Ze śmiercią jej do twarzy
Opowiadanie to zamieszczam na próbę, aby sprawdzić, jak działa serwis. Od czegoś trzeba zacząć poza tym.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Obudziłem się w środku nocy, wyrwany z jakiegoś koszmaru. Właściwie to chyba nie był koszmar, nie pamiętam już, co mi się śniło. Wiem tylko, że w ostatniej fazie snu, zaraz przed przebudzeniem, było ciemno i niebo przeszyła błyskawica, a zaraz po niej nastąpił grzmot o niesamowitej wręcz sile. Ten huk słyszałem jeszcze ułamki sekundy po otwarciu oczu.
Z kropelkami potu na czole spojrzałem na zegarek. Była 2:14. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba się trząsłem. „Pewnie faktycznie jest burza” – pomyślałem i spojrzałem w okno, aby sprawdzić, czy piorun nie trafił przypadkiem jednego z drzew, rosnących wysepkami na betonowo-asfaltowym stepie przed moim blokiem, i sięgających niemal swymi koronami mojego okna na drugim piętrze. „Zaraz, moment, co ja robię? Przecież jest zima, początek lutego, o tej porze roku nie ma burz” – głos rozsądku, który widać dopiero teraz w pełni się obudził, dał o sobie znać i przerwał moje idiotyczne zapatrzenie w zaparowane zresztą szyby.
A więc to był tylko sen. Bardzo realistyczny sen. Nawet się ucieszyłem, że był tak realistyczny. Lubię spać i śnić. Najczęściej śni mi się, że przed kimś uciekam. Nie są to jednak sny typu „przebieram nogami i nie mogę ruszyć z miejsca, a napastnik już mnie chwyta”, ale sny, w których mój przeciwnik jest stosunkowo daleko. Mam nad nim przewagę dziesięciu minut, może nawet godziny. Uciekam opustoszałymi ulicami miasta, tramwajami, które dla odmiany są zawsze zatłoczone, i na ogół wpadam do jakiegoś bloku. Wchodzę po schodach i na chybił trafił otwieram drzwi do jakiegoś mieszkania, aby się w nim ukryć.
I tutaj mój sen zmienia nieco swoje zabarwienie. Już nie uciekam przed nikim, nie pamiętam nawet, że ktoś mnie goni. Teraz, będąc w cudzym mieszkaniu, staję się odkrywcą. Zaglądam do pokoi, patrzę, co właściciel mieszkania ma na półkach. Mieszkanie jest puste i słoneczne, a ja czuję się nieskrępowany. Jako że w świecie chyba wszystko już zostało odkryte, począwszy od Ameryki po najdalsze planety, największą radość sprawia nam odkrywanie naszych małych światów. Zajrzeć do kuchni sąsiada, do sypialni kolegi z pracy, sprawdzić, co trzyma w szafie mijana przez nas obca kobieta – to są często nasze dalekomorskie podróże z nieznaną wyspą u ich kresu.
Ale często mieszkanie okazuje się nie być pustym. W jednym z pokojów natykam się na kobietę. Pewnie jest zdziwiona, co robię w jej mieszkaniu, a ja bezczelnie patrzę się na nią i cieknie mi ślina. Już nie jestem uciekinierem. Już nie jestem odkrywcą. Uciekłem. Odkryłem. Teraz zdobywam. Mój sen staje się erotyczny do granic możliwości, nigdy jednak nie udaje mi się skończyć tego snu. Albo się budzę, albo zaczynam śnić o czymś innym.
Być może właśnie taki sen śniłem, kiedy to nagle ogłuszający grzmot kazał mi otworzyć oczy. No nic... Ochłonąłem trochę, odwróciłem się twarzą do ściany, aby już nie patrzeć w zaparowane okno, i postanowiłem zasnąć, wrócić do moich kochanych snów.
Zamknąłem oczy, złożone ręce wsunąłem pod poduszkę, na której miałem głowę. Zasypiałem skulony na boku, gdy nagle poprzez zamknięte powieki dotarła do moich oczu niezwykła jasność. Zupełnie jak błysk flesza, widziany nawet wtedy, gdy oczy są zamknięte.
„A więc jednak burza?” Odwróciłem się i spojrzałem w stronę okna. Na ciemnych szybach, pokrytych na skutek ciepła w pokoju i zimna na dworze parą, poruszały się cienie nagich gałęzi drzew. Zawsze przerażał mnie ten widok, sprawiał wrażenie jakby gałęzie, albo jakieś gałęziopodobne ręce dobijały się do mojego okna. Prawdziwy wstrząs spowodowany strachem miał jednak dopiero nastąpić w kolejnej sekundzie.
