Wróć do katalogu

Adderley

Historia, której akcja toczy się w XIX wieku.

kulululu, opublikowano , 1 godz. 13 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na reszcie dojechaliśmy na miejsce. Adderley było niebo gorsze niż spodziewałam się zerkając na nie z dołu. Bezpieczne miejsce u stóp góry wydawało sie znacznie bardziej atrakcyjne od zabłoconego gospodarstwa ciotki Alexandry. Czuję się tutaj jak w więzieniu, a nawet jeszcze nie wysiadłam z powozu. Drzwi od karety obite były w czarwony aksamit i za nic w świece nie chciałam ich otwierać . Oznaczało by to ostateczne pożegnanie z luksusami w jakich pławiłam się przez całe życie. Ani mi się śni wytrzymać tutaj całe lato. Uciekne pierwszą lepszą koleją. Dokądkolwiek. - Panienka pozwoli - powiedział Lucas wybijając mnie z pasma mych rozmyślan. Otworzył zdobione drzwiczki powozu i podał mi dłoń w jedwabnej białej rękawiczce. Przez chwilę znów poczułam się jak w domu. Natychmiast ocknęłam się z zadumy i chcąc pokazać moje oburzenie całą tą sytuacją sama wydostałam się z karety. Okazało się to okropnym pomysłem. Moje nowiutkie buciki CoCo Chanel były po kostki w błocie, a szykowna sukienka do ziemi sunęła po podmokłym terenie przybierając brunatną barwe. Z drugiej strony powozu wygramoliła się Panna Collins. W dłoniach trzymała naręcze toreb i pakunków. - Jasmine ! - krzyknęła , a jej purpurowoczerwona twarz pokazywała jak bardzo się niecierpliwi. Panna Collins była moją guwernantką. Była tęga i niska. W dzieciństwie zawsze kojarzyła mi się z pulchną świnką. Miała na sobie - jak przystoi na guwernantkę - szarą, stonowaną suknie do ziemi zapiętą drobnymi guziczkami pod samą szyje. Niesforne loki upięte były na czubku głowy , próbując wydostać się brunatnymi kaskadami z białego czepka. Meredhit - bo tak na imię miała Panna Collins była starą panną. Po mieście krążyły plotki, iż jest tak z powodu jej feministycznych poglądów. Okropnie uciążliwe było to, iż panience w moim wieku nie wypadało wyjść z domu bez guwernantki. Etykieta niestety obowiązywała nawet tu, na zabitej dechami wsi. - Jasmine ! - szepnęła z dezaprobatą Meredhit patrząc na moją rozmarzoną minę - byłabyś tak łaskawa i wzięła kilka toreb ode mnie. Kto to widział, brać takie strojne suknie na wieś ! - krzyczała dalej Panna Collins próbując zwrócić na siebie moją uwagę. Mnie jednakże nie w głowie było jej pomagać. Zdobyłam się jedynie na pogardliwe spojrzenie i burknęłam - Podobno to w pani, panno Collins, obowiązku leży bezpieczne przytransportowanie mnie na to odludzie. Wliczają się w to zapewne moje walizki. Powinna się pani stosować do poleceń mego ojca. W końcu za coś pani płaci. - Panna Collins spojrzała na mnie z wyrzutem i z godnością na jaką tylko można było stać osobę jej postury powlokła się ku bramie. Posiadłość ciotki Alexandry ciężko opisać w jednym zdaniu. Tak samo z resztą jak samą ciotkę Alexandrę. Jest ona czarną owcą w całej rodzinie Woodson'ów. Nie interesują ją majątki i latyfundia jakie posiada mój ojciec. W zamian połowy spadku po moim dziadku chciała jedynie tego folwarku na wsi w hrabstwie Shropshire. Niekontaktowała się z nami od śmierci mojej matki. Przez jakiś czas bardzo tego żałowałam, potem jednak pamięć zacierała mi ślady. Teraz ciotka Alexandra kojaży mi się wyłącznie z wymyślnymi strojami. Pewnego razu, na przyjęcie jakie wydawał mój ojciec , ubrała jaskraworóżową suknię na krynolinie, a do tego kapelusz z strusim piórem i ogromnym rondem. Zrobiła niemałą sensacje w Londynie. Jednak dla mnie - trzynastoletniej dziewczyny - wyglądała imponująco na tle stonowanie ubranej reszty gości. Ciotka Alexandra była siostrą mojej mamy. W gruncie rzeczy były bliźniaczkami dwujajowymi. Dzieliła je zaledwie minuta. Różnił je jednak nie tylko wygląd. Miały kompletnie różne charaktery. Ich jedyną wspólną cechą była wrodzona dobroć. Ciotka Alexandra jest typem wojowniczki. Owdowiała bardzo szybko , bo zaledwie dwa lata po ślubie. Sama prowadziła gospodarstwo i , ku zaskoczeniu całej rodziny, radziła sobie kapitalnie. Moja matka -Lucy- była uległa i spokojna. Zawsze uzależniona od decyzji ojca. Nie potrafiła mu się sprzeciwić. Nie wiem jak bardzo teraz ciotka przypomina wojowniczkę, którą zapamiętałam mając trzynaście lat. Stoję tutaj teraz, jako siedemnastoletnia panienka i mój pobyt nie zapowiada się obiecująco. Meredhit była już właściwie przy samym końcu krętej drogi wiodącej do zardzewiałej furtki. Przyspieszyłam kroku chcąc ją dogonić, lecz w tym momencie poślizgnęłam się i upadłam. Sturlałam się na sam dół. Próbując się podnieść klęłam w myślach na turniurę zamontowaną na tyle mojej sukni. Musiałam być niezłym widowiskiem, gdyż dzieciaki z sąsiedztwa wpatrywały się we mnie głośno się śmiejąc. Jak ja mam tutaj wytrzymać ? Podniosłam się i próbując zachować resztki godności powlokłam się ku górze. Gdy dotarłam do zdezelowanej bramy pociągnęłam za dzwonek w nadzieji, że zaraz pojawi się tu lokaj, który pomoże mi dotrzeć do drzwi posiadłości. Jednakże, poza głuchym dźwiękiem , nic się nie wydarzyło. Nikt nie czekał na mnie przy wejściu. Oburzona wdrapałam się na góre . Nic nie szło tu po mojej myśli. Wtem moim oczom ukazał się okazały gmach budynku. Jego lata świetności dawno minęły. Chwilowe dobre wrażenie zastąpił widok odpadajacego tynku i zrujnowanej werandy na któą porwadziły równie zrujnowane marmurowe schodki. Piękny niegdyś ogród zarósł teraz hwastami, a pole uprawne, zamiast posłużyć za miejsce porostu kukurydzy okazało się wybiegiem dla świń. Wokół moich nóg biegały kury i koguty. Byłam zrozpaczona, że w takim miejscu miałam spędzić 4 miesiące okresu letniego. Wtem z domu wybiegła ciotka Alexandra. Miała na sobie zieloną sukienkę kolorem przypominającą liście. Rude włosy były nieumiejętnie uczesane, albo wcale nie tknięte od rana. Fartuszek, który ciotka miała na sobie uplamiony był zapewne od obiadu. Zaczęłam się natychmiast zastanawiać dlaczego. Piorunującym odkryciem okazało się to, że nie ma tutaj kucharki. Ciotka ruszyła w moją stronę i gorąco mnie uściskała. Byłam w szoku tego wylewu czułości. Chciała już coś na ten temat powiedzieć, jednakże ciotka mnie uprzedziła. - Witaj kochanie ! Tyle czasu ciebie nie widziałam . Pokaż mi się tylko, jak ty wyrosłas ! Co raz bardziej przypominasz mi twoją mamę. Wybacz mi ten lekki bałagan, ale sama kiepsko sobie tutaj radzę. Z obsługi zostali mi już tylko Chris i Anna. Resztą zajmuję się niestety sama. Zapraszam, wejdźcie do środka - powiedziała ciotka i gestem zaprosiła nas wewnątrz domu. Lekki bałagan? To wszystko wyglądało raczej jak pobojowsiko po stoczonej bitwie. Nie przywykłam do takich warunków i byłam niesamowicie zła na ojca za to, że mnie tutaj wysłał. Wakacje zapowiadały się znacznie lepiej na samym początku. Miałam wtedy plany wyjechać z grupą rówieśników do Szkocji. Mieliśmy być zakwaterowani w wielkiej willii z widokami na plażę. A teraz, przez kaprys ojca, wylądowałam w brudnym Adderley. Ma mnie to czegoś nauczyć. A niby czego może mnie nauczyć taplanie się w błocie ze świniami, kurami i innymi wiejskimi zwierzakami, których miejsce na pewno nie jest na polu kukurydzianym. Wolałabym się od tego trzymać z daleka. Jednak według mojego ojca pobyt na świeżym powietrzu ma mi rozjaśnic nieco w głowie. Ma mnie olśnić, tak jak to miało byś podczas każdej naszej rozmowie o moich kaprysach i widzimisię. Ojciec miał mnie za despotkę i egoistkę. Słyszałam to już nie raz i nawet nie brałam sobie tego do serca - pewnie ma racje - myślałam wtedy i to jeszcze bardziej potęgowało moje działanie. Podążyłam śladami ciotki wgłąb budynku. Zanim dotarłam do toaletki w mojej sypialni musieliśmy przebrnąć przez cały dom. Minęliśmy korytarzyk o błękitnych ścianach z ogromnym oknem i drzwiami balkonowymi prowadzącymi na ganek. Kolejnym przystankiem była kuchnia , której wnętrze pokryte było ciosanymi kamieniami w kolorze ciepłej czerwieni. Do wyposarzenia należał gliniany piecyk, kredens kuchenny i pare półek z wiejskimi wyrobami. W kącie stała wielka misa, w któej w solonej wodzie moczyło się mięso. Widok ten bardzo mnie zaskoczył, ponieważ w moim rodzinnym domu nigdy nie zaglądałam do kuchni. Wszystkim zajmowały się kucharki, sprzątaczki, pokojówki oraz cała reszta obsługi. Z rozmyślań wyrwał mnie odgłos holewek moich trzewików wydawany podczas zetknięcia się z kaflową podłogą salonu. O salonie właściwie nie mogłam powiedzieć nic dobrego poza przepięknie zdobionym kominkiem, którego nie powstydziłaby się żadna londyńska arystokracka rodzina. Z kunsztownie zdobionych drzwiczek buchał ogień , a pod gmachem kominka piętrzyły się porąbane drwa. Wyglądałoby to całkiem zachęcająco gdyby nie zniszczone kanapy ustawione dookoła na zakurzonym perskim dywanie. Na lewo od kominka umieszczony był ogromny stół z osmioma krzesłami - każde z innego kompletu. Byłam zaszokowana tym, jak ubogo żyła moja ciotka i niewyobrażałam sobie tego, że i ja mam tu wytrzymać tyle czasu. Wreszcie przechodząc skrzypiącymi schodami na góre dotarliśmy do sypialnii. Ciotka z dumą w głosie obwieściła mi , że to mój pokój. - Jasmine , tak się cieszę, że zostaniesz u mnie całe lato.Cieszę się, że ten ostatni okres w Adderley mogę dzielić z kimś z rodziny. Domyślam się, że ten pokój nie odpowiada standardom do których przywykłaś w Londynie, ale mimo wszytko myślę, że powinno ci się tu spodobać. - powiedziała ciotka i otworzyła drzwi wejściowe. Moim oczom ukazał się , niegdyś pewnie przepiękny, duży pokój. W oczy rzuciło się mi od razu ogromne łóżko z baldachimem i pościelą w różowe różyczki. Pokój był bardzo oświetlony. Ogromne okno na całą ścianę niemal przyćmiewało obdrapane panele i tynk osypujący się z liliowych ścian. Po lewej stronie od okna stała bogato zdobiona toaletka z lustrem , co nie umknęło mojej uwadzę, zbitym na pół, lecz wciąż trzymającym się ramy. Przy toaletce stało stare spruchniałe krzesło nie pasujące do reszty wyszukanych mebli. Nie bardzo wiedziałam co ciotka ma na myśli mówiąc " ostatni okres w Adderley", ale byłam teraz zbyt zajęta rozpakowywaniem i układaniem na toaletkę kosmetyków, że nawet na to nie odpowiedziałam. Rozkładając na zniszczony blat perfumy i kadzidła spostrzegłam swe odbicie w lustrze. Wyglądałam koszmarnie, cała od błota, włosy posklejane, a sukienka kleiła mi się do ciała nasiąknięta brudną , błotnistą wodą. Ciotka spostrzegła moją reakcje z rozbawioną miną. - U nas , w Adderley bycie ubłoconym to nie żadna nowość. Nie musisz się tutaj niczego wstydzić. Spokojnie przebież odświętną sukienkę na coś swobodniejszego. Tutaj, w gospodarstwie, gorsety są naprawde zbędne , wręcz zawadzają. Przebież się i zajrzyj do kuchni, ugotujemy coś razem.- powiedziała ciorka i patrzyła na mnie czekając na odpowiedź. - Coś swobodniejszego ? - zapytałam zdziwiona. W myślan przejżałam całą moją garderobę i nie wiem, czy poza kostiumem jeździeckim znalazłabym tam coś swobodnego lub nadającego się do pracy w kuchni. Wszystkie moje ciuchy wyszły spod nożyc najbogatszych paryskich projektantów, a raczej żadna z ich wytwornych sukien nie była zaprojektowana z myślą o wieśniaczkach, które pracują w kuchni. Swoją drogą czego ja się spodziewałam po zacofanych wieśniakach ? Mogłam jedynie liczyć na to, że ktoś doceni moje kosztowne stroje na co teraz w żadnym wypadku się nie zapowiadało. Ciotka nie usłyszała już mojego pytania i nie zobaczyła mojego zdziwienia. Biegła jużpo schodach krzycząc do mnie. - Za 15 minut w kuchni , kochanie ! - jej wesoły głos roznosił się echem po całym budynku. Piętnaście minut ?! W Londynie w piętnaście minut to ja ściągam jedną suknię . I nie zamierzam zmieniać tutaj moich nawyków. Odpięłam sukienkę i rozłożyłam ją na krześle po to, aby służba wzięła ją wieczorem do prania. Zajrzałam do jednej z moich walizek i wybrałam kwiecistą żółto-różową sukienkę, którą zamówiłam specjalnie z Irlanii .Cały proceder zmiany sukien trwał już około dwudziestu minut. Podeszłam do toaletki aby rozczesać włosy i obmyć twarz. Zaczesałam grube , brązowe włosy w warkocz. Po pół godziny zeszłam na dół. Ciotka stała przy glinianej kuchence i ugniatała ciasto. Na mój widok wybuchnęła gromkim śmiechem. Spojrzałam się za siebie, aby znaleźć powó jej rozbawienia, jednak nikogo ani niczego wartego takiego wybuchu za mną nie było. - Coś ty na siebie włożyła - powiedziała , kiedy wreszcie się uspokoiła. - Jedwabną sukienkę sprowadzoną z Irl... - starałam się przekazać ciotce zachwyt nad tym pięknym ciuchem, jednak ona z niedowierzaniem pokręciła głową. - Kochanie, tutaj nie chodzi się w wytwornych sukienkach. Jesteś na wsi. Wiem, że nie przywykłaś do takich warunków, ale twój ojciec przysłał ciebie pod moją opiekę i będziesz żyła tak ,ja ja żyje. Do niedzieli pożyczę ci coś mojego, a w poniedziałek wybierzemy się na zakupy. Znajdziemy dla ciebie pare ładnych, letnich sukienek w sam raz na wieś. - przerwała mi w pół słowa ciotka. - Uważam, że moje ciuchy są odpowiednie nawet jak na to miejsce - odburknęłam urażona, że nikt nie docenił mojego wyglądu. Nie przywykłam do krytyki. W Londynie należałam do 100 najlepiej ubranych dziewcząt. Wynikało to pewnie z tego, że mój ojciec należał do dziesiątki najbogatszych arystokratów Wielkiej Brytanii. Moją porcelanową cere zawsze zdobiła najdroższa biżuteria. - Nie kwestionuje tego jak się ubierasz, ale gdzie się tak ubierasz. Niewydaje mi się, żeby świniom , czy krowom robiło różnice to , w jakiej sukni je doisz. Swoją drogą nigdy nie rozumiałam kobiet , które wciskają się w te obcisłe gorsety, chodzą na obcasie. Jest to okropnie nie wygodne, a w dodatku mało oryginalne. - ciągnęła swój monolog ciotka nie zwracając uwagi na miny jakie stroiłam - No , kolacja gotowa. Jasmine, pomóż mi z zastawą. - powiedziała , wręczając mi stos talerzy - Zanieś to, jeżeli możesz, do jadalni. - Nie może zrobić tego za nas obsługa? - zapytałam zaskoczona. - Anna krząta się gdzieś po gospodarstwie, a Chris dostał dzisiaj wolne. Jego matka jest ciężko chora i musiał wyjechać do miasteczka po lekarstwa dla niej. Gruźlica to doprawdy okropna choroba. - mówiąc to ciotka pokiwała głową ze współczuciem dla swego pracownika - Miejsce obsługi jest w domu gospodarza, a swoich potrzeb nie powinni przekładać nad swoje obąwiązki. Ojciec tak zawsze powtarza. Uważam, że jest w tym sporo racji. W innym razie obsługa może wejść człowiekowi na głowę - Wyrecytowałam z pamięci, to co ojciec powtarzał przy każdym posiłku. Pracownicy u nas w domu otrzymywali wolne dni jedynie , gdy było to na prawdę konieczne. Zapewne dla tego ojciec nie był lubiany wśród naszej służby. -Odrobina ludzkich uczuć jeszcze nikomu nie zaszkodziła, Jasmine. Gdy twoja matka jeszcze żyła obsługa w waszym domu była znakomicie traktowana. Twoja matka była przez nich ubóstwiana. - Nie wiem co miała na myśli ciotka wspominając mamę. Słysząc jej imię zrobiło mi się nie dobrze. Gdyby nie to, że umarła nie musiałabym teraz tkwić w tej norze. Wszystko było by inaczej. Lepiej. Odłożyłam stos talerzy na blat kuchenny, a ich brzdęk rozniósł się echem po kamiennym pomieszczeniu. - Nie jestem głodna. Przejde się . - powiedziałam, a zaskoczona ciotka spojrzała na mnie i otworzyłą buzię chcąc już zaprotestować. Nie dopuściłam jej jednak do głosu. - Panno Collins - zawołałam donośnie Meredhit, która w pośpiechu zbiegła po schodach z góry. Gdzie właściwie była do tej pory ? - Idę się przejść po okolicy. Nic złego mi się tutaj nie wydarzy, więc możesz zostać w domu z ciotką Alexandrą i potowarzyszyć jej przy kolacji. Wrócę wieczorem. - powiedziałam i odwróciłam się na pięcie w stronę drzwi. - Ależ panienko, młodej dziewczynie nie wypada wychodzić samej z domu. Proszę na mnie zaczekać . Panienko Jasmine ! - krzyczała za mną Meredhit, ale ja już byłam na zewnątrz. Dotarłam do kamiennej furtki i postanowiłam przejść się po okolicy. Za cel obrałam sobie skupisko budynków , które widziałam podczas podróży dorożką tutaj. Wieczór był wczesny, a pogoda tak cudowna , że przez chwilę mogłam zapomnieć gdzie jestem. Po piętnastu minutach marszu dotarłam do pierwszych zabudowań. Budynkiem okazała się pokaźna biblioteka. Drzwi były otwarte na oścież a ze środka wydobywał się słodkawy zapach starych książek i tuszu. Przekraczając próg biblioteki zaniemówiłam. Wnętrze okazało się o wiele większe niż budynek się wydawał. W okazałej sieni wisiały portrety najwybitniejszych pisarzy. Po wejściu do sali głównej moją uwagę przykuło biurko bibliotekarza załadowane papierami. Mebel był bardzo stary i kunsztownie zdobiony. Gdziekolwiek by nie spojrzeć wszędzie stały eleganckie regały wypełnione po brzegi zadbanymi książkami. Przy każdym regale stała osobna drabinka na kołach dzięki którym czytelnik mógł swobodnie przemieszczać się po całej długości i wysokości regału. Wydawało mi się to jedyne ciekawe miejsce jak do tej pory. Zza sterty papierów wyłonił się niski bibliotekarz. Zrobił to tak nieoczekiwanie , aż wrzasnęłam na jego widok. - Niech się panienka mnie nie boi, nie gryzę - powiedział mężczyzna nisko się kłaniając. Odwzajemniłam przyjazny gest. Mężczyzna był w okolicach siedemdziesięciu lat. Był niski i bardzo szczupły. Jego orli nos zdobiły okrągłe jak spodki okulary, spod których widniały oczy, które nie ukazywały jego prawdziwego wieku. Mimo wątłej postawy wyglądał na pełnego życia człowieka - a przede wszystkim na znającego się na swym fachu. Pierwsza osoba, z któą miałam tutaj ochotę porozmawiać. - Panienka jest tutaj chyba po raz pierwszy, bo takiej buzi bym nie zapomniał - zwrócił się do mnie mężczyzna , chyba zawstydzony tym, że tak mu się przyglądam. - Przyjechałam do ciotki Alexandry na całe lato, miło mi , jestem Jasmine. - odpowiedziałam. -Witaj Jasmine. Oh tak, jesteś córką siostry Alexandry . Opowiadała o twoim przyjeździe od miesięcy. Poczciwa kobieta, jest duszą całego miasteczka. Jak ci się tu u nas podoba, dziecko ? - zapytał staruszek. - Nie nazwała bym tego szczytem marzeń - odpowiedziałam na pytanie z nadąsaną miną. - Doprawdy, posiadłośc Alexandry nie jest już tak piękna jak kiedyś. Przykro patrzeć jak popada w ruine. Niestety, już długo tam nie postoi. - odparł ze smutkiem mężczyzna, a jego młodzieńcze oczy posępiały. -Jak to ? - zapytałam zaskoczona. - Posiadłość twojej ciotki zostaje wyburzona pod koniec lata, zaraz po twoim wyjeździe. Alexandra chciała spędzić ostatnie lato z kimś bliskim w tym domu. Nie stać ją na kolejny remont tego miejsca. Gospodarstwo nie prosperuje już tak jak kiedyś. Nie zarabia nia siebie. Burmistrz odnawia miasteczko, ma tam powstać ośrodek rekreacyjny. Piękne miejsce, zalesiona okolica. Nie wiemy tylko jak Alexandra to przetrzyma. Kocha ten dom . - powiedział staruszek i z dezaprobatą pokręcił łysiejącą głową. To co powiedział zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Nie chciałam jednak dać po sobie tego poznać więc tylko uśmiechnęłam się niewinnie i przeszłam do regałów z książkami. Wybrałam kilka ciekawych pozycji dla siebie, aby jakoś spędzić najbliższy tydzień i podeszłam do biurka bibliotekarza. Spojrzał na mnie znacząco i rozdziawił buzię ze zdziwienia. - To rzadkość żeby kobiety w dzisiejszych czasach czytały taką literaturę. Sukcesem jest, że w ogóle sięgają po jakąś książkę.- stwierdził bibliotekarz wpatrując się we mnie osłupiały. - Jakoś muszę wytrzymać te wakacje - powiedziałam zabierając książki z konsuaru i odeszłam z gracją w kierunku drzwi. Po wizycie w bibliotece nie miałam ochoty na spacerowanie po okolicy. Wróciłam więc tą samą drogą do domu. Na dworze zaczynało się ściemniać kiedy wspinałam się po piaszczystym zboczu. Kiedy nacisnęłam klamkę od drzwi wejściowych zauwarzyłam, że w kuchni pali się lampka naftowa , a w salonie rozpalony jest ogieńw kominku. Z otworzonego na oścież okna dobiegały mnie śmiechy . Rozpoznałam między innymi głos ciotki Alexandry i Meredhit, a także jakiś głos męski. Byłam oburzona tym, iż ciotka rozmawia w ten sposób ze służbą. To skandal. W Londynie za coś takiego byłoby się wykluczonym z całego towarzystwa. - Alexandro, opowiadaj. Jak wrażenia po spotkaniu z siostrzenicą ? - dopytywał się z zainteresowaniem nie znany mi dotąd żeński piskliwy głosik. - Wiesz, Anno, ciężko jest mi ją oceniać. Spędziłam z nią zaledwie godzinę , a ostatnio widziałam ją cztery lata temu. Myślę, że musimy się jakoś dotrzeć , porozmawiać a wtedy wszystko się ułoży. - powiedziała ciotka. - A co tu jest do oceniania ? Jak dla mnie to ona jest kolejną despotką z Londynu, która szuka sensacji w Adderley. Słyszałem waszą poranną rozmowę. - wtrącił się do dyskusji na mój temat owy obcy męski głos. Despotka z Londynu ? Jak on śmiał mnie tak nazywać ? Nie miał żadnego prawa, aby obrażać osobę wyższą od siebie statusem. Jest to oznaką wysokiego niewychowania. Nie chciałam już dłużej słuchać wyzwisk w moim kierunku, lecz nagle do rozmowy wtrąciła się Meredhit. - A widział pan jak ona chodzi ? Jakby jej ktoś kij od miotły wbił w plecy. Ma się za lepszą od nas - odparła Panna Collins na co reszta zareagowała śmiechem. - Jesteście okropni - skarciła ich ledwo powstrzymująca się od śmiechu ciotka Alexandra - nie może być aż taka zła Chris - odpowiedziała, gdy każdy już się uspokoił. - Okaże się jeszcze gorsza, wspomnisz moje słowa - odpowiedział Chris. Tego już było za wiele. Nie pozwolę się obrażać byle komu. Nie dbając o to, że zwracam na siebie ich uwagę z łomotem weszłam po schodach i wbiegłam do kuchni z wściekłym wyrazem twarzy. - Dzień dobry wszystkim - powiedziałam z sztucznym uśmiechem. - Witaj Jasmine - odpowiedziała ciotka Alexandra z bardzo zakłopotanym wyrazem twarzy. Cała banda spojrzała na mnie z takimi minami jakby zobaczyli ducha. Po za ciotką Alexandrą i Meredhit siedzieli tam jeszcze Anna i Chris. Ciotka Alexandra wspominała o nich wcześniej jako o swojej obsłudze. Zapomniała najwyraźniej dodać prostackiej i niewychowanej obsłudze. Dziewczyna była całkiem ładna. Średniego wzrosu i bardzo szczupła. Długie blond włosy upięte były w dobieranego, a niebieskie oczy dodawały blasku jej twarzy. Wydawała mi się bardzo znajoma. Możliwe, że znałyśmy się w dzieciństwie. Mężczyzna zaś, zapewne Chris, był wysoki i dobrze zbudowany. Miał na sobie ubłoconą , białą koszule i spodnie jeździeckie. Ciemne włosy były niedbale rozwichrzone i w innych okolicznościach zapewne zrobiłby na mnie wrażenie. Teraz jednakże złość przesłaniała mi widok ich zaskoczonych twarzy. - Ciociu, jeżeli nie masz nic przeciwko to wraz z moim kijem od miotły udam się do mojej sypialni, ażeby jeszcze mój londyński despotyzm nikogo nie uraził - odpowiedziałam urażona na powitanie ciotki, a łzy same cisnęły mi sie do oczu, ale mimo wszystko nie mogłam dać po sobie tego poznać. Ciotka Alexandra spojrzała się na mnie zaskoczona i poczerwieniała na twarzy tak, że jej rude włosy idealnie pasowały do odcienia jej policzków. Chris zawadiacko uśmiechnął się pod nosem nie robiąc sobie nic z mojego docinku, Anna wyglądała na poruszoną i skruszoną, a Meredhit stała w koncie ze spuszczoną głową. Odwróciłam się na pięcie i wspięłam się po spruchniałych schodach starając sięzrobić przy tym tyle hałasu na ile było to tylko możliwe. Wchodząc do sypialni zauważyłam, że sukienka , którą rano położyłam na krześle nadal tam leży. To jużbył szczyt wszystkiego. Może sama miałam ją sobie uprać ? Zdenerwowana podeszłam do miednicy z wodą i obmyłam kolejno twarz, ramiona a potem nogi . Ubrałam koszulę nocną , zgasiłam lampkę naftową i położyłam się do łóżka. Muszę przyznać, że było na prawdę wygodne. Nie musiałam długo czekać nim do pokoju weszła ciocia Alexandra. - Chciałabym ciebie bardzo przeprosić za nasze zachowanie Jasmine - powiedziała ze skruszoną miną wpatrując się we mnie ogromnymi zielonymi oczami. Nie odpowiedziałam. - Musisz im wybaczyć, jesteś tutaj nie lada sensacją . Z czasem zrozumieją, że jesteś z innego świata, że twoje zachowanie nie jest niczym niezwykłym - kontynowała ciotka w nadziei na moją reakcje. Wtedy nie wytrzymałam. Wybuchłam płaczem tak głośnym,że nie dziwie się, jeżeli ten zarozumialec Chris usłyszał go w kuchni. - Nie życzę sobie, żeby oceniał mnie ktoś, kto nie ma o mnie bladego pojęcia. Ty ciociu także mnie nie znasz więc nie mów mi, że moje zachowanie to coś typowego dla londyńczyków - powiedziałam z wyrzutem i nakryłam się kołdrą po uszy odwracając się na drugi bok. Ciocia chyba zrozumiała, że jest tutaj nie proszona więc wstała z łóżka i podeszła do drzwi. Wychodząc dodała tylko - Mam nadzieje, że nie uraziliśmy ciebie na tyle bardzo, aby zepsuć ci pobyt tutaj . Drzwi się zamknęły , a ja przepłakałam całą noc. Nazajutrz obudziło mnie pianie koguta. Otworzyłam oczy i spojrzałam na zegar z kukułką wiszący naprzeciwko łóżka. Była szósta rano. Wstałam i podeszłam do miednicy aby wykonać poranną toaletę. Spostrzegłam, że brudna sukienka zniknęła z krzesła a w jej miejsce pojawił się jakiś nowy, nieznany mi dotąd ciuch. Okazała się nim skromna sukienka w kwiatki bez zbędnych dodatków, gorsetu, halek ani podwiązek. Stwierdziłam , że nie zaszkodzi mi sprówać zrozumieć ciotki i ubrałam na siebie kreację, którą dla mnie uszykowała. Grube włosy zaczesałam w warkocz i nie poświęcając więcej czasu na szykowanie się , zeszłam na dół. Dom okazał się pusty. W kuchni na blacie czekało na mnie śniadani obok któego widniała karteczka : " Kochana Jasmine, wyjechałam do miasta po zakupy. Przygotowałam śniadanie. Uznaj to za przeprosiny za wczorajszy niemiły incydent. Ciotka Alexandra " Na tależyku obok wiadomości leżało świeże pieczywo, ciasto i szklanka mleka. To ma być zadoścuczynienie za to, co wczoraj usłyszałam ? Mimo to zjadłam z apetytem to co zostawiła dla mnie ciocia. Wyszłam na zewnątrz aby przyjrzeć się gospodarstwu z bliska. Kiedy byłam sama nie musiałam niczego ani nikogo uawać. Nie musiałam pilnować dobrych manier, wyglądu. Nie czułam się już tak bardzo pusta w środku. Czułam się znów jak dziecko. Za pierwszy przystanek mojej stacji obrałam sobie stajnie. Kochałam konie od zawsze a w dodatku umiałam na nich świetnie jeździć. Otwierając drzwi miałam nadzieje, że stajnia tutaj faktycznie służy do trzymania koni. Nie pomyliłam się. Stajnia była duża. Posiadała około 20 boksów, z czego 5 było zapełnionych. Na frontowej ścianie wisiały przybory, a cała ściana prawa zapełniona była sianem. Na znajomy zapach z dzieciństwa zareagowałam bardzo radośnie. Zaczęłam nucić jakąś melodię i podeszłam po sprzęt do osiodłania konia. Wybrałam dla siebie karą klacz, która wydawała się najzdrowsza ze wszystkich. Na boxie gwoździkami była przybita deska na któej widniało imie konia. America - bo tak się nazywała okazała się bardzo przyjaznym zwierzęciem. Bez problemu ją osiodłałam. Czesząc jej grzywę zaczęłam mówić do niej, jak to zwykle robię podczas pracy z końmi. - Nie spodziewałem się czegoś takiego po tobie - odezwał się męski głos tuż koło mojego ucha. Zaczęłam krzyczeć w niebogłosy. Konie w boxach słysząc mój przeraźliwy wrzask zaczęły wierzgać kopytami uderzając podkowami o drewniane drzwiczki. America , na której siedziałam wyskoczyła z boxu i pognała przed siebie. Koń pędził tak szybko, że z ledwością dawałam radę utrzymać się na siodle. Nie miałam żadnej kontroli nad kursem ani tempem jazdy. Mimo moich dobrych umiejętności jeździeckich byłam przerażona. Nagle zza mnie zabrzmiał donośny gwizd. America stanęła raptownie omal nie zrzucając mnie z siodła i zawróciła , powili zmieżając w kierunku stajni. Zbawieńczy gwizd wykonał Chris. W duszy byłam mu wdzięczna za to co zrobił, ale emocje z wczorajszego dnia jeszcze nie opadły. - Poradziłabym sobie świetnie sama - powiedziałam, kiedy odkładałam lejce na frontową ścianę. Z klaczą dalej nie było problemów. Dała się usadowić i przypiąć w boxie. Widać Chris działał na nią kojąco. - Nie wątpie, ale wolałem nie ryzykować. Mimo twoich umiejętności to raczej klacz prowadziła ciebie niż ty klacz. Ale nie mnie to oceniać , może tak się jeździ w Londynie. - odparł , a ja byłam oburzona jego ciętym językiem. - Kim ty w ogóle jesteś , że masz czelność mnie obrażać? - zapytałam i , aby podkreść moją wściekłość , uniosłam głowę do góry zadzierając nosa. - Chris, jestem tutaj stajennym. Oh tak, przepraszam panienke.Nie jestem godzien pewnie, nawet z tobą rozmawiać - mówiąc to spojrzał na mnie z wyrzutem, a jego wielkie , błękitne oczy mówiły same za siebie co na prawdę o mnie myśli. I wtedy coś we mnie uderzyło. Zabolało mnie to, że ma złe zdanie na mój temat. Nie chciałam żeby znał mnie z mojej snobistycznej strony, którą doskonale dopracowałam w Londynie. Chciałam żeby poznał prawdziwą Jasmine. - Poczekaj, nie o to mi chodziło - powiedziałam z należytą skruchą w głosie, lecz on dochodził już do frontowych drzwi stajni. - A o co ci chodziło? Przyjeżdżasz do Adderley i uważasz się za niewiadomo kogo. To, że należysz do Londyńskiej elity nie znaczy, że jesteś lepsza od nas. Twoja ciotka ogromnie cieszyła się z twojego przyjazdu, a my wszyscy ciężko pracowaliśmy,żeby gospodarstwo wyglądało należycie na twoją wizytę. Alexandra nie spała po nocach meblując twój pokój. Chciała spędzić ostatnie miesiące w domu, któy kocha z osobą , którą kocha a ty robisz nam taki numer ? Jeżeli faktycznie jesteś lepszą od nas , to po twoim zachowaniu nie idzie tego wywnioskować. - powiedział to tak szybko , że ledwo udało mi się zrozumieć sens jego wypowiedzi, a on już był na zewnątrz. Po całym zajściu nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Krzątałam się bez celu po zapuszczonym gospodarstwie ciotki Alexandry. Wróciłam do domu i usiadłam na krześle przed pękniętym lustrem. Kim ja właściwie byłam ? Co prezentowałam ? Byłam tylko opakowaniem pustym w środku. Tak też się właśnie czułam. Pusta, wymięta , bezwartościowa. Od śmierci mamy żadko kiedy się uśmiechałam. Bo i dla kogo ? Taty nie było całe dnie w domu. Ostatnio, jeżeli nie wliczać monologów taty na temat mojego zachowania, rozmawialiśmy ze sobą cztery lata temu tuż po pogrzebie mamy. Tata siedział na krawędzi mojego łóżka i trzymał mnie w objęciach. W pamięć zapadły mi słowa jakie wtedy do mnie wypowiedział " Nie płacz kochanie, wszystko kiedyś mija " . Ból jaki czuliśmy po stracie matki połączył nas ze sobą. Na jakiś czas staliśmy się nierozłączni. Tata zabierał mnie na polowania, uczył jazdy konno, zabierał na wystawy i przyjencia, ale tak jak powiedział "wszystko kiedyś mija". Nasza niezwykła więź również minęła. Tata wyjeżdżał coraz częśćiej z domu, a ja zostawałam sama z Meredhit. Wśród obsługi krążyły plotki, że kogoś sobie znalazł. Zaczęłam podejrzewać, że faktycznie może tak być. Prosiłam więc ojca, kiedy wyjeżdrzał z domu, aby zabierał mnie ze sobą. Ani razu tego nie zrobił. Sprzątaczki szeptały, że ucieka z domu do innej kobiety, ponieważ za bardzo przypominam mu matkę. Możliwe, że coś w tym było. Od czterech lat widywałam tatę jedynie w niedziele. Nie wychodził już tak często, lecz unikaliśmy siebie. Nasze kontakty ograniczały się jedynie do reprymend , któe mi wydawał. Teraz patrzę w lustro i nie widzę już tam dawnej Jasmine, która umiała cieszyć się życiem. Przede mną widnieje odbicie dziewczyny, którą widuje codziennie, lecz jej nie zanm. Jest jak jedna z tych osób, które codziennie gdzieś bywają ,ale są na tyle przezroczyste, że nikt ich nie zapamiętuje. Byłam jedną z tych osób. A właściwie to nie ja nią byłam, tylko dziewczyna, którą widziałam w lustrze. Nie chciałam się z nią utorzsamiać. Łzy pociekły mi po policzkach, ale natychmiast postanowiłam wziąć się w ryzy. Usłyszałam kroki na dole i zbiegłam po schodach do kuchni. Przy jednej z półek stała ciotka wypakowywując zakupy. Słysząc mnie odwróciła się z zakłopotanym uśmiechem na twarzy. - Jasmine, ale ty pięknie dziś wyglądasz. Jakbym spoglądała na portret twojej matki - powiedziała ciotka i z zachwytem zlustrowała wzrokiem mnie w swojej sukience w kwiatuszki. - Kupiłam warzywa na zupę . Za godzinę będzie gotowa. Do tego czasu możesz robić co chcesz - obwieściła ciocia i zaczęła kroić seler. - Nie potrzebujesz przypadkiem pomocy, ciociu ?- zapytałam. - Oh kochanie, nie będę ciebie do tego zmuszała. To mają być dla ciebie miłe wakacje , a z tego co mówiłaś nie przywykłaś do pracy - powiedziała ciocia wpatrując się we mnie ze zdziwioną miną. Była najwyraźniej zaskoczona moją propozycją. - Z tego co zdążyłam się tutaj nauczyć , to każde ręce do pracy są potrzebne, a moje akurat są wolne. Tylko niestety, ciociu, będziesz musiała mi wytłumaczyć wszystko do podstaw - pwoeidziałam z uśmiechem. Ciocia rozdziawiła ze zdziwienia buzie,a ja postanowiłam nie zwracać na to uwagi. Już dawno nie byłam dla nikogo miła i musiało wychodzić mi to nieporadnie. - W takim razie kochanie możesz pomóc mi kroić warzywa. - mówiąc to ciocia sięgnęła po duży , stalowy nóż i podała mi go. Moje nieumiejętne obieranie marchewki rozbawiło nas obie. Reszte dnia spędziłyśmy razem. Ciotka uczyła mnie właściwie wszystkiego od podstaw - sprzątania, krojenia warzyw. Byłam beznadziejna w kompletnie każdej czynności domowej. Pod wieczór udałam się do swojej sypialni. Byłam ogromne zmęczona, ale było to kojące uczucie. Wiedziałam, że zrobiłam coś dobrego, że pozostawiłam po sobie jakiś ślad. Z uśmiechem na ustach usnęłam i z tą samą radosną miną powitałam kolejny dzień. Tym sposobem minął tydzień. Mój pierwszy tydzień w Adderley. Pracowałam ciężko od dnia do nocy chcąc udowodnić sobie i innym, że nie jestem tylko pustą lalką z Londynu. Wykonałam kawał dobrej roboty co za każdym razem zauważała ciotka Alexandra. Dzisiejszy dzień nie był aż tak pracowity. Udałyśmy się z ciotką do miasta po zakupy. Moja opiekunka była niezmiernie lubiana w Adderley. Nie na próżno bibliotekarz nazwał ją "duszą miasteczka". Wtedy przypomniałam sobie moją rozmowę ze staruszkiem i poczułam dreszcz niepokoju. " Posiadłość twojej ciotki w krótce zostanie zburzona " - mówił staruszek podczas mojej wizyty w bibliotece pierwszego dnia w Adderley. Kompletnie się tym wtedy nie przejełam. Starałam się nie dać nic po sobie poznać, aby ciotka Alexandra nie zorientowała się, że coś jest nie tak. Przyżekłam sobie jednak jeszcze tego wieczoru porozmawiać z ciotką na ten temat. Po powrocie do domu ropakowałyśmy zakupy. Poukładałam produkty na odpowiednie miejsca i zabrałam się za przyżodzanie kolacji. Kiedy skończyłam zaniosłam talerze do jadalni. Ciocia siedziała przy kominku , który wpuszczał do pokoju przyjemne , ciepłe światło . Na jej twarzy widniał spokój, oczy miała rozmarzone jakby cofała się myślami w przeszłość. Usiadłam obok niej na zgniłozielonej wersalce. - To ja i twoja matka , kiedy byłyśmy w twoim wieku - powiedziała ciotka podając mi zniszczoną fotografię. Arkusz przedstawiaj dwie dziewczyny w równych sukienkach. Jedna o wzorcowej postawie i głowie uniesionej wysoko stała wpatrując się w obiektyw z przepięknym uśmiechem, druga stała lekko zgarbiona , w jednej dłoni trzymała falbanę sukni , drugą zaś poprawiała rozwichrzone włosy. Śmiała się z czegoś , bądź kogoś stojącego za fotografem. - Lucy jak zwykle wyszła pięknie - powiedziała ciotka wskazując na idealnie wyprostowaną nastolatkę. - Ciociu chciałabym z tobą o czymś porozmawiać- zaczęłam nieśmiało odchodząć od tematu rodzinnych fotografii. - Słucham Cię, kochanie - powiedziała ciocia , a jej twarz przybrała przyjazny wyraz zachęcając mnie do wydukania z siebie tego, co miałam do powiedzenia. - Mojego pierwszego dnia w Adderley wieczorem poszłam się przejść do biblioteki. Poznałam tam pewnego miłego staruszka - rozpoczęłam z nadzieją, że ciocia domyśli się o co może mi chodzić zanim będę musiała dalej drążyć ten niezręczny temat. -Ah tak, Pan Frank. Opowiadał mi, że u niego byłaś. Był zaskoczony pozycjami , które dla siebie wybrałaś. - przyznała ciocia. - Tak , to prawda - uznałam z uśmiechem - powiedział mi coś jeszcze. Coś na temat Adderley - ciągnęłam dalej. -Jasmine, możesz mi powiedzieć co ci leży na sercu - zachęcała mnie ciotka . - Chodzi o to, że Pan Frank powiedział, że twoja posiadłość ma zostać wyburzona - powiedziałam to zdanie jednym tchem tak szybko, że zaczęłam się zamartwiać , czy ciotka zrozumiała co mówiłam. Zapadła niezręczna cisza. - Przepraszam Jasmine, ale nie chcę o tym rozmawiać. Pójdę już do siebie - odparła ciocia wstając z wersalki. Kiedy zbliżyła się już do drzwi prowadzących na korytarz z kuchni wbiegł Chris. - Mojej mamie się pogorszyło - powiedział zdyszany chłopak. -Alexandro błagam, pożycz mi powóz z końmi żebym mógł pojechać do miasteczka po lekarza - błagał Chris. Wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Oczy miał podkrążone i zapadnięte. Usta blade. Wyglądał jakby to on potrzebował lekarza. - Chris, przecież to oczywiste. Martwi mnie tylko to, czy sobie poradzisz - powiedziała ciotka l, lustrując zmęczonego chłopaka, dodała - Nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych