Wróć do katalogu

Złatna i Krawców Wierch

Z cyklu: "Moje górskie wędrówki"

Lucjan, opublikowano , 26 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}Złatna i Krawców Wierch 2005 {/b}

Spośród miejsc, w których kiedyś byłem, a które chciałem znowu zobaczyć, była wioska o nazwie Złatna. Leży ona obok Ujsół a od bardziej znanej Rajczy dzieli ją zaledwie pięć kilometrów. Ze Złatną dosyć mocno byłem związany w latach dziecięcych, kiedy to wraz z całą rodziną wybieraliśmy się tam na wczasy czy na ferie zimowe. Jest tam wiele ciekawych miejsc, a niektóre z nich znów zapragnąłem zobaczyć. Pragnąłem je ujrzeć po kilkunastu latach, bo tyle minęło od mojej ostatniej wizyty w tych stronach. Zorganizowałem więc małą wycieczkę w te miejsca. Towarzyszyli mi ludzie, z którymi spędziłem Sylwestra ubiegłego roku i z którymi byłem w Bieszczadach. Towarzyszyła mi Aśka - moja dziewczyna i przyjaciółka w jednym, oraz najczęstsza towarzyszka podróży. Towarzyszyła mi również Ania - dziewczyna mojego przyjaciela Pawła, która jest niezastąpiona w roli pilota, gdy nasz samochód jest w drodze i nie tylko. Mówiąc nasz, mam na myśli samochód Pawła, którym ostatnio często przychodzi nam się poruszać. Jak pewnie się już wszyscy domyślają, kolejnym towarzyszem podróży był Paweł, nazywany częściej Bananem. W takim oto składzie wybraliśmy się w naszą kolejną podróż… Zaczęliśmy ją tam gdzie ostatnio, czyli pod domem Aśki. Zjawiłem się tam piętnaście minut przed siódmą. Pakowaliśmy jeszcze ostatnie nasze rzeczy. Gdy zbliżała się siódma, zerknąłem przez okno, czy Banan z Anią już po nas przyjechali. Zauważyłem białego Forda Eskorta należącego do Banana. Postanowiłem więc zadzwonić do Pawła i powiedzieć, że zaraz schodzimy. On mnie jednak uprzedził - zadzwonił pierwszy. Po chwili byliśmy już w samochodzie i mknęliśmy w kierunku Złatnej. Po drodze mijaliśmy takie miasta jak Bielsko, Żywiec, Rajcza i Ujsoły. Towarzyszyła nam radosna muzyka Regge i nie tylko. Jechaliśmy nieco ponad dwie godziny. Ciekawym zdarzeniem podczas podróży było spotkanie z jednym kierowcą, który zatrąbił na Banana, a kiedy ten się odwrócił w jego stronę, ujrzał kartkę formatu A4 z napisem: Sprawdź tylne światła. Zastanawialiśmy się czy wspomniany kierowca ma mnóstwo takich kartek na różne okazje. Banan nawet stwierdził, że żona tego kierowcy pewnie dostaje polecenia na kartce. Gdy przejechaliśmy tabliczkę z napisem Złatna, postanowiliśmy znaleźć jakieś dogodne miejsce by zaparkować. Na krótko zatrzymaliśmy się przy rzece nieopodal szlaku na Krawców Wierch, na który mieliśmy w planie wejść. Tam zjadłem sałatkę przygotowaną przez Aśkę. Tam też minął nas na drodze jakiś nerwowy kierowca ciężarówki. W pobliżu nie znaleźliśmy jednak dobrego miejsca na samochód. Zdecydowaliśmy, że wrócimy się do początku Złatnej i zapytamy gospodarzy, u których byłem kilkanaście lat temu, czy pozwolą u siebie zostawić samochód na noc. Przypomniałem im, kim jestem a oni ku mojemu zdziwieniu rozpoznali mnie i pamiętali ludzi, którzy wtedy byli tu razem ze mną i z rodzicami. Ewald - pamiętam - to ten, co chodził z tym małym synkiem na piwo - śmiał się syn gospodarza. Żona gospodarza natomiast pokazała nam, gdzie możemy zaparkować. Zabraliśmy z samochodu potrzebne rzeczy i powoli wyruszyliśmy w kierunku mostu, przy którym mieliśmy zacząć niebieski szlak, prowadzący na Krawców Wierch. Szliśmy drogą, wzdłuż której rosło mnóstwo drzew. Na kilku z nich były drewniane domki dla ptaków, zrobione przez człowieka. Zapamiętałem szczególnie jeden taki domek, który był zrobiony z takiego samego drzewa, na którym był, co było świetnym kamuflażem. Mijaliśmy też kawiarenkę, która stała tu już piętnaście lat temu. Minęliśmy również zabytkową Kaplicę, która owiana jest legendą i pełni w Złatnej rolę kościółka. To tutaj ludzie spotykają się na mszy. Odwiedził ją nawet kiedyś kardynał Karol Wojtyła. Legenda głosi, że kiedyś w jedną z trzech, (dzisiaj 120 letnich) lip otaczających drewnianą figurkę Jezusa, trafił piorun. Drzewo było trochę opalone, figurka jednak została nietknięta. Ponadto gdy robotnicy wracali z pracy do domu, widzieli w tym miejscu jakieś światełka. Uznali to za cud i postawili kaplicę. Aśka stwierdziła, że ci robotnicy widzieli po prostu świetliki. Kilka minut później przeszliśmy przez most, na którym zaczynał się nasz szlak. Idąc tak, przypominałem sobie te miejsca, jak wyglądały kilkanaście lat temu. Nie widziałem wielkiej różnicy. Te miejsca wciąż tętniły życiem i nadal były jakby z boku cywilizacji. Ujrzeliśmy nawet zaskrońca, któremu zrobiliśmy zdjęcie. Wzdłuż drogi nieustannie płynęła ta sama rzeka, bogata w wiele małych, ale pięknych wodospadów i zapór. Po drugiej zaś stronie, było źródełko, przy którym się troszkę orzeźwiliśmy. Orzeźwiające również były cienie drzew, które bardzo nam pomagały w znoszeniu upału. Z prawej strony zobaczyliśmy wyrąbane przez drwali drzewa leżące jedne na drugich. Zrobiliśmy sobie w tym miejscu przerwę. Zapytałem wtedy Banana, czy wie skąd wzięła się nazwa Krawców Wierch? Sprawdzałem tym samym, czy czytał mój folder. Odpowiedział, że kiedyś w tych okolicach żył bardzo bogaty pan, do którego należały wszystkie te ziemie. Pewnego dnia spotkał w drodze chłopa, który miał pięknie uszyty kożuch. Tak się zachwycił, że polecił chłopu uszyć jeszcze jeden taki kożuch, dla siebie. Pan zagroził nawet chłopu, że jak ten źle uszyje, to każe uciąć mu głowę. Chłop odpowiedział, że nie tylko nie straci głowy ale jeszcze otrzyma ziemie. Po jakimś czasie pan był tak zadowolony z kożucha, że kazał chłopu wybrać sobie jakąś górę, którą chciałby otrzymać, a w zamian wyszywałby ubrania dla pana. Chłop po wielu poszukiwaniach, wybrał górę przy granicy. Zimą wyszywał kożuchy a latem zajmował się owcami. Stąd wzięła się nazwa Krawców Wierch. Banan zdał egzamin celująco! Tuż po przerwie, po prawej stronie mijaliśmy też kamieniołomy, które zmieniły się od czasu, kiedy widziałem je po raz ostatni, bujnie zarastając roślinnością. Od razu przypomniałem sobie jak wdrapywałem się na nie kilkanaście lat temu z moim kochanym owczarkiem nizinnym Bitlesem, który odszedł 5 czerwca tego roku. Zanurzając się we wspomnieniach, widziałem go jak radośnie biegał po tych wszystkich miejscach, jak wszędzie za mną podążał. To właśnie w Złatnej była ta rzeka, w której pływałem a Bitles płynął za mną. Gdy byłem po drugiej stronie rzeki, wołałem go. On przypłynął. Po kilku przepłyniętych szerokościach rzeki, Bitles wpadł na genialny pomysł. Gdy znów po przepłynięciu na drugą stronę zacząłem go wołać, on zauważył, że kilka metrów dalej jest most… Na tym skończyło się jego pływanie w rzece. Od tego momentu zawsze wybierał przejście mostem. Ach, człowiek czasem potrafi zapomnieć się we wspomnieniach. To tęsknota przecież zaprowadziła mnie ponownie w te miejsca… Banan czytając to pewnie myśli: a co z rozwojem duchowym : Gdy droga zaczynała odłączać się od rzeki, nasz szlak zaczął być coraz bardziej stromy. Postanowiliśmy więc zrobić sobie przerwę, przy drewnianych ławeczkach. Tam zjedliśmy małe co nieco, a Banan poszedł nabrać wody z rzeki, wiedząc że po drodze może już jej nie być. Po przerwie ruszyliśmy dalej w górę, przez las, leśnymi ścieżkami. Gdy poczuliśmy zmęczenie, robiliśmy krótkie przerwy i jedną dłuższą przy strumyczku, który relaksował nas swoim dźwiękiem. Tam też Banan robił mnóstwo fotek przyrodzie, nam i Anisi, która pozowała niczym modelka. Niektóre zdjęcia robił, ćwicząc jogę. W jednym miejscu miał nawet zamiar stanąć na pniu, z tym że na głowie… Taki to nasz miłośnik sportu i nie tylko. Po przerwie ruszyliśmy dalej. Pamiętam jak przechodziliśmy przez miejsce, w którym było mnóstwo pszczół, dookoła bowiem słychać było ich brzęczenie. Aśka szeptała mi wtedy, byśmy szli ostrożniej. Kilka minut później wyszliśmy z lasu a naszym oczom ukazała się łąka Krawcula, na której postawiona była drewniana Bacówka, w której mieliśmy zarezerwowane noclegi. Droga do celu zajęła nam trzy i pół godziny. Dodać należy jednak, że robiliśmy sporo przerw, w tym niektóre dłuższe. Tym razem nie musieliśmy się spieszyć, dzięki czemu mieliśmy więcej czasu na podziwianie widoków. Weszliśmy do środka bacówki i przywitaliśmy się z obecnymi w niej turystami. Załatwiliśmy od razu sprawy z noclegami i rozpakowaliśmy się. Przywitałem się przy okazji z właścicielem bacówki Szymonem, o którym słyszałem wiele pochlebnych opinii, jako o dobrym gospodarzu. Dostaliśmy pokój na pierwszym piętrze, gdzie jedna ściana była jednocześnie spadzistym dachem. Mieliśmy nawet balkon. Anisia z Bananem zabrali się za rozbijanie namiotu, tuż obok bacówki. Następnie zeszliśmy na dół by coś zjeść. Kupiłem więc sobie ciasto jabłkowe, które było jeszcze ciepłe. Bardzo mi smakowało. Później poszliśmy zobaczyć, co słychać u naszych kompanów. Ich namiot był już postawiony. Aśka w międzyczasie wzięła prysznic a ja zamierzałem jeszcze się udać na Przełęcz Glinke. Wybrałem się tam samotnie, gdyż nikt już nie miał ochoty na tak długi spacer. Zamieniłem kilka słów z młodym właścicielem bacówki Szymonem i wyruszyłem. Ścieżka prowadziła przez las. Narzuciłem sobie dosyć spore tempo. Po dwudziestu minutach wędrówki, w ciszy lasu, słyszałem własne tętno. Zrobiłem krótką przerwę, aparat dałem na słupek graniczny i zrobiłem sobie zdjęcie. Wcześniej też miałem przyjemność spotkać zaskrońca takiego samego, jakiego widzieliśmy wcześniej. Po kolejnych dziesięciu minutach byłem już na Przełęczy(wysłałem wtedy Asiołkowi smsa, na którego otrzymałem błyskawiczną odpowiedź) i jednocześnie na przejściu granicznym. Chciałem tam podbić sobie książeczkę GOT. Zapytałem więc celniczki, czy jest to możliwe. Ona z kolei zapytała o to jakiegoś celnika. On jednak nie był tak miły i uznał, że nie można. Najbliższy sklep był cztery kilometry stąd, więc nie chciało mi się go już szukać. Po pięciu minutach pobytu na Przełęczy, wyruszyłem z powrotem. Było ciężej, gdyż teraz o wiele więcej pod górkę. Mimo to droga powrotna zajęła mi, tak samo jak droga w dół, pół godzinki. Po powrocie do bacówki, wypiłem trochę wody, by ugasić rozpalone pragnienie i znów udałem się na ciastko jabłkowe. Później poszliśmy do Ani i Pawła, by wspólnie pochodzić po łące. Doszliśmy do punktu, w którym jest najwyższy punkt Krawców Wierchu, który ma 1064 metry nad poziomem morza. Na sam punkt zaszedł tylko Banan. Nam już się nie chciało przebijać przez gąszcz traw. Postanowiliśmy zostawić to na jutro. Wróciliśmy do schroniska by nieco odpocząć. Ja udałem się pod prysznic. W łazience było dwóch chłopaków. Zapytałem, czy pod prysznic jest kolejka. W odpowiedzi uzyskałem: Ne rozumem. Zorientowałem się, że to Słowacy. Otwarłem więc pomieszczenie z prysznicem i zapytałem: wolne? Okazało się, że wolne, więc czym prędzej rozwiesiłem tam swoje rzeczy. Okazało się jeszcze, że zapomniałem ręcznika. Ruszyłem szybko do pokoju, niechcący strasząc przy tym półnagą Aśkę, że to wchodzi ktoś obcy. Wieczorem, gdy było jeszcze jasno, udaliśmy się z Aśką na spacer w kierunku szałasu. Ujrzeliśmy po drodze płonące ognisko. Wiedzieliśmy, że Banan z Anisią naszykowali sobie drewna na opał, pomyśleliśmy więc, że to ktoś niepowołany korzysta z ich drzewa. Wysłałem do Banana smsa, z informacją, że ktoś zajumał im drewno. Po pięciu minutach zobaczyliśmy Banana i Anisię idących w naszym kierunku. Wyjaśnili nam, że wcześniej ustalili, iż ognisko będzie wspólne. Podeszliśmy zatem do ogniska. Na początku nie chciał nas tam wpuścić pies młodego małżeństwa z Gliwic. Jednak czy chciał, czy nie chciał, po namowie właścicieli pozwolił nam łaskawie usiąść przy ognisku. A gdy Banan łamał kije, pies podszedł do niego i mu pomagał zębami. Przy ognisku zamieniliśmy kilka słów z właścicielami pieska, a Aśka w międzyczasie poszła po coś do bacówki. Gdy wróciła, okazało się, że w środku nie ma prądu a jedna dziewczyna poruszała się z zapaloną świeczką. To ją troszkę zdenerwowało. Następnie Anisia poszła po musztardę do namiotu, gdyż wszyscy oprócz mnie i Aśki zajadali kiełbaski. Opowiadałem jak czytałem w Internecie o tym, jak to piorun trafił jakiegoś pięćdziesięciolatka, a w komentarzach były odpowiedzi w stylu: a gdzie byli jego rodzice, a następnie: a gdzie jest twój lekarz itp. O godzinie 22, młode małżeństwo udało się do bacówki. My jeszcze pozostaliśmy przy ognisku, które całkiem fajnie grzało. Na niebie można było dojrzeć gwiazdy, choć nie było ich zbyt wiele, ze względu na chmury. Nawet widzieliśmy jak się błyska w okolicy. W momencie, gdy Banan zadał pytanie, gdzie się błyska, otrzymał natychmiastową odpowiedź od Zeusa, gdyż właśnie w tym momencie walnął on dosyć mocnym piorunem. Anisia powiedziała nam, że w ich namiocie brakuje pięciu śledzi i że mają nadzieję, że wiatr nie zmiecie ich namiotu, gdy będą w nim spali. Banan oczywiście zapewniał, że nic takiego nie będzie miało miejsca i że wszystko jest perfekcyjnie dopracowane. Aśka słysząc to odrzekła, że jak Banan mówi, że coś jest ekstra zrobione, to znaczy, że jest całkowicie zmaszczone : Gdy zrobiło się jeszcze później, można było usłyszeć jakieś szczekanie z głębi lasu i miauczenie. Dziewczyny bardzo chciały już iść spać. Pozostało jeszcze tylko zgasić ognisko. Nie mieliśmy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych