Wróć do katalogu

A little taste of hypocrisy

Alkohol rozszerza moje tętnice do granic możliwości. Nogi stają się zbyt miękkie, aby dłużej sprzeciwiać się nieubłaganej, apodyktycznej grawitacji. Moja percepcja uwolniona przez etylowy katalizator poddaje się niczym nieskrępowanemu wirowaniu. Prze

aNomaLy, opublikowano , 18 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

A little taste of hypocrisy

"Kobiety mają subtelny instynkt - chcą być zawsze ostatnią miłością mężczyzny." Oscar Wilde.

Alkohol rozszerza moje tętnice do granic możliwości. Nogi stają się zbyt miękkie, aby dłużej sprzeciwiać się nieubłaganej, apodyktycznej grawitacji. Moja percepcja uwolniona przez etylowy katalizator poddaje się niczym nieskrępowanemu wirowaniu. Przemierzam kosmos, którym jestem ja sam. Upadam na ciepły piasek plaży, bo dłuższe przebywanie w tak nienaturalnej dla fauny, wymuszonej przez ewolucję pozycji stojącej okazuje się być niemożliwe. Zapominam o ostatnich ogniwach łańcucha DNA. Wyłączam je. Cały pulsuję. Rozgwieżdżone niebo zatraca się w orgiastycznym tańcu Dionizosa. Lecz cała ta euforia, ten pieprzony, wytworzony chemicznie substytut szczęścia okazuje się być tylko blichtrem przesłaniającym mój ból. Słyszalne odgłosy trwającej w plażowym domku imprezy powoli ustąpiły miejsca retrospekcji serwowanej mi przez resztki mojej świadomości. W mej głowie grają klimatyczne smyczki z pierwszej części Max Payne'a. Dlaczego właśnie ten, zasłyszany dawno temu utwór wybrała moja głowa jako akompaniament tej chwili? Retrospekcja miała nadejść. Niczym Max Payne stałem teraz na dachu wieżowca korporacji Aesir by już za chwilę wszystko sobie przypomnieć, by zatracić się w chronologii, wreszcie by wykonać po raz kolejny, do znudzenia powtarzany, rachunek sumienia. Jakże pięknie grają te smyczki! Cofam się do początków mojej traumy. Do momentu, gdy planowaliśmy wyjazd do Kołobrzegu. Zanim zacznę własny proces (w którym już wydałem wyrok), zadaję sobie pytanie: Dlaczego?

Czwartego sierpnia zapadła ta decyzja. Ja, Łukasz i Marek - było nas trzech. Taka to biografia, zero ściemy. Znaliśmy się od dawna, razem walczyliśmy o osobowość na tym osiedlu, wśród szarawych bloków i pstrokatych wieżowców. Razem pracowaliśmy cały czerwiec i lipiec, razem walczyliśmy o raka tej planety - o mamonę, po to tylko by teraz część tych zdobytych we krwi i pocie pieniędzy wydać na wakacyjny wyjazd nad morze. 'Pojedziemy do Kołobrzegu, moja ciotka ma tam chatę, tylko że teraz ona jest za granicą, więc możemy pić, kląć, dupczyć i robić bamboochę!' - Marek oczywiście przesadzał, ale gołym okiem widać było jak się cieszył na ten wyjazd. A ja zadaję sobie w głowie pytanie: Dlaczego musiałem urodzić się empatą, mesmerem, psionikiem, wreszcie sidhitą? Dlaczego umiem czytać w głowach innych jak w książkach? Ten dar stał się moim przekleństwem, bo czasami widzę za dużo. Zawsze najbardziej fascynowali i zarazem intrygowali mnie ludzie, których głów nie potrafiłem otworzyć. Znasz takich ludzi. Zaskakują Cię codziennie, potrafią skłonić Cię samą swoją obecnością do tej drażniącej, napiętej uwagi. Obserwujesz ich i starasz się rozgryźć. Lecz gdy już wydaje Ci się, że ich znasz, oni robią coś spontanicznego, coś co wywraca Twój światopogląd, co zmusza Cię do jeszcze uważniejszej, jeszcze bardziej napiętej sensualnej uwagi. Cóż, Marek nie był jedną z takich osób.

Już zanim powiedział to zdanie, wiedziałem w jakim tonie będzie jego wypowiedź. Marek - zdolny, ba! genialny student matematyki lubi mieć wszystko przedstawione w sztywnych ramach liczb i układów odniesień. Jest jak człowiek autystyczny - kosztem olbrzymiej pamięci matematycznej jego dowcipy, ta żałosna próba kontaktu z innymi ludźmi, były (choć nie pozbawione uroku) wymuszone. W jego podekscytowaniu było coś wiecej niż tylko, tak naturalna dla każdego człowieka, radość z wyjazdu. Od połowy lipca miał dosyć pracy. Wszyscy wysiadaliśmy, ale on znosił to najgorzej. Jego dłonie nie przyzwyczajone do pracy, były po dwóch miesiącach niemiłosiernie pocięte i popękane. Teraz Marek chciał, pragnął, łaknął bezczynności. Czuł się jak polski naród pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy okazało się, że wyrabianie 120% normy nie daje nic poza rosnącym u rąk kilofem. Żal mi go było. Był Hamletem wśród Fortynbrasów. Perfekcjonista, ale marzyciel. Serdeczny, lecz nieumiejący tego wyrazić. Tęskny za uczuciem, lecz zdominowany przez empiryzm. Mający idee, lecz wierzący tylko w liczby.

Marek pracował tylko dla pieniędzy. Sporządzał wykresy swoich, a nawet naszych zarobków, choć nikt go o to nie prosił. Dokładnie przeliczał przepracowane godziny i stawki. Czuł się odłączony od macierzystego statku matematycznej precyzji i będąc banitą w chaosie realnego świata starał się wszystko zmierzyć i porównać po to tylko, żeby odzyskać łączność ze statkiem-matką. Jestem pewien, że po obejrzeniu filmu 'Pi - 3.14' podzieliłby los Maxa Cohena, który zatracił swe jestestwo w poszukiwaniu sensu w liczbie pi. W przeddzień wyjazdu, Marek przeliczył szczegółowo kilometry trasy, którą mieliśmy pokonać i zaplanował nawet checkpointy. Wiedział o której godzinie będziemy na miejscu. Zachowywał się jak dzieciak rozwiązujący zadanie: 'Pociąg A wyrusza z pedkością X do miasta B'. Ale nie zrozum mnie źle, ja bardzo go lubiłem. Nie byłem jednym z pasożytów, które przychodziły w czasie roku szkolnego po rozwiąznia zadań z matematyki. Ja go rozumiałem, zawsze byłem świadom tego, co chce właśnie powiedzieć. Mój dar stanowił pomost między nami. Wielokrotnie widziałem ulgę w jego oczach, gdy domyślałem się raz za razem tego, co chciał mi akurat powiedzieć. Byłem studnią, kloaką w którą wylewał pokłady swojej osobowości. Zżyłem się z tym chłopakiem wpatrującym się we fraktale po prostu.

Mój drugi towarzysz wyprawy w Kołobrzegu - Łukasz był zupełnie innym człowiekiem. Założę się, że jakiś znany amerykański psycholog zaszufladkowałby go do grupy ludzi określanych mianem: 'easy-going'. Był tak otwartym, naturalnym, dowcipnym człowiekiem, jakiego chyba nigdy już w życiu nie spotkam. Przebywanie w jego towarzystwie groziło spazmami śmiechu. I nie był przy tym głupim wesołkiem. Śmiał się z innymi, a nie z innych. Jego kosmopolityczny, tolerancyjny styl bycia musiał być wrodzony. Bo życie miał ciężkie. Jakby mu ktoś w dowód nasrał. Matka samotnie go wychowywała. Co najbardziej mnie w nim uderzyło, to jego nieugaszona energia. Energia kwazaru, a nie supernowej. Niby robił tylko to, co do niego należało, ale zawsze wkładał w to całego siebie. Czego by się nie dotknął, było to zrobione bardzo dobrze. Nie udałoby Ci się z nim pokłócić. I to nie dlatego, że był konformistą, nie - miał swoje poglądy, bronił ich. Lecz robił to w taki sposób, że ani nie ustępował, ani się nie narzucał. Takich ludzi będzie mi najbardziej żal, gdy zgasną. Dla takich ludzi warto żyć zgodnie z zasadami wiary. Bo on na pewno będzie w Niebie. A ja chcę tam być razem z nim. Jeśli my wszyscy jesteśmy odbiciami Absolutu, to Łukasz był nim w znacznie większym stopniu niż ktokolwiek inny. Nie był sztuczny, nie był plastykowy. Nie było w nim jadu. Co więcej, miał moc jego nautralizowania. Potrafił pomóc wszystko strawić, wszystko przełknąć, wszystko obrócić w żart. Nacinał wrzody innych ludzi, rozdapywał ich rany i leczył je. W rozmowie z nim odczuwałeś rezonans jego słów w sobie.

Nazajutrz, wczesnym rankiem, gdy całe miasto pogrążone było w abulicznej zależności snu, wyruszyliśmy. Czekała nas długa podróż wysłużonym Poldkiem. Na miejsce dotarliśmy pod wieczór. Rozłożyliśmy cały stuff w pokojach. Gdy wziąłem prysznic, zaproponowałem chopakom żebyśmy przeszli się po plaży. Lecz ani Marek, ani nawet Łukasz nie mieli na to ochoty. Marek chciał przeliczyć nasze fundusze i zrobić grafik sprzątania, zaś Łukasz chciał się po prostu przespać - to on kierował Poldkiem na ostanim odcinku trasy tego naszego road tripu. Było jasne, że wakacyjna utopia, ta zatopiona jeszcze Atlantyda rozrywki zostanie cudownie wyłoniona dopiero jutro rano. Poszedłem więc sam. I byłem sam. Wieczór był dość chłodny, więc ludzi na plaży nie było. Swoją drogą - jak pięknie tu było latem! Domek dwieście metrów od plaży. Dla turysty, wakacyjnego żeglarza życia to istny raj, lecz dla owej ciotki (właścicielki) sezon był zapewne koszmarem. Bo całe morze, tak kojące w czasie pozostałych pór roku, latem było zapewne skutecznie, frekwentywnie zagłuszane przez tłumy plażowiczów. Lecz dziś było pięknie. I choć było chłodno to Matka Natura, ta rodzicielka Gaja uraczyła mnie widokiem zachodu słońca. Ani żywej duszy. Ja i ginące słońce. Jakbym był świadkiem końca armageddonu - jakbym był ostatnim z ludzi, potępionym i mającym zakaz wejścia do Nieba. Te kilka sekund jest ostatnią chwilą wolności nim znajdę się w piekle. Zaparło mi dech w piersiach, a wolne rodniki rozsadzały moje płuca. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest, że myśleć o Bogu łatwiej nam w grupie, będąc poddanym obrzędowej hermetyzacji? Jakże ciężko jest obserwować taki widok samemu.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych