Wróć do katalogu

Żołnierz

Kawałek opowiadania, które piszę.

Monte Christo, opublikowano , 41 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Żołnierz

„ Są takie miejsca na ziemi, gdzie każdy dzień jest wiekiem ”

Piotr Karowski powolnym krokiem przemierzał ciemnokremowy korytarz swojej kompanii. Minął biurko podoficera dyżurnego i skierował się na prawo do drzwi gdzie mieściła się kancelaria jego dowódcy. - Hej, Piotrek – dobiegło go wołanie z tyłu. Drgnął i odwrócił się. Wysoki blondyn o twarzy księżyca w pełni z okularami na nosie wyciągnął do niego dłoń. Był w stopniu kaprala. Uśmiechnął się swoją pełną twarzą i ironicznie zagadnął - Co, nie poznajecie już kolegów kapralu Karowski? A może tak wam się na tej izbie, popierdzieliło w główce, że nie możecie poznać swoich kumpli po fachu, co? - Nie, wybacz stary – podał tamtemu rękę – zamyśliłem się, wierz mi. – Piotr odwzajemnił uśmiech. - Dobra, dobra – odparł blondyn – wszystko wiem, słyszałem, że dostałeś palpitacji serca. A tyle razy ci mówiłem, żebyś nie siedział do późna w nocy Pisarczyku, bo na dobre ci to nie wyjdzie, ale ty jak zwykle wiesz lepiej, co nie?- Klepnął Karowskiego w plecy przyjacielskim gestem, lecz po chwili poważniejąc zapytał. - A tak naprawdę to, co ci się stało? Smolarz mówił, że wyszedłeś nagle z kancelarii o drugiej w nocy, blady jak kreda i zacząłeś słaniać się na nogach, byłeś ponoć tak słaby, że się przestraszył i zadzwonił na izbę. Piotr westchnął i przymknął na chwilę powieki, po czym odezwał się cicho. - Słuchaj Masa, nie miałem żadnej palpitacji serca jak wy to nazywacie. Po prostu zmęczenie dało znać o sobie, wiesz te nieprzespane noce przy kilku kubkach kawy. Wzrosło ciśnienie – ciągnął dalej – przyspieszenie akcji serca, zawroty głowy i drżenie rąk, typowe objawy nerwicowe, a to jak sam wiesz za sprawą przemęczenia. Ot i cała historia. - I na to chorowałeś dwa tygodnie? – Masa uniósł brwi. - No wiesz, byłem na obserwacji. Tablety, tablety i jeszcze raz tablety. - No to z jednej strony miałeś super, bo odpocząłeś sobie i to akurat wtedy, kiedy mięliśmy poligon, ale czy ja wiem... – Zastanowił się chwilę – nie, ja to bym tak nie mógł, zanudziłbym się chyba. Bo ile można czytać na przykład, a co oprócz tego tam robić, no sam powiedz? - Masz całkowitą rację, ale jakoś przeżyłem i jestem z powrotem, zwarty i w szyku jak to się mówi. – Klepnął tamtego w ramię – A kompania gdzie teraz jest – zapytał. - Poszli na strzelania, a co stęskniłeś się? - Bynajmniej, tylko tak się pytam. A Tybor poszedł z nimi? - Chłopaki poszły z szefem i Łokajem, a Tybor nie. On poszedł do sztabu po plan miesięczny czy coś takiego – Masa pociągnął nosem i poprawił swoje wielkie okulary – przynajmniej tak mówił – dodał. - Po plan miesięczny mówisz – zastanowił się chwilę – no to czekają mnie znowu dwie nocki roboty. No cóż taka już widać moja dola. No nic Masa, skoro tak sprawa wygląda to pójdę przygotować się, co nieco psychicznie i zmobilizować swoje siły. Na razie – odwrócił się i począł iść w kierunku kancelarii, kiedy jeszcze z tyłu dobiegły go słowa Masy - Sam sobie taki los zgotowałeś Pisarczyku. To był twój wybór zostać pisarzem. - Wiem, wiem – mruknął już tylko do siebie otwierając drzwi. Kiedy zamknął je za sobą, oparł się o nie plecami. Ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Nic się nie zmieniło – myślał – jego sanktuarium pozostało nietknięte. Lecz ta ostoja ciszy i spokoju, jak ją zawsze nazywał wydawała się teraz jakoś dziwnie obca, zimna i surowa zarazem. To samo biurko po lewej stronie, na którym codziennie pracował, regał na akta po prawej i biurko Tybora na wprost koło okna, nad którym wisiały ciężkie zielone zasłony przesiąknięte dymem papierosowym. Na wykładzinie dywanowej widniały duże ciemne plamy, nad którymi kiedyś się mozolił, a które uporczywie nie chciały zniknąć. Ileż tu godzin spędził w samotności, do której z czasem się przyzwyczaił. Ile listów przeczytał tu od niej delektując się każdym słowem, które pozwoliły mu przetrwać z dala od domu, nocy gorących nie przespanych, przepalonych i skropionych tanim winem. Nie mógł o tym zapomnieć. Nie mógł zapomnieć o jej oczach zielonych tak rzadko spotykanych, o jej płaskim brzuchu i o włosach, które zawsze przypominały mu piasek plaży spalonej słońcem. Kocham cię moja choineczko – szepnął - tak bardzo cię kocham – osunął się wolno na krzesło, niczym starzec podpierając się jedną ręką oparcia. Po chwili ukrył twarz w dłoniach i cichutko zapłakał. Lecz nie trwało długo, kiedy zerwał się nagle i zaczął przecierać dłońmi oczy. „Ty głupcze – łajał siebie w myślach – zaraz wróci tu Tybor, a ty mażesz się tutaj jak baba. Nie czas na to, musisz być silny. Rozumiesz, silny”. Otworzył szufladę biurka i wyciągnął książkę rozkazów. Przeleciał kilka ostatnich stron. Były zapisane nie jego charakterem pisma. Hmm – chrząknął – jednak ktoś go zastępował. Nic dziwnego, nie można pozwolić sobie na takie zaległości – myślał – trzeba wziąć się w garść, wziąć w garść – wciąż powtarzał to sobie. Kiedy chował książkę z powrotem do szuflady biurka w drzwiach zazgrzytał klucz, ktoś usiłował dostać się do środka manipulując w zamku. Piotr odwrócił się gwałtownie – otwarte - zawołał i równocześnie nacisnął klamkę. Serce łopotało mu przy tym jak chorągiew na wietrze. W otwartych drzwiach stał jego dowódca. Był to mężczyzna o ciemnej karnacji, z wysokim czołem, o czarnych włosach i równie ciemnym wąsie, który dodawał kontrastu jego białym równym zębom, kiedy się uśmiechał. Nie był zbyt wysokiej postury, ale biła od niego jakaś siła, którą Karowski zawsze podziwiał. Był człowiekiem stanowczym i potrafił budzić w każdym szacunek. - Cześć Pisarczyku – zagrzmiał Tybor twardo naciskając na spółgłoski – wróciłeś wreszcie. A już myślałem, że sam będę parał się z tymi brudami. – To mówiąc rzucił jakieś papiery na blat swojego biurka. - Ależ panie poruczniku, nawet gdyby... – Tu Karowski uciął – Jest tyle ludzi, którzy mogliby mnie zastąpić. - Nie kolego, nie ma tutaj takich i to ja ci powiem, ja twój dowódca – podkreślił Tybor - Nie panie poruczniku, pan mnie chyba przecenia – uśmiechnął się Piotrek - Milczeć mi tu kapralu i nie kwestionować mych słów. Ja tu jestem dowódcą i wiem, kto się nadaje, a kto nie, chyba, że sugerujecie mi tu chorobę psychiczną kurwa jego mać, albo zaćmę na oczach, żebym nie wiedział, że na tej kompanii mam do czynienia z samymi debilami. - Dziękuję za szczerość panie poruczniku – tu Karowski wyszczerzył zęby, a Tybor spojrzał na niego i machnął ręką. - Nie mam na myśli ciebie człowieku i dobrze o tym wiesz, więc nie graj ze mną w zbędne słowa. – to mówiąc rzucił czapkę, na parapet okna – Kabaciński, co drugi dzień pijany, Larski z Olejniczakiem też, nie mówiąc już o naszym szefie, który zrobił manko na czterdzieści baniek. I z kim ja tu muszę pracować do jasnej cholery. – Ciężko wysapał i z niedowierzaniem pokręcił swoją ciemną głową – Tu jest szkic planu miesięcznego na grudzień – ciągnął dalej – i musi być zrobiony na czas. A tutaj konspekty, za dwa dni muszę mieć je gotowe i dostarczyć do Cielucha cholernego dowódcy batalionu. Jezu jak ja nienawidzę tego skurwysyna – spojrzał ciężko na Piotra i oparł się całym swoim smutnym ciałem o blat biurka. – Dasz radę, co? - Jasne Panie poruczniku – wycedził – Cieluch będzie miał to za dwa dni na biurku, spokojna głowa. - Wszystko żołnierzu, – Tybor uśmiechnął się – to chciałem usłyszeć, a nie przykre skomlenia typu chorąży Łokaj, że życie boli i myśli, że tylko jemu świat zawalił się na głowę i tylko on ma problemy i jest najbardziej pokrzywdzony. – Tu pogardliwie wydął usta, – Ale nic Pisarczyku muszę już iść. – Rzekł spoglądając na zegarek – Dzisiaj Andrzejki, więc idź się gdzieś zabaw. Ja sam, też dzisiaj dam upust swoim zmorom i prawdopodobnie zaleję się w trupa. Nigdzie nie idę, więc zrobię to w samotności. - A jak tam z Pana porucznika przeniesieniem, wiadomo już coś? – Spytał Piotr - Na razie nic. – Odparł Tybor, – Ale mam nadzieję, że już niedługo. Myślę, że w przyszłym roku już będę tam gdzie jest i powinno być moje miejsce. Cześć – rzucił sucho – i wyszedł zamykając za sobą drzwi. - Czołem Panie poruczniku – szepnął już do siebie tylko Piotr i począł przeglądać papiery leżące na stole. Ale nie szło mu to jakoś, bo myślał w tej chwili o nim. O swoim dowódcy, oficerze, człowieku twardym jak orzech, którego rzadko, kto ceni ze zwykłych żołnierzy. Ale Karowski wiedział, że nie ma tu w tym miejscu tak dalekim opuszczonym przez Boga żadnych przyjaciół, że z kolegami z kompanii nie może rozmawiać o niczym innym jak tylko o przemytach papierosów na granicy, tanich panienkach oddających się za butelkę wina i kradzieżach lepszych samochodów. Dlatego szanował Tybora. Szanował go za szczerość, jaką go obdarzał, za każde dobre czy złe słowo wypowiedziane przez niego, gdyż wiedział, że człowiek ten nie robi nic, by w jak najmniejszym nawet stopniu zaszkodzić jego wrażliwej osobowości. Choć w domniemaniu Tybora wszyscy musieli pozostawać twardzi. Twardzi na system zmiany ustroju i twardzi na jakże ciężkie życie, w którym się obracali. „ Nie sposobem jest chwycić za szkło, nie sposobem jest umrzeć, nie sposobem jest uciec w trans, lecz sposobem jest żyć i trwać na przekór wszystkiemu złemu, które nas otacza i nie potrafić dać się złapać”. To było motto Tybora, którym się otaczał. On sam pochodził, z Zamojszczyzny, gdzie miał żonę i dwójkę dzieci, i tylko dwa razy w roku się z nimi widywał na święta i raz w urlopie, który mu przysługiwał. Więc podziwiał go, podziwiał za tę wytrwałość w oczekiwaniu na przeniesienie, na które tak długo już czekał. Plan zrobię dzisiaj – wymamrotał do siebie – a konspekty jutro i po sprawie. I zabrał się do roboty, starając się nie myśleć już o niczym innym. Nikt mu nie przeszkadzał, więc uporał się z tym jeszcze przed zmierzchem. Kiedy skończył, oparł się wygodnie zbolałymi plecami o oparcie krzesła, wyjął papierosa z paczki i zapalił. Znowu myśli błądziły. Widział teraz oczyma swojej wyobraźni miasto rodzinne, do którego tak bardzo się przyzwyczaił i które pokochał. I matkę, która pokładała w nim wszystkie swoje nadzieję. Był jej jedynym synem, którego bardzo kochała i w którego tak bardzo wierzyła, po stracie męża alkoholika. Zawsze powtarzała wszystkim swoim znajomym: „Zobaczycie Piotr dojdzie do czegoś, bo on jest wyjątkowy i ma tak wielkie ambicje”. Była prostą gospodynią domową, kobietą, która poznała życie z tej drugiej ciemnej strony. Strony marginesu społecznego, w którym obracał się jej mąż. Ciągłe burdy i pijatyki w domu, które wywoływał, stworzyły w niej wielką niepewność i przepaść w stosunku do mężczyzn, tak, że nigdy nie związała się ponownie z nikim. Całą swoją miłość przelała na syna chcąc go jak najlepiej wychować i chronić przed dotkliwościami życia, chowając go pod kloszem nie wiedziała, że stworzyła człowieka bardzo wrażliwego i skrytego w sobie, uciekającego przed twardym wyzwaniem życia. Kiedy poznał Anię miała zaledwie 17 lat. On był po maturze, więc dzieliła ich nie wielka różnica lat i kiedy po raz pierwszy przyprowadził ją do domu, matka stwierdziła żeby dał sobie z nią spokój. Ponieważ taka moda dziewczyna, która pozwala sobie na nocne schadzki nie wiele może być warta. Piotr obraził się wtedy na nią i już więcej z Anią do domu nie przyszedł. Spotykali się u niej. Chodzili do parku i kina i rozmyślali nad wspólną przyszłością. Była to pierwsza i jedyna miłość Piotra. „ Miłość, co przetrwa stworzenia, miłość pławiąca się w snach, w zapachu kwiatów i w niesamowitym drżeniu dusz ”jak pisał on sam w wierszach, których nigdy nikomu prócz jej nie pokazał. Kiedyś wyznał swojemu koledze Tomkowi, który był jedynym jego przyjacielem, a było to latem, gdy leżeli nad jeziorem razem

w upalną noc wpatrując się w gwiazdy, że ona jest jedyną najpiękniejszą gwiazdą pośród całego gwiazdozbioru i jedyną wartą upadku niebios. Tomasz, który był filozofem i od którego wszyscy stronili prócz Piotra i który nie bardzo znał się na cytatach literackich, odparł żeby nigdy nie porównywał tak bezmózgich istot do czegoś tak pięknego jak wszechświat. Było to krótko przed służbą Piotra w wojsku. Ten obrażając się na niego nigdy już z nim więcej nie rozmawiał. Zdusił peta w popielniczce i jakiś czas siedział zapatrzony w niewiadomy punkt na ścianie. Po chwili zerwał się z krzesła i wyciągnął pomięty papier z kieszeni spodni. Wpatrywał się chwilę w niego, po czym rozwinął go i zaczął czytać. „ Drogi Piotrze. List ten, który ci wysyłam nie będzie długi, lecz możesz być pewien, iż jest w nim wiele serdeczności i przyjaźni do Ciebie. Bardzo rzadko się ostatnio widujemy, a to wiadomo, z jakiego powodu, przecież siedzisz tam gdzie mają władzę nad Tobą i nie możesz się wymknąć zanim nie wyrażą zgody. Rozumiem to. Ale ostatnio od kilku już miesięcy ( nie mówiłam Ci tego, kiedy byłeś na pierwszego listopada ) czuję się bardzo samotna. Znam Twoją wrażliwość i dlatego wcześniej nie pisałam, bo martwiłam się o Ciebie. Ale teraz przemyślałam wszystko i zdecydowałam się napisać. Od lipca jestem z kimś innym, zakochałam się i wszystko jakoś tak się pogmatwało, że sama nie wiem... Chciałabym życzyć Ci szczęścia, i żebyś się nie martwił zostaniemy przyjaciółmi, jeśli chcesz. Proszę nie pisz już do mnie więcej, bo ja już tych listów czytać nie będę. Twoja przyjaciółka Ania.”

Karowski nie przeszedł przez biuro przepustek jak nakazywał regulamin, lecz skierował się jakieś pięćset metrów dalej w lewo do furtki w płocie gdzie mieściły się budynki byłej jednostki ZSSR, a które oszabrowane w tej chwili świeciły pustką. I tylko wartownik, który stał na straży tego przejścia był jedynym problemem dla zwykłych żołnierzy, lecz nie dla niego gdyż chodził tamtędy wiele razy w ciągu tygodnia dostarczając kadrze konspekty i plany. Znali go wszyscy ze służby wartowniczej jak i on ich. I nie pytali nieraz o nic tylko z uśmiechem otwierali mu furtkę, zwaną ruską bramą. Miejsce, w którym się znajdował w zasadzie nie było niczym innym jak tylko malutką miejscowością wojskową mieszczącą około trzech tysięcy żołnierzy różnych profesji w tym i cywilów. Wszędzie jak okiem sięgnąć ciągnęły się lasy, i gdyby nie szpetne budynki koszarów wojskowych, z których spoglądały setki ponurych okien, było by tu naprawdę przepięknie. Była późna jesień, kiedy szedł aleją wysokich drzew, których bezlistne już konary kołysał wiatr i które rzucały niesamowite cienie w świetle palących się teraz latarń na drogę usłaną zgniłymi już liśćmi. Konary ocierały się o siebie wydając złowrogie pomruki, a on wsłuchany w to wszystko szedł wciąż ciężkim krokiem zamyślony z głową ukrytą w kołnierzu swojej wojskowej panterki. Nagle drgnął ocknąwszy się z letargu, gdyż papieros zetlony praktycznie przez wiatr poparzył mu usta. Splunął na ziemię i cicho zaklął. Kiedy wyszedł poza mury jednostki skierował się do sklepu, z zamiarem kupna alkoholu. Chęć napicia się towarzyszyła mu już od dawna, czuł potrzebę rozluźnienia się i zapomnienia choćby na chwilę o smutkach go dręczących, dopóki nie zbudzi go znów szary i smutny dzień. Wszedł do sklepu i uwagę jego przykuł plakat, jaki wisiał na drzwiach: 29. 11. 1993. Zabawa Andrzejkowa w Sulęcinku przygrywa zespół... - Ciekawę, co robi – myślał - może gdzieś idzie, na pewno idzie, pewnie będzie dobrze się bawić, pewnie... - Kupuje pan coś – z zadumy wyrwał go głos młodej kobiety, nie mogła mieć więcej jak trzydzieści lat – i była ładna. Miała zielone oczy i Piotr spostrzegł to od razu. - Przepraszam zaczytałem się – to mówiąc ruchem głowy wskazał wiszący plakat – poproszę... - Taki przystojny żołnierz jak pan – przerwała mu kobieta – to wcale nie dziwne, że się zamyślił. Pewnie zastanawia się, z którą by iść na tę zabawę, bo nie jedną dziewczynę tu pewnie poznał – to mówiąc uśmiechnęła się kokieteryjnie. - Nie proszę pani – spojrzał na nią - zastanawiałem się właśnie nad tym, że lepiej by było, gdybym nie poszedł na żadną zabawę, a spotkał się z panią i nic nie mówiąc wpatrywał się tylko w te pani niesamowicie zielone oczy. - A co tak bardzo się panu podobają? – Zapytała wciąż uśmiechnięta. - Nie, przypominają mi tylko kogoś, kto zbyt wcześnie się skończył. - Bierzesz coś przyjacielu czy będziesz tu stał do rana i gadał o tym jak bardzo serce cię boli. Piotr odwrócił się wolno i dopiero teraz spostrzegł za sobą mężczyznę, który patrzył na niego pozbawionymi wyrazu oczyma. - Pół litra wyborowej i paczkę papierosów bez filtra. To wszystko – dodał. - Proszę pana uprzejmie – dziewczyna odwróciła się by podać towar. Jeszcze raz spojrzał na obcego stojącego, obok, którego oddech przesiąknięty był alkoholem i nikotyną i który czuł teraz na sobie. Wygląd miał niechlujny, jego odzież była brudna tak, że aż świeciła jakby była natarta jakimś tłuszczem. Ale uśmiech, jaki majaczył na jego twarzy pozbawiony był wszelakiej drwiny. - Przepraszam panią – rzucił nagle do ekspedientki – Pani da jeszcze jedno pół litra. - Aż taka zabawa będzie – uśmiechnęła się różowiąc na twarzy. - Nie, jedno pół wypiję z tym panem, a drugie pół zaniosę na jakąś smętną zabawę – to mówiąc twardo spojrzał na stojącego obok mężczyznę. - Chcesz się bić – spytał nieznajomy. - Nie, chcę się z tobą napić. - Idziemy – wychrypiał. - Idziemy. - Niech pan jeszcze wpadnie to sobie może porozmawiamy – zawołała za nim dziewczyna. - Tak, może jeszcze wpadnę – odpowiedział Piotr, ale tym razem już do siebie, tak, że go nie słyszała. Kiedy wyszli na zewnątrz, mrok jakby stężał. Szedł pierwszy, a mężczyzna o smutnej twarzy za nim wycierając nos w poły swojego płaszcza. Wiatr szargał nagie już korony drzew i wprawiał w ruch zwiędłe liście, które zataczały nieokreślone piruety. Wirowały wokół bez żadnego celu. - Dokąd pójdziemy – spytał obcy. - Donikąd. – Odparł Karowski wzruszając ramionami – Gdzie chcesz. - Wiesz, wcale nie muszę iść z tobą i pić z tobą też nie muszę. - Wiem, że nie musisz, ale możesz. Znam takie jedno miejsce, gdzie możemy się napić w spokoju. Tam przynajmniej nie wieje – dodał. - To prowadź. – Wychrypiał mężczyzna. I szli dalej, dwóch wysokich i zgarbionych. Ich sylwetki wtopiły się w czerń wieczoru i w ciszę, której spokój mącił tylko odgłos ich kroków na żwirze. Wtuleni w kołnierze swoich kurtek wyglądali jak żałobnicy idący za konduktem, przez całą drogę nie odzywając się do siebie nawet słowem. Kiedy doszli do celu, pierwszy odezwał się obcy mężczyzna: - Znam to miejsce – wskazał ruchem głowy budynek z czerwonej cegły, z którego wyzierały dwie czarne dziury w murze, gdzie wcześniej zapewne mieściły się okna. - Tak do dobre miejsce, tak jakby schron – Piotr chwycił się krawędzi parapetu i wskoczył do środka. Podał tamtemu rękę i za chwilę siedzieli już na rozsypanych cegłach. W środku panował półmrok, a to za sprawą latarni, która paliła się niedaleko.Zapach nie był zbyt przyjemny, a wszędzie walały się butelki tanich trunków. Obcy nagle wstał i podniósł kawałek styropianu. - Masz podłóż sobie pod tyłek, żebyś wilka nie dostał – uśmiechnął się do niego. - Dzięki zmieścimy się razem. Siadaj. - Nie ja postoję, nasiedziałem się już dosyć – obcy splunął na ziemię. - Pij - Karowski wyjął wódkę i podał tamtemu. - Pij pierwszy. - To ja stawiam, więc pij – trzepnął tamtego ze śmiechem w udo. Mężczyzna przechylił i podał tamtemu z powrotem. Czuł jak pali go gardło, a potem żołądek i nagle zrobiło się jakby cieplej. - Zapalimy, co? - Obcy wyciągnął papierosy. Piotr zobaczył w świetle zapałki twarz tamtego. Niegdyś musiała być inteligentna i piękna – pomyślał – teraz przypominała puste pole. Głębokie bruzdy ciągnące się od nosa, aż do podbródka i ciemne worki pod oczami świadczyły jednoznacznie o wielkim zmęczeniu alkoholowym, a bezbarwne źrenice osadzone w zapadniętych oczodołach, pozbawione ciepła podkreślały jeszcze bardziej beznadziejność tego mężczyzny. Wszystko, co było kiedyś bólem i cierpieniem spłynęło po tej twarzy. - Jak się nazywasz nieznajomy – zapytał, a on spojrzał na niego? - Jak ja się nazywam, jak ty się nazywasz, kogóż to obchodzi? – Odpowiedział i wypuszczając kłęby dymu spojrzał w mrok. - Mnie to obchodzi. - Tak? A to, dlaczego. - Lubię wiedzieć, z kim pije – Karowski podniósł na niego wzrok, a obcy uśmiechnął się - Stefan. Mam na imię Stefan. - Piotr – podali sobie ręce. - Więc powiedz mi Piotrze, co cię tak boli, co? - A, takie tam. - Miłość to nie jest jakieś tam, od tego można umrzeć. A w najlepszym wypadku…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych