Wróć do katalogu

114 Młociny- UKSW

Jest środek nocy. Siedemnastoletnia Olga wybiega z płaczem z mieszkania i rzuca się biegiem w noc. Miasto pochłania ją i wystawia na pojedynek z najmroczniejszymi demonami, które drzemią w każdym z nas...

ryszardzlopala, opublikowano , 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Olga

Wybiegła z płaczem z mieszkania i rzuciła się biegiem przez klatkę schodową, cały czas żałośnie szlochając. Jej głośny płacz niósł się po echem po połaciach gołych ścian i rzędach obdrapanych drzwi, co raz budząc kolejnych sąsiadów. Dziewczyna minęła skrzynki, przeskoczyła kilka stopni i cała zdyszana wypadła na zewnątrz. Zanim ciężkie, stalowe drzwi się zatrzasnęły, zdążyła jeszcze usłyszeć ochrypły, kobiecy głos wołający za nią: - Olga, zaczekaj! Wracaj! Zignorowała go. Przeleciał jej przez uszy, nie pozostawiając za sobą żadnej myśli, żadnego odruchu. Biegła przed siebie, mijając po drodze sąsiednie klatki i bloki, ławki, drzewa i piaskownice. Wszystko tonęło w nieprzyjaznym mroku, powoli przeżerającym się przez duszę. Dziewczyna biegła ile sił w nogach, twarz miała zalaną łzami, a płuca zaczynały boleć z wysiłku, ale nie zatrzymywała się. Za plecami cały czas słyszała ochrypły głos, wołający za nią w noc: - Olga! Czekaj... Nie zamierzała na nic czekać. Pędziła przed siebie, jak najdalej od tego szarego, przeklętego bloku. Miała wrażenie, że biegnie coraz szybciej i szybciej, a budynki za jej plecami nikną w gęstym mroku. Nagle znalazła się na ulicy, opuszczając zawiły labirynt chodników i podwórek. Wyszła na miasto, zostawiając za sobą ponury, betonowy gąszcz. Z każdej strony zaczęli otaczać ją przechodnie, bezimienni ludzie bez twarzy, samochody, wyglądające jak zlepki różnokolorowego światła, sunące przez ciemność i niepostrzeżenie zlewające się z otoczeniem. W powietrzu czuć było wieczorny chłód, rześkie powietrze dawało ulgę zmęczonym płucom. Po paru chwilach zatrzymała się i rozejrzała dookoła. W pobliżu nie pałętała się żadna samotna dusza, nie licząc jednego brudnego bezdomnego, drzemiącego na połamanej, przystankowej ławeczce. Miał na sobie starą, zniszczoną kurtkę w kolorze zgniłej zieleni, przebijającym się przez wszechobecne plamy, wytarte dżinsy na nogach i zamoknięte, nadgniłe buciory. Wymamrotał coś niezrozumiale pod nosem i przewrócił się z boku na bok, odsłaniając przed Olgą swoją twarz. Dziewczynę z początku przeszedł dreszcz obrzydzenia, jednak po chwili ze zdumieniem stwierdziła, że mężczyzna, mimo podartych ubrań i nieprzyjemnego zapachu przetrawionego alkoholu, który bił od niego na kilka metrów, wcale nie wygląda na niezadbanego. Młoda twarz o łagodnych, sympatycznych rysach i starannie ogolonym zaroście, zupełnie nie pasowała do reszty żałosnego wizerunku. Na krótką chwilę Olga uwierzyła, że to tylko aktor w przebraniu, wracający z przedstawienia, jednak po chwili mężczyzna przewrócił się na drugi bok, skrywając swoje oblicze, a surrealistyczny czar zniknął. Dziewczyna obserwowała go jeszcze przez krótką chwilę, po czym nałożyła kaptur na głowę i ruszyła przed siebie szybszym krokiem, w kierunku oddalonego o kilkadziesiąt metrów przystanku autobusowego. Wokół niej panowała typowa miastowa cisza nocna, przerywana co chwilę szumem samochodów przejeżdżających pobliską trasą, wyciem syren w oddali i stłumionymi między budynkami szmerami rozmów i śmiechu. W tym miejscu ciemność ustępowała nieco, rozpraszana przez złocisty blask wysokich latarni, które prężyły się rzędami wzdłuż chodników. Dziewczynę zaczął powoli opuszczać stres i napięcie, ustępując miejsca osobliwemu uczuciu spokoju. Szła dalej, nie bacząc na nic więcej poza obiecującym światłem na przystanku autobusowym, mleczno żółtą poświatą, która przyciągała ją, stwarzała ciepły, niemal magiczny klimat. Stanowiła obiecującą mydlaną bańkę wśród czarnych, opustoszałych ulic. Olga poczuła coś, co wypełniło ją całą, rozlewając się po ciele, w skurczonym ze zdenerwowania żołądku, zesztywniałych ramionach i pędzącym jak oszalałe sercu. To ona ją napędzała - emocja, z którą dziewczyna za nic w świecie nie chciała się rozstać i której nie potrafiła nazwać - pchała do przodu, nie pozwalając się zatrzymać i odpędzając bolesne wspomnienia ostatnich dni i godzin. W tej chwili była dla niej wszystkim. Na przystanku nie zastała nikogo. Jedyne, co znalazła pod obdrapaną wiatą to licząca dwa dni przemokła gazeta i rozbita butelka po piwie. Spojrzała uważniej na tytułową stronę magazynu i poczuła zimny dreszcz, prześlizgujący się po plecach. Zaraz pod nagłówkiem, między plamami i wyrwanymi skrawkami papieru, dziewczyna dostrzegła niewyraźną fotografię twarzy. Swojej twarzy. Wykrzywiony grymas strachu i obrzydzenia, dwoje przyćmionych z bólu, rozmytych oczu, wyraźnie rysowały emocje na jej obliczu. Poczuła jak żołądek zwija jej się w ciasną, bolesną kulę, palce sztywnieją, a na gardle zaciska się niewidzialna, lodowata dłoń. Rozmazane zdjęcie zaczęło migotać przed oczami. Przymknęła powieki, ale bezskutecznie, straszliwy obraz wciąż przeciskał się do duszy i zalewał serce trwogą. Trwało to kilka, może kilkanaście sekund, po czym po prostu zniknęło, rozmyło się w ciemnościach nocy. Kiedy otworzyła oczy wszystko wyglądało normalnie, po gazecie nie było ani śladu, a ona sama siedziała na ławce pod wiatą, ściskając w dłoni odłamek szkła z butelki. Przyjrzała mu się dokładnie, bacznie obserwując odbicie swojej zapłakanej buzi i zamglonych oczu na brudnej powierzchni brązowego szkła. Nieprzyjemny dreszcz przeszył jej dłonie, palce zadrżały, niebezpiecznie zaciskając się na ostrych krawędziach fragmentu butelki. W końcu nie wytrzymała i odrzuciła od siebie odłamek, wybuchając przy tym głośnym, niemal panicznym płaczem. Łzy ściekały po zaczerwienionych policzkach, bezlitośnie zalewały gardło i nos. Dziewczyna łkała żałośnie przez parę dłuższych chwil, po czym postanowiła przestać - nic jej z tego przecież nie przyjdzie. Wzięła głęboki oddech , starając się uspokoić drżące usta i ręce, przetarła oczy i spróbowała zając myśli czymkolwiek, byle nie schodziły na jeden wspólny tor. Po kilku, może kilkunastu minutach u wylotu ulicy zabłysnął świetlisty punkt, od którego rozchodziła się czerwono-żółta łuna, wyłaniająca z mroku nierówne chodniki i rzędy niedziałających latarni. Autobus. Olga poderwała się z ławeczki i zaczęła kurczowo machać rękami w kierunku nadjeżdżającego pojazdu. Kierowca dostrzegł ją z daleka i zwolnił nieco, ostatecznie zatrzymując się na przystanku, którego nazwy dziewczyna nigdy nie potrafiła zapamiętać. Czy miało to jakieś znaczenie? Linia 154 jak zwykle ziała pustkami. Bez namysłu wsiadła do pojazdu i zajęła pierwsze wolne miejsce jakie wpadło jej w oko. Chciała się szybko znaleźć jak najdalej od domu, od swojej matki i tego przeklętego, szarego mieszkania, w którym, chcąc nie chcąc, uwięziła wszystkie wspomnienia.

Autobus był starego typu, bez głosowej zapowiedzi przystanków i wszechobecnych monitorów. Olga skuliła się na czerwonym fotelu i wbiła nieobecny wzrok za okno, w ciemne ulice, przesuwające się powoli za brudną szybą. Widok rzędów latarni, z których niespełna połowa dawała światło, przypominał jej wczesne dzieciństwo, kiedy podczas wielogodzinnych podróży samochodem, z dziecięcą fascynacją wpatrywała się w ich żółty, tajemniczy blask. Mała dziewczynka z lśniącymi, zielonymi oczami. Pojedyncza łza spłynęła po policzku, po czym wsiąkła bez śladu w materiał fioletowej bluzy. Nagle telefon Olgi zawibrował w kieszeni. Dziewczyna aż podskoczyła w siedzeniu, gwałtowanie wyrwana z głębokiego zamyślenia i wyciągnęła komórkę. Na wyświetlaczu migało powiadomienie o jednej nowej wiadomości. Matka. Dziewczyna poczuła bolesne ukłucie w brzuchu i zirytowana schowała telefon ignorując SMS’a. Krótka wycieczka w przeszłość dała jej cenną chwilę zapomnienia, a wiadomość z domu wbiła z powrotem w ziemię. Po kilku sekundach dzwonek rozległ się znowu. Dziewczyna nawet nie zwróciła na niego uwagi, przenosząc spojrzenie na mijaną właśnie potężną galerię handlową, rozświetlającą noc dziesiątkami kolorowych neonów z nazwami sklepów i punktów usługowych. Nie pamiętała dokładnej nazwy, choć była tam parę razy ze znajomymi i na randkach w kinie. Bezwiednie uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie tych kilku beztroskich, szczęśliwych chwil, które właśnie dobiegały końca. Już nie będzie spontanicznych wyjść z koleżankami, zakupów i plotek przy zbyt drogiej kawie, nie mówiąc już o romantycznych wieczorach z przystojnymi kolegami. Nie. Od dzisiaj tylko wrzask, wrzask i upokorzenie. Do głowy zdołał wcisnąć się obraz. Pojedynczy, straszliwy i paraliżująco realny. Zobaczyła obraz swojej przyszłości. W tym momencie autobus zatrzymał się gwałtownie, rzucając Olgą do przodu. Wyjrzała za okno. Stali na środku ulicy, chociaż w pobliżu nie było widać żadnego przystanku. Drzwi odsunęły się z sykiem i do środka wszedł, a właściwie wpłynął wysoki mężczyzna w starym, zniszczonym ubraniu. Jeszcze zanim zdołała dostrzec jego twarz, Olga od razu rozpoznała w nim bezdomnego chłopaka z przystanku. Poczuła długą igłę, wbijającą się w kręgosłup, paraliżującą wszystkie możliwe ruchy. Usta zaczęły drżeć, palce znowu zesztywniały boleśnie. Przecież tak nie może być, ten człowiek nie miał prawa się tutaj znajdować. A jednak znajdował się i był coraz bliżej. Mężczyzna poruszał się bezszelestnie, powoli zbliżając do miejsca, w którym siedziała Olga. Sunął przez jasne wnętrze autobusu, ledwo poruszając nogami. Podszedł do jednego z krzesełek naprzeciwko dziewczyny i opadł na nie, nie wydając przy tym żadnego słyszalnego dźwięku. Jego twarz, tak samo jak poprzednio, całkowicie nie współgrała z resztą. Poplamiona kurtka i podarte spodnie wzbudzały litość, współczucie, natomiast nieskazitelna twarz o twardych zdecydowanych rysach i ciemne, nieomal czarne włosy budziły trudną do określenia trwogę i niepokój. Siedzieli bez słowa, wpatrując się w siebie nawzajem. Tajemniczy mężczyzna pozostawał w całkowitym bezruchu, podczas gdy dziewczyna dławiła się i skręcała ze strachu. W końcu Bezdomny wykonał pierwszy ruch, wykrzywiając gładką twarz w szerokim, niepokojącym uśmiechu. Dziewczyna na chwilę zapomniała o przeżerającej ją trwodze i wszystkie szalejące myśli zamarły. Uśmiech przybysza odsłonił rzędy połyskujących, złotych zębów, które lśniły złowieszczo w mlecznej poświacie świetlówek. Zimny dreszcz spłynął po plecach dziewczyny, a strach powrócił ze zdwojoną siłą. - Nie bój się mnie - szepnął mężczyzna, zakładając nogę na nogę. - Przecież jest tyle innych rzeczy, których powinnaś się teraz bać... - jego niski dudniący głos rozbrzmiewał w uszach Olgi, niczym bębny, zapowiadające nadejście wrogiej armii. Na jego dźwięk cała zesztywniała, nie mogąc złożyć w całość choćby jednej, sensownej myśli. Pojedyncze emocje kołatały jej się w głowie jak puste piłeczki. Mężczyzna powolnym, spokojnym ruchem sięgnął do kieszeni i wydobył z niej ten sam egzemplarz gazety, który dziewczyna widziała na przystanku. Z upiornym grymasem rozłożył ją sobie na kolanach i przyjrzał się niewyraźnemu zdjęciu Olgi na pierwszej stronie. Dziewczyna zauważyła, że jego ruchy są powolne i bardzo ostrożne, zupełnie jak gdyby starannie dawkował ich ilość. Po kilku sekundach złożył gazetę i, z tą samą manierą, podał ją dziewczynie. Chwyciła drżącą dłonią zwitek papieru, wyraźnie bojąc się go dotknąć. Wbrew sobie uniosła wzrok i spojrzała mężczyźnie w oczy, lecz nie zobaczyła ich. W miejscu oczu Bezdomnego żarzyły się groźnie dwa czerwone węgliki, przeszywające na wylot swoim blaskiem każdą myśl i wspomnienie. Olga odruchowo zacisnęła powieki, w duchu modląc się, żeby ten koszmarny widok odszedł i nigdy nie wracał. Trzymała oczy zamknięte jeszcze przez jakiś czas, nie mogąc wyrzucić z głowy paskudnego obrazu, aż poczuła, że autobus znowu się zatrzymał. Kiedy je otworzyła, miejsce przed nią było puste, tajemnicza postać zniknęła, a autobus wciąż toczył się przez noc. Przez co najmniej kilkanaście minut Olga nie była w stanie pozbierać myśli. Przed oczy cały czas cisnął się obraz Bezdomnego, szczerzącego się do niej i gazety, którą trzymał w dłoniach. Tym razem zdołała dostrzec skrawek tekstu na pierwszej stronie: “Siedemnastoletnia uczennica liceum ur...”. Reszta liter była zamazana i nieczytelna. Dziewczyna nie była w stanie pojąć tego co się stało ani tego co się dzieje. Różne nieprzyjemne wizje cisnęły jej się do głowy z obezwładniającą siłą torując sobie drogę przez rozchwianą świadomość, przebłyski nad którymi nie potrafiła zapanować. Obrazy z dzieciństwa, zniekształcone twarze matki i brata, wszystko czego się bała i czego nie chciała nigdy doświadczyć. To wszystko runęło na nią, niczym stos cegieł, przygniatając strasznym ciężarem i wpychając w czarną otchłań. Chciało jej się płakać, chciało jej się wyć, ale cały czas milczała, siedziała cicho, jadąc nocnym autobusem, aż zasnęła, nie zdając sobie z tego sprawy.

Kiedy ocknęła się jakiś czas później, autobus tonął w ciemności, rozpraszanej jedynie przez ruchome blaski, wślizgujące się przez zaparowane okna. Odsunęła się trochę w fotelu, rozprostowując nogi i ramiona, wyrzucając z siebie resztki snu. Przez kilka chwil nie mogła sobie przypomnieć gdzie jest i co się dzieje, bowiem ostatnie, co pamiętała to moment wsiadania do autobusu i jakiś błysk w mroku. Prześladowało ją niejasne przeczucie, że coś jest źle i nie chodziło tylko o ucieczkę z domu. Coś było nie tak, czuła to w kościach. Skuliła się w fotelu i wbiła spojrzenie w złoty pierścionek na swoim serdecznym palcu. Był specjalnie wygięty w dwa esy floresy, które za każdym razem, gdy na nie spoglądała, wywoływały lekki uśmiech na twarzy. Nie wiedziała dokąd pójdzie, co ze sobą zrobi. Jedyne czego była absolutnie pewna, to to, że nie wróci z własnej woli do domu ani nie zadzwoni do rodziców. Nie zasługiwali na to. Autobus sunął dalej, podskakując na wybojach warszawskiej ulicy, po pewnym czasie zatrzymując się na jakimś przystanku, oświetlonym słabym światłem starej latarni. Olga podniosła się z miejsca i bez namysłu ruszyła do drzwi. Wysiadła na nierówny chodnik, ułożony z czerwonej kostki brukowej, a autobus od razu odjechał. Przez dłuższą chwilę patrzyła za nim, jak powoli znika, rozpływa się w nocnej, miejskiej mgle, pozostawiając za sobą ledwie słyszalny szum i szary, gęsty obłok spalin. Poczuła gęsią skórkę na szyi i ramionach, po trochu wywołaną przejmującym chłodem i dziwnym uczuciem, które wypełniało ją, odkąd się obudziła. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby jej podpowiedzieć gdzie jest. Nie była pewna ile przejechała ani w jakim kierunku. Nazwa przystanku była zamalowana przez gruby napis HWDP, wypryskany czarną i białą farbą w sprayu, a po tablicy z rozkładem jazdy została tylko połowa uciętego słupa. Podobny los musiał spotkać wiatę, która najprawdopodobniej została wyrwana razem z ławką. Jedyną rzeczą, która przypominała jeszcze przystanek, był wyższy słup z pustą, pomazaną tablicą. Mroźny wiatr prześlizgiwał się pomiędzy ponurymi blokami, otaczającymi Olgę ze wszystkich stron. Gdzie nie odwróciła wzroku, napotykała twarde, klockowate konstrukcje z małymi oknami i paskudnymi, poobkładanymi czarnoniebieską folią balkonami. Opatuliła się szczelniej szalikiem i kurtką, czując na sobie nieprzyjemne zimno. Uczucie niepokoju narastało, robiło się coraz bardziej nieznośne. Ruszyła przed siebie w kierunku opustoszałych o tej godzinie podwórek, w nadziei na znalezienie jakiegoś osiedlowego placu zabaw. Kiedy była młodsza, kochała bawić się na huśtawkach i trochę jej tak zostało. Lubiła czasem przysiąść na huśtawce i patrzeć jak inne dzieci się bawią. Uspokajało ją to. Niewielkie placyki pomiędzy budynkami poprzecinane były wąskimi ścieżkami i czymś, co w zamyśle miało pewnie przypominać bujną, osiedlową roślinność, choć w rzeczywistości wyglądało jak małe, okaleczone drzewa i na wpół uschnięte krzaki. Olga kluczyła pomiędzy nimi, starając się wypatrzeć coś w kłębiących się ciemnościach. W miarę jak zagłębiała się w labiryncie bloków, mrok gęstniał i zdawał się muskać ją swoimi czarnymi mackami, powracając osobliwe uczucie trwogi.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych