Wróć do katalogu

Abyss

tekst o fascynującej kobiecie i chyba nie tylko o niej

dominik, opublikowano , 26 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"And if you gaze for long into an abyss, the abyss gazes also into you." Fryderyk Nietzsche

Stałem na tarasie jak co wieczór. Gdy zbliżało się lato, czekałem na tę porę dnia z utęsknieniem niekiedy już od wczesnego popołudnia. Ciepłe wieczory przed domem, widok na las i nocne, pozornie nieruchome niebo. Zwykle słuchałem muzyki i czytałem do momentu gdy ostatnie promienie słońca gasły na zachodzie. Wtedy pozostawała już tyko muzyka, płynąca z słuchawek. Nastrój nieskończoności i tajemnicy tylko potęgował doznania – wyostrzał słuch i sprawiał, że unosiłem się wraz z muzyką coraz wyżej. Czasem zdawało mi się, że już niczego nie brakuje mi do gwiazd – czułem, że już tam jestem, ogromny w swych doznaniach jak rozpostarte nade mną niebo. Zwykle, gdy ciemność całkowicie pochłaniała taras, stawałem przy balustradzie i patrzyłem w górę. Stałem wpatrzony w rozciągający się nade mną ogrom, chłonąc jego potęgę – rozkoszując się nią. Nie obserwowałem konkretnych gwiazd – nigdy mnie to nie interesowało. Nie znałem nawet nazw tych, o których uczyłem się w szkole. Widziałem całość, a w niej siebie samego. I rozmyślałem. Odkąd sięgam pamięcią „zawsze było coś nie tak” – chyba można tak powiedzieć. Rozmyślałem dużo, moje własne rozważania prowadziły mnie do wspaniałych w moim mniemaniu odkryć, często jednak na manowce. Moje własne wnioski ożywiały kolejne problemy, kolejne lęki, czasem pokryte polewą satysfakcji ze swojej własnej przenikliwości. Najczęściej jednak pod gwiazdami rodziły się tylko pytania, rosły jak grzyby po deszczu, wybuchały jak supernowe i pochłaniały bez reszty niczym czarne dziury. Pochłaniały całe światło. Stąd niekiedy smutek, częściej zaduma, jakaś metafizyczna melancholia. Nigdy strach. Pytania o życie, jego sens, jego wartość, kruchość – te nigdy mnie nie przerażały. Nie była mi straszna myśl, że życie nie ma sensu. Że albo sami mu go nadamy albo po prostu zamknie się za nami prawie niezauważone. I to nawet prawie nic nie zmieni. Prawie. Czułem jednak, że żyjemy właśnie dla „prawie”. Wtedy, na tarasie, żyłem właśnie dla owego małego „prawie”, które stanowi o jakości naszego życia. Tej jakości oczywiście nie da się zmierzyć obiektywną miarą. Nie ma przecież obiektywnych miar. Jedynym punktem odniesienia może być sens, który sami staraliśmy się nadać naszej egzystencji. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy oceniali czyjeś życie. To tak jakby mieszkańcy jednej planety, jednego świata, oceniali styl życia innej cywilizacji. Każdy z nas jest taką planetą – więcej – jest galaktyką, wszechświatem całym, czasem wydaje mi się, że to nie my żyjemy w świecie, ale to świat żyje w nas. I to właśnie dlatego nigdy nie czułem trwogi patrząc w nieskończone niebo. Na myśl, że żyję w wielkiej otchłani, niczym książę z bajki przybywała na ratunek inna myśl – że to niebo istnieje we mnie. Jest wielkie tylko przeze mnie i w stosunku do mnie. Jest moim partnerem, częścią zaledwie mojego świata tak, jak ja jestem częścią jego. - Znowu rozmyślasz...? – nawet nie wiem kiedy stanął przy mnie. Spojrzał na mnie przenikliwie, jakby chciał zobaczyć uwięzione w moim wnętrzu gwiazdy. Ale to ja je ujrzałem w jego oczach. - Tak już mam... Przynajmniej przez ten moment jeden w ciągu dnia czuję, że żyję tylko dla siebie, że jestem niezależnym podmiotem w tym wszystkim. Zaśmiał się, ale nie wydał przy tym żadnego dźwięku. W jego ciemnych oczach nie było widać rozbawienia. Przez chwilę patrzył przed siebie, na las. - Wydaje ci się. Siedzisz tu by poddać się złudzeniu niezależności. – wypowiedział te słowa całkowicie poważnie, chyba nawet z nutką żalu w głosie – Masz co najwyżej autonomię. Fakt. Pomyślałem. Uciekam w noc, ale i tak budzę się rano i podążam tam gdzie zwykle, pcham swoje życie do przodu, bo tak trzeba. W całym moim brataniu się z nieskończonością wstaję, jem i kładę się spać. I boję się, śmiertelnie się obawiam, jak zostanę oceniony, jak będą mnie postrzegać. Odetchnąłem ciężko. Miał rację. Moja niewiara, zwątpienie i szukanie swojego miejsca w świecie zupełnie innymi metodami niż robi to większość ludzi, których znam, było żałośnie ograniczane codziennością, społeczeństwem, odpowiedzialnością. Mój brak podstawowych wartości nie znajdował ujścia – wiedziałem czym to grozi. Brak dobra i zła, Boga i sprawiedliwości - w świecie, w którym wszystko jest dobre lub złe... Poprawił kapelusz, nadal wpatrzony w las. Podrapał się po ciemnej, gęstej brodzie, a potem odezwał się cicho, jakby czytając w moich myślach: - Masz dopiero dwadzieścia lat. Uważaj na siebie... Nie wiesz nawet jak złośliwa potrafi być Otchłań. Uśmiechnąłem się do niego patrząc porozumiewawczo. Spodziewałem się, że może zawładnąć mną, mogę pogubić się w jej świecie, bez wskazówek i bez prostych linii prowadzących dokądś dróg. Mimo to, na myśl o jej kształtach, o zapachu jej ciemnej, gładkiej skóry czułem ścisk w żołądku. Chciałem do niej jak najszybciej powrócić, spojrzeć jeszcze raz w jej oczy, spełnić się, po raz kolejny bezskutecznie spróbować się nasycić. On widział to we mnie. Musiał mi się przyglądać, gdy w zamyśleniu przywoływałem wspomnienie jej nieodpartego uroku. Nie odezwałem się ani słowem, ale napięcie i pożądanie musiało być ostrymi barwami wymalowane na mojej twarzy. „Uważaj”, powtórzył. Ale ja już tam byłem, jej ramiona obejmowały moją szyję, znów gubiłem się w jej oczach.

Poznałem ją pewnego popołudnia wczesną wiosną. To był zły dzień. Szare niebo beznamiętnie wisiało nad miastem, potęgując atmosferę otępienia i przygnębienia. Liście zbyt nieśmiało zaznaczały swą obecność na posępnych gałęziach drzew, by dać mieszkańcom promyk wiosennej nadziei. Na to było za wcześnie, na zimę było za późno. Stan przejściowy, zawieszenie między jedną rzeczywistością, a drugą. Siedziałem na ławce na Placu Wolności. Przede mną jakieś dzieciaki grały na gitarze i zbierały na wino. Nowa rasa kontestatorów, długowłose bestie, z głowami pochłoniętymi buntem i ideałami. W jakiś sposób bratnie dusze, jednocześnie jednak tak odległe. Też kiedyś taki byłem. Słowa – klucze brzmiały w mojej głowie jako rozwiązanie wszelkich problemów. Całkowity pokój, całkowita miłość, wolność. Słowa tajemnicze, wówczas niezrozumiałe. Miałem w sobie tyle sprzeciwu wobec zastanego świata co oni teraz. Obserwowałem ich jak śmiali się i podawali z rąk do rąk owiniętą w papier butelkę. Gitarzysta grał coraz mniej sprawnie, śmiech dzieciaków dryfował niebezpiecznie w stronę alkoholowego chichotu. Uśmiechnąłem się patrząc na nich. Wiedziałem z własnego doświadczenia, że teraz, pod zasłoną odurzenia, ich święte wartości nabierały ostrości, stawały się jasne i oczywiste, tak, jak niekiedy przez ułamek sekundy oczywiste wydaje nam się nasze życie. Wznosili się i rośli, czując wolność, nie odczuwając nawet smrodu psich odchodów, unoszącego się ponad ich wolnością z pobliskich krzaków. Kiedyś, kiedy byłem taki jak oni, wydawało mi się, że żyję z boku otaczającego mnie świata. Byłem przekonany, że czuję i widzę więcej. Że jestem bardziej świadomy, że mam wartości, ideały. Siedząc teraz na ławce i obserwując te dzieciaki znów czułem się jeszcze bardziej odsunięty – nawet od nich. Ci niedoszli wolnomyśliciele na barykadach swych „wolności” i „harmonii” byli takimi samymi poszukiwaczami jak ja – ale ich podróż dopiero się zaczynała. Wierzyli jeszcze w coś. Kwestionowali, ale umiarkowanie. Mieli jeszcze dobro i zło, wiarę, wszystko to, co pozwalało im w spokoju zasnąć. Chcąc być z boku, mimo wszystko płynęli głównym nurtem, opierając swój świat na czymś – czymkolwiek. Wierzyli, ufali i oceniali. Ja byłem już o krok dalej. Żyłem zagłębiony w szarej, miejskiej codzienności jeszcze bardziej niż oni, godziłem się na to, przeciw czemu oni wystawiali swoje kartonowe czołgi. Ale nie wierzyłem już. Byłem na skraju zaufania do siebie samego, czułem narastającą pustkę, wyzbyłem się dobra i zła – pozostałem targany tylko emocjami. I pogodziłem się z tym. Nie chciałem już wierzyć, żeby już nigdy się nie mylić. Zależało mi tylko na jednym – poznać samego siebie. Odkryć wszystko to, co kryje się we mnie, najgłębiej schowane, najdokładniej ukryte. Chciałem dotrzeć do jądra ciemności, by swoje życie oprzeć o samego siebie. Nie było we mnie buntu. Nie chciałem zmieniać rzeczywistości, prowadzić krucjat. Żyłem w świecie jaki zastałem, chcąc jednak stworzyć go na nowo w sobie. Porzuciłem wartości, by nie ułatwiać życia fałszywą wiarą w Boga, w sprawiedliwość. Chciałem żyć w chaosie, chciałem zatopić się w nim... i przeżyć. Czułem, że stwarzając podstawowe pojęcia, etykę, moralność, sprawiedliwość, ludzie chcieli pozbyć się chaosu, tej nieznośnej lekkości bytu, wolności istnienia. Ja nie chciałem od tego uciekać. Wolność nie była dla mnie już wartością. Ona była pierwotnym stanem – nie społecznym, lecz psychicznym. Może nawet podświadomym. Nie chciałem łamać zasad społeczeństwa, w którym żyje. Ale nie chciałem też wierzyć w to, co oni wierzyli. Nie chciałem się kierować pojęciami, które nie istniały. Nie bałem się pustki i czekałem aż zupełnie mnie pochłonie. Ale na ile mogła mnie pochłonąć, skoro na każdym kroku musiałem poddawać się zasadom, w które nie wierzyłem. Wszystko opierało się na naiwnym pojęciu dobra i zła – nawet te dzieciaki, wielcy odkrywcy o otwartych umysłach. Uważałem, że to mój umysł jest prawdziwie otwarty – jest oczyszczony, a w każdym razie oczyszczam go nieustannie. Tylko na ile mogłem wyrzucić z niego pojęcia, skoro funkcjonował w rzeczywistości ułożonej, podporządkowanej, poukładanej. To, w czym funkcjonowałem, nie było przygotowane na grozę egzystencji, na prawdę o Wielkiej Otchłani, która stała przed prawdziwie wolnym człowiekiem. Wolnym bez chwały, bez dumy – wolnym, bo takim zaistniał, takim był naprawdę. Nie społecznie, nie fizycznie – ale w swojej świadomości, ponosząc ciężar układania swojego istnienia bez pomocy pojęć, bogów, porównań, ocen. Musiałem zamyślić się naprawdę głęboko, ponieważ o jej obecności dał mi znać dopiero trzask uruchamianej zapalniczki. Płomień dyskretnie, lecz zdecydowanie wystrzelił w niebo. Była naprawdę wyjątkowa. Miała w sobie coś tajemniczego, jednocześnie prezentowała klasę sama w sobie. Pewnie mogłaby opowiedzieć wiele ciekawych historii ze swej tajemniczej egzystencji, gdyby tylko potrafiła mówić. Zapalniczka. Jej właścicielka bowiem nie miała z tym najmniejszych problemów. - Zajebałam ją jakiemuś nadzianemu Ruskowi w zeszłym roku... – powiedziała młoda dziewczyna o czarnych włosach. Nawet nie patrzyła na mnie. Po prostu czytała w moich myślach. Nie widziałem jeszcze jej twarzy mimo, że robiłem wszystko co w mojej mocy by zajrzeć niezauważony poprzez kosmyk gęstych włosów, tworzący szczelną, oddzielającą nas od siebie zasłonę. Nie mogłem tego wiedzieć na pewno, lecz zdawało mi się, że jej domniemany wzrok, początkowo wbity w wspomnianą zapalniczkę tkwił teraz w jakimś odległym punkcie, zawieszonym w przestrzeni daleko przed nami. Wnioskowałem to po tonie jej głosu, teraz jakby spokojniejszym, zamyślonym. Mówiła wolno, jak w śnie przypominającym pierwsze „kocham cię”: - Mówił, że dostał ją od dziadka arystokraty, który ponoć osobiście znał cara. Jak można tak przywiązywać się do rzeczy..? Twierdził, że nic w jego życiu nie jest tak stałe i pewne jak ona... Właściwie powinien być mi wdzięczny. Dzięki mnie zobaczył, że może żyć inaczej – chociażby bez zapalniczki... Może mi teraz dziękuje – jej głos nabrał cieplejszej barwy, jak ton osoby, która właśnie się uśmiecha. Ale trwało to tylko przez moment – A może strzelił sobie w łeb... Zza irytującego kosmyka błyszczącej czerni wyłoniła się smuga dymu, dosłownie ulatniającego się z rozchylonych ust. Dziewczyna miała na sobie fioletowy golf, a na nim niedbale narzuconą czarną koszulę. Jej nogi, których kształtu byłem niewypowiedzianie ciekaw, skryte były pod materiałem eleganckich, czarnych spodni na kant. Od podziwiania owego zjawiska odciągnęła mnie zbliżająca się dłoń, w niej paczka papierosów. Ni pamiętam już co to były za fajki, moją uwagę przykuły długie palce i gładkość skóry dziewczyny. I wtedy doznałem szoku, na który nie byłem ani trochę przygotowany. Wrogi kosmyk pofrunął w tył, razem z resztą czarnej czupryny, uwalniając niesamowity aromat. I wtedy spojrzałem je po raz pierwszy prosto w oczy. - Spal sobie ze mną. Podobasz mi się....

Tak właśnie się poznaliśmy. Nie można tego spotkania nazwać typowym, żaden scenarzysta komedii romantycznych nie potraktowałby go poważnie. Niedługo po spaleniu wspólnej fajki zaproponowała mi seks. Żadna wyższa wartość nie stała mi na przeszkodzie. Zwątpiłem tylko przez moment, czy na pewno ta kobieta istnieje naprawdę. Dziś jestem już pewien, że istnieje... Poszliśmy do jej mieszkania. Było niesamowicie. Tak jak i za każdym następnym razem. Ale to, co naprawdę mnie kształtowało, co tworzyło mnie na nowo, następowało potem.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych