Zbrodnia i... nieoczekiwana zmiana miejsc
Nowy dom wybudowany na ruinach starego dworu, w którym popełniono morderstwo.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zbrodnia i ... nieoczekiwana zmiana miejsc
Ojciec wparował do mojego pokoju i najwyraźniej miał jakąś sprawę nie cierpiącą zwłoki. Czyżby w ramach świętowania zakończenia roku szkolnego chciał mnie czymś uszczęśliwić? Bo rzeczywiście wyglądał teraz, jakby co najmniej odkrył jakiś skarb. Już się boję.
- Dagmara, musimy porozmawiać. - Nie mam teraz czasu. Właśnie wychodzę do Kingi. Musimy uczcić zakończenie roku szkolnego. - odpowiedziałam mu zajęta wybieraniem odpowiedniej garderoby. - Zaraz pójdziesz, ale najpierw chcę ci coś powiedzieć. - nie dawał za wygraną. - Tylko szybko, umówiłyśmy się o siódmej. Mam godzinę. - Dobrze, usiądź. Pamiętasz jak ci mówiłem, że jest do sprzedania ładna działka? Kupiłem ją. Stoi tam dosyć ładny, mały domek, okolica jest bardzo przyjemna, dosyć duży ogród. Przeprowadzimy się na początku wakacji. - z każdym jego kolejnym zdaniem mina mi rzedła i w końcu na twarzy malował mi się wyraz totalnego szoku. - Jak mogłeś!? - wykrzyknęłam. - Dlaczego nawet nie zapytałeś mnie o zdanie? - Przecież ci o tym mówiłem. Powiedziałaś, żebym robił, co uważam za słuszne. - Bo myślałam, że ta transakcja nigdy nie dojdzie do skutku. Zawsze chciałeś kupić domek na wsi, ale nigdy tego nie zrobiłeś, więc myślałam, że tym razem też nic z tego nie będzie. Pomyślałeś, chociaż przez chwilę o mamie? - oburzyłam się. - Wyprowadzimy się do jakiegoś Wypizdowa Górnego i nawet nie będzie miał, kto zapalić świeczki na jej grobie. Myślałam, że ... a zresztą nie chce już dzisiaj o tym rozmawiać. - powiedziałam zrezygnowana. - Spóźnię się. Przyjdę o ... nie wiem, o której przyjdę, ale nie czekaj na mnie. - Czy bycie dobrym ojcem, oznacza godzenie się na wszystko? - Tato nie myśl o tym, bo jeszcze dojdziesz do jakichś wniosków. - powiedziałam i zamknęłam za nim drzwi, chcąc się wreszcie przygotować do wyjścia.
Dlaczego mój ojciec akurat teraz postanowił zrealizować swoje marzenie o domku na wsi? Przecież to będzie koszmar. Od zawsze mieszkam w mieście, do jakiegokolwiek sklepu mam kilka kroków, a zresztą, co ja mówię, wszędzie mam kilka kroków, a teraz mam się przeprowadzić do jakiejś dziury zabitej dechami, gdzie do najbliższego miejsca cywilizowanego będę miała pewnie kilka kilometrów. Koszmar.
Tu jestem anonimowa, setki ludzie przechodzą obok mnie i większość z nich nie zwraca na mnie uwagi, no może oprócz sąsiadki z góry, która przez cały dzień wygląda przez okno i prowadzi chyba dokładny rejestr tego, co się dzieje na osiedlu. Jakby nie patrzeć jestem osobą prywatną, a nie raz słyszałam od koleżanek, które wyjeżdżały do babć, albo cioć, na wieś, że praktycznie pod każdym domem na ławeczce siedzi sobie jakaś stara baba i dobrze, jeżeli tylko jedna i, że potrafią tam całą wieś obsmarować. Na nikim nie zostawią suchej nitki. Bo wiedzieć gdzie ktoś jest, jak był ubrany w kościele, jaki właśnie robi remont i dlaczego zdechła krowa u jakichś tam państwa X, to sens ich życia. W mieście większość ludzi pracuje i nie ma czasu na obgadywanie sąsiadów, a przynajmniej nie w takim stopniu jak tam. Jak ojciec mógł mi coś takiego zrobić? Zamiana czteropokojowego mieszkania na ósmym piętrze wieżowca, na jakąś tam klitkę na wsi to nie dla mnie...
- Dagmara! Bo wejdziesz pod samochód, jeżeli dalej będziesz podziwiała te popękane płytki chodnikowe. - krzyknęła Kinga, której wcześniej nie zauważyłam. - Cześć. Jestem właśnie na skraju ciężkiej depresji. - powitałam ją wielce optymistycznie. - No rzeczywiście masz do tego powody. Skończyłaś z wyróżnieniem drugą klasę liceum, pewnie znowu pojedziesz gdzieś na Karaiby, ale jeżeli to się ma zmarnować, bo ty masz zamiar z niewyjaśnionych powodów się nad sobą użalać, to chętnie się z tobą zamienię. - skwitowała moje humory z uśmiechem na twarzy. - Żadne Karaiby, tylko zabita dechami wiocha. - Co takiego? - i jeszcze się pyta… Ja - te - go - po - wta - rzać - nie - bę - dę - bo - mnie - aż - trzę - sie - na - sa - mą - myśl… - Gdzie? - zapytała jeszcze raz, zupełnie jakby myślała, że nie usłyszałam. - Na wieś, nie słyszałaś. - Nie o to mi chodzi, gdzie dokładnie jest to wieś? - A skąd ja ma to wiedzieć? - rzuciłam z miną cierpiętnicy. - Ojciec przed pięcioma minutami uszczęśliwił mnie tymi wiadomościami. Kiedyś coś tam rzeczywiście wspominał, ale wtedy go za bardzo nie słuchałam, a teraz żałuję. Mogłam mu już wtedy wybić mu ten pomysł z głowy. - Nie histeryzuj. Dowiedz się gdzie to jest, jak tam jest i w ogóle. Jeżeli to będzie niedaleko, to pojedziemy rowerami i obejrzymy okolicę i wtedy pomyślimy, a ty zastanów się nad pozytywnymi aspektami tej przeprowadzki. Świeże powietrze, jedzenie bez konserwantów, mleko prosto od krowy, jajka, warzywa, owoce... - Istny raj. - powiedziałam z ironią. - Nie wytrzymam dłużej tego zrzędzenia, idziemy, bo wszyscy już pewnie na nas czekają.
Na szczęście na resztę wieczoru zapomniałam o tym koszmarze i doskonale się bawiłam, bagatela do czwartej na ranem. Ojciec nie czekał na mnie, wiedział już z doświadczenie, że wrócę w jednym kawałku. Zawsze tylko mówił, żebym była w stanie następnego dnia wstać do szkoły. Nic innego go nie obchodziło. Moja mam zmarła na raka jak miałam jedenaście lat. Od tamtej pory miałam tylko ojca, który starał się w granicach rozsądku mi na wszystko pozwalać, a ja dosyć rozsądnie korzystałam z tej swobody. Przez te sześć lat nabrał do mnie pełnego zaufania, bo uczę się dobrze, a nawet bardzo dobrze, nie wracam do domu w nocy pijana, a jeżeli wracam w nocy to w przyzwoitym stanie i zawsze odprowadzają mnie przynajmniej dwie osoby, albo wracam taksówką, za którą oczywiście zwraca mi później tata. Zanim zasnęłam, zdążyłam postanowić, że rano porozmawiam z nim na spokojnie i dowiem się wszystkiego, co tylko możliwe. Niestety to rano nadeszło bardzo późno.
- Zrobiłem śniadanie. Wstaniesz? - przywitał mnie zaspaną i otworzył żaluzje, co doprowadziło mnie do całkowitej ślepoty. - Zaraz. Może... - jęknęłam. - Czekam razem z kawą. - powiedział z uśmiechem i wyszedł.
On zawsze wie, czego mi potrzeba po nieprzespanej nocy. Chyba uświadomiłam sobie, że nie powinnam na niego wczoraj tak naskakiwać i że ta przeprowadzka wcale nie będzie taka zła, w końcu Kinga miała rację, świeże powietrze...
W końcu po długiej walce ze spodenkami i koszulką udało mi się dojść do kuchni. Zapach kawy od razy przywrócił mnie do pionu, a tosty skutecznie postawiły na nogi. Jejciu, nawet nie wiedziałam, że jestem taka głodna. Co ja właściwie wczoraj jadłam? Chyba nie miałam akurat na to czasu… Jeżeli zapomina się o takich rzeczach, to marnie się kończy… Tato zawsze wie, czego mi potrzeba i co lubię najbardziej. Co ja bym bez niego zrobiła? Jak już się najadłam, postanowiłam porozmawiać z ojcem na temat tego jego irracjonalnego pomysłu z przeprowadzą na wieś.
- Daleko stąd jest ten dom? - zapytałam zrezygnowana. - Widzę, że to przemyślałaś? Już martwiłem się, ze będę go musiał sprzedać. - Bez przesady, a tak przy okazji to, dlaczego on był na sprzedaż? - Dawniej stał tam sypiący się dwór szlachecki, taka stara ruina. Ktoś to kupił, wyburzył i postawił nowy domek. Oglądałem i jestem zadowolony. - zaczął opowiadać ożywiony moim zainteresowaniem. - Mały, dosyć nowoczesne wnętrza, parterowy z poddaszem. Okazało się jednak, że wybudowano go na piwnicach i nawet być może lochach tego dworu, bo tego, co pod ziemią nikt nie miał zamiary burzyć, no i co ciekawe podobno w tym domu teraz straszy. Biała dama i tym podobne. Właściciel pluje sobie w brodę, że nie sprawdził piwnic jednak, co prawda wejście znalazł, ale nie potrafił go otworzyć, bo było to coś w rodzaju włazu w podłodze. Gdzieś powinna być prawdopodobnie jakaś ukryta dźwignia, ale szukaj teraz wiatru w polu. On był gotów spróbować nawet dynamitu, żeby się tam dostać, bo był pewien, że to tam kryje się cała tajemnica, ale znajomy pirotechnik, którego prosił o radę mu to odradził. Żona dostał już rozstroju nerwowego i musiał wystawić dom na sprzedaż. - Już myślałam, że krowy weszły im do sypialni, albo coś w tym rodzaju, widzę jednak, że mieli dosyć normalne powody. - oznajmiłam to tak gorzkim głosem, że aż ojciec się skrzywił. - Przestań już. Chyba nie wierzysz w duchy? - Nie i mam to po tobie. - Widzę, że się dogadamy. - odparł wreszcie z ulga. - Na nasze mieszkanie znalazłem kupca i już się zdecydował. Tamten dom zadatkowałem i za jakieś niecałe dwa tygodnie będziemy już mieszkać tam. - Co dokładnie oznacza to, tam? - Nie mówiłem ci jeszcze? - ojciec nie mógł uwierzyć, że zapomniał o tak istotnym szczególe. - To jest niecałe trzydzieści kilometrów stąd. Traczyniec Mały. - Jak mały? - zapytałam znowu ze skwaszoną miną. - No dobra, dobra, mogę tam jechać z Kingą? - Oczywiście, zapytasz kogokolwiek o dom, w który straszy i każdy wskaże ci drogę. Jak macie zamiar się tam dostać? Autobusem?
Mój tata zawsze wpada na nieodpowiednie pomysły. Co prawda mogłabym tam jechać nawet samochodem, ale czy nie lepiej wybrać się na przejażdżkę rowerową? Gdybym miała płacić za jazdę w dusznym i zatłoczonym autobusie, to musiałbym się najpierw uderzyć w głowę. Sześćdziesiąt kilometrów w obie strony mnie nie przeraziło. Postanowiłam wziąć prysznic i jechać do Kingi. Jej mama na pewno wyposaży nas w prowiant na drogę.
Witaj przygodo! Wczoraj odebrałam świadectwo, a dzisiaj już wyruszam w nieznane. Niezłe tempo. Myślę, że ta wycieczka sprawi, że w końcu się zdecyduję, czy chcę tam mieszkać, czy nie, bo nadal mam, co do tego mieszane uczucia. Ciekawe, co zrobiłaby mama gdyby żyła? Pewnie by się ucieszyła, ale jak wiadomo kobieta zmienną jest... Mama Kingi zrobiła nam kanapki, a do tego dała nam sok i trochę owoców. W każdym razie z głody po drodze nie umrzemy, a będzie ona przecież baaardzo długa.
Słowo się rzekło i opuściłyśmy rozgrzane miejskie mury. Posługując się mapą samochodową i doświadczeniem własnym jakoś dojechałyśmy do celu. Gdy zobaczyłam tą wiochę, to zaczęłam się zastanawiać, czy najpierw uśmiercić siebie czy ojca. Co prawda powstawało tu wiele nowych domów i po rozmiarach prac budowlanych można było łatwo ocenić, że to nie zwykli śmiertelnicy mają zamiar tu mieszkać. Ostatnio wszędzie panuje moda na życie z naturą za pan brat i wszyscy przeprowadzają się z miasta na wieś. Nie dziwię się zatem, że taka wiocha na końcu świata ma tak wielkie powodzenie wśród wyższych sfer. Im bardziej będą odizolowani od reszty świata tym dla nich lepiej. Niestety nie dla mnie. Tutaj jest tylko kilka sklepów i na tym koniec. Do miasta w kierunku przeciwnym niż przyjechałyśmy jest jakieś piętnaście kilometrów, a i to podobno jest tylko jakaś niewielka mieścina. Ogólne wrażenie okropne, teraz pora się przekonać jak wygląda ten mój przyszły przytulny domeczek. Niestety wśród takiej ilości powstających domów trudno było znaleźć ten właściwy, więc musiałyśmy skorzystać z pomocy miejscowych. Tak jak mówił tata, bez problemu pierwsza lepsza osoba wskazała nam drogę.
Przynajmniej w ocenie domu ojciec się nie pomylił. Był mały, bardzo zgrabny i starannie wykończony. Uroku wszystkiemu dodawał ogromny ogród, o który poprzedni właściciele zadbali jak należy. Nie rosły w nim żadne warzywa czy coś w tym rodzaju. Wszędzie była trawa i małe iglaki, a wzdłuż chodników kwitły prześliczne kwiaty. Postanowiłyśmy zobaczyć jak to wszystko wygląda od środka. Na szczęście ktoś tam był i nie musiałyśmy się włamywać.
- Dzień dobry. - przywitałyśmy się. - Możemy obejrzeć dom? Mój ojciec go od pana kupił. Prawie. - Oczywiście zapraszam. - facet trochę się zmieszał, widać że silił się na normalne zachowanie. - Napijecie się czegoś? Straszny dzisiaj upał. Może zimnego soku? - Dziękujemy, chętnie. Nie ma pańskiej żony? - No niestety źle się czuła i pojechała do matki. - ledwo z siebie wydusił te słowa. - Wystraszyła się ducha? - zapytałam bez wstępów. - Już wiecie? - widać było, że odetchnął. - Sam nie wiem, co o tym myśleć. Wszystko, co było ponad ziemią zostało wyburzone i postawiono na tym ten dom i chociaż wejście do tych piwnic jest, to nie ma żadnej możliwości żeby je otworzyć. Mam nadzieję, że was ten duch tak szybko stąd nie wykurzy. Moja żona jest bardzo wrażliwa, a przez tego ducha musi znowu chodzić do psychoterapeuty. Wiecie ile takie wizyty kosztują? - Domyślam się. Bardzo tu ładnie. Pańska żona to wszystko urządzała? - Tak. Właśnie czekam na przewoźnika, aż zabierze resztę mebli i ja też się stąd wynoszę. - powiedział z wyraźną ulgą w głosie. - Na razie zamieszkamy u teściów, ale ja kupiłem już nową działkę i w przyszłym tygodniu rozpoczynają się tam prace budowlane. - Widział pan tego ducha? - Nie, ależ skąd. - Ciekawe, doprawdy ciekawe... No nic, musimy już iść, rozejrzymy się jeszcze po okolicy. Dziękujemy za gościnę. To jest naprawdę piękny dom. Do widzenia.
Kinga wyszła z tego domu święcie przekonana, że ten facet ducha widział i też się go śmiertelnie boi. Poradziła mi tez, żebym zatrudniła dobrego egzorcystę, albo już zaczęła odkładać na wizyty u psychoterapeuty. Co ja mam z tym wszystkim zrobić? Oprócz mnie i ojca wszyscy wierzą w te brednie o duchu. Może coś w tym jest?
To właśnie po ojcu odziedziczyłam niezachwianą pewność w możliwość naukowego wyjaśnienia wszystkich irracjonalnych wydarzeń. Czasami była to pewność wręcz chorobliwa, bowiem chociażby nauczyciele w liceum działają czasem pod wpływem sił nadprzyrodzonych. Kinga wielokrotnie próbował mi to wyjaśnić, aż w końcu zwątpiła i stwierdziła, że sama zobaczę. No i zobaczyłam nie dalej jak tydzień temu. Jeden tak mi dopiekł, że mu tego długo nie zapomnę. On chyba rzeczywiście był po ciemnej stronie mocy. Kinga i tym razem nie dawała za wygraną. Przecież ci wszyscy ludzie nie mogli mieć omamów wzrokowych. Ja pozostawałam jednak przez cały czas niezachwiana w swoich zasadach, oczywiście ja strasznie zirytowało. Czyżbym była w stanie powiedzieć, że czarne jest biała, a białe jest czarne, gdyby dało się to logicznie wyjaśnić?
Tak skrajnej postawy na szczęście nie prezentowałam, ale wiedziałam, że w duchu nie wierzę i nie uwierzę. Za żadne skarby! Kinga stwierdziła, że odwiedzi mnie w moim nowym, wiejskim domku dopiero jak pozbędę się ducha wraz z przyległościami. Ona nie będzie ryzykować swoich nerwów. Nie chciałam się z nią kłócić, więc postanowiłyśmy coś zjeść. Po drodze widziałyśmy sad, więc miło byłoby się tam zatrzymać i posilić.
To wszystko było trochę dziwne i wszystko mówiło mi, że ta sprawa ma jakieś drugie dno i na pewno nie miała to być podłoga piwnicy. Nagle zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się w tym domu i stanąć twarzą w twarz z duchem. To będzie niesamowite przeżycie. Mój wczorajszy i poranny sceptycyzm odleciał w niepamięć. Niestety jak na razie muszę wytrzymać jeszcze przynajmniej tydzień, który zleci mi na pakowanie wszystkiego, co tylko jest w domu. Pojutrze przychodzi gosposia, która trochę mi w tym pomoże, ale i tak większość będę musiała zrobić sama. Swoją drogą ciekawe czy tutaj będziemy mieć gosposię? Może ojciec już się o to postarał, albo i nie, on przecież nigdy nie ma głowy do najważniejszych rzeczy. Pewnie teraz załatwia jakieś formalności związane z kupnem i sprzedażą, a poza tym pewnie stara się o urlop, którego jak znam jego firmę, nie chcą mu dać. Taka pogoda wpływa bardzo sennie na człowieka. Rozłożyłyśmy koc pod jakąś jabłonką, zjadłyśmy kanapki, popiłyśmy sokiem i omal nie pozasypiałyśmy. W końcu nieuchronnie zbliżała się czwarta godzina, więc zaczęłyśmy się zbierać. Do domu miałyśmy dokładnie dwadzieścia sześć kilometrów. Teraz było nam o tyle łatwiej, że znałyśmy już drogę. Postanowiłyśmy zerwać sobie jeszcze parę jabłek, ale niestety nie okazało się to łatwe, bo w naszym polu widzenia pojawił się facet ze strzelbą.
- Wynocha stąd! Do sklepu jak się wam chce jabłek! Zaraz zadzwonię po policję! Co za bezczelność! Wynocha! - wrzeszczał jakiś dziadek z dwururką w ręce. Kiedy zaczął do nas mierzyć z tej swojej strzelby, wzięłyśmy nogi za pas. Zdążyłam jednak uzbierać całą reklamówkę dorodnych jabłuszek i o ile się nie myliłam Kinga uczyniła to samo. Wszystko już wcześniej miałyśmy spakowane, więc teraz pozostało nam tylko wsiąść na rowery i uciekać przez rozwścieczonym właścicielem sady. Jechałyśmy chyba z prędkością światła, aż w końcu tak się zmęczyłyśmy, ze musiałyśmy odpocząć. Okazało się wtedy, ze przejechałyśmy już siedemnaście kilometrów, także do domu zostało nam już bardzo niewiele, góra pół godziny jazdy w żółwim tempie. Postanowiłyśmy przy okazji skosztować naszych zdobyczy, które okazały się naprawdę palce lizać.
- Warto było, nie? - powiedziała Kinga śmiejąc się. - No pewnie, każdemu od czasu do czasu przyda się podwyższony poziom adrenaliny. Przynajmniej zmusiło nas to do porządnego wysiłku, bo inaczej to byłybyśmy w domy pewnie za jakieś dwie godziny. - A przy okazji zdobyłyśmy zdrową żywność. Bez konserwantów i tym podobnych. - Co będzie, jeżeli ten facet będzie na przykład moim sąsiadem? - Przestań komplikować sobie życie. Jedziemy. - A jeżeli... na dobra już nic. - wolałam nie snuć kolejnych niedorzecznych przypuszczeń, bo Kinga gotował byłaby mnie ubić na miejscu.
Cóż to była za ulga, jak po tak ciężkim i gorącym dniu zanurzyłam się w wannie pełnej wody i płynu do kąpieli o zapachu leśnym. Musiałam się przyzwyczajać do natury, w każdym jej wydaniu. Pakowanie całego dobytku zajęło mi trzy dni. Najgorzej było z kuchnią, bo w wyniku mojego przyspieszonego działania przez jeden dzień nie mieliśmy nawet, w czym ugotować wody na herbatę i konieczne było jedzenie i picie na mieście, bo w domu nie było już nawet szklanek. Prawdopodobnie znajdowały się one gdzieś pomiędzy ścierkami, albo resztkami cukru, makaronu i mąki. Biorąc pod uwagę nikłą ilość sklepów w okolicy naszego nowego domu, siłą zaciągnęłam ojca na zakupy i kupiłam wszystko, co tylko było możliwe, nawet rzeczy, których zazwyczaj w kuchni nie używałam, jak amoniak, rodzynki, których nienawidziłam, suszone grzyby i tym podobne pierdoły, nie zapominając o dziesięcioletnim zapasie oleju, octu, mąki i to dalej... Sumując ojciec wyszedł ze sklepu jako bankrut i tylko stwierdził, że przecież na Syberię się nie wybieram.
Na szczęście te drobne przeciwności losu zostały pokonane i następnego dnia cały nasz dobytek znalazł się w miejscu przeznaczenia. Biorąc pod uwagę, że poprzedni właściciele zabrali ze sobą tylko meble, zastawiając nam podłogo pokryte panelami w pokojach i płytkami w kuchni łazience i przedpokoju, oraz pomalowany ściany, ekipa przewoźników miała ze mną naprawdę wielkie utrapienie, bo od razu kazałam im poustawiać wszystkie meble, zmieniają przy tym koncepcje dobre parę razy. Najgorzej było z moim pokojem, który wymyśliłam sobie mieć na poddaszu. Wnoszenie mebli po schodach, a potem ustawianie ich dziesiątki razy, mogło doprowadzić do lekkiej nerwicy najbardziej zrównoważonego człowieka. Ojciec się nie wtrącał i tylko zapewnił, że za wszystko zapłaci.
Niestety na tym się nie skończyło, bo trzeba było zjeść jeszcze jakąś kolację. Znalezienie produktów spożywczych nie nastręczało sobą żadnych trudności, bowiem od wczoraj zajmowały one bagażnik i tylne siedzenie naszego samochodu. Kiedy tylko lodówka i kuchenka elektryczna zostały podłączone do sieci, rozpoczęłam walkę z wiatrakami, poszukując naczyń i garnków, nie wspominając już o czajniku elektrycznym. Mikrofala znalazła się stosunkowo szybko, ale reszta pozostawiała wiele do życzenia, bo pakując wszystko do kartonów nie zastanawiałam się za bardzo nad tym, co, z czym władam do jednego pudła. I tak garnki znalazłam, chociaż brakowało patelni, która razem z przykrywkami spoczywała pomiędzy talerzami. Szklanki i łyżeczki znalazłam razem z kawą, mąką, herbatą i bułką tartą, niestety reszta sztućców zaginęła i znalazła się dopiero pomiędzy rozmaitymi lekarstwami, co nie było chyba zbyt rozsądne. Jednak z drugiej strony było to dość sprytne, bo chcąc się napić herbaty znajdowałam od razy szklanki, a chcąc cos usmażyć, talerze. Jednak na dłuższą metę taki porządek chyba doprowadziłby mnie do rozstroju nerwowego. Jedyną rozsądną rzeczą, jaką uczyniłam było napisanie na każdym kartonie, z jakiego pomieszczeni rzeczy zawiera tak, że wszystkie pudła trafiły od razy do właściwych.
Ten dzień okazał się dla mnie stanowczo za długi i usnęłam zaraz po tym jak położyłam się do łóżka. Na szczęście tej nocy żadne zjawy mnie nie nachodziły, a gdyby nawet to byłam tak śpiąca, że jeżeli ktoś by mnie obudził to chyba bez względy na to, kim by był wykopałabym go za drzwi. Następny dzień był jeszcze gorszy, ale gdy się skończył wszystko znajdowało się już na swoim miejscu i można tu było zacząć normalnie mieszkać. W tym całym zamieszanie zgubiłam swoją komórkę, a gdy tylko ją znalazłam zadzwoniłam do Kingi, powiedzieć jej, ze jak na razie żadnych duchów to nie ma i że może spokojnie przyjechać.
Mój ojciec wpadł na genialny pomysł wybudowania garażu, bo poprzedni właściciele nie zdążyli tego zrobić i od razy zatrudnił do tego trzech facetów, prawdopodobnie naszych bliższych lub dalszych sąsiadów.
- Dagmara, chodź to poznasz kogoś. - zawołał mnie ojciec. - Już. O co chodzi? - wyszłam z domu i zamarłam. - Dzień dobry. - wyjąkałam. - To jest pan Władysław, nasz sąsiad. - zakomunikował wesoło mój tatuś, a mi wcale nie była tak do śmiechu. - Dzień dobry. Mam sad, więc przyniosłam państwo trochę owoców. - Dziękuję, na pewno się przydadzą. Jakoś wydusiłam z siebie te słowa, ale przyszło mi to z ogromną trudnością, bo to był ten sam facet, który ścigał mnie i Kingę ze strzelbą. Super, o ile się nie mylę coś wtedy krakałam na temat mieszkanie w jego sąsiedztwie. - Wydaje mi się, ze już kiedyś się widziałem. Czy nie był to przypadkiem w moim sadzie? - zapytał uprzejmie pan Władysław dziwnie mi się przyglądając. - Gdzie postawić ten rower?! - wrzasną jeden z robotników. Cholerny facet, co mu przeszkadza mój rower w kopaniu fundamentów. Ofiara losu jedna! Jak ja nienawidzę mieć wszystkiego na głowie. - Zaraz go wezmę. - wycedziłam przez zęby. - To twój rower? - zapytał pan Władysław. - Tak. - Teraz już jestem pewien, że to ciebie widziałem w moim sadzie, na mojej jabłonce. - mimo tego całego rozpoznania pan Władysław nie wydawał się zdenerwowany.
Najpierw zamorduję faceta, który się czepił mojego roweru, a potem kupię sobie nowy, bo ten stał się już moim znakiem rozpoznawczym. Dlaczego ja musiałam sobie wykrakać akurat coś takiego!? To się nazywa mieć pecha. Poza tym to można chyba nazwać zjawiskiem paranormalnym, albo prościej wyjątkowym zbiegiem okoliczności.
- Przepraszam, ale byłyśmy z koleżanką oglądać ten dom, a potem nie chciałyśmy wracać w ten największy upał, więc zatrzymałyśmy się w pańskim sadzie. - próbowałam jakoś to wszystko wytłumaczyć. Na szczęście pan Władysław nie postanowił zerwać stosunków sąsiedzkich ze względy na mój wybryk. On po prostu próbował chronić swój sad przed wszelkim elementem, który nie dość, że zrywa owoce, to jeszcze łamie gałęzie i młode drzewka. Byłam w stanie to doskonale pojąć. Ja się na szczęście nie zaliczałam do wandali i mi pan Władysław nie żałował tych jabłek, które wtedy ze sobą zabrałam. Okazało się, że to całkiem miły facet, ciekawe czy ma syna...?
Po rozpakowaniu wszystkich idiotycznie popakowanych rzeczy trzeba było zacząć gotować. Zawsze lubiłam to robić no i przede wszystkim umiałam. Dzisiaj siedzenie w domu należało raczej do przyjemności, chyba, że ktoś chciał się opalać. Ja na razie nie miałam na to ochoty, więc pogrążyłam się w sztuce kulinarnej, co chwila tylko zanosząc robotnikom coś do picia. Zapas wody mineralnej powinien wystarczyć na jakieś dwa dni, ale oprócz tego ugotowałam kompot z owoców, które przyniósł pan Władysław. Obiad był już prawie gotowy, kiedy wydarzyło się coś, przez co na chwilę odechciało mi się jeść.
- Panie majster, niech pan tu zobaczy! - wrzasnął jeden z robotników. - Co jest nie widzisz, że ustawiam szalunki?! - Ale tu jest ... szkielet! - Co?!
Tego mi tylko brakowało. Wybiegłam na podwórko i zaglądnęłam do wykopu pod fundamenty. Rzeczywiście leżał tam szkielet, pomiędzy jego żebrami coś połyskiwało. Już raz udało mi się w tym całym bałaganie zgubić komórkę, więc teraz pilnowałam jej jak oka w głowie i nie musiałam daleko szukać, żeby zadzwonić na policję. Ojca jak zwykle nie było, kiedy był potrzebny, bo akurat pojechał po cement. Znowu musiałam sobie radzić sama.
Władza przyjechała po pięciu minutach, bo okazało się, że posterunek jest jakieś sto metrów dalej. Jej przedstawicielstwo prezentowała się trochę marnie. Jeden z policjantów miał coś koło pięćdziesięciu lat, był niski, barczysty o ciemnych kędzierzawych włosach i z wałkiem tłuszczu na karku. Wyraz twarzy miał bardziej skwaszony niż ja, gdy się dowiedziałam o tej przeprowadzce. Widocznie nie lubił pracy w terenie, jeżeli tak to można nazwać. Drugi z nich był młodym, energicznym brunetem. Miał ciemnoszare oczy i smagłą cerę. Nie wyglądał na zbyt doświadczonego w policyjnej robocie.
- Pani wezwała policję? - zapytał starszy z nich. - Tak. - Jestem kapitan Rzepa, a to posterunkowy Pieczarka. Co się stało? - pytania zadawał z konieczności i zdawał się być najszczęśliwszy, gdy nie musiał słychać odpowiedzi. - Tam jest szkielet. Chyba bardzo stary, ale na pewno nie dinozaura, raczej na pewno ludzki. - powiedziałam w podobnym tonie. - Zajmiemy się tym. Pani pozwoli.
Obejrzeli szkielet, maksymalnie odkopali ziemię, ale go nie ruszyli. Kapitan Rzodkiewka, nie Rzepa, wyciągną telefon i z kimś się skontaktował. Nie wyglądał na zadowolonego tak praco i czasochłonnym zajęcia. Ciekawe czy cokolwiek było w stanie go zadowolić. Szczerze w to wątpię. To typ człowieka, który na wszystko się krzywi i niczym mu nie dogodzi. Tacy są najgorsi. Ten drugi nie próbował się nawet odzywać. Widać było, że nie chciał się narażać szefowi.
Jejciu, co za straszny dzień. Po podwórku plątają mi się jakieś trupy, od dawna słyszę tylko opowieści o duchach, a do tego nawiedzają mnie policjanci, którzy nie byliby w stanie wykryć złodzieja nawet gdyby kradł im na oczach.
Za pół godziny miała się pojawić jakaś fachowa pomoc, a na razie wszyscy mieli wolne. Na szczęście robotnicy byli zaznajomieni z historią o duchu, pewnie przekazywana ona była z pokolenia na pokolenia, więc nie odmówili dalszej pracy. Jak na razie zaprosiłam wszystkich na obiad. Panu kapitanowi było wszystko jedno czy będzie stał na tym skwarze, czy wejdzie do chłodnego domu. Wielką łaską z jego strony było przestąpienie progu. Młodszy usiłował zachować jakieś formy grzeczności, ale w obliczu kamiennego oblicza szefa nie miał na to szans.
Po pół godzinie najedzony kapitan przywitał lekarza sądowego, a ten w rękawiczkach i masce zajął się dokładnymi oględzinami. Za bramą zabrał się już dosyć duży tłumek i wszyscy czekali, co z tego wyniknie. Jako najczęstsze propozycje właściciela szkieletu podawali jakąś panią Justynę, ale nie miałam pojęcia, kto to jest. Lekarz sądowy zabrał szkielet, a policja sztylet, który tkwił między żebrami. Wszystko wskazywało, że było to jakieś przedwiekowe morderstwo.
W końcu wszyscy odjechali, ludzie się rozeszli, robotnicy wrócili do pracy i oczywiści wrócił mój ojciec, który nie miał zielonego pojęcia, co się stało. Zrobiłam mu obiad i wytłumaczyłam, co się stało, a on stwierdził, że ducha mamy już z głowy. Mimo wszystko postanowiłam poszerzyć swoje wiadomości na temat rzekomej nieboszczki i poszłam do pana Władysława w nadziei, że mi wytłumaczy, o co chodzi w tym całym galimatiasie.
- Dzień dobry, zastałam pana Władysława? - zapytałam, czując się trochę nieswojo. - Nie, a o co chodzi? Jestem jego żoną. - To może pani mi pomoże. Dzisiaj przy kopaniu fundamentów pod garaż znaleźliśmy szkielet. Słyszałam jak ludzie mówili, że to jakaś pani Justyna. Słyszałam też o duchu i chciałam wiedzieć czy to wszystko ma ze sobą coś wspólnego? - Dziecko to długo historia, a nawet już legenda. - zaczęła z wyraźnym ożywieniem. - Chętnie bym ci ja opowiedziała, ale widzisz, że mam rozczynione ciasto na pierogi. Nie mogę jednocześnie ich robić i mówić o duchach. Do tego trzeba usiąść na spokojnie. - To ja pani pomogę. Umiem robić pierogi. Razem szybciej nam pójdzie. - zaproponowałam. Z robotą dosyć szybko się uwinęłyśmy tyle, ze trzeba było te pierogi jeszcze ugotować i zjeść. Przyszedł pan Władysław i jeszcze trzy osoby. Dowiedziałam się, że to dzieci pana Władysława i pani Haliny, syn i córka z mężem. Teraz już nie wypadało mi iść do domu, a zresztą sama pomogłam przy gotowaniu, więc zostałam na kolacji, a później poszłam razem z panią Haliną na werandę. - Wspaniałe pierogi. Czy ten farsz to jakaś tajemnica? - zapytał zachwycona wyrobem. - Nie powiem ci wszystko, ale to zależy, co chcesz najpierw, farsz, czy duchy? - no tak, trudny wybór. - Najpierw farsz, bo potem może mi się odechcieć jeść.
Pani Halina poszła gdzieś, a potem przyniosła kartkę, na której był zapisany przepis na farsz. Teraz wystarczyło tylko słuchać. Okazało się, że cała ta historia działa się sto, może dwieście lat temu. Na dobrą sprawę nikt nie wiedział dokładnie ani kiedy, ani co, ale legenda jest i duch też. Kiedyś stał tutaj dwór i dopiero niedawno go wyburzono. Zresztą to była straszna ruina, stało to niczyje i tylko wandale mieli z tego użytek, ale faktem jest, że nieraz było widać w oknach ducha pani Justyny. Otóż była ona bardzo bogata i jeszcze jako bardzo młoda dziewczyna wyszła za mąż. Miała pewnie tyle lat, co ty teraz. Jej mąż magnatem nie był, tylko zwykłym szlachcicem, w dodatku dwa razy starszym od niej, ale jakoś tam się przysłużył jej ojcu, no i wydali ją za niego. To nie było szczęśliwe małżeństwo, bo pani Justyna kochała się w swoim bracie. Mieszkał on nawet jakiś czas tutaj, ale pani Justyna rzekomo wyjechała, więc on też opuścił te strony. Reszta to tylko domysły, podobno ten jej mąż miał straszne długi i tylko jej część majątku by go uratowała, więc zabił ją, a wszystkim rozgłosił, że wyjechała. Zamordował też jej brata, żeby nie było żadnych innych pretendentów do spadku i tak samo jak w przypadku żony każdemu, kto pytał, mówił, że młody panicz wyjechał. Teraz duch pani Justyny błąka się po tym ziemskim padole w poszukiwaniu sprawiedliwość.
- To wszystko jest tylko legendą? - zapytałam zainteresowana. - Nie wiadomo. W każdym razie duch jest, a to historia była przekazywana z pokolenia na pokolenie i na pewno każdy w niej coś zmieniał, dodawał coś swojego, przecież nawet ci, którzy wtedy żyli mogli nie znać całej prawdy. W końcu nigdy nie znaleziono ciał. - Ciekawe. Może duch sam nam to kiedyś wyjaśni. Nie będę pani zajmować więcej czasu. Dobranoc. - pożegnałam się i poszłam do domu z mocnym postanowieniem przemyślenia tego wszystkiego. - Dziękuję za pomoc. Dobranoc. To wszystko nie mieściło mi się w głowie, nigdy nie wierzyłam w żadne duchy, aż tu nagle takie coś. Mieszkam tu dopiero tydzień, a już wykopali mi szkielet przed oknem. Chyba naprawdę nie będę mogła spać. Prawdę mówiąc zaczynam się nawet trochę bać. Ludzki szkielet w ogródku, to już nie to samo, co bajki o duchach.
Wieczorami ojciec najczęściej rozwijał pozytywne stosunki między sąsiedzkie, a ja zostawałam sama w domy, bo nie miałam na to najmniejszej ochoty. Jednego z takich wieczorów nie zapomną do końca życia. Siedziałam sobie w pokoju i czytałam książkę, było już dobrze po północy, kiedy nagle zrobiło mi się strasznie zimno. Okna było otwarte, ale przecież na polu było dwadzieścia parę stopni ciepła, niemożliwe, zebu tak nagle się ochłodziło. Tknęło mnie złe przeczucie, odwróciłam się żeby zobaczyć czy nikogo nie ma w pokoju i wtedy zobaczyłam ją. Biła od niej jasna poświata i ogromny chłód, miała na sobie białą suknię, która ciągnęła się za nią po ziemi. Zaczęłam wrzeszczeć, co nie było zbyt logicznym wyjściem, ale niech ktoś spróbuje logicznie myśleć, w takiej sytuacji.
- Zamknij się ty głupia dziewko! To nie był krzyk, ani zwyczajna mowa, ona z ogromną złością po prostu wysyczała te słowa i swoją lodowatą, białą jak śnieg dłonią zakryła mi usta. To było już za wiele i nie popisałam się w tym momencie żadnym bohaterskim czynem, po prostu zemdlałam. Następnego dnia obudziłam w fotelu z książką na kolanach, na początku nie mogłam skojarzyć, dlaczego nie jestem w łóżku, ale już po chwili przeszły mnie ciarki na wspomnienie wczorajszego wydarzenia. Postanowiłam za wszelką cenę rozwiązać zagadkę tego ducha i pierwszym krokiem miło być odwiedzenie miejscowego komisariatu policji.
Był to mały budynek, a w drugiej jego części mieścił się sklep spożywczy. Wydawało mi się, że tak małe pomieszczenie powinno być przynajmniej zadbane, ale się pomyliłam. Stały tam trzy biurka i widać było cele, w których chyba przeważnie siedziały jakieś pijane menele. Krótko mówiąc nie było tam zbyt przyjemnie.
- Dzień dobry. - przywitałam pana kapitana, o on odwzajemnił się ironicznym uśmiechem. - Kilka dni temu zabraliście z mojego ogródka szkielet, chciałabym się coś na ten temat dowiedzieć. Na przykład, jakie są wyniki śledztwa pana kapitana. - Chyba sobie pani z nas kpi. Ten szkielet ma sto pięćdziesiąt lat i mamy tysiące ważniejszych spraw na głowie niż szukanie przedwiecznego mordercy. Nie wątpiłam, że najważniejsza z nich było nicnierobienie, ale tego wolałam już nie mówić. Nie będę się narażać miejscowej władzy. Nie wiadomo kiedy się to na mnie zemści. - Mimo to nalegam na wyjaśnienia. Panie kapitanie, mam chyba prawo wiedzieć, czyje zwłoki upiększały mój ogródek. - co do informacja pozostałam nieugięta. - Posterunkowy, zapoznajcie tę panią z aktami szkieletu. Skierował mnie w stronę biurka pana Pieczarki, którego już miałam okazję poznać. Coś mi się wydaje, ze policja nie będzie mnie kochała. - Posterunkowy Pie... - chciałam już zacząć jakiś niezbyt miły wykłada, ale mi przerwał. - Błagam, tylko nie pieczarka. Konrad mam na imię. - jego spojrzenie i ton głosu sprawiły, że zrezygnowałam z odreagowywania na nim moich humorów. - Dagmara. Może pan okaże się trochę milszy od pana kapitana Kalarepy. - Rzepy. - poprawił mnie uśmiechając się pod nosem. - Co to za różnica, cały warzywniak tu macie? - Nie to tylko zbieg okoliczności. - Każdy interesant zwraca się do ciebie po imieniu? - zapytam bez ogródek, jeszcze mi tylko brakowała, żeby mnie podrywał jakiś posterunkowy. - Nie, ale my mieliśmy już okazję się poznać i w ogóle... - chyba się trochę zmieszał. - Co chciałaś wiedzieć? - Coś na temat mojego szkieletu. - Twojego? - Wiesz o co mi chodzi. - Na początek chcę tylko żebyś wiedziała, że zbrodnię tę popełniona przed stu pięćdziesięciu laty i ewentualny morderca jest w podobnym stanie rozkładu, co jego ofiara. Co do ofiary to była to kobiet, około dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat, śmierć nastąpiła w wyniku pchnięcia sztyletem, prawdopodobnie w serce tyle, że od tyłu. Tyle fachowych i pewnych informacji. Chcesz wiedzieć coś jeszcze? - Jeśli można wszystko. - odpowiedziałam słodko. - To znaczy? - Nie wiadomo, kto to był. Czy to, aby nie szkielet tego ducha? - Tego też nie wiadomo. Znasz legendę? - Tak, ale ona niczego nie tłumaczy. - Wydaje mi się, że ty chcesz przeprowadzić śledztwo. - powiedział odkrywczo. - Tylko proszę nie uznaj mnie za wariatkę, ale ja widziałam tego ducha i chcę się go pozbyć. Rozwiązanie tej zagadki może być jedynym sposobem. - No cóż, chyba będziesz potrzebowała pomocy. - on naprawdę na mnie leci… Bez przesady, czy tu panuje aż traki deficyt na przedstawicielki płci pięknej? - Jesteś chętny? - Zawsze to coś ciekawszego niż zgarnianie pijaczków pod sklepem. Inaczej mówiąc urozmaicenie służby. - No to jesteśmy partnerami. Na początek chciałabym się dowiedzieć wszystkiego na temat wszystkich, którzy mogli być zamieszani w to wszystko. czyli pani Justyny. - Nie lubię rzeczy niewykonalnych. - Wiem, że sobie poradzisz, wierzę w ciebie. Zapraszam cię do siebie powiedzmy w niedzielę, zrobimy grila. - co mi szkodziło poznać go bliżej? - W porządku, postaram się. - nie wątpię, że on wyciągnie te informacje choćby spod ziemi. - No to jesteśmy umówieni.
Nie myślałam, ze zdobywanie informacji może być aż takie proste, a tak poza tym to ten Konrad nie jest wcale taki zły. Może przydałoby się nim trochę zainteresować… On jest chyba niewiele starszy ode mnie, może mieć najwyżej dwadzieścia trzy lata. Niestety trzeba zejść na ziemię i zrobić zakupy. Dobrze, że posterunek i sklep są tak blisko siebie. W pewnych okolicznościach to nawet wygodne. Całe szczęście, że w takich, a nie innych. Teraz pozostaje tylko czekać do niedzieli i mieć nadzieję, ze przynajmniej część zagadki się wyjaśni. Podejrzewam jednak, że wymaganym zakończeniem będzie pochowanie zwłok pani Justyny, a jak dla mnie jest to niewykonalne. Nie będę się przecież bawić w dynamit!
- Gdzie byłaś? - no tak, tatusiowi żołądek przypomniał, że ma córkę. - A co, już jesteś głodny? - Nie, ale nie chce, żebyś się zgubiła. - To nie jest śmieszne! Byłam się czegoś dowiedzieć o tym szkielecie. - A dostanę obiad? - zawsze ignorował słowa dotyczące ducha i przynależności. - Tak będę pierogi z przepisu pani Haliny, ale na nie będziesz musiał trochę poczekać. Tak w ogóle to wydawało mi się, że potrafisz gotować. - ja naprawdę nie mam litości, poza tym widziałam już tego ducha i nikt mi nie wmówi, że on nie istnieje. - Jestem wykończony, chciałbym, chociaż przez chwilę pobyć sam we własnym domu, ale nie mogę, bo albo plątają się to robotnicy od garażu, albo nowi sąsiedzi. W mieście na każdy telefon musiałem stawić się w pracy, bo byłem dyspozycyjny i miałem blisko, a teraz mam urlop i też ani chwili spokoju. - biedactwo… - Niestety nie pocieszę cię, bo w niedzielę zaprosiłam posterunkowego Pieczarkę na grila. Mam nadzieję, że znajdziecie wspólny temat. - Teraz zajmujesz się podrywaniem policjantów? - Tato! Po pierwsze to nasz sąsiad, a po drugi to spotkanie w interesach. - nie dodałam, że po trzecie to on mnie podrywa. - No, no, no. Jestem coraz bardziej ciekaw, o co chodzi. - O ducha! Wystarczy? - Nie mów mi, że wierzysz w te brednie. - nie no, ja z nim nie wytrzymam. - Nie tatku, nie wierzę, ja je widziałam na własne oczy i czułam na własnej skórze. - No cóż...
Tak jak myślałam, zamurowało go. Teraz będzie spokojnie czekał na obiad i nie odezwie się ani słowem. Niestety w tym momencie nie ma we mnie ani krzty litości. Stwierdziałm, więc że jeżeli na przyszłość chce szybciej dostawać obiad, to powinien zatrudnić gosposię. Przecież ja pójdę do szkoły i w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil czarna27
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…