Wróć do katalogu

Zmierzch zapada o świcie

Opowiadanie inspirowane ludzkimi zachowaniami w określonych sytuacjach oraz wpływem choroby umysłowej na postępowanie

akam, opublikowano , 29 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Sala, w której obecnie znajdowała się świetlica, co rano przeżywała niemal szturm, nie było dnia żeby wszystkie stoliki i materace nie były zajęte. I gdyby nie to, że za złe zachowanie grozi kara w postaci wstrzymanego podwieczorka i cofnięcia dziennego przydziału papierosów, to z pewnością dochodziłoby do rękoczynów. Pogoda też niemało dokładała się do rozluźnienia atmosfery - senne, krótkie dni były doskonałym lekarstwem na nadmierną pobudliwość. Co chwilę, przez okratowane okno wdzierały się promienie grudniowego słońca, rzucając jasną smugę na nieskazitelnie białą ścianę. Światło to doskonałe lekarstwo na smutek. Po drugiej stronie świetlicy, gdzie padał cień i gdzie światło miało znikomy dostęp, kilka osób chowało się koło drzwi, dwie kolejne siedziały obok, pod stolikiem i mazały coś palcami po podłodze. Mała grupka żarliwie dyskutujących przytwierdziła się do materaca w kącie sali i za nic w świecie nie chciała odstąpić tego jakże cennego miejsca. Materac stanowił najcenniejszy przedmiot w całej świetlicy, głównie dla tego, że można było na nim wygodnie przespać niemal cały dzień. Nieco niżej w hierarchii pożądanych sprzętów, był stolik. Cztery spośród wszystkich, znajdujących się na sali, okupywane były przez namiętnych amatorów gier planszowych. Co najgorsze, ich obecność czyniły nieznośną ciągłe kłótnie i kości do gry, które co pewien czas uderzały o podłogę czyniąc okrutny hałas i wywołując wśród nich niekontrolowane wybuchy złości i oburzenia. Dwie całkiem przyzwoicie zachowujące się osoby stały odwrócone do ściany, ktoś patrzył przez okno, jeszcze ktoś drapał ścianę paznokciem i rozcierał pantoflem opadający na dół biały proszek. Z głośnika umieszczonego pod sufitem, dobiegała cicha i monotonna muzyka, jednak nikt nie zwracał na nią uwagi, za to wszyscy zdawali się być pochłonięci tym co robią, jakby świat dokoła nich nie istniał. Tuż obok wejścia siedział oparty o drewniany panel mężczyzna. Oplótł rekami długie, podciągnięte niemal pod samą szyję nogi i lekko kiwał się na boki. Pozostawał w takim stanie co najmniej od godziny, do tego wpatrywał się tępo w podłogę, jakby była na niej wyznaczona przyszłość co najmniej na najbliższą dekadę. W pewnej chwili w jego kierunku potoczyła się czerwona kostka i stanęła na drodze zimnego, tępego spojrzenia. Mężczyzna nie spuszczając z niej wzroku, oparł się o ścianę i sunąc po niej plecami, powoli wstał. Gdy już stanął na równe nogi, zaczął rozglądać się badawczo, ogarnęło go zakłopotanie, nie wiedział, co ma zrobić z rękami i chyba uznał, ż najlepszym wyjściem będzie schować je do kieszeni, bo niezwłocznie to uczynił. Kostka znajdowała się tuż pod jego stopami, ku własnemu przerażeniu spostrzegł, że prawie dotyka jego buta, odsunął się z nadzwyczajnym impetem, by po chwili skamienieć bez ruchu, niczym marmurowy posąg ukryty dla niepoznaki pod ludzką skórą. Wyglądało to całkiem śmiesznie, jakby trafił na wielką niewidzialną szybę. Próbował przełamać nieporządny bezruch, zbierał się do czegoś, stawiał już nogę do przodu, by po chwili ją cofnąć i udać ponownie zakłopotanie, które było chyba najlepszą wymówką na jaką był wstanie się zdobyć. Nie mogąc pokonać własnego ciała, pogrążył się w wymuszonej zadumie i wpatrzył w widok za oknem. Po krótkiej chwili, niczym wyrwany z letargu, zrobił zdecydowany krok na przód i podszedł do stolika na środku sali, przy którym siedział, ubrany w biały uniform mężczyzna z jednodniowym zarostem. Włosy zaczesane miał do tyłu, co odsłaniało nieznaczne zakola i dodawało mu czegoś na kształt powagi, ale nie była to powaga w dosłownym znaczeniu, a raczej pewne doświadczenie, które z łatwością dało się odczytać z niepospolitej fizjonomii. Oczy miał wariata, głębokie i nieco aroganckie wejrzenie, niczym osiedlowy gangster. -Można ? -Można, można. – odparł wariat przyjemnym, zdecydowanym głosem. -Jestem tu od tygodnia i jeszcze nikogo nie znam, jest pan pierwszy spośród tej całej grupki kitlów, do kogo w ogóle się tu odzywam. -To dobrze się składa, bo pan też jest pierwszym z którym mam przyjemność - przywieźli mnie tu dzisiaj i nie zamieniłem z nikim jeszcze ani słowa, ale nie mam zamiaru tu zostać ani jednego dnia dłużej, jeszcze tej nocy stąd wychodzę. Nie będę siedział miedzy tymi czubkami i patrzył jak tłuką w głupiego chińczyka. Tak w ogóle to jestem Hazard. – wyciągnął rękę. -Stefan Czadzki. – przedstawił się rozmówca. -A ty, długo masz zamiar tu bawić? Bo jak wychodzę stąd właśnie dziś. Chcesz to chodź ze mną. – ciągnął z zadowoleniem Hazard. –Tu nic dobrego cię nie czeka. Ale, ale, nie spytałem cię o najważniejsze - jak tu trafiłeś? Kładłeś się po ulicach, biegałeś nago po mieście, sikałeś po samochodach, a może podrywałeś jakieś cizie? Co? -Nie, trafiłem tu ze szpitala z objawami nerwicy natręctw, zostanę tylko kilka dni na obserwację - podobno - ale jakoś nie widzę tu warunków dla siebie … z drugiej strony, jeśli ma to mi pomóc... – dodał Czadzki – to jestem skłonny siedzieć tu nawet cały rok. - Ja w ogóle nie widzę tu warunków do czegokolwiek. Stary, wiem co mówię, trzeba stąd spieprzać, ja idę dziś. Zabierz się ze mną, nie będziesz żałował, przyjdą po mnie kumple - zaufani ludzie. Wyjdziemy stąd w pięknym stylu, stary, przez piwnicę… -Ale ja wyjdę stąd w najbliższych dniach … tak mi powiedzieli. -W najbliższych dniach? Widzisz tamtych pod ścianą, oni też mieli zostać na kilka dni? A teraz? Zobacz kim są teraz, przyssali się do ściany jak pieprzone stonki, stary – zobacz pieprzone stonki. Najpierw kilka dni, potem kilka tygodni, potem kilka lat, aż zdechniesz tu jak jakiś robak. -Jak to, przecież mówili, że jak będę chciał wyjść, wystarczy, że przyjdzie ktoś z rodziny i o to poprosi. – zauważył Czadzki. -Stary, mówią tak wszystkim, a potem zostawiają, na pięć, dziesięć, dwadzieścia lat, czasem na zawsze, aż w końcu zapomną, że w ogóle tu jesteś. Będą cię karmić, ubierać, nawet cię wykąpią, jak uznają to za stosowne. Jednak nie zapominaj o głównej zasadzie – im krócej cię tu trzymają, tym lepiej dla nich. Większość tych którzy tutaj są - to świry, niepotrzebne nikomu śmiecie. Ludzie, którzy przeszkadzają w domu, bo się ślinią przy jedzeniu albo sikają w nocy i trzeba im zmieniać pieluchy. Są tu tylko po to, żeby umrzeć. I skąd wiesz … może ty też jesteś jednym z nich. -To niemożliwe, przecież w każdej chwili … jeden telefon i będę z powrotem w domu. – protestował Czadzki. -Stary, słuchaj, jest tak, jak mówię. Mogę ci to udowodnić w prosty sposób. Na przykład, widzisz tamtego dziadka, który siedzi pod ścianą? Podobno jest tutaj od piętnastu lat, zupełnie zdrowy. Czemu go trzymają? Pewnie córka albo syn uznali, że nie nadaje się do domu, bo psuje harmonię. Nikt nie był u niego od tamtego czasu, przywieźli go i całkiem o nim zapomnieli. Walą tylko kasę na utrzymanie i pewnie już niewiedzą czy płacą za prąd, za gaz, czy za dziadka. - Jest zupełnie zdrowy? -Zupełnie zdrowy, stary. – z pełną powagą dodał Hazard. –Pieprzone krzesło nienawidzę tych krzeseł, wszystkie są popsute, kiwają się na boki, nie można się ani oprzeć, ani wyprostować, ani … -Moje jest dobre. – rzucił Czadzki -Poczekaj kilka dni, to zrozumiesz, że nie jest dobre. -Nie jest dobre? – spytał ironicznie. –Skąd możesz wiedzieć, że moje krzesło nie jest dobre? -Popatrz na tych ludzi, widzisz coś nienaturalnego? -Nienaturalnego, widzę – ludzie z czterdziestką na karku, którzy przy grze planszowej cieszą się jak dzieci. – odparł zdegustowany Czadzki. -Widzisz, by któryś z siedzących na krześle się opierał? Mężczyzna rozglądnął się bacznie po sali, prześledził wzrokiem każde krzesło i o dziwo nikt z siedzących nie wpierał się na oparciu. -No … nie, rzeczywiście coś jest nie tak. Ale dlaczego nikt się nie opiera? -Dlatego, że po pewnym czasie powoduje to ogromny ból, budzisz się w nocy, a całe twoje ciało przeszywa jakby prąd. W dzień balansujesz nieświadomie, by utrzymać się na tym przeklętym gównie, a nocą paraliżuje cię tak przenikliwy skurcz, że nie masz siły krzyczeć. -Skoro jesteś tu od kilku godzin, to skąd tyle wiesz o tym miejscu? –zdziwił się Czadzki. -Bo jestem bystry stary, mi potrzeba kilu godzin, żeby dojść do tego, nad czym inni męczą się tygodniami . I dlatego wiem, że trzeba stąd spadać jeszcze dziś. -Kilka godzin –zamyślił się Czadzki – czyli jesteś tu od rana? -Tak, od rana. -I pewnie jesteś tu przypadkiem? -No, niezupełnie stary. – z powagą odparł Hazard. – Sam byłem zdziwiony, że znalazłem się w takim miejscu. Myślałem, że zabiorą mnie na dołek i gdzieś nad ranem wypuszczą albo co najwyżej trafię na izbę wytrzeźwień. A tu jakby nigdy nic, siedzę sobie w szpitalu psychiatrycznym w jakimś białym kitlu i patrzą na mnie jakbym był naprawdę świrem. Spójrz na mnie czy ja wyglądam jak reszta tej chołoty? Nie – to chyba widać na pierwszy, a już na pewno, na drugi rzut oka. No popatrz. – uniósł się Hazard. -Nie jestem tu zbyt długo, ale … chyba nie. -Wiec widzisz, że trzymają mnie tu bez żadnej przyczyny, a ja nie mam zamiaru wegetować jak roślina. – Hazard dodał nieco ciszej. – Ale najzabawniejsze stary jest to, jak się tu dostałem. Hazard zmierzył wzrokiem każdego pacjenta, jakby chciał się upewnić, że nikt go nie słucha. Robił naprawdę poważną minę, niczym śledczy na przesłuchaniu, ale żaden z obecnych nie interesował się Hazardem i w ogóle wszyscy jakoś od niego stronili i co było trochę dziwne, zdawali się być przesadnie pogrążeni w tym co robią - gracze planszowi wciąż kłócili się namiętnie, wyrywając sobie kostkę z rąk i rzucając nią na zmianę, przy tym nieustannie burzyli pionki i za każdym razem musieli zaczynać tą samą partię od nowa, naiwnie sądząc, że w zgodzie dotrwają do końca – co oczywiście graniczyło z cudem. Zdawać się mogło, że jedyną przyjemnością jaką z tego czerpią, są ciągłe kłótnie. Zdolni byli tak ślęczeć całymi godzinami, zapominając całkowicie, że istnieją takie czynności jak jedzenie czy załatwianie potrzeb fizjologicznych. Po drugiej stronie, naprzeciwko okien, trwała cicha woja o przywództwo, trzy materace były od samego rana oblegane przez szybkich i przebiegłych pacjentów - ci, którzy pierwsi weszli do sali, mieli za punkt honoru zdobyć najlepsze miejsca, a potem trzymać je dla siebie i za nic w świecie nie oddawać, traktując fakt ich posiadania co najmniej jak sprawę życia i śmierci. Tuż obok, dwóch mężczyzn przykleiło się do ściany. Trwali tak bez ruchy dobre kilka minut, gdy nagle zjawiło się dwóch innych i zaczęło ich kłuć palcami po łydkach, tamci w przerażeniu oderwali się od drewnianego obicia i wbili w kąt sali. Trzech niepokornych pukało nachalnie w drzwi i krzyczeli na zmianę „z prezydentem”, mając przy tym niezły ubaw. Gdy Hazard upewnił się, że nikt go nie słucha, zrobił znowu poważną minę, a potem ironicznie się uśmiechnął i kontynuował. -Czasem chodziłem do jednej niezbyt osławionej speluny. Odwiedzałem ją dwa, czasem trzy razy na tydzień. Wczoraj, nie miałem jednak najmniejszej ochoty opuszczać ciepłego mieszkania, tym bardziej zapuszczać się do tej nory, gdzie ściany pachną tytoniowym dymem. Wyjrzałem przez okno. Na termometrze był jeden stopień, więc jak na grudzień całkiem znośnie, co więcej powietrze wdzierające się przez okno było jakieś świeże i kuszące. Wbrew pierwszemu odczuciu doszedłem do wniosku, że dwudziestominutowy spacer okaże się wcale dobrą perspektywą. Chwyciłem kurtkę i szalik, i po chwili byłem już na dole. I gdy tak szedłem wzdłuż alejki gapiąc się w światło latarni, pomyślałem, że mógłbym jednak wstąpić do baru, skoro i tak nie mam nic lepszego do roboty, jakiś znajomy z którym można się napić, na pewno się znajdzie. Z domu wyszedłem o siódmej, a nikt kogo znałem, nie zjawiał się pubie przed dziewiątą, więc miałem dużo czasu, żeby zachwycać się grudniowym powietrzem. Cieszyłem się, że wreszcie czuje ten utęskniony zapach i jestem wolny od suchego odoru panującego w całym mieszkaniu. Pracowałem głównie w domu, ale ostatnimi dniami miałem dziwny opór do wychodzenia na zewnątrz, szlak mnie trafiał, że musiałem tu siedzieć, a z drugiej strony nie mogłem się przemóc, by wyskoczyć choćby po bułki do sklepu, przez to, prawie prze cztery dni jadałem suchy chleb. Skończyło się to tym, że pękł mi ząb i to tak perfidnie, że nie chciał odpaść i trzymał się, chyba na złość, na samym dziąśle. Wkurzyłem się strasznie, na samą myśl, że miałbym iść do dentysty, zbierało mnie. Nienawidzę chodzić do dentysty. Nie po to myję zęby drogą szczoteczką i pastą z mikroelementami, żebym łaził po dentystach, a tu taki cham jeden, jakby nigdy nic pęka na pół. Na szczęście po trudach udało mi się go wyrwać; mleczaki wychodziły o niebo lepiej. Z natury jestem roztrzepany i praca, którą mogłem wykonać w cztery godziny, schodziła mi całe osiem parszywych godzin. Nie nawidziłem, kiedy traciłem czas przez ciągłe rozkojarzenia i bezsensowne błądzenie myślami. Zresztą podobnie było z umawianiem się, choć nie do końca, bo mimo że z mieszkania wychodziłem albo za wcześnie albo za późno to zawsze i wszędzie byłem na czas. Jednak zdarzało się też, że myliłem różne pory spotkań z roztargnienia, i o ile wtedy dla siebie byłem tolerancyjny, to okrutnie irytowało mnie jak ktoś spóźniał się choćby minutę, nienawidzę tego niemal jak … jak tego miejsca. Gdy tak sobie szedłem wolnym krokiem w stronę pubu, poczułem nieodpartą chęć by usiąść sobie na jakiejś ławce i napić się piwa - na świeżym powietrzu smakuje przecież zupełnie inaczej, o niebo lepiej niż w zadymionym, ciemnym pomieszczeniu. Poszedłem do pobliskiego sklepu spożywczego i kupiłem jedno. Doszedłem do wniosku, że nie chce mi się szukać żadnej ławki więc usiadłem na krawężniku i otworzyłem kluczem butelkę. Smakowało nieporównanie lepiej. Ulica, przy której znajdował się sklep, była pusta, całą pokryta brudnym błotem, z kanału wydobywała się biała para – jedyne dynamiczne zjawisko w promieniu stu metrów. Do tego, zaczął wiał zimny wiatr, momentalnie się ochłodziło, a od krawężnika też nieźle dawało po plecach, ale dalej siedziałem sobie w najlepsze sącząc powoli piwo. Lecz w końcu coś mnie ruszyło i nie pamiętam dokładnie czemu, udałem się do tej cuchnącej knajpy. Trudno wyjaśnić, czego chodziłem akurat tam – przecież było tyle innych. Wcześniej często zdarzało się że, byłem w tej dziurze codziennie. Może chodziłem tam dlatego, że tęskniłem za jakąś recydywą, której nigdy, w jakiś znamienny sposób nie doświadczyłem, a której mi zawsze brakowało? Przyciągali mnie ludzie, którzy robili to co chcieli i kiedy

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych