Zima się przeciąga
Opowiadanie o człowieku, który chciał sie dowiedzieć, jak smakuje życie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zima się przeciąga
Zima się przeciąga. Niech sobie trwa. W końcu to ostatnia zima w moim życiu. Za rok już mnie tu nie będzie. I dobrze. Komu potrzebne jest życie? Niby jest trochę tych wspaniałych przeżyć, kilka całkiem miłych uczuć i... No właśnie. I? I co? Na łożu śmierci nagle dociera do ciebie, że to wszystko to iluzja, którą sam sobie stworzyłeś. Prawda, zostawiam po sobie spadek, tak materialny jak i niematerialny - dla bliskich. Chciałoby się rzec: „Nie żyłem na próżno. Jednak ktoś coś ma z mojego istnienia.” Ale to też fikcja, bo moi bliscy, tak samo jak ja, żyją iluzją i to, co dostaną ode mnie jest bezwartościowe. Iluzja. Ale jaka piękna... Gdyby nie ta cholerna iluzja, łatwiej by się umierało. Po co człowiek ubzdurał sobie szczęście, miłość, smutek, nadzieję i te inne pierdoły? Chyba po to, żeby wszystko to później stracić. Że życie jest ciekawsze? Że nie jest nudne? A ja myślę, że nudę też wymyślił człowiek i dlatego się nudzi, i wymyśla niestworzone zjawiska, z których wszystkie prowadzą do jednej z dwóch prawdziwych rzeczy na tym świecie - do śmierci. Drugą z tych prawdziwych rzeczy na tym świecie są narodziny. Tak więc „narodziny” i „śmierć” - w tych dwóch słowach zawiera się sens istnienia ludzkiego. Właśnie to drugie zjawisko jest mi teraz szczególnie bliskie. Umieram. Umieram na nieuleczalną chorobę zwaną rakiem płuc. Jak na złość dowiedziałem się o chorobie dokładnie w dniu, w którym miałem rzucić palenie. Oczywiście z rzucania nałogu nici. Z poradnika zdrowia dowiedziałem się, że zostało mi sześć, siedem miesięcy. Ja dałem sobie tydzień...
Dzień 1 Niedziela Sunday Sonntag
Nie obudził mnie budzik. Zrobiła to dwie godziny później moja matka. Dwie godziny. Kurwa. -Rob! Śniadanie! - krzyknęła z dołu matka. Chyba ma przeciąg we łbie, pomyślałem. Czy człowiek, który dowiedział się dzień wcześniej, że ma raka je śniadanie? Czy taki człowiek cokolwiek je? -Zaraz zejdę! Matka zrobiła się miła. Ciekawe, czy byłaby taka miła, gdyby dowiedziała się, że przed chwilą ukradłem jej całą wypłatę? -Jedz, jedz, Rob. Zrobiłam ci twoje ulubione kanapki z serem. Jak zjesz, przebierz się. Pójdziemy do kościoła. -Nie. -Pójdziemy pomodlić się za twoje zdrowie. -Mi już nic nie pomoże. -Nie mów tak. Przecież zawsze chodzimy pomodlić się do kościoła, kiedy jesteś chory. Będziesz się leczył. W końcu to nie koniec świata. Jak zwykle przesadzasz. Spojrzałem jej w oczy, żeby zrozumiała, co chcę zrobić. Ale najpierw postanowiłem przełknąć ostatni kęs kanapki z serem. -Życie nie warte jest tyle zachodu, mamo. -Rob! Matce skoczyło ciśnienie. -Mamo. Pogódź się z tym, że to już koniec. -To może od razu strzel sobie w głowę! Z doświadczenia wiedziałem, że zaraz zemdleje. -Są rzeczy, które chciałbym jeszcze zrobić przed śmiercią. -To ja robię wszystko... Walczę o twoje zdrowie, a ciebie to nie obchodzi... o Boże, słabo mi. Rob... Zdążyłem ją złapać. -Miłych snów. Żegnaj, mamo. Pocałowałem ją w czoło, dokończyłem śniadanie, spakowałem się i wyszedłem.
* * * * *
Cholera. Drzwi otworzyła matka Hani. -Dzień dobry, pani Sanne. Zastałem Hanię? - spytałem grzecznie, jak cholera. -Tak, wejdź. Zaraz zejdzie. Kawy, herbaty? Wódy. -Nie, dziękuję. Przed chwilą piłem. -Na pewno? Jeśli chodzi o grzeczność, pani Sanne biła mnie na głowę. -Bardzo pani uprzejma, ale z przykrością muszę odmówić. Diabeł przeze mnie przemówił, czy co? Przecież ja nie znam takiego języka. -Wpadłem tylko na chwilkę. Wreszcie z piętra zeszła Hania. Piękna blondynka o pucołowatej buzi. Miłość do niej przesłaniała mi cały świat przez ostatnie dwa lata. -Cześć, Rob! Co się stało? -Muszę z tobą porozmawiać. -To może wejdziesz na górę? Ten zalotny uśmiech. Znowu chce jej się pieprzyć, domyśliłem się. -Nie mam czasu. Porozmawiajmy na ganku. -Jest zimno. -Gówno mnie to obchodzi. Pani Sanne się zdziwiła. Hania założyła kurtkę i wyszła. Ja za nią. -Żegnam, pani Sanne - rzuciłem, zamykając drzwi. Nie odpowiedziała. -O co chodzi? - spytała Hania. - Po co ci ta torba? No. Trzeba być twardym, pomyślałem. -Musimy się rozstać. -Co? Przecież wszystko jest w porządku. Przecież się kochamy. -Ja... ja kocham. Ja muszę... Dlaczego nigdy nie mogłem się przy niej wysłowić? Szczególnie wtedy, gdy rozmawialiśmy na poważny temat. Musiałem ją okłamać. Musiałem od niej odejść, żeby nie cierpiała. Kochałem ją. To nie jej wina. -Nic nie jest w porządku. Nie jesteś jedyna. Kłamałem. Zdradziłem cię. Już cię nie kocham, cześć. Było trudniej niż myślałem, ale jakoś poszło. Pozostało jeszcze znaleźć budkę telefoniczną. -Halo? Kuba? Daj Krzyśka. Pieprzone telefony na wietrze. -Słucham. -Krzysiek? Cześć, mówi Robert. Dzwonię pożegnać się z najlepszym kumplem. -Pożegnać? Co jest? -No... wyjeżdżam. Słuchaj. Kasa, którą byłem ci winien jest już na twoim koncie. Jesteśmy kwita. Muszę kończyć. Pozdrów chłopaków z internatu. Na razie. -Ale, Rob... Autobus. -Do Miasta poproszę. -Dziesięć osiemdziesiąt. Równo ma być, bo nie mam wydać, kurwa jasna. Kierowca nie był grzeczny i był gruby, jak Włoszka. -Mam dwadzieścia. Miał wydać. Rachunek się zgadzał.
* * * * *
Zima się przeciąga. Kiedy dowiedziałem się o chorobie, dotarło do mnie, że to wszystko jest nic niewarte. Nie ma czego żałować. Człowiek rodzi się, uczy się chodzić, mówić. Idzie do szkoły, rozrabia z kolegami. Dorasta, przeżywa pierwszą miłość i pierwsze rozczarowanie. Zaczyna marzyć. Zaczyna wierzyć. W Boga, w ludzi, w ojczyznę. Jedzie na wojnę. Jeden strzał, bęc, i nie żyje. Przecież to się kupy nie trzyma. Wszystko, na co pracujemy od chwili narodzin może się zawalić w jednej chwili. W momencie, w którym matka spłodziła mnie z żołnierzem, zabiła mnie. Mam nadzieję, że czuje się winna. Ja chory? Niestety, płuca, powiedział lekarz. W pierwszym momencie zabrzmiało to jak ohydny żart. Później chciałem się zabić. W końcu postanowiłem, że zanim ze sobą skończę, użyję trochę życia. Dałem sobie tydzień, od niedzieli do soboty. I zapomniałem o przeszłości... Kiedy myślisz o przeszłości, nie myślisz o przyszłości. Nie można myśleć o dwóch rzeczach naraz, chyba, że są to cycki Cindy Crowford. Ja zawsze byłem bardzo sentymentalny. I głupi...
Dzień 2 Poniedziałek Monday Monntag
Ciepło poniedziałkowego słońca, które dopiero co zapłonęło na horyzoncie, zbudziło mnie z niespokojnego snu. Chyba śniło mi się masło. Do miasta jeszcze trochę drogi. Gdybym nie wiedział o raku, łatwiej by mi się oddychało. Wiedziałem jednak o chorobie i dusiłem się w tym bydłowozie. Siła sugestii. -Czy mógłby pan ustąpić mi miejsca? - szepnęła jakaś stara kobieta. - Stoję tak od dwóch godzin. Kiedy wsiadałam do autobusu, spał pan. Nie chciałam budzić... -Ależ proszę! Niech pani siada! Wstałem gwałtownie. -Mam raka, ale postoję! Będę zdychał na stojąco, suko. Siad! Posłuszna staruszka. Zaraz po tym, jak babcia usiadła na swoje... moje miejsce, do mego lewego ucha zaczął docierać cichy kwik. Szybko stawał się głośniejszy. Zerknąłem przez ramię. Kierowca trzymał się za pierś i wydawał dziesiątki różnych dźwięków. Z trudem powstrzymywałem wybuch śmiechu. Tymczasem autobus zatrzymał się, a kierowca upadł na podłogę. -Ludzie! On ma zawał! - krzyknął ten, który to krzyknął. Zaczęła się wielka reanimacja. Reanimowali chyba wszyscy. Każdy inną część ciała. Nigdy nie widziałem, jak umiera człowiek. Stałem nad poruszonym tłumem żywych defibrylatorów i obserwowałem z zaciekawieniem. I nie byłem sam. Pod oknem stała wysoka rudowłosa kobieta. Skupiona na żegnającym się z życiem pracownikiem państwowej firmy komunikacyjnej wyglądała na znudzoną. Nieoczekiwanie nasze oczy spojrzały w dokładnie przeciwnych kierunkach. Jej na mnie, a moje na nią. To się nazywa mój ideał kobiety. Dwoje oczu, nos i usta. Miała też uszy, nogi i ręce, które wykorzystywała do chwytania różnych przedmiotów. Po prostu piękna. Ktoś stwierdził zgon i pod dach autobusu wzniósł się jęk zawodu. Dziś nikt nie zostanie bohaterem. -Trzeba wezwać pogotowie - powiedział kobiecy głos. -Trzeba było to zrobić, zanim on umarł. Teraz jakoś się obędzie. Do miasta niedaleko. Ma ktoś z państwa prawo jazdy? Prawa jazdy nie mam, pomyślałem, ale byłoby miło poprowadzić samochód, którym może jechać więcej niż cztery osoby naraz. Poza tym będę miał miejsce siedzące. Usiadłem za kierownicą i nie bez problemu ruszyłem z miejsca. Pasażerowie usiedli na swoich miejscach, a kierowca leżał.
* * * * *
Instruowany przez jednego z pasażerów, dojechałem na stację. Miasto przywitało nas białym puchem, który pomieszany z ulicznym brudem tworzył totalną breję. Drogowców znów zaskoczyła zima, chociaż to już koniec lutego. Wciąż martwy kierowca zrobił się siny i wydawało się, że można dostrzec uśmiech na jego twarzy. Po krótkiej chwili w autobusie został tylko trup. Ja byłem już w drodze do hotelu. -Jak długo pan u nas zabawi? - spytała kobieta w recepcji. -Sześć dni. -Ma pan jakieś specjalne życzenia? -Tak. Chciałbym, żeby jutro było słonecznie. -Słucham? -Papierosy. Codziennie rano na stoliku. -Proszę bardzo. Pokój 204 - powiedziała, wręczając mi klucze. - Miłego pobytu. -Dzięki. Gdyby nie to, że pokój był brzydki, podobałby mi się. Wannę wykorzystałem do tego, żeby się wykąpać. Bardzo starannie umyłem zęby. Ubrałem się w zamówiony garnitur i wyszedłem z hotelu, na ulicę, gdzie było już ciemno, ponieważ zaszło słońce. Poszedłem do kasyna, sławnego na cały kraj po aferze ze znaczonymi kartami. Mój plan na wieczór był prosty. Iść do kasyna, do którego zawsze chciałem pójść, przegrać dokładnie odliczoną sumę pieniędzy, a potem kupić (za dokładnie odliczoną sumę, oczywiście) dwie dziwki i spędzić z nimi upojną noc w hotelu. Noc z dwoma kobietami, to jest coś. W kasynie było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Mnóstwo ludzi, dzielących się na tych, którzy grali i na tych, którzy tylko się przyglądali. Nabyłem, drogą zakupu, żetony i po chwili znalazłem się przy stoliku do gry w kości. Kości to taka gra, w której grający rzuca kostką, a potem jest szczęśliwy, albo smutny. Zadziwiające, że szczęście spotyka zazwyczaj tego, który wcale go nie szuka. Po godzinie spędzonej przy stoliku pomnożyłem swój majątek o... Nigdy nie byłem dobry z matematyki. W każdym razie sporo się tego uzbierało. Podobno jakiś rekord. Żądni wrażeń widzowie zaczęli nadciągać ze wszystkich stron sali, żeby być bliżej pieniędzy. Swoich, nie swoich, żadna różnica. Pieniądze, to pieniądze. Nieważne czyje, zawsze przyciągają, jak magnes. -Ma pan szczęście. Chciałbym być na pana miejscu - powiedział do mnie jeden z obserwatorów. -Uwierz mi, nie chciałbyś. Dwie kobiety. Wcześniej ich nie zauważyłem, a towarzyszyły mi już od pewnego czasu. Jedna stała po mojej lewej, druga, po prawej stronie. Wzbudziłem ich wyraźne zainteresowanie. Oceniłem urodę uroczych pań - mocna trójka, i doszedłem do wniosku, że zamiast dwóch dziwek mogę mieć dwie panie, które oddadzą mi się nie za pieniądze, ale dlatego że je mam. Kosztowały mnie dwa uśmiechy. -Witajcie w skromnych progach, miłe panie. Co za idiotki. Chichotanie dwóch worków na spermę przestało mnie bawić. -Połóżcie się, zaraz przyjdę. -Dokąd idziesz, Rob? - spytała brunetka, która zaczęła już ściągać skromną sukienkę. -Idę do łazienki obciąć paznokcie u stóp. Chichotanie. Przy dużym palcu lewej stopy przed oczami stanęła mi Hania. Przecież ja ją... Cholera. Co za popieprzone uczucie, gówniane hormony, które sprawiają, że osobniki płci przeciwnej żyją razem, płodzą potomstwo, wychowują je... Nie mogę tego zrobić, uznałem. Zresztą od tego chichotania przeszła mi ochota. -Dziewczynki, pora na dobranoc. -Wolałabym selera! -Dość żartów, jest późno. Idźcie już. Obraziły się. Idiotki. Nakarmiłem raka, podrapałem się po tyłku i zasnąłem.
Dzień 3 Wtorek Tuesday Dienstag
Straszny kac. Nigdy więcej drogich drinków. Pieniądze, które wygrałem w kasynie, zmieniły trochę moją sytuację. Teraz mogłem więcej. Mogłem zaczerpnąć o wiele smaczniejszej iluzji. Część pieniędzy postanowiłem wysłać matce. Było ich tyle, że mogła nie pracować przez dziesięć lat. Napiłem się poczciwej wódki i ruszyłem na spotkanie z Nią. Na ulicy było jasno, ponieważ wzeszło już słońce. Po nabyciu kilku potrzebnych mi rzeczy, udałem się do kasyna. Kasyno mieściło się w najwyższym wieżowcu w Mieście. Idealnie. -Och, to pan! Gratuluję! - tymi słowy przywitała mnie recepcjonistka. -Ja do szefa. Jest u siebie? -Tak, tak. Biuro prezesa jest na sześćdziesiątym ósmym piętrze, pokój 6812. Halo! Niech pan zaczeka. Proszę, to jest przepustka. Bez niej nie wejdzie pan na wyższe piętra. Chyba wszyscy mnie tu już znają, zauważyłem. Ochroniarze kłaniali mi się, nawet nie sprawdzali, co trzymam w plecaku. Zero profesjonalizmu. Po wejściu do windy, nacisnąłem ostatnią liczbę: sto dziewięć. Tam było już tylko wejście na dach. Kłódka nie stawiała większego oporu. Na dachu wiało. Wyjąłem z plecaka spadochron, założyłem na plecy i stanąłem nad przepaścią. Lęk wysokości zrobił swoje. -Ja pierdolę... Zakręciło mi się w głowie. Nie było już odwrotu. Nogi ugięły się w kolanach, by zaraz potem gwałtownie się wyprostować. Przepaść rosła w moich oczach. Kształty zamazywały się i wtedy zobaczyłem śmierć, a dokładnie jej rozdziawioną bezzębna paszczę. Pociągnąłem za linkę, gwałtowne szarpnięcie i już szybowałem nad ulicami miasta. Pot kapał z mojego czoła gdzieś na głowy przechodniów. Zrobiło się bardzo zimno. Po wylądowaniu musiałem szybko zniknąć. Człowiek na spadochronie w centrum miasta przyciąga zdecydowanie zbyt dużą uwagę, pomyślałem, a śmierć jest straszna.
* * * * *
Jakiś idiota skoczył rano ze spadochronem z budynku kasyna - powiedział barman, nalewając mi wódkę. - Co ta pieprzona młodzież wymyśla? Do roboty by się wzięli. Nie mam racji? -Nie masz... Nie masz zimnej wódki. Podajesz mi ciepłą wódkę i chcesz żebym z tobą rozmawiał? Rzuciłem gruby plik banknotów na ladę i ruszyłem do wyjścia. -Reszty nie trzeba. Kup sobie lodówkę, bo ktoś kiedyś może cię skrzywdzić za tę ciepłą wódkę. Znam takich. Po szklance wódki poczułem się spokojniejszy. Drugie śniadanie zawsze dobrze mi robiło. Zrobiłem zakupy w mieście. Płyta Deep Purple, butelka whisky, sportowy samochód przedniej marki, dwie paczki papierosów i kilka puszek piwa wystarczyły, żeby miło spędzić popołudnie. Jechałem autostradą, rozwijając zawrotne prędkości. Jedna ręka trzymałem kierownicę, a druga dostarczałem paliwa swojej bezmyślności. Kilometr po kilometrze stawałem się coraz bardziej pijany. Na dachu wyprzedzonego właśnie pojazdu zamigotały niebieskie światełka. W prawej ręce trzymałem butelkę, więc nie mogłem wrzucić wyższego biegu, bo lewą nie wypada. Zarzynałem więc silnik, jadąc na maksymalnych obrotach, a migoczący obiekt we wstecznym lusterku stawał się coraz większy. Znudziłem się, więc nie było sensu jechać dalej. Ostatnia puszka po piwie wylądowała na poboczu. Zatrzymałem się. -Dzień dobry, a w zasadzie to dobry wieczór nawet. Sierżant Andrzej, policja. Dopiero teraz nas pan zauważył? -No. -Niebezpiecznie pan jeździ. Piwo, które wyrzucił pan kilkadziesiąt metrów stąd na pobocze budzi moje zaponie... zaniepokonie... zanieponie... podejrzenia. -Panie władza. Obiecuję, że w następnym wcieleniu będę bardziej dbał o środowisko. -Nie chodzi o śmiecenie. Niech pan tutaj dmuchnie. Dłużej. No, proszę bardzo. Jak Ray Charles na trąbce. -No i co tam wykazało? Tylko niech pan nie mówi, że piłem. -Niestety, mam dla pana złą wiadomość. Pił pan i to dużo. Proszę wysiąść z auta. Z wysiadaniem był problem. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i nijak nie mogłem nakłonić ich do współpracy. Uparły się, cholery jedne. -Panie władza. Załatwmy to jak cywilizowani ludzie - zaproponowałem, walcząc z czkawką. -Czyli jak? -Normalnie. Podoba się panu mój samochód, auto przepraszam? To są do niego kluczyki i ja panu je wręczam za pana ofiarność i wytrwałość w strzeżeniu bezpieczeństwa zmotoryzowanych obywateli tego kraju. Moje gratulacje. Sierżant momentalnie spocił się. To szare komórki zaczęły pracować. Zerknął na młodzika przy radiowozie. -Aspirancie, wy nic nie widzicie. -Ja? Sierżancie, ja przecież chory jestem na kurzą ślepotę, po zmroku nic nie widzę. Tylko kury, ha ha! Nikt nie zrozumiał żartu. Sierżant zmierzył mój samochód krytycznym spojrzeniem, rytualnie kopnął w koło i jeszcze raz zerknął na aspiranta, który oddał się dłubaniu w nosie. Kiedyś, gdy byłem bardzo mały zachorowałem i musiałem leżeć w szpitalu. Moja matka wręczyła pielęgniarce drobną kwotę, by tamta „miała na mnie oko”. Kiedy przekupna pielęgniarka opiekowała się mną, jedno z dzieci, które zaniedbała umarło. Korupcja to chyba jeden z najgorszych symptomów upodlenia człowieka. Policjant rozgrzeszył mnie, niedoszłego mordercę, pijanego za kierownicą. Za co? Za kupę żelastwa na kółkach. Kiedy odjeżdżali, ja wymiotowałem na poboczu. Potem stanąłem przy drodze w kierunku Miasta i wyciągnąłem dłoń. Po godzinie zatrzymał się szary sedan zapraszając na przejażdżkę wymownym mruczeniem jednostki napędowej. -Do Miasta? - spytał młody czarnowłosy. - Wsiadaj.
* * * * *
-Nazywam się Hal. Czarnowłosy wystukiwał rytm niesłyszalnej piosenki. Byłem zdenerwowany, pijany, a za szybą ścisnął mróz. -A ty masz jakieś imię? -Tak. Nie lubię ludzi, pomyślałem. Szczególnie tych obcych. Są odrażający. Zachowują się inaczej ode mnie. Wierzą w inne wartości, inaczej wyglądają... Są obcy. Kiedy umrę, zamieszkam na bezludnej wyspie, postanowiłem. Na bezludnej wyspie w piekielnym archipelagu. -Hej, odezwij się - wtargnął w moje myśli obcy. -Mama mówiła, żebym nie rozmawiał z nieznajomymi. Mogą być niebezpieczni. -Ha, ha! Dobre! A czy mama mówiła ci też, że nie powinno się jeździć na gapę z obcymi? Mogą być niebezpieczni. To mówiąc wyciągnął rewolwer i wycelował we mnie. Czyżbym miał umrzeć trochę wcześniej niż planowałem? Nie, jego oczy mówiły, że to dobry człowiek. -I co teraz, chłopaku? Trzeba było słuchać mamy. Wysiadaj. -Najpierw się zatrzymaj. -Wysiadaj, teraz - rozkazał stanowczym głosem. -Przy tej prędkości mógłbym zrobić sobie krzywdę. Zatrzymaj się. -Wypierdalaj, słyszysz! Liczę do trzech. Potem strzelę ci w łeb i wypchnę na drogę. Raz... -Pobrudzisz auto. -Dwa... Wysiadaj, kurwa!!! Spojrzałem na niego znudzony. Za dużo razy takie sytuacje oglądałem w telewizji. -Zatrzymaj się. Obcy wziął głęboki wdech, otarł pot z czoła i zatrzymał samochód. Otworzyłem drzwi i już byłem jedną nogą na ziemi, kiedy czarnowłosy chwycił mnie za ramię. -Czekaj... Przepraszam za tę spluwę. Taki żart. -Aha. -Lubię takich jak ty, co się śmierci nie boją. Słuchaj, właśnie jadę na imprezę do znajomego. Masz ochotę trochę się rozerwać? -No, trochę mnie suszy. -Zamykaj drzwi, impreza jest na przedmieściu. Kiedy weszliśmy do ogromnej willi, uderzyła w nas fala ogłuszającego hałasu. Wszędzie było pełno pięknych kobiet, alkoholu i śmieci. Hal zaprowadził mnie do łysego grubasa ze złotymi zębami. -To jest Jako, gospodarz tego domu i tego miasta - zaczął przedstawiać Hal. - Jako, to jest... Jak ty się w końcu nazywasz? -Mów mi Rak. -To jest autostopowicz Rak. Twardy facet. Jako spojrzał na mnie, klepnął po tyłku siedzącą obok niego czarną panią, która wstała i odeszła zabawiać gości. Wskazał mi miejsce, zwolnione przez dziwkę. -Siadaj, Rak. Ciekawe... Jeśli Hal mówi, że jesteś twardy, to znaczy, że naprawdę masz jaja. Masz pracę. -Nie potrzebuję pracy - powiedziałem i zacząłem wstawać. -Siadaj. Chyba mnie nie zrozumiałeś. Praca u mnie to duże pieniądze. Bardzo duże. -Mam dużo pieniędzy. -O! A gdzie się ich dorobiłeś w tak młodym wieku? Na giełdzie, polu naftowym? -Przy stoliku do gry w kości. Jako spojrzał na Hala. -Więc to ty jesteś tym nowym milionerem. Dziwny zbieg okoliczności. Właśnie zamierzałem się z tobą spotkać. Chciałem porozmawiać... Profilaktycznie. -Nie rozumiem - ta rozmowa coraz bardziej mnie irytowała. -Zaraz zrozumiesz. Jeśli myślisz, że wielka kasa wystarczy do tego, żeby przejąć miasto, to się grubo mylisz. -Nie chcę przejmować żadnego miasta. Łysy zdziwił się i jeszcze raz zerknął na Hala. -Więc czego chcesz? Przeczesałem ręką włosy i także spojrzałem na trochę zmieszanego Hala. -Chcę napić się wódki. Jako chwilę milczał, a potem zaśmiał się obleśnie. -Dajcie mu wódki, he he. Ale numer z ciebie, Rak. Hal! Zaopiekuj się nim. -Tak jest! - zaśmiał się Hal i pociągnął mnie za sobą w alkoholowy wir. Po kilku godzinach byłem już bardzo nietrzeźwy. Siedzieliśmy we czterech przy kominku i wlewaliśmy w siebie litry trujących cieczy. Oprócz mnie i Hala przy kominku siedzieli jeszcze Steff i będący już na krawędzi Kalt. -...więc go zajebałem - Steff opowiadał kolejną historię z jego kryminalnego życia. - Kulka w łeb, dwie w pierś i przestał nazywać mnie cudzołożnikiem. -A jego żona? - spytał Hal. - Co z nią? -Zastrzeliłem. Rozumiesz, równouprawnienie... Kalt zaczął rechotać i śmiał się, aż się porzygał. -Udusi się tymi rzygami - stwierdził Steff, kiedy przestał się śmiać. -No - powiedział Hal i spojrzał na mnie. - Co jest, Rak? -Impreza podupadła. Robi się nudno. -Jedni nie wytrzymali tempa, inni znaleźli sobie dziwki i poszli na górę - powiedział Steff. - Wracając do tej dziwki, którą zastrzeliłem to kula utkwiła jej... -Skurwiel z ciebie, Steff - powiedziałem. - Najgorsza kupa gówna, jaką w życiu widziałem. Steff zerwał się z fotela i ruszył z łapami w moją stronę. -Zostaw go! - krzyknął Hal. -Jak to? Słyszałeś, co powiedział? Ryj mu skuję! -Zostaw! Steff zrobił minę dziecka, które właśnie dowiedziało się, że zaraz będzie miało zastrzyk. -Wszyscy jesteście pieprznięci! - powiedział, podniósł za włosy jakąś kurwę z podłogi i poszedł z nią na górę. -Hal, sprawa jest - powiedziałem. - Potrzebuję pistoletu. -Po co ci spluwa? W mieście nic ci nie grozi. -Mam swoje powody. Hal wyciągnął z szuflady pistolet w kaburze. -Trzymaj. Tylko krzywdy sobie nie zrób. -Krzywdy? Dobre sobie. -To co? Następna flaszka? - zaproponował Hal. -Jak najbardziej - powiedziałem i kopnąłem leżącego Kalta. -Kalt nie da... - wybełkotał Kalt. -Co Kalt? -Kalt nie da rady - szepnął, sapnął i zasnął. Zostało dwóch.
Dzień 4 Środa Wednesday Mittwoch
Obudziłem się po południu w swoim hotelowym pokoju. Nie byłem w stanie przypomnieć sobie, co działo się w nocy i jak trafiłem do hotelu. Szklanka ginu bez toniku uleczyła kaca, a kąpiel sprawiła, że poczułem się, jak nowonarodzony. Usiadłem nagi w fotelu i zapaliłem papierosa. Środa, już niedługo koniec, pomyślałem. -Nie ma do kogo gęby otworzyć. Poszedłem do sklepu zoologicznego. Kiedy przekraczałem jego próg, zacząłem zastanawiać się, czy człowiek może przyzwyczaić się do tego smrodu? Na ścianie wisiały klatki z ptactwem i zdjęcie, a na nim właściciel…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mikrob
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…