał - powiedział jeszcze nie zrażony szkodnik. Karlaf nic nie odpowiedział, tylko rzucił szkodnikowi gniewne spojrzenie nie zatrzymując się. Po wyjściu z obozu od razu skręcił w prawo, wzdłuż potężnego skalnego urwiska. Następnie wszedł na wąską półkę skalną, prowadzącą w górę na południe. Po przejściu nią kilkudziesięciu metrów, wojownik spojrzał na wschód. Promienie wschodzącego słońca oświetlały pasma górskie okalające dolinę, wierzchołki drzew, oraz spiczaste iglice wieży zamku Starego obozu. Blask poranka padał także na ścianę skalną, po której to półce wędrował najemnik. Nawet jasne światło nowego dnia nie zdołało odjąć jej groźnego i monumentalnego wyglądu. Mały posępny świat witał kolejny dzień, taki sam jak tysiące poprzednich. W pewnym momencie, w oddali, z góry rozległ się cichy pomruk przypominający grzmienie zapowiadające odległą burzę. Jednak na posępnym niebie poprzecinanym postrzępionymi chmurami przebłysła biało niebieska łuna, poruszająca się i rozdzielająca na przypominające pioruny wstęgi energii, które rozdzielały się i łączyły z powrotem. Magiczna bariera, niedająca o sobie zapomnieć granica między Górniczą doliną a resztą świata, była tu nieodłącznym elementem krajobrazu. Nie zawsze była widoczna, ale pojawiała się dosyć często przypominając mieszkającym pod nią ludziom o tym, że żyją w największym więzieniu na świecie. Karlaf ruszył dalej ku górze. Był to wysoki, potężnie zbudowany człowiek, sprawiający wrażenie bez przerwy gotowego do ataku lub obrony. Jedno spojrzenie wystarczało by uświadomić sobie, że w jego ciele drzemie niespotykana u większości ludzi siła. Na jego twarzy był jedynie lekki zarost, lecz ciemne włosy na głowie były długie i powiewały lekko na porannym wietrze. Lico najemnika było niby wyciosane w kości słoniowej; szerokie czoło i szczęka, prosty długi nos i głęboko osadzone szare oczy nadawały młodzieńcowi dumny, a zarazem posępny wygląd. Ubrany był w pancerz, jakiego nie nosił nikt inny pod barierą. Częściowo skórzany, pokryty futrem cieniostwora, częściowo ćwiekowany. Na przedramionach znajdowały się masywne ciemnobrązowe karwasze wysadzane żelaznymi ćwiekami, a tu i ówdzie spod skóry i futra na ramionach i nogach widać było stalowe płytki różnych rozmiarów. Na nogach miał wysokie skórzane buty sięgające do kolan oraz długie skórzane spodnie. Przy pasie pod lewą ręką wisiał szeroki miecz półtoraręczny, po lewej zaś długi sztylet i kołczan na strzały do długiego cisowego łuku wiszącego mu na plecach. Zza cholewy prawego buta wystawała rękojeść drugiego sztyletu. Karlaf pochodził z Nordmaru. Urodził się w północno-zachodniej części tej krainy, gdzie bardzo często miejscowa ludność ścierała się z mniejszymi lub większymi hordami orków. Pomimo tego że Nordmar był częścią królestwa Myrtany, lud Karlafa był prawdę mówiąc barbarzyński. Sprawy innych klanów Nordmaru, a tym bardziej odległej Myrtany nie interesowały żyjącego w surowej dziczy ludu Karlafa, odseparowanego wąskimi przełęczami i górami, które pokrywał wiecznie śnieg. Urodzonemu w mroźnej i bezlitosnej krainie Karlafowi od pierwszych dni groziła śmierć, czy to z głodu, z powodu choroby lub od dzikich zwierząt. Zaczął polować kiedy nie ukończył jeszcze ośmiu wiosen, a walczyć z Orkami gdy miał ich trzynaście. Był oczywiście człowiekiem, lecz człowiekiem nieskażonym wpływem cywilizacji. Jego zmyły pozostały nie gorsze od tych jakie posiadają wilki i inne drapieżniki, wyostrzone podczas niemal codziennych i całodziennych polowań w ośnieżonych puszczach i górach. Siła rosła wraz z hartem jego ducha i ilością zabijanych stworzeń; zwierząt, orków a także wrogich ludzi. Naturalny dla każdego człowieka rozum szedł w parze z niemal zwierzęcym instynktem i w pełni zwierzęco ostrymi zmysłami. Taki był Karlaf i jego szczep. Jednak pewnego dnia Orkowie zorganizowali nie zwykły wypad, lecz prawdziwą inwazję i po kilku miesiącach niewiarygodnie krwawych walk dzicy Nordmarczycy zostali zepchnięci dalej na południe i tam walczyli już ramię w ramię z innymi nordmarskimi klanami. Młody Karlaf, który miał ledwo osiemnaście lat, również walczył przeciwko zielonoskórym najeźdźcom. W końcu doszedł do końca półki i wszedł między dużymi głazami po lewej, a urwiskiem po prawej na ledwie widoczną ścieżkę, po której obu stronach rosła trawa i niskie krzewy. Szedł niewielkim wąwozem, skręcającym na południowy wschód, po czym znalazł się na otwartej przestrzeni, gdzie prócz trawy rosły kolczaste krzewy i pojedyncze drzewa o sękatych konarach. Szedł nie wydając dźwięku głośniejszego niż stąpanie kota i cały czas nasłuchiwał, lecz w tej okolicy z żyjących stworzeń jedynie wrony dawały sobie znać swoim posępnym krakaniem, tak jak w wielu miejscach w Górniczej dolinie. Karlaf znajdował się już na terytorium orków, a przynajmniej ludzie uważali że te okolice należą do tych istot. Jednak Orkowie bardzo rzadko zapuszczali się w w tę okolicę, podobnie jak ludzie, ze względu na pewien grobowiec, który uważano za przeklęty. Przechodząc koło niego, Nordmarzyk obrzucił go tylko spojrzeniem wyrażającym ponurą ciekawość i nie zatrzymał się przy nim. Wejście do grobowca miało kształt wąskiej skały z wyrzeźbionym przez naturę lub dawnych budowniczych wysokim otworem. Przed wejściem znajdował się duży kamień, będący zapewne niegdyś ołtarzem. Wokół leżały obeliski, które stanowiły część jakiejś kamiennej konstrukcji, która zachowała się częściowo w postaci jednego podłużnego kamienia, leżącego na pionowo stojących takich samych obeliskach. Nikt po barierą nie wiedział, kto zbudował grobowiec ani kogo w nim chowano oraz do czego służył ołtarz. Karlaf również tego nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Nie wyruszył w podróż by plądrować kurhany. Dla większości ludzi Kolonia górnicza była niebezpiecznym miejscem pełnym zagrożeń na każdym kroku. Jednak Karlaf czuł się tutaj niemal jak na wakacjach. Kraina była nieporównywalnie łagodniejsza i zasobniejsza w zwierzynę niż jego ojczyzna. W krótkim czasie przemierzył większość doliny, polując w lasach na co tylko się dało i prowadząc koczowniczy tryb życia, nie mogąc długo usiedzieć w jednym miejscu. Nie zadawał się z ludźmi ze wszystkich obozów, gardził nimi uważając za słabych i podłych. Nie rozumiał ich uwielbienia dla cywilizacji. Mimo że byli kryminalistami, stworzyli społeczności, z którymi Karlaf nie chciał się zasymilować. Wolał polować oraz walczyć. Napadał na karawany zmierzające do Starej kopalni i na plac wymian oraz członków Bractwa, by potem odurzać się ich bagiennym zielem. Jednak w końcu zapragnął walczyć z coraz to silniejszymi przeciwnikami gdyż, jak uważał, jego zmysły i siła były zbyt potężne na zwykłe wilki czy ścierwojady. Udawał się więc na ziemie orków by ich zabijać, skradać się i ustrzeliwując jednego po drugim lub po prostu siać śmierć swym ostrzem w nagłym bezpośrednim ataku. Po krwawych walkach w Nordmarze doskonale znał się na walce z Orkami, ponadto ci z Khorinis byli znacznie mniej sprytni niż ich krewniacy z kontynentu. Karlaf przystał do Nowego obozu, gdyż Gomez urządził na niego wielką obławę. Nieustraszony Nordmarczyk jednak umiejętnie skrywał się w lasach, będąc dla strażników niemal duchem, który atakował z zaskoczenia i nigdy nie dał się złapać ani poważnie zranić. Miał zatarg również z Obozem na bagnie. Cor Kalom wysłał przeciw niemu pół tuzina najlepszych strażników świątynnych uzbrojonych w miecze dwuręczne i opancerzonych w ciężkie stalowe zbroje. Żadnemu z nich to nie pomogło, ponieważ dwóch barbarzyńca ustrzelił z łuku, a pozostałą czwórkę zabił w otwartej walce. Pewnego dnia poznał kilku szkodników, którzy również pochodzili z Nordmaru i którzy namówili go do zamieszkania w ich obozie. Przekonywali go, że razem dadzą radę coraz silniej strzeżonym konwojom Starego obozu i zapalili w nim słabą nadzieję na ucieczkę według planu magów wody. Jednak tak naprawdę spodobała mu się obszerna grota i ryżówka, która była dostępna w dużych ilościach, a także nie irytowały go żadne okrzyki tropiących go strażników. Pomimo tego w Nowym obozie i tak nie przebywał często. Codziennie chodził polować lub po prostu siedzieć z daleka od ludzi, do których wciąż miał dystans. Co kilka miesięcy udawał się polować na orków i na zwierzęta zamieszkujące ich tereny. Tym razem jednak zamierzał pójść o wiele dalej, jak najdalej, na nie narysowane na mapach obszary doliny. Kierowała nim wrodzona ciekawość świata, a to w połączeniu z jego odwagą, umiejętnościami i pewnością siebie sprawiało, że nie wahał się z podjęciem tak ryzykownej decyzji.

