A nie mówiłem! Rozdz. I i II
Opowieść o perypetiach warszawskiego nastolatka. Miłość, zdrada i takie tam, a wszystko w sarkastyczno-ironizującym sosie. Życzę miłej lektury.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ I
84/100
Warszawska jesień to wszystkie możliwe i rozróżniane przez ludzkie oko odcienie szarości. Oślepiającoszare niebo, brudnoszare bloki, mokroszary asfalt, różnorodnie szarzy ludzie, pseudokolorowe, ale jednak ginące w szarzyźnie witryny sklepowe – nawet toi-toie, występujące normalnie w kolorze polskiego lazuru, wydają się teraz szare. Pomijam Pałac Kultury, który zawsze był dla mnie szary. Teraz to nawet rozmywa się na tle, którym jest ten szary kożuch, nazywany przez Warszawiaków niebem. W lecie to wszystko wygląda jak różnokolorowe glutki plasteliny, ale na jesień jakaś wielka łapa postanawia wymieszać je wszystkie razem i powstaje ta szara masa. Masa, której Andron Zygmuntowski, lat 17, jest częścią. To właśnie ja, witam. Chcąc nie chcąc, ginę w szarym tłumie, mimo, że mój nastolatczyny rozsądek, ignorancja, egoizm – niepotrzebne skreślić - każą mi się temu stanowczo przeciwstawić. {i}Jestem wyjątkowy{/i} - powtarzam sobie jak mantrę, wraz z tysiącami moich rówieśników. Taki los, tak trzeba… Jakbym sobie tego nie powtarzał, teorie tysięcy samsonopodobnych pojebów w gabinetach z kozetkami wzięłyby w łeb. No, więc moje październikowe wyskoczenie (żwawe dodam) z podziemi przy {i}Citibanku{/i} i skierowanie się (ostentacyjne dodam) w lewo ktoś mógłby spokojnie podciągnąć pod kategorię Nieunikniony Bunt Nastolatka. Ale ja po prostu przekroczyłem Złotą, minąłem {i}Teatr Mały{/i} i pchnąłem drzwi od {i}Empiku{/i}. Ot, po prostu. {i}Empik {/i}przywitał mnie oślepiającym blaskiem lamp wiszących nad dziesiątkami półek z czasopismami. Różnorodność barw bijących z okładek kontrastowała z niebieskawą szarzyzną za olbrzymimi oknami. Kiedy poczułem ciepło na policzkach rozpiąłem płaszcz, nadal krocząc w kierunku ruchomych schodów wiodących na pierwsze piętro – świat literatury. Stojąc na nich, czując pod stopami drżenie pracującego silnika, ściągnąłem szalik i rękawiczki, a następnie wsunąłem je niezdarnie do rękawa czarnego płaszcza. Zszedłem ze spłaszczonych w końcowej fazie jazdy stopni i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Otaczały mnie regały z książkami, stosy tomów układających się w zgrabne piramidki bądź plakaty z nowościami literackimi. Sala była pełna ludzi; jedni pogrążeni byli w lekturze na stojąco, inni kręcili się pomiędzy półkami, szukając odpowiedniej literackiej odskoczni od codzienności. Zawsze kiedy tu wpadam, myślę jedno: {i}Że ludziom się chce! {/i}To taki mój okrzyk zdumienia, kiedy patrzę na to wszystko, co wyszło spod ludzkiego pióra. Te wszystkie bękarty literackiej prostytucji. Przychodzi sobie taki klient, płaci i dostaje – autor dzieła daje mu dupy za 29,99. Tu bękart {i}Jak ułożyć sobie życie z teściową? – poradnik dla wkurwionego zięcia{/i}, tam kolejny nieślubny bachor {i}- Przysmaki kuchni bengalskiej – zrób to sam i się nie sparz{/i}, tam znowu inny - {i}Zrozumieć dwulatka – co znaczy, jeśli zwraca zupkę na dywan?{/i} albo kolejny - {i}Czy Hitler był gejem? – esej Hansa Schmiertschienschweina{/i}. No litości! Załamka totalna jak patrzysz na listę bestsellerów, a tam na pierwszym miejscu {i}Dialogi waginy z prąciem{/i}. Bez komentacji. Minąłem kasy i zacząłem kroczyć w kierunku kąta sali, gdzie znajdowały się potrzebne każdemu uczniowi pomoce naukowe. {i}Muszę znaleźć tego bryka, bo jak mnie Krysia jutro spyta o {/i}Fausta{i}, to będzie przypał – {/i}pomyślałem, próbując wyrzucić z myśli wyobrażenie wściekłej nauczycielki od polskiego Krystyny Sieniackiej, która w sprawach lektur była wyjątkowo drażliwa. Nie wątpię, że {i}Faust{/i} musi być fascynującą lekturą, skoro został zawarty w ministerialnym kanonie (nutka ironii wyraźnie wyczuwalna), ale na to samo wyjdzie, jeśli przeczytam streszczenie, które od razu zawiera odpowiedzi na wszystkie pytania, które mogą paść z ust nieświadomego pomysłowości własnych uczniów nauczyciela. I do tego zaoszczędzę mnóstwo czasu. Stanąłem przy regale opatrzonym napisem {i}Opracowania{/i} i wybrałem opastny bryczek z romantyzmu, który zawierał wszystko, czego mi było trzeba. Zawróciłem i skierowałem się w stronę schodów w drugim rogu sali. Mijając dział kulinarny, zatrzymałem się gwałtownie. Cofnąwszy się dwa kroki wyostrzyłem wzrok i ujrzałem na kanapie znajomą twarz. Owa znajoma twarz nie była na kanapie sama. Była to dziewczyna o długich blond włosach, pięknym małym nosku i dużych niebieskich oczach ukrytych za gęstymi rzęsami. Tak, to z pewnością była ona – nie mogłem się mylić. Beata Kołdonkiewicz rozmawiała z kimś nader namiętnie. Podszedłem bliżej, by lepiej przyjrzeć się jej towarzyszowi. Facet miał krótko ostrzyżone włosy i twarz, z której wynikało, że rzadko jego opinie były podzielane przez jego kolegów, bo kości były dziwnie kanciasto zarysowane, a szczęka mocno wykrzywiona. Pod kurtką krył się podkoszulek z napisem {i}Whazzup, dogg?{/i}, a jego dżinsy, których krok kończył się gdzieś na wysokości piszczeli, zostały opuszczone kilkoma fałdami na gigantyczne białe buty. Wpatrzony był w twarz Beaty, jakby oczekiwał, że ta za chwilę da mu banana. No tak. Ten typ ludzi był mi aż za dobrze znany. Jest to oczywiście wersja dresa dostosowanego do warszawskich, nieco bardziej modernizujących, realiów. Pod przykrywką skejta nadal można ukryć prymitywnie swój (występujący w tych kręgach bardzo często) kompleks małego, a brak ilorazu zamienić na mięśnie w blokowiskowej siłowni, tworząc z siebie znanego wszystkim ABSa* w wersji metropolitarnej. Chrząknąłem grzecznie i dopiero wtedy blondynka zobaczyła {i}kto{/i} przed nią stoi. Spojrzała na mnie i na jej twarzy pojawił się ten znajomy fałszywy uśmieszek. Uniosła się z kanapy i z okrzykiem {i}misiu-pysiu!{/i} rzuciła się mi na szyję. Oj, kurwa, misiu-pysiu, jak cię, kurwa, dobrze widzieć. Litości. - Nie przedstawisz nas sobie? – spytałem. Beata, ostentacyjnie mlaszcząc buzią, w której niezaprzeczalnie znajdowała się guma, spojrzała na chłopaka na sofie, jakby pierwszy raz w życiu go widziała. - Ee… Marcin – bąknęła dość władczym tonem. Marcin Emilski, dziewiętnastolatek z Technikum Samochodowego wstał i wyciągnął się na całą wysokość swojego ciała. Z żalem przyznaję, ABS ({i}in its{/i} {i}metroplitan version, of course{/i}) jest wyższy i szerszy ode mnie. - No więc… to jest Andron Zygmuntowski, mój… ee… no… chłopak… – Zawsze byłem dla Beaty {i}ee… no… chłopakiem{/i}. – A to Marcin Emilski… mój taki… kolega… z tego… no… przedszkola. Wpadliśmy na siebie. Przypadkowo – dodała widząc mój wyraz twarzy. Oj, tak. Całkowicie przypadkowo. Kochanie, ostatnio te twoje przedszkole zaczyna przybierać rozmiary Titanica. Podałem Marcinowi rękę, patrząc mu prosto w oczy próbowałem coś z nich wyczytać. Ale to tak, jakbym stał przed osiedlowym śmietnikiem i zażądał, by ten okazał jakąkolwiek oznakę, zdradzającą jego dzisiejsze samopoczucie. Dobra, nie czułem się zazdrosny. Nie powinienem. Związek z taką osobą jak Beata Kołdonkiewicz nie należał już do kipiących uczuciem i namiętnością. Dawno pogodziłem się z tą myślą. Przyznaję. Jestem tchórzem. Nie potrafiłem z nią zerwać. Czułem, że Beata mnie wykorzystuje, że pasożytuje na mnie, podbudowując swoje niezaspokojone ego. Chce, aby faceci na nią lecieli, chce być przez nich doceniana – na równi przez inteligentów, bezmózgów, osiłków czy chuderlaków, romantyków czy brutali – wszystkich. Chciała mieć pewność, że może mieć każdego. I tak mnie męczyła. A najbardziej mnie przeraża w tym wszystkim jedna rzecz – moc przyzwyczajenia. Nie wiedziałem jak, bałem się i nie chciałem z nią zrywać… - Co za zbieg okoliczności, że się wszyscy tu spotykamy, w jednym miejscu! – zagadałem wesoło, jak to mam w swoim złośliwym zwyczaju. - Ee… no… che… che… – zaśmiała się nerwowo Beata, najwyraźniej pragnąc, aby jej chłopak (czyli ja, niestety) stamtąd jak najszybciej spieprzał. - Co kupujesz? – spytałem Marcina. Chciałem przetestować jego, że się tak wyrażę, refleks intelektualny. Niestety ocena niedostateczna. Inicjatywę przejmuje Beata. - On właśnie kupował… – Ściągnęła z półki pierwszą-lepszą książkę - … to. {i}Kiepski wybór{/i} – pomyślałem, spojrzawszy na brązową okładkę {i}Podręcznego słownika hindusko-polskiego{/i} w rękach Beaty. Tak to jest jak się chce kogoś ratować na siłę. - Uczysz się hinduskiego? – spytałem, ale już w sekundę po zadaniu tego pytania wiedziałem, że nie postąpiłem zbyt rozsądnie. Mamy przecież do czynienia, z {i}metropolitan version{/i} wprawdzie, ale dresa, którego wnętrze nie odstaje od wnętrza zwykłego ABSa z Kapliczek Dolnych, gdzie odbywają się najlepsze dyskoteki w powiecie parczewskim. Zapadła chwilowa cisza. Goryl myślał. - No… kurwa… a coś nie pasi, kurwa? – spytał, robiąc minę, jakby zaraz miał skoczyć mi do gardła za moją bezczelność. A nie mówiłem! - Luz – odparłem defensywnie, stwierdzając, że nie będę się wdawał w dalsze dysputy z przedstawicielem gatunku, u którego występowanie takiego narządu jak mózg jest mocno wątpliwe. Czułem, że nieuchronnie zbliżał się koniec tej pogawędki. - Miło było cię spotkać, misiu, ale prawdopodobnie będziemy musieli się już rozstać. Chyba się gdzieś spieszyłeś…? – Tak wyglądała łagodna perswazja w wykonaniu Beaty. - Rzeczywiście… mam jeszcze coś do załatwienia – odparłem, nie mając absolutnie nic więcej do załatwienia. – Miłej zabawy. A, Marcin, – dodałem robiąc zatroskaną minę – nie martw się szczęką, znam dobrego ortodontę, jakbyś potrzebował. Pa. Zanim Beata wyjaśniła Marcinowi czym zajmuje się ortodonta, ja wychodziłem już ze sklepu z brykiem w empikowskiej reklamówce.
* * *
Czterdziestoletni Jacek Zygmuntowski wygląda tak, jakby ktoś postarzał mnie o dobre dwadzieścia lat. Na skroniach pojawiły się już pierwsze oznaki siwizny, policzki nieco się zapadły, a brzuch zaokrąglił. Mimo tego, zdołał on zachować swego rodzaju młodzieńczą elegancję. Ceną za to był fakt, że prawie nigdy nie widziałem ojca w niczym innym jak w garniturze. Żona Jacka, Elżbieta Zygmuntowska jest w wieku męża. Ma krótkie, farbowane już, brązowe włosy. Średni wiek bardzo dobrze jej służy – wygląda bardzo elegancko, dba o siebie – wcale się nie dziwię, że ojciec czasem jest o nią bardzo zazdrosny. Chociaż ostatnio rzadziej. Ojciec jest {i}main chief of the department for domestic supplies{/i} w dużej firmie farmaceutycznej. Matka też jest {i}chief{/i} ale {i}of the orders burreau{/i} w międzynarodowej agencji reklamowej. A znaczyło to tyle, że tatuś kieruje kierowcami, a mamusia przyjmuje zamówienia. I tak kierują i przyjmują od dziewiątej rano do szóstej po południu albo wieczorem właściwie. I właśnie koło dziewiętnastej drzwi od segmentu na warszawskich Kabatach otworzyły się i do środka weszli Zygmuntowscy. Siedziałem właśnie na kanapie i oglądałem telewizję. Natychmiast wstałem i pobiegłem do kuchni zaparzyć wodę. Wiedziałem bowiem, że zaraz usłyszę krzyk „Gdzie moja herbata?” Moi rodzice wychodzili z założenia, że po powrocie z pracy nic już nie muszą robić, a to im należy usługiwać. Pośpieszyłem do salonu z {i}Rzepą{/i}, herbatami i ciasteczkami, bo wiedziałem, że zaraz usłyszę „Gdzie moja gazeta?” i „Gdzie moje ciasteczka?” Gdy wszedłem do salonu, moi rodzice siedzieli już – mama na kanapie, tata w fotelu naprzeciwko i oglądali rozpoczynające się {i}Fakty{/i}. - „{i}Rozkradli Polskę! Przez szesnaście lat nic nie zrobili! Oni już byli – my nie! A i jeszcze jedno – Balcerowicz musi odejść!” Skandujący z trybuny sejmowej przewodniczący… {/i}– brzmiało z telewizyjnych głośników, ale dalsza wypowiedź spikera została zagłuszona – oczywiście – przez mojego papę. - Elka, chciałem ci serdecznie podziękować za moje dzisiejsze spóźnienie. Dostałem taki ochrzan od Byczałkowskiego, że… - Mi dziękujesz za spóźnienie?! – odwarknęła wzburzona matka. - A komu mam dziękować? To nie moja wina, że nie potrafisz rano niczego znaleźć – rzekł wściekły ojciec. – Myślisz, że jestem głupi? Kto wczoraj jechał do {i}Tesco{/i}? Kto brał samochód? Kto miał kluczyki? To nie moja sprawa, że rzuciłaś je potem gdzieś w kąt. - Ja już dobrze wiedziałam gdzie je kładę! Dopóki ty nie zabrałeś się za przeczesywanie sypialni w poszukiwaniu tych swoich dokumentów ze środkami na przeczyszczenie! – ryknęła Ela. - {i}Tussinex{/i} jest na kaszel a nie na przeczyszczenie! - A kogo to obchodzi?! - Na przykład tego imbecyla Byczałkowskiego, który prawie co nie wypisał mi dziś nagany! – wrzasnął ojciec. Łukasz Byczałkowski był {i}head of the sales progress desk{/i}, of kors. Ojciec tak bardzo go nie znosił, że {i}head{/i} i jego o czterdzieści lat młodsza żona lądowali u nas na niedzielnym obiadku co dwa tygodnie. - A więc to moja wina, że zgubiłeś kluczyki? – spytała jadowicie mamusia. - NO BEZCZELNA! Ja zgubiłem? Pytam się, kto wczoraj brał samochód?! Westchnąłem głośno. Tak wyglądał od jakiegoś czasu prawie każdy wieczór w segmencie na Kabatach. - A ty co wzdychasz? – Ojciec przerzucił się na mnie. – Mało masz roboty? Matura za rok, a ty telewizję sobie oglądasz? Za moich czasów… - Dzięki Bogu, to już nie są twoje czasy – mruknąłem. - Co powiedziałeś? - Nic. Ja w ogóle nigdy nic nie mam do powiedzenia. Idę na górę – stwierdziłem, kierując się w stronę schodów. Od jakiegoś czasu przepaść pomiędzy mną a moimi rodzicami coraz bardziej się powiększała. Ostatnio w ogóle nawet ze sobą nie rozmawiamy – oni są zwykle zajęci pracą albo kłóceniem się ze sobą o takie banały jak kluczyki do samochodu. Dzięki Bogu, moje życie nie kończyło się na kabackim segmencie, bo, mając parę skaczących co chwila do siebie kogutów za rodziców, już od dawna siedziałbym w Tworkach.
* * *
- Uprasza się o natychmiastowe opuszczenie składu! Skład dalej nie pojedzie! Uprasza się o odsunięcie się od składu! – Tuż po zatrzymaniu się pociągu na stacji Politechnika, do wagonu wpełzł przez głośniki zachrypnięty męski głos. - Kurwa – mruknąłem pod nosem. Ludzie jeszcze nie do końca zorientowani w nietypowej sytuacji, zaczęli patrzeć po sobie, szukając jakiegoś rodzaju wyjaśnienia. Białe drzwi otworzyły się i na peron wypłynął tłum lekko zdezorientowanych pasażerów. Cóż miałem robić? Z szalonymi myślami w głowie, z których jedna z pewnością mówiła coś o wysadzeniu się wraz z całym „składem” w powietrze, opuściłem wagon i podążyłem ku wyjściu. Ledwo przecisnąłem się przez tłum. Zegarek na stacji wskazywał 7.52. Wyszedłem po schodach z podziemi na ulicę Nowowiejską i przebiegłem do placu Zbawiciela. Minąłem górujący nad okolicą biały kościół i wpadłem do tramwaju opatrzonego numerem 18. Sapiąc, złapałem się za rurę z kasownikiem. Oddychałem głęboko, starając się zachować jakiś sensowny rytm. Zwolniło się miejsce przy rurze. Bez chwili wahania, mając wszystkich wokół w głębokim poważaniu, zająłem je. Byłem już spóźniony – to było pewne. Ósma miała minąć za kilka minut, a ja tkwiłem w jakimś zafajdanym tramwaju. I to akurat dzisiaj, akurat we wtorek, kiedy pierwszą lekcję miałem z tą dziwką Sławomirą Zlepieniec-Taczką (w skrócie Taczką), nauczycielką (magistrem, nie żadnym profesorem, jak 99% nauczycieli w tym kretyńskim kraju) WOSu. - Ach, ta dzisiejsza młodzież! – westchnęła stojąca obok mojego siedzenia okołoczterdziestoletnia baba. {i}Zaczyna się{/i} – westchnąłem w myślach, jeżeli w myślach w ogóle wzdychać można. Ale nie miałem zamiaru wstawać. Co to, to nie. Byłem tak zziajany, że nie ustąpiłbym nawet papieżowi. - Phi! Wychowanie! – phiknęła mi nad uchem baba, co mnie utwierdziło w moim postanowieniu nawet bardziej. I zaraz do moich nozdrzy doleciał zapach tak parszywy, tak nieznośnie duszący… to była żądza, żądza obciążenia tych kobiecych, lipidowych kolumn, które tamta nazywała nogami i które utrzymywały jej korpus oraz organa wewnętrzne i posadzenia swojego wielkiego, dwustukilowego dupska na brązowym, skórzanym siedzeniu, na którym, {i}notabene{/i}, spoczywałem ja. Ta żądza była tak silna, że wydobywała się na zewnątrz w postaci śmierdzących zupą mleczną, gorących acz wilgotnych oddechów, muskających moją nader wrażliwą małżowinę uszną. Tramwaj zatrzymał się na przystanku przy Świętokrzyskiej w najodpowiedniejszym momencie. Jeszcze chwila i moje dzisiejsze śniadanie, za sprawą zupki pani Phi znalazłoby się na panu w kapeluszu siedzącym przede mną. Wstałem, powstrzymując zawartość mojego żołądka i wyszedłem na ulicę. Odwróciłem się – pani Phi triumfalnie zajęła miejsce wygrzane dla niej przeze mnie. Przeszedłem po pasach i minąłem biegiem po prawej stronie sezamowski {i}McDonald’s{/i}. W mojej głowie kłębiły się już przeróżne scenariusze – co zrobi ze mną Taczka, kiedy wparuję zziajany do klasy IIb CXIX Liceum Ogólnokształcącego im. Charles’a Dickensa? Wolałem nie myśleć teraz o tym, ale skupić się na jak najszybszym dotarciu do ulicy Dowcip, przy której znajdowała się nieszczęsna placówka edukacyjna. Przebiegłem przez środek Świętokrzyskiej na wysokości placu Powstańców, prawie ryzykując życiem - ulica była jak zwykle pełna samochodów. Wbiegłem w Mazowiecką i kawałek dalej przeszedłem pod jakąś kamienicą na plac, zapchany samochodami, który nazywano ulicą Dowcip. Liceum Dickensa dzieliło dość leciwy budynek z Krajowym Stowarzyszeniem Pomocy Emerytom i Rencistom. Dlatego na korytarzach podczas przerw kłębiły się nie tylko grupki licealistów, ale także starsze panie rozmawiające o rentach i sprawach swoich krewnych i sąsiadów. „Pani Janinka spod dziewiątki…” – każdy znał te zjechane miliardy razy rozmowy, albo krytyki dzisiejszych czasów w postaci „A przed wojną to nie było tej hołoty…” i tak dalej i tak dalej. Na starość wyraźnie różnorodność tematyczna dyskusji malała drastycznie. Dobra, nie o dziadkach teraz, bo przecież spieszyłem się na lekcję, a do pokonania miałem jeszcze dwa piętra tego starego i rozpadającego się na kawałki budynku. Stanąłem przed drzwiami, sapiąc. Na zegarku była 8.06. To cud, że udało mi się tu dotrzeć z Politechniki w niecałe dziesięć minut. {i}Skup się teraz! Jesteś opanowany, oddychasz swobodnie,{/i} relax man, relax{i}!{/i} Jestem gotowy na wkroczenie do jaskini żmija. Wkraczam. Wchodzę już. Albo nie. Stop. Myśl! Zapukam najpierw. Tak, mogę przez chwilę poudawać kulturalnego. Jestem kulturalny. Na chwilę. {i}Puk, puk.{/i} Nic. Uchyliłem lekko drzwi, ale w środku dziwna wrzawa. Za głośno, jak na lekcję z Taczką. Zdecydowanie. Uchyliłem drzwi szerzej. Klasa pogrążona była w rozmowie, wyglądało to tak, jakby nikogo (w sensie: żadnego magistra) w środku nie było. Otworzyłem drzwi na oścież, część klasy zamilkła i odwróciła się w moją stronę. {i}-{/i} Weź, nie strasz, Andron! – usłyszałem. I wrzawa rozszalała się na nowo. Nauczyciela nie było w środku. Z drugiej strony sali machał do mnie Czarek, gestykulował dając mi do zrozumienia żebym szybko wchodził. Wszedłem, zamknąłem za sobą drzwi i rzucając pojedyncze „hej” i „cześć” do poszczególnych kolegów i koleżanek, przeszedłem przez klasę i usiadłem obok Czarka – blondyna w okularach z grubymi prostokątnymi oprawkami. - Co dzisiaj za święto, że Taczka nie raczy mego oka? – spytałem go. - Zaraz zraczy twe oko dość wulgarnie. Jest niestety. Wyszła na chwilę. I wyobraź sobie, że powiedziała, że ma dla nas niespodziankę – rzekł Czarek uśmiechając się. Jak zwykle. Czarek zawsze się uśmiechał. - Ona i niespodzianki? Ale dowcipna, nie ma co – powiedziałem z przekąsem. – Pewnie kartkówka się szykuje. Znasz ją… - No właśnie nie. Powiedziała, że to nic związanego z WOSem. Zaraz powinna tu być. O jest… Drzwi się otworzyły i weszła Taczka – niska kobieta, grubo po pięćdziesiątce. Szczerze mówiąc jest ona mocno przy kości. Ma krótkie brązoworudawe włosy. Na nosie spoczywały - jak zwykle - okulary pamiętające chyba I wojnę światową, a ubrana była w beżowy żakiecik i spódniczkę. W ręku trzymała kubek z kawą, a pod pachą czerwony dziennik. Ale nie była sama. Za nią nieśmiało do sali wkroczyła dziewczyna, którą widziałem pierwszy raz w życiu. Włosy koloru intensywny-nie-mysi-brąz dawały jej na wstępie kilkanaście punktów. Kolejne punkty posypały się za przyciągającą wzrok twarz (pełne usta, niebieskie - sic! – oczęta, zgrabny nosek), idealne (nie za duże i nie płaskie) piersi, równiutki brzuszek i długie nogi schowane w obcisłe dżinsy {i}Lee{/i}. {i}Total score{/i}: 84/100. Wysoko, wysoko… Beatka łapała ledwo 75. Z zamyślenia wyrwało mnie barbarzyńskie pacnięcie dziennikiem o blat biurka Taczki, co miało oznaczać, że… - Wszystkie rozmowy uważam już za zakończone – chrypnęła tym swoim żabim skrzekiem wychowawczyni IIb. – Mam przyjemność przedstawić wam naszą nową uczennicę. O ja cię! Przez chwilę śmignęła mi w głowie absurdalna myśl, że może Taczka przytargała do szkoły swoją córeczkę, ale po sekundzie zastanowienia każdy by doszedł do wniosku, że z barszczu Sosnowskiego nigdy nie wyrośnie róża. No proszę. Nowa uczennica, kolejna, by cieszyć me wymagające oko. Może nie tylko oko… - Kasia Majewska przeszła do nas z liceum Grabowskiego. Mam nadzieję, że przyjmiecie ją do waszego grona i będziecie ją traktować na równi z innymi… – powiedziała Taczka, wykrzywiając żabią gębę w grymas, który chyba miał być uśmiechem. Traktowanie Kasi na równi z innymi byłoby w moim przypadku równoznaczne z daniem jej plaskaczem w twarz. Przeszła ona zgrabnie po klasie, Antoś Diakon odwrócił się nawet by poznać jej tyły. I wtedy, niespodziewanie, rzuciła do mnie {i}cześć{/i}! - Cześć – odpowiedział głos obok mnie, a ja zdumiony odwróciłem się w stronę Czarka, z którego ust to słowo wyleciało. Kasia usiadła obok Patrycji Świderek. {i}Cześć{/i} nie było do mnie. - Ty ją znasz? – spytałem Czarka, rozdziawiając buzię. - No. Z… z gimnazjum – rzekł Czarek z tajemniczym wyrazem twarzy. - Niezła, nie? – spytałem, lecz nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. - Się pytasz! – usłyszałem w zamian siedzącego przede mną Stefcia. Odwrócił się do mnie, szczerząc zęby. Dobra, zgadzam się. Potrafimy być czasem cholernie prymitywni, ale jak tu nie błogosławić Stwórcy za to, że podrzuca nam pod nos jedno ze swych najwyśmienitszych dzieł – laskę 84/100. A dodam, że w większości wypadków zyskują przy bliższym poznaniu. - Zygmuntowski! Czarek dał mi mocno z łokcia. - Jestem! – wykrzyknąłem natychmiast. To Taczce najwyraźniej wystarczyło. - No i Majewska Kasia – powiedziała żmija o niebo łagodniejszym głosem niż wyskrzeczała moje nazwisko. - Obecna. Poczułem się, jakby ktoś dał mi pięścią w twarz. - Obecna? – wyszeptałem zdumiony. – {i}Obecna?!{/i} – Kto w dzisiejszych czasach tak mówi? OBECNA? Ludzie, czuję się jak w jakiejś socjalistycznej szkółce, gdzie córeczka jakiejś prominentnej działaczki partyjnej próbuje już na wstępie podlizać się towarzyszce nauczycielce. O nie! Kobieta, która otrzymała na wstępie 84/100 nie ma prawa tak mówić. Ma być luzacka… swoja… a nie… {i}obecna! {/i}- Dzisiaj nie pytam – oznajmiła Taczka. – Nie skończyłam poprzedniego tematu. A na następnej lekcji spodziewajcie się czegoś pisemnego… Klasę wypełniło głośne „oooo” zawodu i sprzeciwu. Taczka wyprostowała się, robiąc nienawistną minę numer 173. - Nie buczeć mi tu! Wyciągać zeszyty i {i}notować! {/i}Ostatnie słowo brzmiało raczej jak {i}„NATAWAĆ!”{/i}, wykrzyczane przez jakąś gorliwą funkcjonariuszkę Gestapo. Czasem ta cała szkoła wydaje mi się być udaną parodią Generalnej Guberni. Hans Frank w postaci Przemysława Paluszkiewicza – naszego dyra – przemawiający na apelach o konieczności powstrzymania {i}diese falle von kradzieżen in unseren szatnien{/i}. Wtóruje mu pani Frank – tu Taczka w Oscara godnej roli. Oficer SS Zbigniew Śruk – anglista – wykrzykujący w swoim skórzanym mundurku, że tylko on ma {i}der praffo uważiren sich za richtige englischmann{/i}. I każdy, kto się z nim nie zgodzi… natychmiast {I}ERSCHIESSEN! {/I}Jest też oczywiście zakładowy doktor Mengele – pani pedagog Walentyna Bólkowska, mając problemy sama ze sobą, przeprowadza niebezpieczne eksperymenty psychologiczne na swoich ofiarach – uczniach Karl Dickenfeld Reichshochschule. I do tego wszystkiego Krystyna Sieniacka – {i}sturmautobahnklopkenführer{/i} zamykająca szkolną opozycyjną gazetkę {i}Veritasserum{/i}, po tym jak ta wydrukowała niepochlebną recenzję jej opowiadania zamieszczonego w wydaniu ogólnopolskiej gazety. Nad wszystkim panuje nasz światły {i}führer{/i} – minister edukacji i sportu, który dopilnuje, aby w systemie wszystko było odpowiednio napierdolone. Lekcja WOSu o funkcjach państwa minęła powolnie. Taczka była w swoim żywiole – za wszelka cenę starała się byśmy nie nadążali z notowaniem. Wkrótce zadzwonił dzwonek i poczucie ulgi ogarnęło me ciało i gdyby mogło, doprowadziłoby je do ekstatycznych drgawek. Wokół {i}obecnej {/i}uczennicy zebrała się spora grupka, w większości dziewczyn. - Rzeczywiście chodziłam do Grabowskiego, ale poziom w tamtej szkole nie bardzo mi odpowiadał, więc podjęłam decyzję o przeniesieniu się tutaj, gdzie jak sądzę, poziom jest o wiele wyższy. Jak to często zawartość nie pasuje do opakowania i odwrotnie. Nasza nowa koleżanka miała głos, jakby zżarła ciężarówkę z transportem cytryn. Ton jej wypowiedzi był tak bezczelnie zarozumiały, że po dziesięciu minutach słuchania zbierało ci się na wymioty. Mimo wszystko, intrygowała mnie ona. Chciałem poznać ją bliżej, dowiedzieć się czegoś więcej o tej dziewczynie. - Macie tu jakąś gazetkę szkolną? – spytała, rozglądając się po twarzach IIb. - Mieliśmy – odpowiedziałem pewnie, lekko zniżając głos, uzyskując pożądany efekt. {i}Obecna{/i}, która stała do mnie tyłem, odwróciła się i spojrzała na mnie. Zmierzyła mnie beznamiętnie wzrokiem od stóp po sam czubek głowy – żadnego zachwytu, żadnego „och”, żadnego „witaj, przystojniaczku, {i}voulez vous coucher{/i}…?”. Nic. - Mieliście? Jak to? - Zawieszono ją, bo… – zacząłem, ale przerwał mi Jasiu. - … {i}pewne osoby{/i} nie potrafiły wyczuć cienkiej czerwonej linii – dokończył Gorzkowski. Ten to zawsze musiał się wtryniać w nie swoje sprawy. - Ja bym to nazwał raczej {i}korzystaniem z wolności słowa{/i} – odwarknąłem. - Przepraszam! Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, dlaczego ta gazetka szkolna została zawieszona? – powiedziała Kaśka tonem przedszkolanki pouczającej dwóch chłopców, którzy pobili się o czerwony samochodzik strażacki. - Może pan sabotażysta opowie? – zaproponował jadowicie Jasiu. - Wolałbym jednak, aby głos zabrał nasz szkolny Łukaszenka – odgryzłem się. Kaśka spojrzała na nas z obrzydzeniem. - Poszło o pewien artykuł – odezwała się Iwona, potrząsając swoimi warkoczami i nieśmiale wyglądając zza okularów. – Andron – wskazała na mnie – napisał recenzję opowiadania naszej pani od polskiego. Ta recenzja nie była oczywiście przychylna… - Opowiadanie Sieniackiej było parszywe i każdy dobrze o tym wiedział. Było ono w naszej szkole tak popularne, że postanowiłem napisać to, o czym wszyscy myśleli… – powiedziałem szybko i pewnie. - I przez to właśnie nie mamy teraz gazetki – skwitował Jasiu, rzucając mi nienawistne spojrzenie. - Naprawdę, wielka strata, Jasiu. Ta twoja rubryka sportowa była niezwykle wartościowa – powiedziałem nie kryjąc ironii. Kilka osób zachichotało – każdy wiedział, że Jasiu w {i}Veritasserum{/i} zajmował się jedynie wypisywaniem wyników naszych szkolnych drużyn sportowych. - Myślę, że jednak… Andron, tak? – spojrzała na mnie Kaśka – Andron, nie postąpiłeś zbyt rozsądnie… - {i}Słucham?{/i} – Chyba się przesłyszałem. Zaraz z tych 84/100 nic nie zostanie. – A gdzie gwarantowana przez konstytucję wolność słowa i prasy? - Tu nie chodzi tyle o wolność słowa, co o pewien takt, którego tu zabrakło. Wiadomo było, że odbije się to na gazetce. Postąpiłeś nie tyle nierozsądnie, co głupio… Jasio uśmiechnął się pod nosem. To, że Kaśka wzięła stronę konformisty Gorzkowskiego, załamało moją wiarę w siebie. Ona sugeruje, że jestem głupi, a cała klasa gapi się na nią jak na jakiś autorytet, tylko dlatego, że gada językiem Tatarkiewicza, czy innego Kopalińskiego. - A więc jestem głupi, tak? Zasrani konformiści! – wykrzyknąłem wściekły. - {i}Ajm efrejd, {/i}Zygmuntowski{i}, dis łerds szudynt hef left jor małf et ol{/i} – usłyszałem głos przy tablicy. Zbigniew Śruk wszedł już do sali, a klasa zaczęła zajmować swoje miejsca. - {i}I’m sorry, sir, got a bit carried away{/i} – odpowiedziałem czystym brytyjskim akcentem. W wieku 12 lat wyjechałem z rodzicami do Anglii – tata pracował tam w londyńskiej filii tej jego firmy farmaceutycznej. Mieszkaliśmy w podlondyńskim Tilbury, niewielkim miasteczku nad Tamizą, gdzie chodziłem przez dwa lata do szkoły. Te lata były bardzo pouczające, nie tylko ze względu na to, że nauczyłem się mówić po angielsku lepiej niż większość nauczycieli w tym kraju, ale również dlatego, że ta podróż kompletnie zmieniła mój charakter. Wbrew pozorom Anglicy to strasznie fajni i zabawowi ludzie. Po lewej stronie Czarek podśmiewał się lekko. - A ty co się cieszysz? – warknąłem. - {i}Ooo, aj si łi hef e niu stjudent in ałer klas{/i} – rzekł Śruk, dodając po chwili: - {i}Hewynt łi?{/i} – Spojrzał na Kaśkę, która natychmiast zaczęła mówić. - {i}Jes. Heloł. Maj nejm iz{/i} Katarzyna Majewska – odpowiedziała Kasia, oczywiście z popularnym w Polsce arabskim akcentem. - {i}Jes, aj hew herd ebałt ju bijing muwd from Grabowski haj skul. Łer ju e gud stjudent in jor priwius skul? {/i}- {i}Aj hed e fajf in ferst klas{/i} – powiedziała. - {i}Ferst grejd{/i} – poprawił ją Śruk. Kocham jak Śruk kogoś poprawia. Szczególnie jak poprawia mnie. Po prostu parodia. - {i}Jes. Ołkej. Lec muf tu ze leson zen. Pliz ołpen jor buks on pejdż forti-sri.{/i} - {i}You surely meant page forty-three, sir?{/i} – powiedziałem głośno. - {i}Det iz dżast łot ajf sed,{/i} Zygmuntowski{i}, forti-sri{/i} – odpowiedział mi, najwyraźniej nie załapawszy, o co chodzi. Kocham to jego wymawianie {i}th{/i} jak {i}s{/i}. I kocham się nad nim pastwić. Często dostaję za to uwagi do dziennika i później mam problemy na wywiadówkach, ale zabawa jest tego warta. Spojrzałem na Kaśkę – notowała każde jego słowo. Do tego wpatrywała się w niego jak w święty obrazek. Tak samo zresztą wpatrywała się jeszcze godzinę temu w Taczkę. Nagle na jej ławce wylądowała jakaś kartka złożona w kosteczkę. Rozejrzałem się po klasie, próbując odgadnąć, kto mógł ją puścić. - To Gorzkowski – szepnął mi do ucha Czarek, odpowiadając tym samym na moje pytanie. To mój najlepszy kumpel w końcu – rozumieliśmy się bez słów. Wezbrała we mnie wściekłość. Ciekawe, co jej napisał. Pewnie coś w stylu {i}Jak to dobrze, że się zgadzamy{/i}, ale prędzej chyba {i}Witaj w Międzynarodowym Klubie Młotków i Ćwoków{/i}. Kaśka od niechcenia rozwinęła kartkę, westchnęła bez entuzjazmu i napisała jedno, krótkie słowo. Następnie zwinęła liścik w idealną kostkę i posłała z powrotem do Jasia, który, kiedy go otrzymał, nie miał wesołej miny, a po przeczytaniu na jego twarzy pojawił się łatwo rozpoznawalny zawód. Masz za swoje, Gorzkowski, myślałeś pewnie, że wystarczy udawać takiego luzaka, że jak laska się z tobą zgadza to już jest twoja? Ha! - {i}Pliz, tel mi hał du łi tel e ret…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil andron
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…