Bo jak można zareagować, jeśli nie strachem, kiedy przy oknie w środku nocy widzi się ludzką sylwetkę? Drzwi od mieszkania zamknięte na dwa zamki, a tutaj nagle w moim pokoju zjawia się bezszelestnie nieznany mi człowiek. Znowu myślałem, że śnię, ale realizm tej sceny był tak wielki, iż z całą pewnością mogłem stwierdzić, że to jawa.
Dziwne, ale tym razem rozsądek przebudził się wcześniej niż mój wzrok. Dopiero po chwili, kiedy wystarczająco długo przyjrzałem się tajemniczej postaci, stwierdziłem, że to kobieta. I to nie byle jaka kobieta. Było ciemno, ale mogłem doskonale przyjrzeć się jej około trzydziestoletniemu kształtnemu ciału. Ubrana w dżinsy i śnieżnobiałą bluzkę, pod którą sterczały cudowne z pewnością piersi, wyglądała jak kobieta, którą pieściłem w jednym z moich snów. Kasztanowe włosy opadały na biel bluzki, biel, która rozjaśniała twarz, kocie zielone oczy i pełne czerwone usta. To nie mógł być sen, bo wyraźnie czułem jej zapach, bardzo zbliżony do zapachu dzikiej róży.
- Podaj mi rękę i chodź ze mną, – powiedziała miękkim podniecającym głosem.
- Że jak? Że co? – zmieszany i zaskoczony nie wiedziałem co zrobić, ani co powiedzieć. – Kim pani... to znaczy kim jesteś?
- Jestem Śmiercią. Podaj mi rękę i chodź ze mną.
W tym momencie pomyślałem, że ktoś chyba robi sobie głupi kawał, ale jakoś nie potrafiłem wpaść na to kto byłby zdolny nie tylko do takiego pomysłu, ale także do dostania się do mojego zamkniętego mieszkania, nie robiąc przy tym hałasu podczas trwającej w całym bloku ciszy nocnej. Odrzuciłem więc wszystkie podejrzenia (a właściwie to nie znalazłem podejrzeń, więc odrzuciłem samą myśl o podejrzeniach) i wziąłem sytuację taką, jaka mi się przedstawiała: piękna kobieta na środku mojego pokoju podaje się za Śmierć. Nonsens. Bzdura. Może ciągle sen, a może jakiś dziwny rodzaj snu na jawie.
- Podaj mi rękę i chodź ze mną, – powtórzyła niesamowicie słodkim i powalającym głosem, przechodzącym w szept.
- A co jeśli nie pójdę z tobą? Zabijesz mnie? Nie masz nawet kosy, a wątpię, aby w kieszeniach twoich gładko przylegających do nóg i dupci spodni zmieścił się pistolet, albo chociaż nóż. Wydajesz się być bardziej bezbronna niż ja Kotku. I na dodatek jesteś sam na sam ze mną w moim pokoju.
- Nie rób tego, bo i tak się nie uda. Podaj mi rękę i chodź ze mną.
„Nie rób tego?” Jakby odczytała moje zamiary. Chciałem wstać z łóżka, dotknąć jej, aby sprawdzić, czy aby na pewno to dzieje się naprawdę, a potem, skoro już znalazłem się z nią w takiej sytuacji, spróbować ją pocałować, może uległaby dotykowi i mógłbym się z nią kochać. Ale stała się rzecz straszna: nie mogłem ruszać nogami. Leżąc, a właściwie na wpół siedząc w łóżku, odchyliłem kołdrę i po raz drugi, a może trzeci (niby niewielkie liczby a i tak straciłem rachubę) tej nocy przestraszyłem się nie na żarty. Moje nogi, od stóp do kolan, były całe sine.
Przypomniało mi się, jak umierał dziadek. Parę godzin przed śmiercią posiniały mu stopy. Później miał sine łydki, a w chwili gdy już konał sine miał cale nogi aż do pasa. Oczy miał zamknięte jakby spał, ciężko oddychał. Klatka piersiowa poruszała się coraz szybciej i coraz intensywniej. Wtedy ojciec wyjął mu spod głowy poduszkę i położył głowę dziadka tylko na jaśku. Oddech dziadka stał się płytki, zupełnie jakby mu ulżyło, a po paru chwilach ustał.
Przypomniały mi się słowa babci, która podczas umierania dziadka, była pewna, że dziadek umiera, bo jak to się wyraziła „śmierć zaczyna się od nóg”. I ja teraz właśnie miałem sparaliżowane i sine obie nogi. Wprawdzie nie całe, ale jak na początek śmierci to i tak już stanowczo za daleko się posunęła. „Boże, żeby tylko nie przekroczyła kolan”, - pomyślałem.
- Bóg jest ze mną. I niedługo ty też do nas dołączysz. Podaj mi tylko rękę i chodź. – słodki i ponętny głos śmierci drażnił moje uszy niczym pisk kredy na szkolnej tablicy, albo dźwięk kocich pazurów, przesuwanych po papierze ściernym.
Musiałem coś wymyślić, coś aby ona sobie stąd poszła. Albo żeby mnie nie zabrała ze sobą. Może sobie tu stać, byle by mnie nie zabrała. Przecież za parę godzin wstanie dzień, wprawdzie nie zapieje kur, ale takie zjawy jak ona, na pewno boją się świtu. Musze tylko jakoś wytrwać do rana, zagadać ją, może zaproponuję kawę, o ile w ogóle Śmierć pija kawę.
- Nie męcz się. Ranek nie nastąpi, jeśli nie podasz mi ręki. Chodź ze mną.
Spojrzałem na zegarek. Ile godzin zostało jeszcze do świtu? A ile już minut dzieliłem ze Śmiercią przestrzeń w moim pokoju? Te pytania nagle okazały się bez znaczenia. Na moim zegarku cały czas niezmiennie wyświetlała się godzina 2:14. Byłem zgubiony. Chyba nie było już ucieczki. Ale czy miałem się poddać? Czy miałem podać jej swoją dłoń?
- Posłuchaj mnie, - zacząłem moją oralno-werbalną, chyba jedyną możliwą w tej sytuacji obronę. – Jesteś Śmiercią, pewnie zabrałaś już tak z tego świata miliony, jeśli nie miliardy ludzi. Czy nikt się nie potrafił przed Tobą obronić? Czy każdy, do kogo przyszłaś poszedł z tobą?
- Nie każdy. Zdarzało się, że ktoś mnie przechytrzył, jak widać są na mnie sposoby, ale ja ich nie znam. Gdybym znała nikt, dosłownie nikt, nie uciekłby przed wyrokiem, którego jestem egzekutorką. A teraz podaj mi rękę i chodź.
„Czyli jednak jest szansa”, – pomyślałem. Ciekawe, w jaki sposób można uniknąć Śmierci. Nie podając jej ręki? Ale czas stoi w miejscu i możemy tak sobie siedzieć i się droczyć przez setki lat, w końcu mi się znudzi i podam jej dłoń, zdam się na nią, niech mnie prowadzi, gdzie ma ochotę. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze mi się nie znudziło. I właściwie dlaczego miałoby mi się znudzić? Przecież ona jest taka piękna. Chyba mógłbym się w niej zakochać. Powiedziałem jej to:
- Jesteś piękna.
- Wiem, – odpowiedziała . – Ci co malowali mnie jako rozkładające się zwłoki, okapturzoną z kosą w dłoni, nigdy mnie nie widzieli. Ale ci, co mogli mnie zobaczyć, wiedzą, że jestem piękna. Twój dziadek też to zauważył. I twój brat, który zmarł parę lat temu. I każdy, który odszedł razem ze mną. A inni się mnie boją i mówią, że jestem straszna tylko dlatego, że jeszcze nie mieli możliwości mnie zobaczyć. Ale i do nich zostanę kiedyś posłana. A teraz jestem u ciebie. Podaj mi dłoń i chodź.
Przypomniała mi mojego dziesięcioletniego brata, który zmarł na raka. To straszne, kiedy umiera dziecko. Ja mam dwadzieścia kilka lat, ale umrzeć wydaje mi się równie bezsensownym w tym wieku. Przecież ja mam plany życiowe, mógłbym tyle jeszcze zrobić. Przecież w moim wieku najbardziej chce się żyć.
Śmierć zrobiła lekki krok do przodu, jakby chcąc mi ułatwić podanie ręki. Jej biała bluzka, która nie była wpuszczona w spodnie, zafalowała; jędrne piersi sprawiały, że nie przylegała do ciała. „A może by tak ostatnie życzenie przed śmiercią?” – pomyślałem. Skoro miałem umrzeć, należało mi się przecież ostatnie życzenie.
- Dobrze, zrobię to dla ciebie. – odpowiedziała Śmierć, jakby czytając w moich myślach.
Stanęła w lekkim rozkroku na środku pokoju. Dopiero teraz mogłem w pełni dostrzec wspaniałe kształty jej ciała. Kiedy na chwilę się odwróciła, mogłem bez trudu zauważyć jak obcisłe spodnie wpijają się w jej cudowne pośladki. Stanęła przodem do mnie. Rozpięła guziczek spodni, a te bez żadnych oporów zsunęły się po jej gładkich nogach. Zdjęła je zupełnie. Ciekawe czemu wcześniej tego nie zauważyłem, ale miała bose stopy. Żadnych skarpetek, pończoch ani rajstop. Bose stopi i pomalowane na czerwono błyszczącym lakierem paznokcie.
Majteczki miała białe. Skrywały się jeszcze pod jej białą bluzką, ale nie za długo. Po chwili bluzka opadła delikatnie na podłogę niczym jesienny liść, niczym piórko, spadające na ziemię i płynące w powietrzu. Nie miała stanika, ale nie mogłem jeszcze zobaczyć jej piersi. Miała bowiem na sobie delikatny podkoszulek, błyszczącą białą haleczkę, sięgającą do pępka. Na jej środku, mniej więcej na wysokości brzucha, była wyhaftowana czerwona róża.
Podeszła bliżej. Cały czas pachniała dziką różą. Uśmiechając się tylko, bez słowa, wślizgnęła się mi do łóżka pod kołdrę. Dopiero okryta kołdrą, zdjęła podkoszulek i majteczki. Nie mogłem zobaczyć jej piersi ani tego, co skrywała między nogami. Byliśmy pod kołdrą. Pozwoliła się jednak dotknąć, mogłem ją całować i pieścić. Kochaliśmy się w objęciach, zupełnie jak para wzorowych kochanków. To nie był zwykły sex. To było coś niesamowicie czystego. Pomyślałem, że może Śmierć jest aniołem i dlatego mi jest tak dobrze, ale to była ostatnia rzecz o jakiej myślałem. Zaraz potem nie potrafiłem już myśleć o niczym, odpływałem z nią w niesamowitej rozkoszy. Pojękiwaliśmy chyba ze szczęścia. Chyba. Nie wiem. Nie pamiętam. Nie umiałem wtedy myśleć, a wszystkie moje zmysły skupiały się na przyszywającej mnie rozkoszy i zbliżającym się orgazmie.
Kiedy się ocknąłem, na zegarku nadal była 2:14. Ona leżała wtulona we mnie. Nie spała. Oddychaliśmy ciężko i musiało minąć parę chwil, zanim się do mnie odezwała.
- Teraz już możesz podać mi rękę i ze mną pójść. Chodź.
Fajnie było, ale się skończyło. Miałem iść z nią? Czy tam po drugiej stronie miało być lepiej? Nie wiedziałem tego, ale wiedziałem, że boję się zmian. Nawet zmiany na lepsze zawsze wprawiały mnie w jakieś zakłopotanie, dostarczały dziwnego stresu zanim się ziściły. Kiedy przeprowadzałem się do nowego mieszkania, byłem pełen obaw, czy życie samemu mnie nie przerośnie. Przecież mieszkając z rodzicami, nie było tak źle. Po co to zmieniać? Z drugiej jednak strony byłem podniecony faktem, że będę miał własne lokum, bez przeszkód będę mógł zapraszać kobiety, nic nie będzie mnie krępować. I dopiero jak już się tu wprowadziłem, to moje obawy rozpierzchły się na cztery wiatry. A teraz znowu powróciły, ale ta przeprowadzka, jaką miałem tym razem doświadczyć, była większego kalibru. Miałem przeprowadzić się do nowego życia. Chyba do Raju, bo jestem człowiekiem wierzącym. No być może do Czyśćca. Bałem się opuścić mój dotychczasowy świat.
- Podaj mi rękę i chodź ze mną, – ponowiła prośbę Śmierć. Jej głos był cały czas bardzo podniecający.
Postanowiłem spróbować jeszcze raz obronić się słowem. Trochę chyba zacząłem panikować, bo fragmentami moja mowa nie miała ni ładu ni składu. Wypowiedź moja była lekko chaotyczna. Prosiłem, nawet błagałem, że nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil leomagic
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…