Minął więc kurhan i poszedł dalej na wschód. Wkrótce znalazł się w jeszcze bardziej posępnym miejscu. W jałowym lesie panował osobliwy półmrok. Sękate drzewa nie miały liści, sprawiały wrażenie jakby uschłych, pozbawionych wody od wielu lat, mimo że w tej części Kolonii panował taki sam klimat jak w każdym innym jej zakątku. Ziemia usłana była starą ściółką leśną, a raczej jej pozostałościami, głównie starymi dawno opadłymi liśćmi i szyszkami.

***

Wchodząc do tego lasu Karlaf zwiększył czujność. Mogli być w nim jacyś orkowi myśliwi, którzy przychodzili tu polować dosyć często. W pewnej chwili usłyszał cichy chrzęst starego listowia. W mgnieniu oka skrył się bezszelestnie za jednym z drzew. Wyciągnął łuk i nałożył strzałę na cięciwę. Słyszał, że coś zbliża się w jego stronę. Był gotowy do błyskawicznego działania, niczym cieniostwór, czekający w zasadzce na niczego nie spodziewającą się ofiarę. Gdy uznał że to coś, Ork czy jakiś zwierz, jest już dostatecznie blisko, by wymierzyć jeden skuteczny śmiertelny strzał, wychylną błyskawicznie zza drzewa i napiął łuk do strzału. Lecz nie strzelił. Ujrzał przed sobą coś zupełnie innego, niż się spodziewał spotkać w tej dziczy. Stał przed nim młody człowiek średniego wzrostu, o szerokich barach. Głowę miał ogoloną na łyso, a jego okrągłą twarz pokrywały dziwne tatuaże, przedstawiające jakieś dziwne symbole czy napisy w niezrozumiałym dla Karlafa alfabecie. Liczne podobnie wytatuowane wizerunki miał również na swojej szerokiej piersi. Jego jedynym ubraniem była długa żółta przepaska i rzemieniowe sandały. Przy pasie nosił pałkę nabijaną żelaznymi kolcami. Nordmarczyk od razu poznał, że to nowicjusz z obozu na bagnie. Jego wyostrzone zmysły, żelazne nerwy, a przede wszystkim niezawodny instynkt nie pozwoliły mu strzelić od razu, lecz jeszcze upewnić się że wie do czego mierzy. Zwykły człowiek pewnie dałby się ponieść niepokojowi i wypuścić strzałę natychmiast. Nowicjusz stał przestraszony z wybałuszonymi oczyma, zaciskając pięści. Karlaf patrzył na niego, wciąż celując strzałą w jego serce. Twarz miał ponurą i groźną, ale w jego oczach tliło się zdziwienie. - Co tutaj robisz? - zapytał dociekliwie. Nowicjusz otworzył usta i miał już coś odpowiedzieć, zapewne jąkając się ze strachu, gdy nagle spośród drzew, kilkanaście metrów po jego lewej zerwał się silny wiatr. Porwał do góry liście i pędził wyraźnie w stronę barbarzyńcy. Nie było to naturalne zjawisko. Wiatr przypominał duży strumień, jakby ktoś go uformował i wystrzelił niczym pocisk. Otaczała go też dziwna zielonkawa otoczka, jak gdyby dym. Oszołomiony Karlaf nie zdążył odskoczyć przed pędzącym z wielką prędkością żywiołem. Wiatr oderwał go od ziemi na metr i cisnął z wielką siłą o skałę. Nordmarczyk upadł na ściółkę i po chwili zaćmy wstał chwiejąc się. Jego potężne ciało dzięki stalowym mięśniom, będącym dla niego niczym pancerz, nie odniosło dużych szkód, jakie uderzenie to mogłoby wyrządzić organizmowi kogoś delikatniejszego. Usłyszał jak gdyby z oddali stłumiony wrzask. - To on! Bierz go, tylko nie zabijaj - krzyknął nieznajomy głos. Młody wojownik wrócił do siebie w samą porę, gdy zza drzew wybiegł inny łysy mężczyzna, mający na sobie błękitną zbroję składającą się ze stalowego pancerza, karwaszy i długich naramienników. Od pasa w dół nosił przepaskę podobną do tej nowicjusza, a stopy, piszczele i łydki osłonięte były przez również błękitne stalowe buty oraz nagolenniki. Jego surowa twarz także ozdobiona była tatuażami. Biegł na Karlafa z obnażonym mieczem dwuręcznym. Nordmarczyk odzyskał jasne myślenie, wyciągnął swój miecz i odskoczył parując cios napastnika. Krążyli wokół siebie, obserwując bacznie swoje ruchy. W jednym momencie natarli na siebie z płonącymi oczami. Karlaf atakował wściekle, pewny swojej siły i wytrzymałości, wymierzając potężne ciosy na lewo i prawo. Wojownik w stalowej zbroi po kilku atakach zaczął się cofać, umiejętnie parując ciosy swym wielkim mieczem. Zakładał, że przeciwnik szybko się zmęczy, a on wtedy wykona kontratak. Lecz łowca orków wydawał się niezmordowany. Z dzikim uśmiechem wciąż nacierał, przybliżając swojego wroga do ściany skalnej. Cofający się wojownik mógł się skupić tylko na obronie, ale wkrótce on sam zaczął odczuwać zmęczenie, chociaż wciąż dzięki swojemu ,zapewne wieloletniemu, doświadczeniu i wyszkoleniu nie pozwalał Karlafowi na powalenie go, wprawiając młodego wojownika we wściekłość. W pewnej chwili wykonał unik i znalazł się prawie za plecami Nordmarczyka. Ten szybko się odwrócił i wykonał blok, lecz nieco spóźniony. Zdołał zatrzymać zamaszysty cios wielkim ostrzem tuż przy swoim barku, lecz uderzenie było na tyle silne by wytrącić go z równowagi. Łysy wojownik natychmiast kopnął go z całej swej siły zakutą w stal stopą w brzuch. Karlaf upadł nie wypuszczając swego ostrza z dłoni, a jego twarz wykrzywił na moment bolesny grymas. Po takim kopniaku, rzadko który człowiek mógłby wstać o własnych siłach przez następne tygodnie, lecz Nordmarczyk nieoczekiwanie przetoczył się, zerwał na równe nogi z szybkością pantery i ponownie natarł na wroga. Uderzał z jeszcze większą furią niż przedtem, twarz zrobiła mu się czerwona od gniewu i przypominała oblicze nie człowieka, lecz w tym momencie bardziej ogra. Jego przeciwnik bronił się już desperacko ostatkiem sił. Próbował skontrować cios, lecz na to tylko czekał Karlał. Uniknął ciosu z góry, zbliżył się dramatycznie blisko do zmęczonego wojownika i wymierzył mu potężny cios łokciem prosto w nos. Ogłuszony przeciwnik wypuścił miecz z ręki i upadł na ziemię, lecz nie stracił przytomności. Nordmarczyk stanął nad nim i uniósł miecz by zadać ostatni coś, gdy nagle ogarnęła go dziwna nagła senność. Zobaczył cienie przed oczami i jego nogi zaczęły się uginać, opuścił nieco ostrze, lecz po chwili znów uniósł je do ciosu. - Mistrzu Gorusie, sam nie dam rady, proszę mi pomóc, szybko! - zza pleców Karlafa odezwał się nerwowy głos. Barbarzyńca, na wpół zamroczony, zaczął kiwająco się odwracać, gdy uczucie senności jeszcze bardziej się nasiliło. Walczył z nim z całych sił, lecz z każdą chwilą słaniał się ze snu. W końcu opadł na ziemię, a jego zmysły zasłonił mrok i Karlaf pogrążył się w ciemnych otchłaniach niezbadanych przestrzeni.

W małej komnacie wyłożonej gładkimi płytami z granitu panował gęsty półmrok, który nie był nieprzeniknionymi ciemnościami dzięki jakiemuś niezidentyfikowanemu źródłu matowego światła. Karlaf wstał z podłogi i rozejrzał się mrużąc oczy. W komnacie nie było nic, więc Nordmarczyk ruszył wąskim korytarzem prowadzącym z komnaty. Panował w nim gęsty mrok, lecz prowadził prosto. Po dłuższej chwili dotarł do wyjścia korytarza, a ciemność ustąpiła miejsca półmrokowi. Teraz miał przed sobą dwie drogi: kolejny korytarz po prawej, prowadzący łagodnie go góry, lub kręte schody na dół. Barbarzyńca wybrał schody, jakby posłuchał jakiejś nieznajomej obcej woli. Schodził ostrożnie, bacznie wyczekując nagłego ataku, który mógł nadejść w każdej chwili. Nie wiedział gdzie jest, nigdy nie był w podobnym miejscu. Było dla niego przygnębiające i zimne, ale co najgorsze, nieznane. Po zejściu ze schodów, znalazł się w kolejnym korytarzu. Ten był większy od poprzedniego i również prowadził prosto naprzód. Po kilkunastu krokach Karlaf stanął u jego końca, gdzie znajdowały się trzy kamienne drzwi. Były duże i masywne, a na kamieniach, z których były zbudowane, widniały ledwo widoczne w mroku inskrypcje, których Karlaf odczytać ani rozpoznać nie potrafił. Jedne wrota były na samym końcu korytarza, a dwa pozostałe tuż przy tych pierwszych, znajdowały się przy bocznych ścianach, na przeciw siebie. Młodzieniec nie mógł otworzyć drzwi po obu stronach korytarza, lecz te u jego końca były uchylone. Przeszedł przez nie czujnie jak tylko mógł, lecz po rozejrzeniu się w nowym pomieszczeniu, znów nie dostrzegł ani nie wyczuł żywej duszy. Znalazł się w czworobocznej komnacie, większej od tej w której się obudził. Na ścianie przed nim widniał niewyraźny namalowany białą farbą wizerunek jakiejś ludzkiej postaci, albo postaci, która przypominała człowieka. Na środku pomieszczenia znajdował się granitowy ołtarz, o powierzchni czarnej i nieprzeniknionej jak tafla niezmąconego jeziora w bezgwiezdną noc. Miał kształt prostopadłościanu i przy każdym z jego kątów wznosiła się ponad dwumetrowa smukła kolumna, na której znajdowała się granitowa figurka. Figurki przedstawiały dziwne, paskudne istoty, ni to ludzi, ni gady. Wyrzeźbione były w pozycji siedzącej i skulonej, a ich dziwaczne, odrażające twarze wykrzywiał szyderczy uśmiech, pełen chorej nienawiści. Za ołtarzem stał dużych rozmiarów kanciasty tron, wznoszący się na czarnym szerokim postumencie. Tron miał taki sam kolor, lecz jego boczne ściany były białe. Komnata była oświetlona przez dziwne kryształy przytwierdzone do każdego kąta jej sufitu. Dwa kryształy wydzielały zielone światło, dwa pozostałe niebieskie. Razem tworzyły upiorną, złowrogą poświatę, a komnata była jeszcze bardziej tajemnicza i groźna niż byłaby w zwykłym półmroku. Na tronie ktoś siedział. Jego postać ukryta była pod długą brązową szatą z wielkim kapturem zarzuconym na głowę. Karlaf przyjrzał mu się uważniej. Nagle po jego ciele przebiegł dreszcz. Jedyną widoczną częścią jego ciała były palce u rąk. Ale nie były to palce należące do człowieka. Były długie i zielone, zakończone zakrzywionymi szponami. Na ten widok Karlaf sięgnął po miecz. Cokolwiek siedziało na tronie nie było ludzką istotą i prawie na pewno było wrogie w stosunku do niego. Wyciągnął broń, lecz czekał, jakby na ruch tajemniczej istoty. Ta siedziała niewzruszona, lecz po chwili wstała i uniosła ręce. Opadające szerokie rękawy obnażyły wielkich rozmiarów zielone łapska, a spod kaptura błysnęły zielonym ogniem wąskie ślepia. Z gardła obcej postaci wydobył się demoniczny przerażający bulgot, jakby coś mówiła w sobie znanym języku. Zza pleców Karlafa zaczął dobiegać tupot przynajmniej pół tuzina stóp. Instynktownie rzucił się naprzód z uniesionym ostrzem, lecz gdy już miał uderzyć, nagle wszystko ucichło, a jego otoczyło przenikliwe ostre białe światło.

***

Ocknął się gwałtownie i poderwał do skoku, jednak mimo swojej niespotykanej krzepy nie zerwał pętających go grubych sznurów. Oszołomiony omiótł wzrokiem miejsce, w którym się znajdował. Siedział, oparty o skałę, w niewielkiej pustej grocie. Nie widział, co znajduje się za wyjściem z niej, gdyż tunel jaskini skręcał w lewo, a Karlaf nie mógł wstać by zajrzeć za zakręt. Siłował się z linami, lecz był nimi bardzo mocno i ciasno związany. Nie miał pod ręką też niczego, czym mógłby je przeciąć. Postanowił czekać na dalszy rozwój wypadków. Myślał o swoim śnie, który był nad wyraz rzeczywisty. Jako barbarzyńca czuł większy lęk do magii niż cywilizowani ludzie, którzy byli z nią dosyć obyci. Jego lud mierzył się z czarami orkowych szamanów, które dawały orkom wielkie wsparcie. Jednak to czego doświadczył w swym koszmarze wydało mu się jeszcze bardziej mroczne i groźne. Do jaskini wszedł wysoki, chudy człowiek ubrany w brudnożółtą szatę i szeroki brązowy pas na biodrach. Na dolnej części szaty widniały dziwne duże znaki koloru zielonego. Podobne, lecz mniejsze czarne symbole, zapewne jakieś runy, ozdabiały szeroki kołnierz odzienia nieznajomego. Wyglądał na nieco podstarzałego o ostrych rysach twarzy i długim spiczastym nosie. Głowę miał ogoloną, a na twarzy i czole widniały symetryczne tajemnicze tatuaże. Stanął nad Nordmarczykiem i spojrzał na niego. Na twarzy pojawił mu się złośliwy uśmiech. - Wreszcie cię dorwaliśmy – rzekł - Dzikusie, myślałeś, że daliśmy sobie spokój i że nasz przestraszyłeś? Karlaf rzucił mu ponure spojrzenie spode łba. - Co prawda nie po to tu przybyliśmy - ciągnął obcy - Ale Y'Berion będzie podwójnie uradowany. Całe bractwo będzie świętować i śmiać się, gdy przywleczemy cię do obozu i puścimy na golasa w bagno. Zobaczymy, czy taki wielki wojownik poradzi sobie z wężem błotnym, uzbrojony tylko w gołe pięści i zęby - szydził. Karlaf nie odpowiedział. Siedział rozgniewany, lecz w tej chwili bezradny. Nie dał się sprowokować dręczycielowi. Od razu rozpoznał kim on jest. Był to Baal Gorus, jeden z guru sekty na bagnie. Cała ta społeczność nie cierpiała Nordmarczyka. Uprzykrzał jej życie napadami na jej członków handlujących bagiennym zielem i pozostawał nieuchwytny. Mimo, że zaprzestał tego i nikt nie widział go nawet w okolicach bagien od ponad pół roku, to chęć ukarania go nie zmalała. - Cóż, wy barbarzyńcy nie jesteście zbyt skorzy do rozmowy, a może do tego stopnia jesteś prymitywny, że nawet nie wiesz co do ciebie mówię? - Zadrwił Gorus - Pognijesz sobie tutaj jeszcze przez noc, a o świcie wyruszysz z nami do obozu, by zapłacić za zbrodnie przeciw Śniącemu. Zostawię na straży jednego z moich uczniów, tego którego chciałeś zabić. - Cadar - zawołał Gorus - przypilnuj bandyty, z zachodem zmieni cię na warcie Cor Darom. Baal odwrócił się i wyszedł, a po chwili w jaskini znalazł się ten sam chłopak, do którego Karlaf mierzył z łuku w lesie. Stanął kilka kroków od wojownika. Mimo że uwięziony, wciąż wzbudzał lęk w sercu nowicjusza. Ten popatrzył na niego przez dłuższą chwilę, lecz napotkawszy głębokie nieodgadnione spojrzenie Nordmarczyka, odwrócił wzrok i stanął na straży, mową ciała zdradzając duże zdenerwowanie. Po godzinie lekka senność zaczęła ogarniać wartownika. Mrużył oczy, gdy zza wyjścia z jaskini zaczął dobiegać hałas. Dziki, charczący zwierzęcy wrzask wzbił się w powietrze, a po chwili towarzyszył mu straszliwy wrzask człowieka, jakby obdzieranego ze skóry. Zaskoczony Cadar wyjrzał z jaskini, a jego twarz przybrała kolor popiołu. Na zewnątrz ujrzał straszną scenę. Cztery duże krępe brązowe bestie, przypominające wilki, ale przerastające je wzrostem, atakowały dwóch nowicjuszy i strażnika świątynnego. Obrońcy bronili się desperacko, próbując wycofać się do jaskini, lecz paskudne bestie nie ustępowały. Jednym potężnym ciosem strażnik powalił stwora, rozpłatając mu jego wstrętny łeb. W tej samej chwili skoczył na niego inny warg (bo tak te stworzenia się nazywały) i wbił kły w twarz wojownika. Na ten widok dwóch nowicjuszy do reszty spanikowało i rzuciło się do ucieczki w stronę groty. Jednemu zaszedł drogę warg i skoczył członkowi bractwa do gardła. Drugi pokonał nieco większy dystans, ale przewrócił się tuż przed wejściem. Gdy próbował się poderwać coś szarpnęło jego nogę i pociągnęło go do tyłu. Wyjący z bólu, przerażony nowicjusz nie mógł przezwyciężyć siły bestii, wbijając rozpaczliwie palce w ziemię szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia , podczas gdy ona odciągała go od jaskini. Spazmatyczne dreszcze wstrząsnęły Cadarem, który patrzył na tę rzeź jak na jakiś nierealny koszmar senny. - Uwolnij mnie! - krzyknął Karlaf, który w już od pierwszych chwil pojął co się dzieje - Jeśli chcesz przeżyć, zrób to. Oniemiały nowicjusz spojrzał na niego, jak gdyby wzrokiem ślepca. Wargi zajęte były rozszarpywaniem ciał zabitych, lecz po dłuższej chwili dwa z nich skierowały się w stronę jaskini. Nie widziały Cadara, ponieważ w grocie panował półmrok a on już nie stał przy wejściu lecz nasłuchiwał. - Szybko, jeśli chcesz żyć! - krzyknął jeszcze raz Karlaf. Cadar podszedł do wojownika i drżącą dłonią zaczął rozcinać więzy. Przeciął ostatni, gdy do jaskini wpadł stwór, a za nim następny. Nowicjusz przywarł do ściany na końcu groty, a włochata bestia skoczyła na Nordmarczyka. Ten zerwał się na równe nogi w ułamku sekundy i zatrzymał potworne szczęki tuż przy gardle swoimi dłońmi. Zachwiał się pod wpływem natarcia warga, lecz nie stracił równowagi. Jego żelazne palce obu dłoni trzymały rozwarty pysk warga, nie pozwalając mu się zamknąć, mimo że w szczękach tych zwierząt znajdowała się ogromna siła. Następnie Karlaf rozwarł szczękę jeszcze bardziej, aż dał się słyszeć nieprzyjemny chrzęst, a zwierz zadygotał konwulsyjnie na całym ciele i żałośnie jęknął. Bez namysłu barbarzyńca uniósł ścierwo i cisnął nim w drugiego drapieżnika. W mgnieniu oka skoczył naprzód, podniósł z ziemi duży kamień i rzucił się na warga, nim ten otrząsnął się po wylądowaniu na nim cielska jego pobratymca. Karlaf przewrócił go kopniakiem, przycisnął kolanem i z całej siły cisnął kamieniem w łeb stwora, z którego po tym ciosie została się krwawa miazga. Krew i mózg zbryzgały ziemię w promieniu metra od zmiażdżonej głowy. Na zewnątrz wciąż żerował jeszcze jeden stwór. Karlaf wziął od wciąż zdjętego strachem Cadara jego nabijaną kolcami pałkę i wybiegł z jaskini, ruszając w stronę ostatniego warga. Drapieżnik miał już skoczyć, lecz Nordmarczyk podbiegł do niego z szybkością porywistego wiatru i kopnął go w pierś tak, że ten uniósł się na dwóch tylnych łapach, by po chwili przyjąć ostateczny potężny cios w grzbiet, który pękł jak sucha gałąź z głośnym gruchnięciem. - Jest już bezpiecznie - powiedział Karlaf - Możesz wyjść. Cadar wyszedł cały spięty i wystraszony. Znajdowali się w małej okrągłej kotlince, otoczonej dwumetrową półką skalną. Wyjście z niej stanowił wąski wąwóz, skręcający łukiem w lewo. Na środku kotlinki paliło się ognisko, przy którym leżały trzy drewniane belki i dwa pniaki. Wokół nich leżały zwłoki zabitych. Na ich widok Cadar znów pobladł i wytrzeszczył oczy. Strażnik świątynny zamiast twarzy miał krwawą maskę; skóra była z niej zupełnie zdarta, a niemal całe mięso odgryzione do kości. Ciała dwóch nowicjuszy zupełnie zmasakrowane, niemal rozerwane na strzępy, z wyprutymi flakami, przegryzionymi gardłami i śladami kłów i pazurów leżały w nienaturalnych powykrzywianych pozach. Cadar zwymiotował, potem usiadł na ziemi i zaczął płakać. - Znałem ich od prawie samego początku, gdy tu trafiłem - szlochał jak małe dziecko - Jak to się stało? I co teraz będzie ze mną? - Po pierwsze przestań jęczeć - warknął Karlaf - Ciesz się że przeżyłeś. - Mam się cieszyć? Moi koledzy zginęli, słyszałem ich krzyki, nie mogłem im pomóc. Żeby przeżyć musiałem uwolnić ciebie! Teraz chcesz mnie zabić? - A dlaczego miałbym to robić? Gdybym tak chciał, to już byś był martwy z chwilą gdy wyskoczyłem zza drzewa, ale nie byłeś tym na czego upolowaniu mi zależało. Nowicjusz przestał płakać. Otarł dłonią łzy. - Ale gdy Baal Gorus tu wróci i zobaczy co się stało, będzie po mnie - powiedział przygnębiony - Jak mu wytłumaczę że zniknąłeś? On od razu się domyśli, że uratowałem swoją skórę uwalniając ciebie i to mnie zjedzą błotne węże - to mówiąc skulił się jeszcze bardziej i schował twarz w dłoniach. - To nie mój problem - odparł Karlaf - musisz coś wymyślić, na mnie już czas. Niezbyt spodobała mi się gościna u was. Gdzie moja broń? - Tam leży pod ścianą - Cadar wskazał dłonią. Nordmarczyk wziął swój miecz, łuk, kołczan ze strzałami, nóż, sztylet i torbę z innym wyposażeniem. - Masz coś do jedzenia? - Tak, przeważnie chleb, wodę i mięso - Cadar wstał i podał Karlafowi leżący obok pniaka worek. Barbarzyńca usiadł przy ognisku i zaczął jeść. Z resztą pora już była na wczesną kolację. Krwawe słońce widniało już nisko nad łańcuchami górskimi na zachodzie, a długie cienie otulały większość doliny, w tym małą kotlinkę rozjaśnianą płomieniami ogniska. - Nie zjawią się następne wargi? - zapytał z niepokojem Cadar. - Mogą tu przyjść - odparł Karlaf, obgryzając łapczywie udziec kretoszczura - Gdy się zjawią, zanim stąd odejdę, poradzę sobie z nimi. W końcu po takie atrakcje przyszedłem na te tereny. Cadar zdumiał się na te słowa. Popatrzył na Nordmarczyka. Nigdy nie widział równie rosłego człowieka. W świetle ogniska, siedzący ze skrzyżowanymi nogami długowłosy wojownik, wyglądał jak archetyp dzikiego człowieka północnych pustkowi. - Potrafisz walczyć - powiedział po dłuższej chwili nowicjusz - Naprawdę potrafisz walczyć. - Jak widać - odparł Karlaf - każdy musi coś potrafić - A ty co umiesz? - Czarować. Przed wylądowaniem za barierą byłem pomocnikiem w sklepie alchemika i trenowałem magię wody. Ale pewnego dnia stało się nieszczęście. Pomyliłem się w doborze składników podczas warzenia mikstury, którą potem sprzedałem klientowi. Znaleziono go martwego pod płotem tego samego dnia. Nie miał obrażeń na ciele, więc posądzono mnie o otrucie. Ze wszystkich obozów najbardziej spodobał mi się obóz na bagnie. Najpierw traktowałem to jako łatwy sposób na przeżycie, ale z czasem przekonały mnie nauki guru i zostałem nowicjuszem, uczniem Baal Gorusa i znów szkoliłem swoje magiczne umiejętności. Wciąż nie jestem dość dobry, ale robię postępy. Na wspomnie magii Karlaf zwrócił twarz w stronę Cadara. - Co mi się stało wtedy w lesie, gdy stałem nad tym strażnikiem?- spytał - To byłem ja - odparł Cadar, który na to pytanie znów zaczął się denerwować - Gdy już wznosiłeś miecz, próbowałem Cię uśpić zaklęciem, ale byłeś bardzo odporny. Zwykle bez problemu udaje mi się to zaklęcie na innych nowicjuszach, ale ty złamałeś mój czar! Dopiero Baal Gorus zdołał cię zaczarować, a i jemu przyszło to z trudem. Nie wiem czemu okazałeś się tak odporny. Kiedyś słyszałem że ludzie dzicy, o mniej rozwiniętej kulturze są odporni na zaklęcia umysłu, bo nie wierzą i nie boją się tego, że ktoś może ich kontrolować, podczas gdy cywilizowane ludy czują ogólnie taką obawę. - Nie wiem, być może tak jest - odparł skwapliwie Karlaf, zabierając się za trzeci kawał mięsa, zagryzając go kromką chleba. - A ty za co tutaj trafiłeś? - zapytał zaciekawiony Cadar. - Za zabicie myrtańskiego oficera – czując, że ta odpowiedź nie w pełni satysfakcjonuje nowicjusza, ciągnął dalej by uniknąć zapytania "A czemu to zrobiłeś?" - Walczyłem z Orkami, wcielony do armii królewskiej w Nordmarze. Naszym nordmarskm oddziałem, po śmierci oficera pochodzącego z jednego z klanów, dowodził Myrtańczyk. Karierowicz i nieudolny dureń. Wysłał nas do ataku na orkowy fort, z pełnym garnizonem i idealnie ulokowanym. Nie chciał czekać na posiłki. Żył szalonym marzeniem o zdobyciu fortu mniejszymi siłami, dowodząc samodzielnie. Wszyscy z jego podwładnych wiedzieli, że to będzie rzeź. Ze szturmu przeżyłem tylko ja. Mój starszy brat który walczył ze mną ramię w ramię, zmarł od ran niedługo po powrocie do obozu. Dowódca zaczął obwiniać nas o tchórzostwo i nieudolność, wcale nie przejmował się losem zabitych żołnierzy. Puściły mi nerwy i wbiłem mu sztylet w jego tłusty bęben, a potem zadałem kolejnych dwanaście ciosów. Powaliła mnie jego straż. Nie zostałem powieszony tylko za swoje zasługi na froncie. Prawdę mówiąc, przysłużyłem się armii królewskiej. Grubasa zastąpił inny, tym razem kompetentny…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych