Wróć do katalogu

Agata

Agata to młodzieńcza miłość bohatera. Poznaje ją mając jakieś 16 lat i zakochuje się od pierwszego wejrzenia:) Jednak, jak to często bywa, tylko początki są takie piękne:(

andriosz, opublikowano , 38 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Agata

Agatę zobaczyłem po raz pierwszy na procesji Bożego Ciała. Miałem wówczas jakieś 16 lat i jak co roku miałem przejść tymi samymi ulicami razem z procesja z mojego kościoła. Specjalnie na to ważne święto przyozdabiano ulice i okna domów, stawiano małe ołtarze, przy których później procesja się zatrzymywała i modliła pod przewodnictwem księdza proboszcza. Ulice były wówczas zamknięte dla ruchu pojazdów i można było nimi spokojnie przejść co normalnie by się nie udało z powodu dużego ruchu, który zawsze tam panował. Owego pamiętnego, wiosenna dnia pogoda była przepiękna – ciepło, słonecznie a wokół unosił się zapach rzucanych przez dzieci kwiatów. Osobiście najbardziej lubiłem właśnie wiosnę, później jednak mi się to zmieniło i przestałem tak na nią wyczekiwać i tak się nią cieszyć, kiedy nadchodziła, zacząłem z grubsza traktować jednakowo wszystkie pory roku i jeśli wiosna się opóźniała, po długiej i ciężkiej zimie, nie tęskniłem do niej każdego dnia, raczej żyłem dniem bieżącym, jaki by nie był. Czy była to obojętność? Tak, chyba popadłem w końcu w taki stan. Ale wtedy jeszcze wiosna była dla mnie wyjątkowa a tym bardziej, że poznałem Agatę, która na długo potem została dla mnie symbolem wiosny, rodzenia się czegoś nowego, a w tym przypadku było to uczucie do niej, które było pierwszym dla mnie tak silnym ale jednocześnie i niedojrzałym, jak się okazało, choć mógłbym wtedy przysiądź, że było inaczej. To jej nagłe pojawienie się było podobne do tego pięknego wiosennego dnia, który wyłonił się również niespodzianie, jakby specjalnie na to święto, z mroków zimy, która panowała niepodzielnie jeszcze niedawno w mieście. Wówczas jeszcze byłem wrażliwy na każde przyjście wiosny i wyczekiwałem niecierpliwie dnia, kiedy ona przychodziła ze śpiewem ptaków i zapachem palonych traw i liści na działkach i w ogrodach, z pierwszymi cieplejszymi powiewami wiatru, z topnieniem śniegów zakrywających pola i z promieniami Słońca, które coraz dłużej gościło na niebie. To jej pierwsze tchnienie było takie delikatne ale już odczuwalne, i wyraźnie różniło się od tego, co przynosiły ze sobą zimowe dni. Choć trwało ono bardzo krotko, by rozkwitnąć za chwile pełną wiosną a potem dojrzałym latem, to było ono najpiękniejsze i tak też było z Agata, z jej pierwszym pojawieniem się, zauroczeniem, które opanowało mnie z zaskoczenia, wdzierając się do mojego serca ale z wdziękiem i gracją. Zobaczyłem ja w pewnym momencie, kiedy szła wraz z potokiem ludzkim, który niczym rzeka toczył swoje wody po ulicach. Zobaczyłem i nie potrafiłem przejść dalej, zatem już do końca procesji nie spuszczałem jej z oka utrzymując nieznaczny dystans. I sam się wtedy sobie dziwiłem, że nie widziałem jej wcześniej w kościele i zaraz po zakończeniu uroczystości wiedziałem, że coś jest inaczej, że coś się zmieniło we mnie, i czułem wyraźnie, że jutro już nie będzie takie samo, jak dzisiaj i choć kładąc się spać, jeszcze nie byłem tego tak do końca pewien, za to już budząc się następnego dnia rano, wiedziałem, że się zakochałem. Zakochałem się w wiosennej nieznajomej, którą wczoraj widziałem pierwszy raz w życiu. Nie należała ona do grona moich koleżanek, o których myślałem nie raz różne rzeczy, także te związane z uczuciami czy wzajemnymi relacjami, które zawsze teoretycznie mogłyby się zmienić. Jednym słowem odnośnie moich koleżanek czasem kalkulowałem. A tu było pełne zaskoczenie, jak gdyby atak znienacka, nie dający chwili na zastanowienie, na jakąkolwiek nieszczęsną kalkulację. Przyznać muszę, iż nie raz myślałem o tej czy o tamtej znajomej, to znaczy zastanawiałem się, czy mi się ta czy inna podoba, czy może i ja, tej lub owej się podobam, czy może mogłoby coś być miedzy nami ale nigdy nic takiego nie poczułem do nich, co w tym momencie do Agaty. I właśnie to, że nie była jedną z nich, moich dobrze znanych lub tych nawet mniej znanych koleżanek, że nie należała do mojego otoczenia, to właśnie było dla mnie takim zaskoczeniem. Tu strzała Amora wyprzedziła wszelkie rozważania. Czasem idąc na jakąś dyskotekę czy gdziekolwiek, gdzie miały być dziewczyny myślałem, że może kogoś spotkam a w ten dzień tak skupiłem się na aurze, że nie zdążyłem nic przewidzieć w tej kwestii. Dzięki temu, że nic w danej chwili się nie zakładałem lub wręcz zakładałem, że nic specjalnego się nie wydarzy, z pozoru zwyczajny dzień potrafił mnie zaskoczyć, obudzić, wręcz wyrwać z przyzwyczajenia niczym pierwszy niespodziewany wiosenny poranek, którego poprzedniej nocy jeszcze nic nie zapowiadało. Byłem więc przemieniony, i dobrze zdawałem sobie sprawę z jakiego powodu, za czyją sprawą bo wciąż miałem wciąż przed oczami jej jasne długie włosy, szczupłą figurę i to spojrzenie, które, zdawało mi się, a nawet byłem pewny, że było specjalnie dla mnie i tylko dla mnie, jak dla pokrewnej duszy, dla tej jedynej, na którą się czeka całe życie i w końcu się znajduje. Skoro więc wiedziałem, a to już było coś, to miałem motywacje, której tyle razy wcześniej mi brakowało bo nie byłem pewien swoich uczuć. Teraz trzeba było tylko poznać nieznajomą i od razu pomyślałem, że skoro ona była na procesji, to pewnie chodzi też do tego samego kościoła, co ja a zatem poznanie jej będzie już tylko kwestią czasu. Czas jednak w takich momentach dłużył się w nieskończoność. Postanowiłem, że w najbliższą niedzielę pójdę do kościoła na wszystkie msze tak aby w końcu na którejś spotkać nieznajomą z procesji. Nie posądzałem ją o to, że w niedziele śpi krócej jak do 10 więc zacząłem od mszy o 11 ale nie było jej tam wiec zrobiłem kółko za torami kolejowymi koło ogródków działkowych i zjawiłem się ponownie o godzinie 13. Ku mojemu zdziwieniu, w momencie kiedy wchodziłem na schody kościoła, ona robiła to samo i po chwili spojrzeliśmy sobie w oczy i znów jakby poraził mnie prąd. Uśmiechnąłem się może trochę na siłę chcąc w jakiś sposób dać się jej zapamiętać i przepuściłem ją przez wielkie drzwi do kościoła. Powiedziałem przy tym krótkie „proszę”, ona nic nie odpowiedziała ale się uśmiechnęła. Ten uśmiech był dla mnie czymś niesamowitym. Zastanawiałem się wówczas, co mam zrobić - iść dokładnie za nią, czy może w zupełnie inną stronę, a może od razu nawiązać rozmowę, co prawda była przecież msza więc byłoby to trochę sztuczne, a zatem postanowiłem, że pójdę za nią bez słowa, jak gdyby nigdy nic. Było już dużo ludzi i trzeba było ich cały czas wymijać a moja tajemnicza nieznajoma wciąż przepychała się do przodu i do przodu. Gdybym był sam, nie pchałbym się aż tak blisko ołtarza w takim tłumie ale teraz jakaś siła ciągnęła mnie coraz dalej. Agata, wtedy rzecz jasna nie wiedziałem jak ma na imię, była wysoka, co pozwoliło mi nie zgubić jej z oczu. Wreszcie zatrzymała się na wysokości drugiej ławki a ja tuż za nią i tylko zerkałem na nią często. Staliśmy w tłumie prawie na wyciągniecie ręki. Pomyślałem jednak, że nie będę za bardzo natrętny bo może się jeszcze ona przestraszy i odsunąłem się o dwa kroki w bok. Głupio mi było stać tak zaraz przy niej niby przypadkiem a jednak nie do końca. Ksiądz opowiadał swoje, a ja w ogóle go nie słuchałem, myśląc już, jak rozegrać sprawę przy wyjściu z kościoła - czy znów iść za nią czy może lepiej od razu przed nią i poczekać przy schodach, jak będzie wychodzić. Zresztą czasem nie ma co planować bo i tak stanie się coś nie przewidywanego i trzeba będzie postąpić zupełnie inaczej, działając instynktownie. Na mszy nie uważałem wcale ale byłem przecież już o godzinie 11 więc teraz mogłem sobie na to pozwolić, tak przynajmniej sobie tłumaczyłem. Kiedy msza dobiegała końca, ja nerwowo zerkałem na dziewczynę, czy już wychodzi czy może jeszcze nie. Postanowiłem się wycofać i z odległości kontrolować sytuację. Stanąłem jakieś 10 kroków dalej a potem jeszcze następne 10 i wreszcie się doczekałem – odwróciła się i skierowała do wyjścia. Cały czas było bardzo dużo ludzi wiec i ja wskoczyłem w ich wolno sunący pochód. Przy drzwiach zawsze było ciaśniej, potem w naszym kościele była kruchta i kolejne drzwi prowadzące już na zewnątrz. Kiedy już udało mi się wydostać, zszedłem po schodach i czekałem patrząc na wychodzących. W końcu i moja wiosenna miłość wyszła a ja zafascynowany stałem i patrzyłem, jak schodziła po schodach. Kiedy była już blisko mnie, spojrzała na mnie jak gdyby odruchowo wiec się uśmiechnąłem i powiedziałem: - Ale tłum, prawie jak w Boże Ciało. – i zastanawiałem się, co mi odpowie, choć miałem przeczucie, że nie będzie z nią tak łatwo, że odpowie mi coś zupełnie innego, że nie pójdzie tak jak z płatka. Już tak bywało i nie tylko chodziło o dziewczyny ale o różne inne rzeczy, które chciałem załatwić i spodziewając się danej odpowiedzi, otrzymywałem w zamian coś zupełnie zaskakującego, czego nie brałem w ogóle pod uwagę. - Słucham? – zapytała, jakby nie dosłyszała co powiedziałem ale musiała przecież słyszeć wyraźnie każde słowo. - Mówiłem tylko, że strasznie dużo ludzi było w kościele. - To chyba dobrze. – odparła. - Tak, choć nie zawsze tyle przychodzi a to już nie jest wtedy takie dobre. - I... - odparła ze zdziwieniem. - Aaaa nic, tak tylko mówię. - Przepraszam, czy my się znamy? - W pewnym sensie tak, przynajmniej z widzenia – odpowiedziałem. - Oj chyba mnie z kimś mylisz. Ja cię wcale nie znam - odparła, co zaczęło mnie zbijać z tropu bo mógłbym przysiądź, że to przecież z nią wymieniłem kilka długich spojrzeń w Boże Ciało a także dziś przed mszą i potem w kościele. – Musiała mnie zapamiętać – pomyślałem. Niestety spojrzała na mnie zdziwiona, że niby dlaczego miałaby mnie znać i zaczęła iść w swoją stronę, na co ja również ruszyłem z miejsca chcąc dotrzymać jej towarzystwa i kontynuować rozmowę. - Chodzimy do tego samego kościoła. – dodałem próbując podtrzymać rozmowę. – Stąd się znamy – wyjaśniałem dalej. - Tak ale ja cię nie pamiętam z kościoła, sam zresztą powiedziałeś, że przychodzi tu tyle ludzi. - Czasem jednak kogoś się zapamięta – zauważyłem. - Z kościoła powinno się zapamiętywać inne rzeczy, nie uważasz? - Aaaa, jeśli chodzi o to, to kazanie pamiętam doskonale. Mogę nawet powtórzyć. – odparłem czekając na jej ripostę ale ona jak gdyby nigdy nic szła dalej nie zwracając na mnie większej uwagi. A szła szybko. Była wysoka i miała naprawdę długie nogi. - Szybko idziesz. – zauważyłem. - Tak, bo się spieszę. - A dokąd się tak spieszysz? - Do domu. A ty nie idziesz do domu? - Właśnie idę. – odparłem bo istotnie był to kierunek, który można było obrać aby dotrzeć do mojego domu ale raczej okrężną droga. - Nie poszło dobrze – pomyślałem – bawi się ze mną i tyle, przecież wiem, że zwróciła na mnie uwagę a teraz ucieka, a może wystawia mnie na próbę, ile wytrzymam albo sprawdza moją inteligencję? - bo faktycznie nie łatwo mi się z nią rozmawiało. Odniosłem wrażenie, że jest bardzo bystra i inteligentna, to znaczy bardziej niż ja. – Co robić, co robić? – pomyślałem i szedłem obok niej dłuższą chwilę w zupełnym milczeniu. Pomyślałem o inteligencji ponieważ miałem kiedyś taką koleżankę, która mi się bardzo podobała ale na moje zaloty odparła, że ona preferuje chłopaków inteligentnych, wysokich i z szerokimi ramionami, dając mi w ten sposób do zrozumienia, że ja się do nich nie zaliczam, notabene ze wszystkich trzech powodów. Wiec od tamtej pory często zastanawiałem się, jak bardzo jestem inteligentny do tego nad swoją muskulaturą pracowałem na treningach karate a i ze wzrostem w którymś momencie mi się poprawiło, wystrzeliwszy ponad metr osiemdziesiąt od ziemi. - Mieszkam niedaleko – znów podjąłem temat – o zaraz obok tej szkoły. - Aaaa, chodziłam tam – odparła. - Ja tez przez kilka lat bo potem zmieniłem szkołę właściwie to było w ostatniej klasie, wiesz narozrabiałem trochę i musiałem się przenieść. - Znaczy się wyrzucili cię ze szkoły? Ale ty nie wyglądasz na łobuza. No chyba, że to taka cicha woda z ciebie. Masz minę takiego grzecznego chłopca. – zaśmiała się. - Hehe, dziękuję za komplement. - To nie miał być komplement ale skoro tak to odebrałeś to lepiej dla ciebie. - Szkoda że nie komplement. A co do szkoły to zostałem karnie przeniesiony. Pobiłem syna nauczycielki i notabene naszej wychowawczyni ale to były dawne czasy teraz już jestem sprytniejszy – powiedziałem – a bije się tylko na zawodach sportowych – dodałem, myśląc, że to ją może zainteresuje. - To co jesteś jakimś bokserem? - Nie, trenuję karate – odparłem z dumą. - Nie lubię karate – odparła krótko. - Dlaczego? - Po prostu mi się nie podoba. - A jaki sport... - Ooo ale ty mnie męczysz! Co to klasówka jest? Za bardzo jesteś ciekawy. Mam prośbę, możesz nic do mnie nie mówić. Potrafisz iść obok kogoś i nic nie mówić? Co? - Spróbuję skoro to ci przeszkadza. - Bolą mnie uszy zresztą milczenie jest złotem, słyszałeś? - Tak mówią ale fajnie jest czasem pogadać. - No właśnie a ty znów gadasz! - Dobra już się zamykam. – no i się zamknąłem przynajmniej na te kilka minut, w których szliśmy tak niby razem, niby osobno. Ona wciąż o pół kroku przede mną, jakby celowo chcąc mi pokazać, że to tylko mi się wydaje, że idziemy razem. Głupio się czułem prawdę mówiąc, bo z jednej strony chciałem aby ta nasza wspólna przechadzka trwała jak najdłużej bo czułem się świetnie obok mojej bogini ale z drugiej, wręcz chciałem uciec od niej, i nie naprzykrzać się, skoro dawała mi do zrozumienia, że moje wysiłki nawiązania kontaktu nie robią na niej najmniejszego wrażenia a wręcz jej przeszkadzają. Dochodziliśmy właśnie do świateł na skrzyżowaniu ulic ale ona pomimo czerwonych weszła na jezdnię i szła dalej zostawiając mnie w tyle. – Ma charakterek! – pomyślałem. Jakiś kierowca trąbił ale nie na nią tylko już na mnie bo się zagapiłem i też chciałem wtargnąć na ulice żeby utrzymać się choćby o te pół kroku za nią ale nagle pojawił się ni stąd ni z zowąd ten samochód. Ruch uliczny był zresztą na tyle duży, że zrezygnowałem z pogoni i czekałem na zielone światło. Kiedy światła się zmieniły ruszyłem truchtem za jednostajnie oddalającym się obiektem moich snów. Kiedy go dopadłem powiedziałem z wyrzutem: - Czerwone było! Zawsze tak przechodzisz? - Zawsze jak mam ochotę. - Ja też miałem ale jakoś mi się nie udało. - Widać za mało chciałeś. – I znów szliśmy kilkadziesiąt metrów w milczeniu. Do następnych świateł był spory kawałek więc znów rozkoszowałem się tym, że idę obok dziewczyny moich marzeń. W którymś momencie ona się odezwała. - Chcesz mnie odprowadzić do domu czy co? - Jeśli nie masz nic przeciwko. - Jest mi to obojętne ale skoro nie masz nic ciekawszego do roboty, to proszę bardzo, możesz mnie odprowadzić. - Zawsze tak szybko chodzisz? – zapytałem. - Spieszę się, już ci mówiłam. – odparła a ja za każdym razem, kiedy coś mówiła przyglądałem się jej twarzy i zapamiętywałem coraz to nowe szczegóły, choćby takie jak kolor oczu, kształt ust i to, że miała taka małą przerwę miedzy górnymi jedynkami, co zresztą zawsze mi się bardzo u dziewczyn podobało. Nie omieszkałem także przyjrzeć się jej uszom. Można powiedzieć, używając technicznego słownictwa, że zeskanowałem jej twarz i zapisałem w swojej pamięci. Szliśmy dalej. Ona przez cały czas żuła gumę. Było w tym akurat coś czego nie lubiłem bo uważałem, że porządna dziewczyna nie powinna żuć gumy w taki sposób - mlaskając i otwierając wciąż szeroko usta i od czasu do czasu robiąc balony. Prawdę mówiąc ja tak nie potrafiłem. I im dłużej z nią szedłem, tym bardziej przekonywałem się, że nie jest taka, jak ją sobie przez ten tydzień jaki jej nie widziałem wyobrażałem. Nagle skręciliśmy w osiedlową uliczkę a ona skinęła głową i powiedziała: - Tu mieszkam. – Stanęła tyłem do szerokiej bramy prowadzącej na jej podwórko i zaraz spojrzała na mnie. A ja chcąc przedłużyć jeszcze rozmowę choć właściwie nie rozmawialiśmy, napomknąłem coś o moim koledze Robercie, który zgodnie zresztą z prawdą mieszkał akurat w tej kamienicy. - Nie znam żadnego Roberta. - odparła. – Jasne! – pomyślałem. Nie znajdując lepszego pytania wypaliłem: - A ty gdzie poszłaś po podstawówce? – spytałem. - A co, interesuje cię to? - No wiesz skoro chodziliśmy do tej samej szkoły podstawowej. - I co z tego? - Nic, po prostu jestem ciekaw, gdzie się teraz uczysz. - W szkole gastronomicznej. Kucharką chce zostać. A co? – odparła. - Fajnie też mam tam kumpla ale pewnie nie znasz. - Ooo, widzę, że ty wszędzie masz kolegów. A może jednak go znam? Zresztą nie ważne. To co odprowadziłeś mnie już więc się chyba pożegnamy? - Aaaa, tak w ogóle to Andrzej jestem. – powiedziałem. - Agata. – i odwróciwszy się na pięcie weszła w bramę. - Będziesz w niedziele w kościele? – spytałem jeszcze na obchodne. - Może. Nie wiem zresztą, to zależy czy mi się będzie chciało.– odpowiedziała już nie patrząc na mnie ale na ścianę. Patrzyłem jeszcze przez chwilkę aż znikła w drzwiach kamienicy po czym i ja udałem się do domu. Wracając czułem ulgę ale i pewien niedosyt, że poszło zupełnie nie tak jak sobie wyobrażałem, że znów nie potrafiłem przewidzieć albo ze założyłem błędny scenariusz. W rzeczy samej nie spodziewałem się, że nasza rozmowa tak będzie przebiegać. Z reguły dziewczyny, które wcześniej poznawałem, zachowywały pewną nazwijmy to etykietę, nawet wówczas, kiedy moja obecność czy rozmowa ze mną, nie były im na rękę. Fakt faktem, że nie oznaczało to powodzenia ale przynajmniej zachowane były pewne pozory, dobry ton lub może lepiej dobra mina do złej gry. A tutaj w rozmowie z Agatą nie było żadnych grzecznych uśmiechów, przytakiwań i uprzejmości. Z jednej strony miałem wrażenie, że ona była dokładnie taka, z jaką się wtedy spotkałem, że nie było innej Agaty. Z drugiej jednak, w głębi serca czułem, że ona tylko zgrywała taką a w istocie też chciałaby się ze mną spotkać za tydzień. Wracałem do domu mimo wszystko szczęśliwy, napełniony uczuciem, nadzieją, w końcu samym widokiem Agaty, brzmieniem jej głosu i tym wszystkim, co zdążyłem zaobserwować u niej przez te kilkanaście minut naszego wspólnego spaceru. Nie mogłem doczekać się następnej niedzieli, bo wierzyłem, ze znów za tydzień się spotkamy. Co prawda powiedziała – może – ale, co mogła powiedzieć skoro mnie nie znała. To był dla mnie bardzo długi tydzień. Zasypiałem i budziłem się z myślą o niej, a także w ciągu dnia łapałem się na tym, że o niej marzyłem. Idąc wreszcie w następną niedzielę na mszę, miałem pewne obawy, czy w ogóle to miało sens. Ale kiedy ją zobaczyłem, wszystkie one nagle się rozpłynęły. Tym razem ludzi było o wiele mniej, więc bez problemu wypatrzyłem moją królową, jak siedziała w drugiej ławce. Ja siedziałem gdzieś z tylu i cały czas zerkałem w jej kierunku. Po mszy znów ją odprowadziłem do domu, rozmawiając trochę więcej niż poprzednim razem ale również z długimi przerwami na milczenie, kiedy widziałem, że miała dość mojego gadania. Sytuacja powtórzyła się znów za tydzień i tak przez kolejne dwa czy trzy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych