Wróć do katalogu

a jednak

Trzy miesiące wyjęte z życia dwudziestokilkuletniej studentki Architektury i Urabanistyki.

Ewulkamala16, opublikowano , 48 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Autumn ‘11 First. I znowu poczułam na sobie jego wzrok. Może mi się wydawało. Może dlatego, że kochałam się w nim do szaleństwa i chciałam, żeby to robił? Uwielbiałam jego zajęcia. W odróżnieniu od reszty studentów z mojej grupy ćwiczeniowej… Zawsze przygotowana, nadgorliwa, wiecznie pierwsza do pomocy. Może zauważył moją „miłość” do architektury i sztuki? A może przyłapał mnie na gorącym uczynku, kiedy tak pełna pasji wgapiałam się w niego niczym największe dzieło sztuki? Moje życie odkąd go poznałam ograniczyło się tylko do niego i tego, co go w jakikolwiek sposób dotyczyło. Nie starałam się specjalnie bratać z nowymi znajomymi. Kiedy kolejny raz odbywała się impreza „integracyjna”, ja znów siedziałam nad książką i namiętnie ją studiowałam. Przecież jutro doktor Remigiusz Łyżwiński może prosić o opinię, bądź odpytać z ostatniego wykładu. Chciałam być przygotowana. Pragnęłam wręcz tych odpytywanek z jego strony. To była jedyna droga do zbliżenia się do niego. Jedyna szansa na kontakt. Czy moi koledzy mnie lubili? Mało prawdopodobne. Nie znali mnie, a do tego byłam w ich oczach „pupilkiem” największej kosy na uczelni. Mało tego. Często jako nadgorliwa studentka odświeżałam pamięć wykładowcy o planowanych kolokwiach, zaliczeniach. Mówił często o mnie jako „moja niezapominajka”. Wtedy tak cudownie się uśmiechał... i patrzył mi prosto w oczy, na co ja zapeszona unikałam jego wzroku. To, że zaglądał mi w oczy onieśmielało mnie, ale i budowało. Czułam się z dnia na dzień ważniejsza i coraz większa w jego mniemaniu. W swoim też. Nie wiem co mnie w nim tak urzekło… Nie potrafię tego sprecyzować. Przecież był starszym facetem z prześwitem siwego włosa. Mógł być starszy od mojego rodzonego ojca. Mógł i z pewnością był. Miał przepiękne oczy, promienny uśmiech, wzbudzał respekt. Do tego był mądrym i inteligentnym facetem. Na domiar tego był wysoki i z tego co wydedukowałam nieźle zbudowany. To wszystko czyniło go niezmiernie atrakcyjnym. Bez wątpienia posiadał dla mnie to słynne „coś”. Doktorek był niezwykle pociągający, był jak zakazany owoc, którego konsumpcja wydawała mi się taka nieziemska, wprost niebiańska. Jednak konsekwencje zjedzenia tego owocu mogły być zatrważające w skutkach. Liczyłam się z tym, że związek z doktorem, własnym wykładowcą może skończyć się źle dla obojga. Mimo to ciągle marzyłam, że kiedyś każe mi zostać dłużej. Zostać z nim. Gdy w ciągu minuty natarczywie nie spuścił ze mnie wzroku, poczułam lekkie zmieszanie. Zrobił to kilkakrotnie od początku wykładu. Mówił jakby był tu tylko on i ja. Mówił do mnie. Rozejrzałam się z zakłopotaniem po Sali. Każdy był pochłonięty czymś co niekoniecznie dotyczyło zajęć. Marta czytała książkę Stephena Kinga, Justyna sms-owała, a Karol odsypiał nockę. Przez chwilę byłam zupełnie gdzie indziej. Obserwacja towarzystwa pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie zauważyłam, że mój „Remek” stanął przed moją ławką i kilkakrotnie uderzył piórem o blat. Chyba ten impuls pobudził mnie do życia. Wróciłam na ziemię. Podniosłam głowę i zmierzyłam się z jego spojrzeniem. Na chwilę zapanowała zupełna cisza w auli. Łyżwiński lekko pochylił się nad ławką i zapytał z diabelskim uśmieszkiem: - Czy mogłabyś wymienić podstawową różnicę między zamkiem, a pałacem? No i wtedy cisza pogłębiła się jeszcze znaczniej. Poczułam się jak idiotka. Nie miałam pojęcia o jaką różnicę mu chodziło. Nie czytałam tematu na zaś. Ostatni wykład był obszerny. - Nie wiem. – tylko tyle wydukałam i spuściłam głowę. Uczucie wstydu dało o sobie znać, a moja kompromitacja sprawiła, że chciałam się zapaść pod ziemię. Zagiął mnie! Przyłapał na ucieczce w nieznane. Zrobił to celowo. Od początku zajęć chciał to zrobić. Zakłopotać mnie i zmieszać. I udało mu się to koncertowo. Do końca wykładu od „tego momentu” stał się obojętny. Ewidentnie grał mi na uczuciach. Przyznam bez owijania w bawełnę, że zdenerwował mnie tą zagrywką. Nie wiem sama czym bardziej. Czy tym, że mnie zgasił na oczach całej grupy, czy tym, że uwodził wzrokiem, a potem mnie najzupełniej w świecie olał. Nie wiem. Kiedy wychodziłam na przerwę, a raczej ewakuowałam się z pola bitwy, zatrzymał mnie, zamykając mi drzwi przed nosem! - Magdalena Majewska… - przeciągnął moje nazwisko i zbliżył się niebezpiecznie. Trochę się przestraszyłam. Wiem, to głupie, bo przecież właśnie o tym „sam na sam” marzyłam. - Tak? – zapytałam go niepewnie. - Nie bój się. Nie pogryzę Cię. Chociaż swoją drogą może powinienem Cię chociaż, że tak powiem kolokwialnie „opieprzyć” – moje oczy zrobiły się jak pięć złotych – za to, jak potraktowałaś moje zajęcia. Nie miałaś czasu się przygotować? Wiem, to tematyka do przodu, ale zawsze byłaś z tematami obeznana… Co się dzieje? Jesteś rozkojarzona? Może Ci pomóc w jakiś sposób? Masz problemy? - Nie, nie trzeba. – ucięłam krótko, bo sytuacja „ze snów” okazała się w rzeczywistości dla mnie znacznie trudniejsza do obejścia. - Oj Magda, Magda, a tak Cię lubiłem. – moje oczy znowu przybrały kształt pięciozłotówek. Przyznam, poczułam się trochę zdziwiona, ale nie tym, że mnie lubił, a tym, że był taki bezpośredni i otwarty – Co teraz zrobimy? Trzeba to jakoś naprawić. – i do tego ze mną flirtował bez żadnych ceregieli. – Koniecznie. – ciągnął dalej. – A co byś powiedziała na… spotkanie poza zajęciami… w ramach mojego projektu, do którego szukam współpracowników? Myślę, że nadawałabyś się idealnie. To co? Jutro? O której kończysz ćwiczenia? - O 17. – odparłam zaskoczona przebiegiem sytuacji. - A więc o 20 w Roma Cafe. A teraz nie zatrzymuję. Zjedz coś, bo bardzo bladziutka jesteś… O jedzeniu oczywiście nie było mowy! Cały dzień i wieczór analizowałam naszą pierwszą rozmowę. W nocy nie mogłam spać, a rano na zajęciach spałam w najlepsze. Całonocne rozterki dały mi się znać, bo niestety na drugi dzień wyglądać nie wyglądałam. Starałam się nie napinać, podejść do tego z dystansem, a spotkanie potraktować na luzie. Nie dało się… Myśli o „randce” z profesorkiem wprawiały mnie w dziwny stan. Prawdziwa huśtawka. Nastrój zmieniał mi się parokrotnie w ciągu południa, nie licząc już samego wieczoru i czasu przygotowywania. Bałam się jak diabli, panikowałam. Dwa razy rezygnowałam, w ostateczności postanowiłam pójść, nie zważając na to, co mówi zdrowy rozsądek (a mówił „siedź w akademiku i ucz się na kolokwium z marketingu”) i realizować swoje marzenia, którymi niewątpliwie był Remigiusz. Moja wymyślona i wykreowana miłość. Miłość od pierwszego wejrzenia. Serce stoczyło walkę z rozumem i chyba po raz pierwszy wygrało. Tuż przed samym wyjściem postanowiłam zauroczyć go w takim stopniu, by to spotkanie stało się początkiem czegoś wielkiego. I z takim nastawieniem ruszyłam do podanego klubu. Miejsce ciche, spokojne, ciepłe. Takie jak on. Widziałam go jak wchodził do lokalu… Serce biło mi tak mocno, że słyszałam je i miałam wrażenie, że inni również. Przejrzałam się w szybkie okna Roma Cafe i poprawiłam kosmyk włosów. Wzięłam głęboki oddech i zdecydowanym krokiem weszłam do środka, a tam już było za późno, by uciec. Remigiusz odruchowo podniósł rękę, jakby chciał powiedzieć „tutaj jestem”. Nie sposób go było nie zauważyć. Nie licząc kelnera nie było tam nikogo poza nami. Podeszłam do stolika, on wstał i dał mi na dzień dobry dawkę promiennego uśmiechu, jakoś od razu zrobiło mi się lżej, jakby swobodniej. Usiadłam, a on przysunął do mnie menu i z szarmanckim uśmiechem powiedział miękko: - Mam nadzieję, że mi nie odmówisz i zjesz ze mną właściwym celem spotkania. Na co masz ochotę? Nie wierzyłam! Musiałam wyglądać idiotycznie. Gapiłam się na niego w bezruchu z otworzoną gębą, a myśli kołowały się jak nigdy. Biłam się z myślami tak długo, że Remigiusz z nutką niepokoju zapytał: - Na pewno dobrze się czujesz? Jak chcesz możemy stąd wyjść. Jeśli wolisz przełożymy to biznesowe spotkanie. – a jego oczy się zaświeciły, gdy wypowiadał słowa o biznesowym spotkaniu. Przyznam, że już wtedy odczuwałam podświadomie, że o żaden tu projekt nie chodzi. I mimo to, że bardzo mnie to cieszyło, to uczucie obawy mnie nie opuszczało. Patrzył na mnie jeszcze inaczej niż zwykle. Tak jakoś namiętnie, wydawało mi się, że może jest mną zainteresowany. Przebijał mnie wzrokiem. Ogarniało mnie przeświadczenie, że powoli zaczyna mnie rozbierać. Podobam mu się? Nie byłam w końcu najgorsza, ale co taki facet jak on mógłby we mnie widzieć? A może mój trud poszedł na marne, bo właśnie to go zakręciło we mnie. Błyskotliwa byłam zawsze, a nauka szła mi jak po maśle, więc nie było problemu z podnoszeniem kwalifikacji i zdobywaniem nowej wiedzy, zwłaszcza z architektury i sztuki. Sama myśl o tym sprawiła, że uśmiechnęłam się sama do siebie. - Wszystko w porządku, po prostu niedosypiam ostatnio. Nauka… No dobrze, to może coś lekkiego. Może sałatka grecka, a do picia sok porzeczkowy. A Ty? Znaczy, pan? Poczułam falę gorąca. Lekko się zagalopowałam. W mojej głowie nie był panem, był Remikiem. Chyba stąd to spoufalenie się wzięło. Zwrócił uwagę na moje zmieszanie i machnął ręką, mówiąc, że nie ma problemu. Cały posiłek przegadaliśmy. Z minuty na minutę trema znikała, a ja czułam się coraz bardziej na miejscu. Rozmawiało nam się coraz swobodniej. Pomyślałam, że dobrze się dogadujemy mimo ponad 20-letniej różnicy wieku. Obawy poszły całkowicie w odstawkę. Gadaliśmy o tym i o tamtym, całkiem przyjemnie czas płynął. Liczyłam każdy jego uśmiech, każde spojrzenie. Był idealnie idealny. Nie mogłam od niego oczu oderwać. Wyglądał jeszcze bardziej seksownie niż zwykle… i ten jego zapach. Używał czegoś co niezwykle oddziałowywało na mnie… On chyba to wiedział, a wszystkie jego gesty były wymierzone przeciwko mnie, chciał mnie prowokować i świetnie mu to wychodziło. Z czasem doszłam do wniosku, że nic nie stracę jeśli nie zaryzykuję. Odpowiadałam więc flirtem za flirt. Przychodziło mi to całkiem łatwo, aż sama się sobie dziwiłam, bo nigdy nie była to moja mocna strona. Tylko jedno mnie nurtowało, chciałam wiedzieć „CZEMU”? Byłam strasznie ciekawa po co mnie zaprosił. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, miałam dość tej niepewności, więc zapytałam go po zjedzeniu wprost. - Było smaczne. – uśmiechnęłam się już bez krępacji. – No dobrze, to może powie mi pan, panie doktorze o co chodzi? - Ach, tak. To przejdźmy do meritum sprawy. W końcu po to Cię tu zaprosiłem. Projekt dotyczy konkursu Trimo Research Awards. Wiem, że nie napisałaś pracy licencjackiej, ale chciałbym, żebyś to zrobiła pod moim okiem, bo uważam, że jesteś tutaj najlepsza, a ja mogę Ci pomóc wygra ten konkurs. Mam nadzieję, że się zgłosisz w przyszłym tygodniu właśnie do mnie… - Bardzo bym chciała. – przerwałam zachwycona jego pomysłem. – Zawsze marzyłam o tym konkursie. To wielka szansa… Tylko chodzi o to, że nie wiem czy dostanę się do pana grupy seminaryjnej. Pan tylko ma pięć wolnych miejsc… Ja nie sądzę, żebym… - Wybacz, że Ci przerwę, ale jeśli nie spróbujesz to nigdy się nie dowiesz… A ja mogę Ci obiecać, że jedno miejsce będzie czekać na Ciebie. Zrobisz jak będziesz chciała, Madziu. – mówiąc to, dotknął mojej dłoni. – Odwieźć Cię do domu? Pogoda nam nie sprzyja. - Fakt. – odparłam, odrywając oczy od witryny sklepowej i dodałam, patrząc na niego z tym samym diabelskim uśmieszkiem co on poprzednio, gdy mnie odpytywał. – Pogoda idealna na przechadzki. Kocham deszcz… Ale jeśli pan chce mnie może odwieźć. Wyczuł mnie, bo po chwili odpowiedział: - Deszcz może być całkiem uroczy w takim towarzystwie. Spaceru Ci nie zaproponuję, bo nie chciałbym, żebyś się przeziębiła, ale z chęcią wybiorę się z Tobą na owy słoneczny dzień… Flirciarz! Aż mi się wierzyć nie chciało! Podrywał mnie. Mimo, że nasze spotkanie nie zakończyło się spektakularnym pocałunkiem i wielkimi wyznaniami to wiedziałam, że obojętna mu nie jestem. Koniec końców odwiózł mnie pod akademik. Przyznam, trochę mnie to zdziwiło, bo wykładowca i studentka to mega kontrowersje i jeszcze większe problemy. Powiem szczerze, że mnie to wówczas gówno obchodziło, czy ktoś nas zobaczy, czy utracę status studentki. Ja byłam tak oczarowana, że wcale mnie nie przerażała wizja wykluczenia. Dla mnie teraz liczył się tylko on. Chciałam, żeby on też chciał tego co ja. Niekończącej się love story. Idylli. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że wielka, szczęśliwa miłość pozbawiona wszelkich problemów jest niemożliwa dla tego typu związków. To trudna, usłana kolcami droga. Mimo szaleństw, uczuć w przeważające mierze są obawy i napiętnowanie. Nie żałuję. Wcale. Remigiusz jest idealnym facetem, mężem… i ojcem małej Zosi. Nie jest kolorowo, czasem trudno, ale nic bym nie zmieniła. Moje życie zmieniło się o 360 stopni. Straciłam wiele, rodzinę, znajomych, szansę na karierę, ale zyskałam w zamian nową rodzinę, zyskałam przede wszystkim moją wielką miłość.

Second.

- Przyszłaś…- mruknął podnosząc głowę od sterty porozrzucanych wydruków na biurku- To dobrze. Cieszę się, że jednak pani się zdecydowała. Proszę usiąść, zaraz się zajmiemy przypisem. Muszę tylko uporządkować sobie te papiery, bo zaraz kończę- mówił przerzucając sterty makulatury- Gdzie ja miałem ta listę.. Chwila, zaraz.. i jest. To teraz proszę tutaj pani autograf i możemy zacząć współpracę- pod nos podsunął mi listę seminarzystów i jego „czarodziejskie” pióro. Bez wahania nabazgrałam swoje personalia w tabeli. Jednak wcale nie łatwo było mi podjąć decyzję o przyjściu tutaj. Długo zastanawiałam się czy powinnam korzystać z jego propozycji, bo nie do końca byłam pewna czy rzeczywiście jestem na tyle dobra by być w grupie najlepszych. Prawda jest taka ,że do Łyżwińskiego dostawali się prymusi uczelni i laureaci wielu konkursów. Zazwyczaj osoby te po studiach znajdowały ciepłą posadkę, bo… bo byli najlepsi i pod okiem najlepszego fachowca szkoleni. Protekcja ze strony Remigiusza też nie była bez znaczenia. Miał wielkie znajomości. Zarówno tutaj na miejscu, jak i w całej Polsce, a nawet zagranicą. Z reguły każdy jego podopieczny po magisterce startował na podyplomówkę, wciąż się dokształcał z uwagi na wysoko zajmowane stanowiska. Remek był kosą. Dużo wymagał, ale wiele tez dawał od siebie. Znajdywał czas dla studenta nawet wtedy gdy go tak naprawdę nie miał. Był ciałem i duchem dla nas. Koniec końców doszłam do wniosku, że skoro mnie wybrał i daje ta szansę u siebie to nie wypadało by odrzucać takiej propozycji. Tłumaczyłam to sobie tym, że dzięki temu mogę osiągnąć wszystko o czym marzyłam, zdobyć prestiż podopiecznej wielkiego guru, uznanie wśród innych znanych osobistości świata architektury. No i przede wszystkim mogłam przy okazji zdobyć jego serce. Dlatego zdecydowałam się spróbować. - Chciałbym poświęcić więcej czasu pani, ale niestety muszę uciekać. Spotkania.. Urwanie głowy, zresztą sama pani widzi. Co jeszcze miałem mówić? A tak.. mam wstępny termin seminaria, ale to jeszcze do ustalenia z dziekanem- mówił wertując kartki Jak tak wtedy na niego patrzyłam jak z pośpiechem pakuje cały swój dobytek do tej małej, śmiesznej teczuszki doszłam do wniosku, że chyba jest wolny. Nie miał obrączki, ani śladu po niej zostawionej. Szczerze się wtedy zdziwiłam ta moją obserwacją. Nie spodziewałam się, że taki facet może być wolny. Tego typu mężczyźni z reguły są od dawna zaobrączkowani i żyją w szczęśliwym związku. A tu taka niespodzianka. Z mojej zadumy wyrwał mnie dźwięk zapinanej klamry . - To kiedy to seminarium?- zapytałam jeszcze zszokowana moją obserwacją - W piątek. Mówiłem przed chwilą.- przerwał na chwilę i spojrzał badawczo na mnie po czy dodał- Pięknie, nie słuchała mnie pani, a ja się tak tutaj wysilam- zaśmiał się na co ja odpowiedziałam ognistym rumieńcem. W ciszy wyszliśmy z sami 102. Już miałam się żegnać kiedy on zapytał z udawaną obojętnością czy zostawię mu swój numer. - Było by mi łatwiej się z tobą kontaktować- dorzucił zamykając drzwi- Dałbym znać co z tym spotkaniem, nie musiała by pani biegać dziesięć razy do dziekanatu i pytać. - Jasne, żaden problem- odparłam po czym zaczęłam dyktować swój numer. - Super. Także jak coś to zadzwonię z informacją, a tym czasem miłego wieczoru pani Magdaleno. Mam nadzieję, że pojawi się pani na najbliższych zajęciach. - Też pan pytanie zadał..- prychnęłam śmiechem- Czy ja kiedykolwiek się nie pojawiłam? Uwielbiam pana. Pana zajęcia- szybko się poprawiłam Rozstaliśmy się przed uniwersytetem. On poszedł w jedną stronę, ja w drugą. Czasem obracałam się do tyłu sycąc się widokiem jego oddalającej się sylwetki. Wiem… to dziecinada, ale nic nie poradzę. Byłam totalnie zakochana. Moja miłość była bezgraniczna i całkowicie spontaniczna. Może trochę naiwna. Wtedy myślałam, że uczucie wystarczy, że dzięki niemu można pokonać wszystkie trudności. Nic bardziej mylnego. Owszem zgadzam się, ale nie takiej sytuacji. Oprócz miłości potrzeba wiele cierpliwości i siły. Nie wtedy gdy zwiążesz się ze starszym facetem, do tego twoim wykładowcą. Pragnienie bycia razem na przekór wszystkim może okazać się bardzo trudne. Po trupach do celu. Taką miałam dewizę życiową. Pragnęłam obsesyjnie jego miłości, chciałam by dostrzegł we mnie nie tylko jego studentkę. Marzyłam o nim, o nas i cierpliwie czekałam na choćby jeden gest. Był czwartek, dwa dni od momentu kiedy Łyżwiński dostał mój numer. Pod wieczór zaczęłam totalnie bzikować. Miał przecież zadzwonić. Leżałam w łóżku i przewracając się z boku na bok obsesyjnie obserwowałam wyświetlacz telefonu. Dochodziła 22, ja już przysypiałam, kiedy rozdźwięczała się moja komórka. -Dobry Wieczór..- z słuchawki usłyszałam jego zmysłowy głos, który postawił mnie na równe nogi- Chciałem z góry przeprosić za tak późną porę, ale masa obowiązków na mnie spadła. - Nic się nie stało. Naprawdę nie ma najmniejszego problemu. Ma pan , panie doktorze jakieś konkretne informacje? - Taaak. Obiecałem i dzwonię. Tak więc chciałem potwierdzić nasze spotkanie seminaryjne. Data tak jak już wspominałem, piątek, bez zmian. Natomiast co do godziny to niestety będziecie państwo zmuszeni przyjść na zajęcia pod wieczór na 18. Przykro mi, innej godziny nie udało mi się wywalczyć z uwagi na brak wolnej Sali. - W porządku, myślę że to żadna przeszkoda- przerwałam- Każda godzina jest dobra, w sumie to nie ważne nawet- mówiłam tak chaotycznie, że w pewnej chwili usłyszałam w słuchawce jego śmiech. Trochę mnie to speszyło, nawet nie trochę, a bardzo. Poczułam się głupkowato i to nie pierwszy raz w jego obecności. Tak już na mnie działał, albo robiłam z siebie idiotkę, albo w ogóle się nie odzywałam i paliłam raka. „ Co się z tobą dzieję? Ogarnij się kobieto”- Opiepszyłam się w myślach zaraz po zakończeniu rozmowy. Chwile po tym gdy ochłonęłam zaczęłam mój stały repertuar analiz dotyczący sytuacji związanych z Remikiem. Rozbierałam na mikroczęści każde wypowiedziane przez niego zdanie, każde słowo, co w konsekwencji przyczyniło się do kolejnej nieprzespanej nocy. Właściwie to odkąd go spotkałam miałam problemy ze snem. Po każdym spotkaniu czy rozmowie byłam tak rozemocjonowana, że ciężko było mi zasnąć. Z reguły było to niezmiernie ciężkie do zrealizowania. Na poranne zajęcia przyszłam spóźniona o dobrą godzinę, a na wyczekiwane seminarium przyszłam w połowie zajęć. Nic dziwnego, chyba z pięć razy się przebierałam przed wyjściem na uczelnie. Oczywiście w moim mniemaniu za każdym razem było coś nie tak, bo Oliwia, moja współlokatorka, patrzyła na mnie z zażenowaniem i w ostateczności wypchała mnie za drzwi w trampkach i czerwono-czarnej kiecce z Croppa. Tym oto sposobem spóźniłam się na pierwsze, organizacyjne seminarium. Wchodząc tam chciałam to zrobić jak najciszej, ale niestety musiałam to zrobić mało subtelnie bo wszyscy łącznie z doktorem zwrócili oczy na mnie. -Dzień dobry- powiedziałam cicho i pomachałam do grupy ręką, po czym tego szybko pożałowałam, na znak czego ugryzłam się w język. Z pośpiechem wtoczyłam się do Sali i zajęłam miejsce na samym tyle zasłaniając twarz torebką bo płonęła mega rumieńcem. Następne półtora godziny minęło bez żadnych wpadek i dość szybko, bowiem obserwacja Remka pochłaniała mnie dostrzętnie. Mimo ciągłej obserwacji zdążyłam poznać moją grupę, w której znalazła się Koreanka Sou- nie, odpicowana Karolina, która od razu mi nie przypadła do gustu i trzech chłopaków: nazbyt wyluzowany Kamil, wysportowany Arek i niejaki Tomasz Rembisz, znany wszystkim na uniwerku. No i ja.. Pasowałam tam jak świnia do siodła.. i tak się też tam czułam. Gdy wychodziliśmy już na korytarz ta Azjatka zaczepiła mnie i zapytała czy wzięłam swój harmonogram zajęć. -Harmonogram.. no tak- uderzyłam się ręką w czoło- Zapomniałam!- i już miałam odchodzić gdy ta dodała ze śmiechem -Nieźle jesteś zakręcona. Ten rozkład to on rozdawał na samym porządku zajęć, a wtedy cie nie było. Także nic nie zapomniałaś tylko sie wzięłaś. No tak racja, cała ja- pokiwałam głową rozbawiona i pośpiesznie ruszyłam pod 102. W drodze kilka razy przejrzałam się w lusterku, poprawiłam włosy, a gdy otworzyłam drzwi z całym impetem wpadłam w jego ramiona. W tym momencie po klasie rozsypało się całe mnóstwo papieru. -Jezu, tak bardzo przepraszam- wyszeptałam przerażona automatycznie przykucając po leżące kartki z wykładami- Nie zauważyłam Pana i.. -Przestań. Nic się nie stało, to tylko sterta makulatury- zaśmiał się- To nic wielkiego. Właściwie to dobrze, że jesteś bo miałem cię szukać. -Tak mi głupio- kontynuowałam- Może mogłabym jakoś się zrekompensować? Jakoś pomóc?- zaoferowałam się podając część kartek Remigiuszowi. -Naprawdę to nic wielkiego- odparł ciepło po czym po chwili zawahania dodał- W sumie to mogłabyś coś dla mnie zrobić- spojrzał mi głęboko w oczy i dokończył- Myślę, że spacer wszystko by załatwił… tym bardziej ,że jest piękny ciepły wieczór, a ja mam wolne. - Tak na poważnie to nic nie musisz,- szybko dopowiedział widząc mój spłoszony wzrok- ale było by to naprawdę miłe. Spacer w towarzystwie tak przemiłej osoby jak pani. -Woww… dla mnie osobiście panie doktorze to wielka przyjemność, więc z chęcią - To co ? Idziemy?- zapytał otwierając przede mną drzwi i zapraszającym gestem ręki wskazał mi wyjście. Nie musiał pytać. Dla mnie każda okazja było doskonała do tego by z nim pobyć, a taka zwłaszcza. Byłam w siódmym niebie. Remek okazał się prywatnie zupełnie inny niż podczas zajęć. Inny oczywiście na jego korzyść. Na wykładach był zdystansowany, chłodny, rzadko się uśmiechał, ale to mnie w nim właściwie zakręciło. Był człowiekiem o dwóch twarzach. Podczas kontaktów prywatnych zmieniał się nie do poznania. Stawał się otwarty, ciepły, zabawny, co na wykładach było nie do pomyślenia. Z człowieka zimnego stawał się przyjaznym facetem. Podczas spaceru stale mnie zagadywał, rozśmieszał zabawnymi anegdotami z jego zycia zawodowego. Nie mówił o sobie jako Remigiuszu Ł. Chyba nie chciał wchodzić na temat życia prywatnego. Nie chciał, a może po prostu uważał, że nie ma o czym mówić? Być może jego całym życiem była praca naukowa? Trochę się nad tym zastanawiałam, gdy na chwilę przestał mówić, jednak nie śmiałam o to zapytać. Chodziliśmy po mieście, aż dotarliśmy do Parku Centralnego. Wtedy powiedział, że to jego ulubione miejsce. Zabawne, bo twierdził, że często tu bywa, a ja mimo tego, że byłam częstym gościem tego miejsca, nigdy go tam nie spotkałam. Dużo mówił, właściwie to ja tylko słuchałam, albo od czasu do czasu wtrącałam jakieś zdanie, jakąś opinię. Nie wiem skąd brała się we mnie ta przesadna nieśmiałość. Nie potrafiłam tego zrozumieć, ponieważ kontakty z płcią przeciwną nie stanowiły dla mnie nigdy problemu. Któregoś razu gdy zapadła wymowna cisza, zatrzymał się i przyznał: - Naprawdę miło tu z tobą być. Znaczy panią. -Prawda- odparłam stojąc naprzeciwko niego.- Może kiedyś to powtórzymy?- zapytałam Sama trochę się zdziwiłam swoim pytaniem. Nie spodziewałam się w sobie tyle odwagi. -Koniecznie. Najbliższa okazja już nie długo. Po weekendzie widzimy się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych