Wróć do katalogu

03 ZęK na Ziel0nym WągrzE (tHE PRZYGods oF BókiN &

Trzeci rozdział mojej powieści "tHE PRZYGods oF BókiN & ZĘK". CZYTAĆ!!!!!!!!

kalwa888, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1

Tymczasem, jego przyjaciel Zęk smacznie spał sobie na trawach Zielonego Wągra niedaleko miejsca, w którym niedawno rozegrała się tragedia. Śniło mu się, że niby potężny Qrniszon rozbija Piesy o kamienie. Czuł się ociężały, głupi i jego uwagę przyciągały tylko Piesy. Takie właśnie cechy charakteryzowały najsilniejszą jednostkę bojową Skawengerów, służącą do niszczenia Piesuf. Podczas spania towarzyszył mu nieprzyjemny zapach. Skądś go znał, lecz nie mógł sobie przypomnieć skąd. Podniósł się powoli otwierając oczy, lecz zanim całkowicie usiadł natrafił nosem na źródło smrodu, coś miękkiego, wilgotnego i ciepłego. Doznał uczucia obrzydzenia i szybko otworzył oczy. Jego oczom ukazał się rozmazany obraz odbytu kruchego Piesa. - FAAAAK! - wrzasnął z obrzydzeniem, gdy zorientował się gdzie znajduje się jego narząd węchu. Zapach był tak silny, bo stwór wypuszczał gazy ciągle cicho pojękując. Zęk szybko wyciągnął nos z jego odbytu robiąc przewrót do tyłu. Zdezorientowany Pies szybko odwrócił się do napastnika. Będąc w szoku, stanął na tylnych łapach. Zęk kopnął go w sam środek kruchej klaty. Ten ze zmiażdżoną klatką piersiową odleciał do tyłu i rozbił się o leżący nieopodal głaz. Zęk po całym zamieszaniu, gdy sytuacja została przez niego opanowana, majestatycznie opadł na ziemię. Rozejrzał się po okolicy. Włosy na jego czole lekko falowały szarpane przez niewidocznego Wiatera. Reszta jego głowy była łysa. Zaś jego włosy na piętach nie były związane w kucyk jak u Bókina. Miał je swobodnie rozpuszczone. Za każdym razem gdy był w powietrzu falowały. Zęk uwielbiał to obserwować. Pomyślał o swoim przyjacielu. Śmiać mu się chciało na myśl o tym, że nie potrafi on przywoływać Óśmiehu Wiatera. Przecież to było naprawdę dziecinnie proste! Pewnie siedzi teraz na strychu Pana Kalwasa, pomyślał. Rozmyślając, wędrował po krainie. Szedł przez łąki, góry, lasy, pływał po Stafach. Znał te wszystkie miejsca prawie jak własną kieszeń. W kilku jeszcze nie był i postanowił odwiedzić je właśnie w tej chwili. Udał się w kierunku, którego jeszcze nie przemierzał i po chwili doszedł do miejsca, w którym nigdy jeszcze nie był. Rozchodził się tu wielki i mroczny las. Drzewa zdawały się być tak gęsto rozstawione, że chyba nie można między nimi przejść. Zasłaniały wszelkie światło jakie dawało słońce. Zatrzymał się na chwilę, by się rozejrzeć. Dawno tyle nie biegał, był zdyszany. Podniecenie przygodą zastąpił strach. Skawenger nie wiedział gdzie jest, i czy znajduje się w bezpiecznym miejscu. To miejsce nie wyglądało przyjaźnie. Nie mógł jednak zawrócić, musiał brnąć dalej. Mimo wszystkich obaw, odważny Skawenger postanowił spróbować go przemierzyć. Zaciekawiony i lekko przestraszony wkroczył w mroczny las. Trochę się bał, nie lubił ciemności. Szedł czujnie, rozglądając się na wszystkie strony. Jego stopy szeleściły co każdy krok, włosy z pięt z cichym szelestem ocierały się o zeschłe liście. Zatrzymał się na chwilę by powyciągać z piętowych włosów liście, które się tam poprzyczepiały. Powyciągał wszystkie, wiedząc, że niebawem kolejne i tak na nowo wejdą. Denerwowało i krępowało go to. Miał iść dalej gdy nagle dostał z gałązki wystrzelonej prosto w jego oczy. Usłyszał bardzo głośny i świdrujący śmiech sprawcy tego niemiłego gestu. Nigdy wcześniej nie słyszał nic podobnego. Ciarki przebiegły mu po garbie. Niebawem z mrocznego miejsca z którego wystrzeliła gałązka, wyłoniły się szaleńcze Oki. Zęk tak się przeraził i wzdrygnął, że jak szalony popędził przed siebie. Nic nie było w stanie go zatrzymać, tak bardzo był przerażony. Wokół siebie słyszał przerażające chichoty tych złośliwych istot. Gdzieś o nich czytał, nie mógł przypomnieć sobie gdzie. Pamiętał natomiast jak się nazywały. Gobiny. Gdy przypomniał sobie to złowieszcze imię, jego strach ani trochę się nie zmniejszył. Nawet trochę się zwiększył i przerażony Skawenger przyspieszył. Był bardzo zwinny, i czasem udawało mu się zrobić unik przed kolejnym strzałem. To jednak wcale nie polepszało jego sytuacji. Gobiny wnerwione zachowaniem Zęka (które w gruncie rzeczy było całkiem normalne), nachodziły go coraz większymi grupami. Uciekinier musiał robić coraz więcej uników, i szło mu to coraz lepiej, aż w pewnym momencie zderzył się z wiszącymi na jednym z drzew atomowymi spodniami Pana, który najprawdopodobniej brał kąpiel w jakimś pobliskim Stafie. Od potężnego uderzenia stracił przytomność i ciężko runął na ziemię. kalecząc się o leżące tam paznokcie ptaszków zabitych przez Gobiny.

2

Nic mu się nie śniło, był na to zbyt oszołomiony. Gdy się obudził, jego oczom ukazało się pomieszczenie, którego nigdy przedtem nie widział. Zobaczył ogień w kominku, przyjemne ciepło, które czuł już podczas snu buchało także z kuchennego pieca, na którym stał wielki gar. Gotowało się w nim coś, po kuchni roznosił się dziwny zapach. Zauważył, że na ścianach wisi pełno różnokolorowych, różnego kształtu balonów. Doszedł więc do wniosku, że niedawno była tu jakaś żałoba. Szumiało mu w głowie, wciąż był oszołomiony. Przy garach stał jakiś przedziwny, jedyny w swoim rodzaju stwór. Potężnie zbudowany, można nawet powiedzieć, że gruby o długich, opadających na brzuch włosach. Była nawet trochę podobna do Skawengerów, jednak nigdy, żaden Skawenger nie był tak potężnie zbudowany, choćby nie wiadomo jak silny. Owy stwór różnił się od nich też tym, że nie miał garba, i jego jedynym owłosieniem były włosy wyrastające gdzieś z przodu głowy. Z tyłu, na samym czubku głowy znajdowała się para spiczastych uszu, którymi czasami strzygła. Nigdy nie widział ani nie czytał o nikim podobnym. Bardzo zaintrygowała go ta postać. Nie wiedział nawet jakiej jest płci. Zęk dotknął swojej głowy w miejscu gdzie najbardziej go bolało. Poczuł bandaż. Żałował, że nie uderzył swoim czołem. Wtedy na pewno by nie zemdlał, bo uchroniłyby go od tego gęsto porastające czoło włosy. Jęknął cicho. Na ten dźwięk postać odwróciła się w jego stronę. Skawenger ujrzał jej oblicze. To co zobaczył, upewniło go w tym że stwór jest przeciwnej płci niż on sam. Upewnił sie także w fakcie, że kobieta nie jest, tak jak on, Skawengerem. Nie znał nazwy tego gatunku. Jej twarz stanowiła dla Zęka interesujące zjawisko. Był to ogolony z włosa pysk lamy. Jedynymi były te długie i gęste, wyrastające spomiędzy warg. - Ooo... - mruknęła aksamitnym głosem. - Obudziłeś się prosiaczku. - Mimo włosów zalegających jej usta, mówiła głośno i wyraźnie. Zęka bardzo to zafascynowało, ale postanowił pytanie o to zostawić na później. - Kim jesteś? - zadał pytanie. - Jestem Baba Jadzia. Znajdujemy się obecnie w mojej Cukrowej Chateczce, prosiaczku. - Nie nazywaj mnie prosiaczkiem! - krzyknął obużony Skawenger. Określenie to, bardzo go zniesmaczało. Na dźwięk tych słów Babie Jadzi zrobiło się bardzo przykro. Zawstydziła się, na jej twarz wystąpiły rumieńce. - Ale m-mimo wszystk-k-k-ko - zaczęła mówić jąkając się po tej zniewadze - n-nawet włos-s ci z czoła n-nie spadł! - Gdy wypowiadała te słowa, wszystkie balony w kuchni drżały. - Co gotujesz? Dziwnie pachnie... - Aaaa... To! Zupa z Piesowego Tasiemca. - Ładne masz balony. Była jakaś żałoba, jak rozumiem. Kto umarł? - Ach, lamentowaliśmy ostatnio dniami i nocami. Zmarł pewien bardzo lubiany i ceniony Pan. Biedaczysko... - zamyśliła się. - Nikomu nie zawadzał, był taki miły. Ale nagle! - krzyknęła. - Pojawił się jak znikąd ten jakiś cholirny Skawenger! Podobny do ciebie, powiem ci. Zaatakował niewinnego Piesa, na terenach Panuf. Nawet nie wiadomo, czym mu ten Pies zawadził! On też był miły... - przerwała na chwilę, by dobrać odpowiednie słowa. - Wiesz... Ciągle tylko skomlał... Nieważne... I te... - Nie wiesz może kim był ten Skawenger? - przerwał jej pytaniem Zęk. - Być może go znam. - Ech... Wątpię. Pewnie nie znasz tego głupca. Ja sama też zobaczyłam go na własne oczy po raz pierwszy. Nazywał się... - zastanowiła się przez chwilę. - Gupin, czy jakoś tak... Zękowi zrobiło się gorąco, czyżby była mowa o Bókinie, jego wiernym przyjacielu? - Może... Bókin? ... - wypowiedział te słowa mając nadzieję, że się myli. - Tak! Właśnie!! - wrzasnęła szaleńczo Jadzia, aż wszystkie balony mocno drgnęły. Zęk gdy usłyszał tą złą wieść serce zabiło mu mocniej. Miał nadzieję, że jego przyjaciel wyszedł z tego cało. - I co się z nim stało? Zdołał uciec? Zabicie pana niesie ze sobą okropne konsekwencje... - Ta... No coś ty! - prychnęła Baba. - Inne Pany go otoczyły, po czym ogłuszyły i pojmali nieprzytomnego. A potem... - przerwała widząc jak Zęk wpatruje się w pie(ku)rnikowe okienko. - Nawet nie próbuj uciekać! - powiedziała po chwili, gdy doszło do niej co Zęk ma rzekomo na myśli. - Nie masz szans! - Ale ja muszę! Muszę odnaleźć mojego przyjaciela Bókina, jest teraz w niebezpieczeństwie. - mówił rozgorączkowany. - Nie kochasiu. Nawet o tym nie myśl - powtórzyła Jadzia. - Nie masz najmniejszych szans! Bo... - mówiła grzebiąc między włosami opadającymi jej na brzuch. - MAM TO! - wrzasnęła drapiąc jedną niezgrabną reką jeden z baloników, a wdrugiej trzymając dziwne urządzenie wyglądające jak pilot do tv z tylko jednym czerwonym przyciskiem na środku. Pod wpływem tego wrzasku pęknął balonik, który przed chwilą odbijała. - Co to jest?! - zainteresował się zafascynowany. - To genialne urządzenie nazywa się P.A.P.!!! Jest to skrót od słów: Pospolity Alarmiacz Panuf! Che! Che! Che!!! - Niesamowite... - Otóż to mój drogi, otóż to. Każdy Pan w tym lesie ma to urządzenie w swoim posiadaniu. Gdy tylko któryś z nich cię zobaczy poza moją chatką, wystarczy że naciśnie jeden guzik, o ten - mówiła pokazując palcem czerwony przycisk - a ja się dowiem, o stąd! - wskazała na tył urządzenia, gdzie znajdowało się dużo małych dziureczek. W chwilę później zaczęła szaleńczo ryczeć ze śmiechu. Po chwili jednak się uspokoiła i powiedziała: - Wtedy moje czary przeniosą cię tutaj, w moją cukrową chatkę. Genialne, co? Sama to opatentowałam. - Wyglądała na zafascynowaną swoim własnym osiągnieciem. - Po prostu genialne... - mruknął z sarkazmem niazadowolony Zęk. Nagle Baba Jadzia zrobiła się purpurowa na twarzy, i nie oddychając, nie poruszając się, pozostała przez jakiś czas w tym stanie. Zęk, trochę zdezorientowany, nie wiedział co z tym zrobić, nie wiedział czy ma pomóc, czy może jej nie ruszać, bo pogorszy to sytuację. Jednak patrząc na to z innej perspektywy, doszedł do wnoisku, że nie warto jej pomagać. Przecież go więziła, a życie jego przyjaciela było zagrożone. - Ufff... - westchnęła Baba. - Krew uderzyła mi do głowy - oznajmiła, po czym kopnęła leżący na podłodze balonik. Zęk…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych