Wróć do katalogu

A nie mówiłem! Rozdz. V

Kolejny fragment przygód warszawskiego nastolatka w sarkastyczno-ironizujacym sosie. Zapraszam!

andron, opublikowano , 32 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ V

Trudne dzieciństwo?

W kieszeni zaczęła mi wibrować komórka. Wyciągnąłem ją natychmiast i spojrzałem na ekran. Numer nieznany. – Halo? – Dzień dobry, moje nazwisko Goździk Marzena… I przerwa. Tak. Ja teraz sobie pozgaduję, w jakiej sprawie dzwonisz, babo. Spoko. Ja się pozastanawiam, a ty się może skapniesz, że nie każdy, do kogo dzwonisz musi wiedzieć w jakiej sprawie to robisz. – … i… ja… dzwonię… – kontynuowała nieco zbita z tropu – … w sprawie ogłoszenia. Ogłoszenia? Jakiego ogłoszenia? Mój mózg przyspieszył, próbując sobie przypomnieć, kiedy to ja zamieszczałem jakieś ogłoszenie. – Dzień dobry. Słucham… – Jeszcze aktualne? – No tak… słucham? Lepiej późno niż wcale. Dobrze, ze mi ktoś przypomniał o tym, że w ogóle zamieszczałem jakieś ogłoszenie. A zamieszczałem. We wrześniu, na jakiejś stronie w necie napisałem, że jestem gotów udzielać korepetycji z angielskiego. Wydawało mi się to wtedy strasznie mądrym i przedsiębiorczym pomysłem, dzięki któremu mój portfel miał przybrać na wadze. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że dwa miesiące później nie będę w stanie przeprowadzić żadnego przedsiębiorczego przedsięwzięcia… W każdym razie na pewno nie miałem w tym momencie żadnej ochoty na wpajanie jakiemuś niedouczonemu bachorowi czasowników nieregularnych. Ale słowo się rzekło i zadzwoniła ta baba… – Mój synek jest w pierwszej klasie gimnazjum i w tym roku ma problemy z językiem angielskim. Natknęłam się na pana ogłoszenie, wydaje mi się, że może pan pomóc mojemu synowi przynajmniej w zaliczeniu tego semestru… – powiedziała przejętym głosem. Był to głos takiej mamusi, która biega na każde wywiadówki, wychwala syna w niebogłosy, biega po nauczycielach, wręcza prezenty, a bachor i tak nic nie robi i się w szkole opierdala. Albo woli wyjść na piwo (w tym wieku chodzi się już na piwo?) lub pograć w Power Gamesach w Football Super Penalty Kick Tube. Musiałem przyjąć tę robotę. Z jednej strony nie miałem najmniejszej ochoty na coś takiego… bieganie co tydzień na dwie godziny i uczenie jakiegoś idioty, że przed każdym słowem w angielskim musi być rodzajnik, albo, że wypadałoby użyć innych czasowników niż {i}be{/i} i {i}have{/i} nie należało do moich ulubionych rozrywek. – Ile pan bierze za godzinę? – spytała. Ile biorę za godzinę? – pytanie sformułowane tak, jakby babka wynajmowała męską kurwę… Ile biorę za godzinę? Wypadałoby przypierdolić taką cenę, żeby ją natychmiast zniechęcić, może uda mi się odkręcić całą sprawę. – Proszę pani, to będzie czterdzieści złotych za godzinę – powiedziałem pewnym głosem. – Dobrze, to kiedy będzie pan mógł przyjąć tę pracę? – spytała kompletnie nie zrażona wysokością zapłaty. A muszę powiedzieć, że czterdzieści złotych za lekcję u jakiegoś tam licealisty to okropnie dużo. Powiedziałem jej zrezygnowany, że mogę już od przyszłego tygodnia. Okazało się, że bachor mieszka przy Dereniowej, a więc niedaleko. Ustaliłem z nią dokładny termin pierwszej wizyty. Przyszły tydzień, piątek, godzina 15.00, akurat po szkole.

* * *

– Wiesz, co? Już mnie zaczynasz denerwować – powiedział Czarek. Mnie zaczęły denerwować świąteczne dekoracje {i}Galerii Mokotów{/i}. – Czemu? – spytałem. Kolejny Mikołaj mrugał do mnie zza jakiejś ze sklepowych witryn. Najchętniej rzuciłbym się na niego i wydłubał mu te śmiejące się oczka. – Ile można się tym zadręczać? Ile można? Nawet teraz, kiedy masz przecież zrobić zakupy dla rodzinki… Wydawanie kasy, szczególnie nie twojej, powinno ci poprawić humor. A ty chodzisz tylko ze spuszczoną głową i na nic nie możesz się zdecydować… – Mam wejść do pierwszego–lepszego sklepu i kupić matce pod choinkę mydełko o zapachu gówna antylopy? –Wskazałem na mały butik ze świecami, mydełkami i innymi duperelami, które normalnemu człowiekowi do niczego się nie przydają. – Dobrze wiesz, o co mi chodzi, a jak zwykle udajesz idiotę. – Czaruś powiedział to z dziwnym grymasem twarzy wyrażającym zniechęcenie. – Świetnie. Nie pasuje ci chodzenie ze mną po sklepach? Myślisz, ze dla mnie to wielka przyjemność – chodzenie i wysłuchiwanie, jak powinienem „przestać się zadręczać i przejść ze wszystkim do porządku dziennego”? – Wzburzony stanąłem przy jakiś schodach ruchomych, a Czaruś spojrzał na mnie z politowaniem. – Dobrze, to ja się już nie będę odzywał, bo to chyba odnosi odwrotny skutek. Kup ojcu skarpetki, mamie stanik i będzie po sprawie. Będziesz mógł wrócić do domu i się spokojnie znęcać nad sobą w samotności – powiedział z przekąsem. W sumie to miał rację. Przeważnie miał rację. Od kilku tygodni jedyne co robię, to właśnie siedzę w pokoju i rozmyślam o tym, jaki to jestem nieszczęśliwy. Nie mogę mieć do niego żalu o to, że próbuje mi pomóc. – Dobra, zapomnijmy o tym. Wejdźmy do jakiegoś sklepu z ciuchami. Może znajdę coś dla mamy – powiedziałem, dając za wygraną, bo nie miałem już ochoty z nim się o cokolwiek kłócić. – Nie. Wiesz co? Chodźmy na kawę albo lody, bo kręcimy się w kółko od czterdziestu minut, a ty jeszcze na nic się nie zdecydowałeś – powiedział. – A chodzenie po sklepach najwyraźniej nie rajcuje cię dzisiaj zbytnio, albo po prostu kojarzy ci się z ulubionymi aktywnościami tej, której imienia nie wolno wymawiać. Tak, miałem już dość chodzenia po tym miejscu, które jednoznacznie kojarzyło mi się z cotygodniowymi wypadami z Beatką po jakieś topiki i bzdety na szyję. Czarek okazywał się w takich momentach świetnym psychologiem. Co tu się dużo dziwić – jego ojciec był psychoanalitykiem (do którego od czasu do czasu wpadała moja matka, ukrywając ten proceder skrzętnie przed ojcem i mną). Wjechaliśmy schodami na piętro i skierowaliśmy się w stronę {i}La Fragoli{/i}, kawiarni znajdującej się mniej więcej po środku tej całej świątyni konsumpcjonizmu. Mieli tu jedne z najsmaczniejszych w całej Warszawie lodów, które smakiem były zadziwiająco bliskie tym włoskim. Zamówiliśmy jakiś deser lodowy i kawę i usiedliśmy w wygodnej zielonej kanapce. Po dłuższej chwili niezręcznej ciszy odezwał się w końcu Czarek. – Ja rozumiem, że jesteś zdenerwowany, rozczarowany, może załamany… ale tak nie może być. Nie może tak być, że temu wydarzeniu podporządkowujesz w tej chwili całe swoje życie. Wiesz, coś czuję, że ty czerpiesz jakąś dziwną przyjemność z tego swojego cierpienia, że próbujesz zwrócić na siebie uwagę… – Zanim zdążyłem zaprotestować, Czarek kontynuował. – Mojej uwagi nie musisz zwracać, więc przestań już się zastanawiać, myśleć o tym wszystkim, bo tylko sobie szkodzisz… Zacznij wreszcie normalnie żyć. Ona nie była i nie jest warta twojego ciągłego rozmyślania, wierz mi… Jak ja mam mu wytłumaczyć, że nie potrafię przestać o tym myśleć? Że świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że to pewnego rodzaju paranoja? Że gdziekolwiek nie spojrzę, czegokolwiek nie zobaczę, to to kojarzy mi się z tą Dziwką? Że cokolwiek nie usłyszę, cokolwiek nie zrobię, to te myśli tylko czekają na chwilę spokoju w mojej głowie, żeby perfidnie wyskoczyć z moich szarych komórek i mnie znów męczyć? Nic na to nie jestem w stanie poradzić… dlaczego on nie potrafi tego zrozumieć? – Przeżyłeś kiedyś takie świństwo, takie upokorzenie? Nie, to proszę cię, nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz zielonego pojęcia… – powiedziałem wściekły, nie tylko na niego, ale i na siebie, że muszę się z tak oczywistych i niezależnych ode mnie kwestii tłumaczyć. – To zależy tylko i wyłącznie od ciebie, czy sobie z tym poradzisz. Ale widać, ty nie bardzo chcesz… – powiedział Czarek. Milczałem. Nie miałem zamiaru tego ciągnąć, bo niewątpliwie zmierzało to do konfrontacji, która nie byłaby w rezultacie przyjemna ani dla mnie ani dla niego. W doniczce stała udekorowana choinka. Choinka w środku listopada. Świat schodzi na psy. – Oooo… spójrzcie kto tu jest! – usłyszałem za sobą znajomy głos. Obejrzeliśmy się z Czarkiem w stronę kasy, przy której stały teraz Pati, Kaśka i Marysia Wańkiewicz. Wszystkie trzy trzymały w rękach torby z różnymi firmowymi logami. Gdy tylko zamówiły lody, podeszły do naszego stolika, zdjęły kurtki i rozsiadły się wygodnie. Pati była jak zwykle uśmiechnięta, kręciła swymi blond lokami na wszystkie strony, jak to miała w swoim zwyczaju. Kaśce najwyraźniej nie odpowiadało moje towarzystwo, bo jej usta ułożyły się w idealnie prostą linię, a twarz nie zdradzała oznaki żadnego uczucia. Marysia – dość krępej budowy ciała szatynka, która nie znała innego koloru ubrań, jak czarny – usiadła przy Kaśce i również milczała, spoglądając na mnie i na Czarka raczej spode łba. – Co tu robicie? – spytała radośnie – jak zwykle zresztą – Pati. – Jesteśmy na zakupach. Kupujemy świąteczne prezenty – odpowiedział uprzejmie Czarek, uśmiechając się serdecznie. – Z tego co widzę, wy już nieźle się obkupiłyście. – Wskazał na leżące teraz pod stołem torby dziewczyn. – No tak, byłyśmy tu i tam… – powiedziała Pati. – Ale jakoś nie widzę, żebyście zrobili jakieś większe zakupy – odezwała się Marysia. A trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że nie odzywała się ona zbyt często. – Dopiero zaczynamy… – rzekł Czarek. – Nie bardzo nam wychodzi robienie zakupów. To raczej dość skomplikowana sprawa, przynajmniej w tak wielkim miejscu, jak to całe gówno… – Machnął ręką w kierunku sufitu. – Pewnie Andi, jak prawdziwy facet, nie przepadasz za zakupami, co? – spytała Maryśka. Poczułem się, jakbym został wyrwany z transu, albo raczej do odpowiedzi przy tablicy. Wierzcie mi, Maryśka jakoś rzadko się w ogóle do ludzi odzywała, a już na pewno nie robiła tego bezpośrednio do kogokolwiek. Przynajmniej ja jej jeszcze nie słyszałem, żeby zwracała się kiedykolwiek bezpośrednio do mnie. – No tak… jakoś nie czuję, żeby to mnie szczególnie rajcowało… – powiedziałem obojętnie. – Heheh… – zaśmiała się dość sztucznie Marysia. Nawet Pati dziwnie się na nią spojrzała zza pucharka lodów. – A co macie zamiar kupić? – spytała znowu Maryśka, nie spuszczając ze mnie wzroku. – No właśnie nie wiemy… – powiedział Czarek, zdziwiony, że Maryśka nawet się na niego nie spojrzała, kiedy zaczął mówić. – Dla rodziców jakieś ciuchy pewnie. Ja dla siostry jeszcze muszę coś kupić, ale za bardzo nie wiem co… – Możemy pochodzić z wami… doradzić… – zaproponowała Maryśka. – Ee… no ja niestety będę musiała już wracać do domu… – wtrąciła raczej zakłopotana propozycją koleżanki Kaśka. Jakoś mnie też zbytnio nie cieszyła perspektywa łażenia po sklepach z {i}obecną{/i} tu żmiją. – Wydaje mi się, że chyba sobie poradzimy sami, nie, Czaruś? – spytałem Czarka z naciskiem. – No tak… raczej tak… – rzekł Czarek. Na twarzy Maryśki pojawił się grymas zawodu. – Marysia, ostatnio jesteś jakaś taka… ekhm… bardziej otwarta? – powiedziała Pati. – Tak się wam wydaje…? Nie wiem… możliwe – powiedziała tajemniczo i uśmiechnęła się. Maryśka się uśmiechała. To jakieś święto? Normalnie siedzi w klasie sama ze spuszczoną głową, albo czyta pod ławką jakieś książki, kompletnie niezainteresowana światem wokół. A teraz gada z nami, jakby nigdy nic… uśmiecha się tajemniczo… Posiedzieliśmy jeszcze chwilkę w piątkę, pogadaliśmy o szkole… rozmowa była raczej sztuczna i wymuszona, bo ja jakoś nie miałem ochoty na dysputy o byle czym… Ostatnio wszystko, co nie pasowało nastrojem do mojego stanu ducha, wydawało mi się bezsensowne. Kaśka odezwała się może z dwa razy – oczywiście musiała rzucić jakąś mądrością o poziomie nauczania, czy systemie oceniania… Rozmowę podtrzymywali Pati z Czarkiem, a Marysia też była bardzo aktywna, przeważnie kierując swoje wypowiedzi do mnie. Nie wiem dlaczego. Poza tym wpatrywała się we mnie co chwilę, a kiedy tylko łapałem jej wzrok odwracała się w stronę Kaśki, albo Pati jakby nigdy nic. Poczułem w żołądku coś, co mógłbym nazwać swego rodzaju zaniepokojeniem. Dziewczyny wstały, pożegnały się i poszły dalej pasażem w stronę schodów. – Stary, nie chcę cię martwić, ale chyba masz problem – zaczął Czarek. – Ona wyraźnie na ciebie leci. – Kto? Kaśka? – spytałem, jakoś dziwnie szybko i w sumie bez żadnego sensu. – Nie. Kaśka? Kaśka by na ciebie leciała? Nie. Maryśka… leci na ciebie jak nic.

* * *

Na stacji metra jest zawsze jakoś cieplej. Zastanawiam się czy to nie wpływ bliskości jądra Ziemi. W każdym razie wsiadłem w ten piątek po szkole do metra na stacji Świętokrzyska, jak zwykle. W metrze oczywiście mnóstwo par liżących się obrzydliwie. Tam parka przy drzwiach, tu siedzi mu na kolanach jakaś kolejna laseczka i obściskuje się ze swoim dresem namiętnie. To obrzydliwe i jeszcze ja w moim stanie muszę na to wszystko patrzeć. Jak im nie wstyd? Chyba się starzeję. Wyszedłem z metra Imielin na oblodzony chodnik wzdłuż ulicy Indiry Gandhi. To był już kolejny listopadowy dzień, kiedy padał śnieg, a mróz nie sprzyjał spacerkom po osiedlach. No ale cóż. Zobowiązałem się, to muszę. Minąłem po lewej stronie kościół i doszedłem do Dereniowej. Przeszedłem przez ulicę i podążyłem czymś, co kiedyś chyba było chodnikiem, a teraz wyglądało bardziej jak pak lodowy posypany piaskiem. Szary, okołodziesięciopiętrowy blok, jeden z wyższych w okolicy, stał pośród zaśnieżonych krzaków i samochodów. Nad wejściem na klatkę wisiał podtrzymywany na dwóch metalowych nóżkach daszek w kształcie niebieskiego prostopadłościanu, na którym znajdowała się spora warstwa śniegu. Podszedłem do domofonu i wybiłem numer na czarnej tarczy. W głośniku odezwał się głos jakieś babki. – Słucham? – Andron Zygmuntowski, ja na korepetycje – powiedziałem zniecierpliwiony. Nie miałem najmniejszej ochoty spędzić na tym mrozie ani sekundy dłużej. Zamek zabrzęczał. Pociągnąłem za drzwi i znalazłem się na nieco cieplejszej klatce schodowej. Ściany pomalowane były na komunistyczny beż, a schody i podłoga zrobione były z jakiejś dziwnej mieszaniny betonu i żwiru. Sam kiedyś mieszkałem w takim bloku, zanim przeprowadziliśmy się na Kabaty. Starą windą marki Zremb wjechałem na piąte piętro. Jazdy starymi windami zawsze przyprawiały mnie o mdłości. Nie jestem w stanie pokonać strachu, że za chwile przestarzałe liny zerwą się, a ja runę w dół razem z tą paździerzową puchą. Winda ze zgrzytem zatrzymała się i wyszedłem na śmierdzący jakąś dziwną mieszanką moczu i śmieci klatkę. Tuż po prawej znajdowało się mieszkanie o wskazanym przez panią Goździk numerze. Przycisnąłem guzik i usłyszałem ze środka dziwne bzyczenie. Chwilę potem drzwi się uchyliły i stanęła w nich niska kobieta około czterdziestki. Miała stylowe okulary bez oprawek, krótkie brązowe loki i ubrana była w szatynową wieczorową sukienkę. Na twarzy widniał gruby makijaż, najwyraźniej zrobiony w pośpiechu. – Proszę do środka, zaraz panu wszystko pokażę, bo muszę za sekundkę wyjść. – Ledwo zdołałem złapać jej wzrok, Goździkowa cofnęła się z powrotem do mieszkania. Na szpilkach przebiegła przez korytarz i wpadła do kuchni, która znajdowała się na jego końcu. Wszedłem do przedpokoju oświetlonego przez umieszczone w suficie lampki. Nie był on przestronny, ale sprawiał wrażenie niezwykle schludnego i nowoczesnego. Goździkowa wróciła z kuchni ze złotą torebką w ręku i ściągnęła z szafki z lustrem jakieś klucze. – Erni! Erni! – zawołała w stronę jakiś zamkniętych drzwi. Po chwili drzwi się uchyliły i wyszedł z nich niski blondynek z naburmuszoną miną. – Przedstawiam ci pana Zygmuntowskiego, będzie cię uczył angielskiego. Panie Zygmuntowski, to mój syn – Ernest – powiedziała, zupełnie się nie patrząc ani na mnie ani na syna, tylko rozglądając się po przedpokoju, jakby sprawdzała, czy czegoś nie zapomniała. Wyciągnąłem rękę, mówiąc „cześć”. Mały ścisnął ją z wyrazem niechęci na twarzy i burknął coś pod nosem. – Jak twoja siostra wróci to odgrzejcie sobie kurczaka, jest w piekarniku. Pieniądze dla pana Zygmuntowskiego leżą na blacie w kuchni, zapłać mu jak skończycie – powiedziała do syna. – Ja lecę, będę w nocy, nie czekajcie na mnie. Do widzenia – rzuciła do mnie i wyszła pospiesznym krokiem, zamykając za sobą drzwi. – Wyszła wreszcie. Jędza – odezwał się mały. Uniosłem brwi. – Jak możesz tak mówić o matce? – spytałem zdziwiony. – Mogę mówić o mojej matce jak chcę. Nic ci do tego. Stara lafirynda – powtórzył z niesmakiem. – No chodź, na co czekasz? – spytał i wszedł z powrotem do pokoju,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych