Złoty Deszcz
"Paskudne realia naszego cudownie nienawracalnego świata z precyzją chirurga-kata dokładnie poodcinały wszystkie nitki nadziei."(Wszystkie opinie i rady mile widziane.)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Złoty Deszcz
Patrzyłam na moje odbicie w lustrze. Na czarne, obcięte na wysokości ramion włosy, lekko ukośne brwi, piwne oczy otoczone długimi rzęsami. Na usta, trochę zbyt wąskie, wiecznie wykrzywione w dziwnym grymasie, czymś pomiędzy cynicznym uśmiechem, a zniesmaczeniem. Jakoś ciężko mi to powstrzymać. Właściwie nie byłoby ze mną tak źle, choć zawsze irytuje mnie zbyt długi nos, odstające uszy i chude, wiecznie przygarbione ramiona. Kolejna wstrętna naleciałość. Ale wciąż mogłabym uchodzić za ładną, nie piękną, ale zwyczajnie, przeciętnie ładną. Gdyby tylko nie ta poszarzała cera, żółte, popsute zęby i rząd paskudnie wygojonych, różowawych blizn na przedramieniu od cięcia się żyletkami. No, nie tylko żyletkami. Miałam taki okres, że pomagało mi to rozładować napięcie. Prawie tak dobrze jak fajka, a wiadomo, fajka piechotą nie chodzi. Że nie wspomnę o działce. Różne są metody "poprawiania nastroju", jak jest się w tym odpowiednio długo, wszystkie stają się dobre. Jedne lepsze od drugich, ale wszystkie dobre. I po wszystkich zostają ślady. Na ciele, na duszy i na tej pieprzonej liście którą pewnie prowadzi mi ten na górze. Nasrane ma we łbie. Tak, jestem katoliczką. Na swój własny, debilny i absolutnie idiotyczny sposób, jestem katoliczką. Lubię robić rzeczy po swojemu, po swojemu je widzieć, czuć i poznawać. Pewnie dlatego, że przez większość mojego życia kiedy byłam sama, chciałam się odizolować od naszego społeczeństwa, mieć swój własny świat, świat taki, jaki powinien być. Uważałam, że społeczeństwo jest chore. Dopiero Kamil pokazał mi, że to ja jestem chora. Pozwoliłam się wyleczyć. Ale i tak wiem swoje. Kamil nie jest moim facetem. Bynajmniej nie chodzi o to, żebym tego nie chciała. Myślę, że on też chyba nie miałby nic przeciwko, gdyby nie jeden, jakże subtelny szczegół. Jest księdzem. Nie żebym miała coś przeciwko księżom, mnie nie przeszkadza instytucja kościoła czy coś. Naprawdę. Ale uważam, że to cholerne marnotrastwo, żeby w celibacie żył mężczyzna około metra osiemdziesięciu, młody i przystojny, o kruczoczarnych włosach i jasnozielonych, spokojnych oczach. Na początku był wspaniałym sługą Bożym. Tak bardzo chciał pomagać... Tak szczerze, od serca, z takim uczuciem, z taką niezachwianą wiarą w Boga, w siebie i - co najdziwniejsze - w ludzi. Nie chciałam go zranić, chyba tylko dlatego go posłuchałam i za nim poszłam. Bo co, miałam odebrać dziecku cukierka? Tak bym się chyba czuła. No, w przenośni. Nie lubię dzieci. W każdym razie pierwszy zapał Kamila minął. Cała ta miłość, ta prześwięta, nieskalana wiara nie starczyły. Paskudne realia naszego cudownie nienawracalnego świata z precyzją chirurga-kata dokładnie poodcinały wszystkie nitki nadziei. Kiedy Kamil dostał od ludzi parę porządnych kopniaków coś w nim się złamało, coś umarło. Coś, czego nawet Jezus Chrystus w całej swojej świetlanej glorii nie potrafiłby wskrzesić. Przez ten pierwszy rozpęd ksiądz utknął na stałe w najbardziej menelskiej prowincji, jako jedyny kapłan w kościele pod wezwaniem Marii Magdaleny. Miejscowi bardzo cynicznie zareagowali na nazwę świątyni. "Jaka dzielnica, taka patronka. Ano, dziwka też święta." Uwielbiam to wyszukane poczucie humoru. Zawsze mam dylemat: śmiać się, czy płakać? Zwykle zanim się dobrze zastanowię jest już za późno i wszyscy myślą, że nie zrozumiałam dowcipu. Ech, nie lubią mnie tu. W sumie nie takie dziwne, kobieta mieszka z księdzem, oboje są młodzi i, cóż, sami w plebanii, na uboczu. Ale lepszy taki ksiądz niż żaden. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Pomagam na plebanii, bo nie mam gdzie się podziać. Żyłam an ulicy ulicy. Potem poszłam na odwyk, rzuciłam picie, palenie. Dobra, czasem zajaram. Od okazji. Myślę, że między mną a Kamilem jest coś na wzór przyjaźni. Nie jestem pewna, bo jedyną osobą, z którą kiedykolwiek czułam się w jakiś sposób związana, była Beata. Mieszkałyśmy w jednej melinie przez kilka miesięcy. Pewnego dnia zniknęła. Tak, poprostu. Może ją zamordowali, nikt by w sumie nie zauważył zniknięcia jednej bezdomnej. Może sama się zabiła, może gdzieś uciekła. Kto ją tam wie? Wtedy pierwszy raz w życiu poczułam, że naprawdę ją lubiłam i że mi jej brakuje. Potem się schlałam i ból jakoś rozszedł się po kościach. Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Woda lała się strugami z ciemnych włosów Kamila, minę miał tak zaciętą, że przez chwilę się przestraszyłam. Czasami przerażają mnie te gniewne płomienie w zwykle spokojnych, zielonych oczach. - Pieprzony deszcz - mruknął niechętnie niedbale rzucając ciężki od wilgoci płaszcz na oparcie fotela. Po chwili sam opadł na sofę. Czułam, że nienajlepszym pomysłem jest drzeć się na niego z powodu zabłoconej posadzki. Trzeba nauczyć się jego nastrojów i przyzwyczaić do nich. Teraz powinnam chwilę poczekać. Poszłam do kuchni i zaparzyłam herbaty. Po namyśle dolałam trochę rumu z barku i odczekałam aż wystygnie odrobinę. - Odprawiasz wieczorną mszę? - zagadnęłam łagodnie wręczając mu gorący kubek. - Po co? I tak nikt nie przyjdzie - prychnął. - Nigdy nie przychodzą - dodał ciszej. Usiadłam obok niego i patrzyłam jak pije. - Dlaczego tak koniecznie chciałem się tu wprowadzić? Po jaką cholerę? Naprawdę łudziłem się, że coś tu osiągnę? - zapytał wpatrując się w przestrzeń. Nie odpowiedziałam, tylko delikatnie ujęłam jego rozgrzaną dłoń. - Jedynym pożytkiem ze wprowadzania się tutaj jesteś ty. Dobrze, że cię mam Aneta. Chociaż ciebie - szepnął miękko patrząc na mnie z czułością. Od razu zrobiło mi się jakoś lżej na sercu. To spojrzenie jest moją jedyną nagrodą i pociechą. Wiem, że nawet jeśli będę musiała całe życie znosić jego napady gniewu, nawet jeśli będę musiała cierpieć i umierać, walczyć o każdy oddech jego i mój, to kiedy tylko napotkam spojrzenie jego oczu zielonych i zimnych jak morze, to poczuję, że było warto. Warto znieść wszystko. Odgarnęłam jego wilgotne włosy i lekko ucałowałam go w czoło. Poczułam przyjemne mrowienie, kiedy moje usta dotknęły jego chłodnej skóry. Kamil nawet nie drgnął. - Jesteś głodny? - gładko, z idealnie wyrobioną wprawą zmieniałam temat. - Chyba nie - z jego głosu zniknął gniew. Znowu słychać w nim tylko tą chłodną obojętność i żal. Naiwny, beznadziejny żal do wszystkiego i wszystkich. - A co zrobiłaś? - spytał bez większego zainteresowania. - Właściwie to nic - starałam się, aby mój uśmiech był ciepły i dodający otuchy. Efekt był taki, jakby rozkładające się od kilku lat zwłoki próbowały wyglądać żywotnie. - Gdybyś miał ochotę na kolację coś bym zrobiła. - Wezmę prysznic i się położę. Jestem zmęczony - poinformował mnie swoim absolutnie beznamiętnym głosem i wstał. - Tak. Ja też - skłamałam i poszłam do sypialni. Mój pokój dzieli od łazienki tylko cienka, gipsowa ścianka, więc dokładnie słyszałam lecącą z góry wodę. Chyba długo się kąpał. Nie przeszkadzało mi to, siedziałam na łóżku oparta plecami o tą przegrodę. Dzieli nas tylko ta cienka ściana. Tak mało, a jednak tak wiele. Cholera. Setki razy zadawałam sobie pytanie, czy go kocham i za każdym razem dochodziłam do tego samego wniosku - pokochałabym każdego, kto znajdowałby się na jego miejscu. Nigdy nie miałam nikogo bliskiego. No, nie licząc Baety, ale mówię teraz o facetach. Owszem, miałam kilku jeśli można to tak nazwać. Nie dlatego, że ich kochałam, czy choćby mi się podobali. Większości nawet nie lubiłam. Kilku nie znałam. Różnych ludzi się spotyka po drodze, niekoniecznie przyjemnych. Szczególnie, jeśli ta droga to wielka rzeka gówna, w której utknęło się po pas, albo i głębiej. Parę osób mi pomogło, ale właściwie nikt nie zrobił tego bezinteresownie. Tylko Kamil. To oczywiste, że się zakochałam. Zupełnie beznadziejnie, z czym zresztą bądź co bądź w jakimś stopniu się pogodziłam. Wiem, że kobiety wciąż na niego działają. Czasem widzę to w jego oczach, gdy patrzy na jakąś panienkę z serii długonogich sweet-blondi w kiecce ledwo-ledwo osłaniającej pośladki. Cóż, ksiądz też mężczyzna. Ale on nigdy, przenigdy nie spojrzał tak na mnie. Ani razu. Usłyszałam jak Kamil zamyka za sobą drzwi łazienki. Po chwili jego miękkie kroki umilkły, ponownie usłyszałam ciche skrzypnięcie, tym razem drzwi sypialni. Teraz się pewnie modli. Zerknęłam na krzyż powieszony nad drzwiami. - Hej - szepnęłam uśmiechając się lekko. - Mógłbyś mi go pożyczyć? Na jedną noc, masz wystarczająco dużo księży. Jeden Cię nie zbawi, nie? Jeden w tą, czy w tamtą... Ach ten mój wisielczy humor. Muszę przestać być tak porażająco zabawna, niedługo Jezus gotów spaść z krzyża zwijając się ze śmiechu. Mówiłam, mam orginalne podejście do wiary. Tak jak się spodziewałam, nie dostałam żadnej odpowiedzi, więc z cichym westchnieniem wstałam z łóżka i rozebrałam się. Włożyłam mój gigantyczny T-shirt z napisem "I love New York" i wsunęłam się pod kołdrę. Świeżo wyprana pościel pachniała lekko Persilem. Na zewnątrz krople wody bębniły o szybę, czasem rozlegał się daleki, przytłumiony grzmot. Muzyka deszczu szybko ukołysała mnie do snu. * Jeżeli istnieje na świecie coś, czego nienawidzę bardziej niż tępe laski ze wszystkim na wierzchu, na które gapi się Kamil, to jest to dźwięk budzika. Czasami wydaje mi się, że to cholerne pipczenie wdziera się pod czaszkę i wolno, boleśnie wwierca się w mózg. Nie otwierając oczu namacałam zegarek i wyłączyłam go. Tak strasznie nie chciało mi się unosić powiek... Melancholijna szarość poranka podziałała na mnie jeszcze bardziej usypiająco. Światło wolno, jakby niechętnie wlewało się do pomieszczenia. Słyszałam jak pojedyncze krople skapują na parapet. Ponownie przymknęłam oczy. Pod kołdrą było tak cudownie cieplutko... Gdybym tylko mogła bez wyrzutów sumienia poddać się tej senności... Nie no, zaraz. Właściwie nie mam nic tak niezbędnego do zrobienia dzisiaj. No dobra, mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, ale może świat nie ulegnie globalnej zagładzie, jeśli raz mnie zabraknie... "Świat nie, ale Kamil na pewno" - pomyślałam z przekąsem. Chyba by zginął gdybym go nie wyręczała we wszystkich domowych obowiązkach... Dalsze przemyślenia przerwał dzwonek do drzwi. "Co za cholera? Kogo niesie o tej porze?" Chcąc nie chcąc musiałam podnieść się z łóżka, bo nieproszony gość wyraźnie nie miał zamiaru ustąpić i odjeść - przeciwnie, dzwonił coraz natarczywiej. Kimkolwiek był owy napaleniec obiecałam sobie opieprzyć go z góry do dołu za wyrwanie mnie ze snu. - No już, moment - warknęłam gniewnie, przeczesując zmierzwione włosy. W głowie ułożyłam sobie już początek kazania jakie wygłoszę. Nie dano mi ku temu okazji. Najpierw poczułam, że chyba wrosłam w posadzkę. Otworzyłam i zamknęłam usta jak świąteczny karp, nie mając pojęcia o co w sumie chcę zapytać. Zostałam brutalnie odepchnięta, a kilku policjantów bezceremonialnie wpadło do mojego mieszkania. Nie zostałam pchnięta aż tak mocno, ale i tak przysiadłam na podłodze. Z szeroko otwartymi oczami patrzyłam, jak wywlekają na wpół rozespanego Kamila z sypialni i zapinają mu kajdanki. - Jesteś oskrżony o gwałt, morderstwo i pedofilię - oznajmij potężny blondyn. Miał dobre dwa metry wzrostu i grubo ciosaną, przytępawą twarz. W jego głosie brzmiało obrzydzenie. Prawdziwe, szczere, obrzydzenie. Zadrżałam. Jasnowłosy zaczął wymieniać prawa podejrzanego, lecz ani ja, ani on, nie słuchaliśmy ich. Świat się rozmył, odsunął na bok. Widziałam tylko przerażoną twarz Kamila. Wyprowadzili go z domu, on co chwilę zerkał przez ramię. Wciąż na mnie patrzył, jakby mnie prosił, żebym go obudziła. Żebym mogła powiedzieć mu, że to sen. I niczego nie pragnęłam bardziej. - Pani Aneta Nowik? - obejrzałam się. Za mną stał niski brunecik o ruchliwych, brązowych oczach. Miał całkiem miły uśmiech. Trochę nieprzytomnie skinęłam głową. - Będzie pani musiała złożyć zeznania - powiedział spokojnie, patrząc na mnie życzliwie. Ponownie skinęłam głową. Ociężale zanotowałam, że pozostali policjanci już wyszli. Otworzyłam usta, chcąc zapytać co się stało, jak wogóle mogli pomysleć, że Kamil zrobił coś takiego, chciałam coś wyjaśnić, wyładować złość... Gwałtownie wybuchnęłam płaczem. Mężczyzna wyraźnie był do tego przyzwyczajony, objął mnie ramieniem i poczekał aż przestanę łkać. Właściwie nie był wiele mniejszy ode mnie, po prostu coś w jego drobnych i ostrych, jakby ptasich rysach twarzy sprawiało, że wyglądał na niskiego. - Jeśli jest niewinny, wszystko się wyjaśni - szepnął łagodnie. Odsunęłam się gwałtownie czując jak zalewa mnie szkarłatna fala wstydu. - Gówno prawda - prychnęłam ocierając łzy wierzchem dłoni. Po tych słowach poczułam się jeszcze bardziej głupio. Na szczęście mężczyzna nie przejął się tym. Podał mi paczkę chusteczek higienicznych z serii made in Tesco. * Siedzieliśmy w małym pomieszczeniu z tych, co nawet jak wcześniej nie miałeś klaustrofobii to zaczynasz rozumieć o co w tym chodzi. Potwornie jaskrawe światło żarówki energooszczędnej potęgowało ból głowy i sprawiało, że myśli miotały się w jeszcze większym zamęcie. - Napije się pani jeszcze? - Marcin Frankowski uśmiechnął się do mnie uprzejmie. - Nie, dziękuję - odparłam nieprzytomnie. Czułam się tak otępiała, jakby ktoś podał mi końską dawkę środków uspakajających. Kamil został oskarżony o gwałt i morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Całe zajście miało mieć miejsce między osiemnastą, a dwudziestą w dzień przed aresztowaniem. Ofiarą była jedenastoletnia dziewczynka. Trochę kojarzyłam ją z widzenia, mieszkała niedaleko. Czasem mijałam ją w sklepie, czy na ulicy. Nawet całkiem często. Ale nie poznałam jej. Przynajmniej nie w pierwszym momencie. Bo w pierwszym momencie moja świadomość nie chciała choćby dopuścić myśli, że ten krwawy ochłap mógł być kiedyś człowiekiem. Ale potem... Potem dostrzegłam małą dłoń o kurczowo zaciśniętych palcach. Druga ręka wykrzywiona była pod nienaturalnym kątem. Całe ciałko było drobniutkie, wcześniej chyba bardzo jasne, w kolorze śmietanki, lecz kiedy je oglądałam było pokryte mnóstwem siniaków, ran, zakrzepłą krwią i brudem. A na samym końcu dostrzegłam pod zasłoną jasnych, zlepionych krwią loków okropnie zniekształconą, jakby po kilku uderzeniach twardym narzędziem twarz. A w niej błękitne, błyszczące strachem i potwornym bólem oczy, które zastygły w takim wyrazie na zawsze. Wtedy zataczając się stanęłam w rogu sali i zaczęłam wymiotować. Chociaż prawie nic nie zjadłam, natychmiast zwróciałam wszystko. Kiedy skończyłam żołądek miałam skurczony do rozmiarów orzeszka. Zaczęłam przebąkiwać jakieś przeprosiny i powiedziałam, że znam tą dziewczynkę. Że ją znałam. - Więc pojechał autobusem? - upewnił się brunet, ten sam, który aresztował księdza, niski i całkiem sympatyczny, o ruchliwych, ciemnych oczach. Pewnie bym go polubiła, gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach. - Tak. Nic nie mówił o tym, że urząd był zamknięty. Nie rozmawialiśmy wiele, byliśmy zmęczeni i w złym nastroju, to przez pogodę i... - głos znowu zaczął mi się załamywać. - Dobrze, dziękuję - Marcin przerwał mi łagodnie. - Myślę, że to wystarczy. Jestem pewien,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Apokalipsa555
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…