Artefakt
Polska odpowiedź na Stalowego Szczura (druk w Science Fiction cz1. 2002, cz2. 2003) wkrótce powróci z dwoma nowymi opowiadaniami!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nadgarstki przymocowali nam do poręczy, a kostki do przednich nóg krzeseł. Zarówno na mojej, jak i na twarzy żony malowało się przerażenie. Tyle, że ja miałem nad nią przewagę. Wiedziałem kim są nasi oprawcy, czego od nas chcą, no i mój strach był tylko udawany.
Przyjrzałem się Suzie. Była bardzo atrakcyjną, długonogą blondynką o sporych wypukłościach w odpowiednich miejscach. Talię miała jak osa, mniej więcej taki sam rozum. I to było właśnie wszystko, czego oczekiwałem od żony. Przez dwa ostatnie lata uchodziłem w jej oczach za bogatego biznesmena. Przy jej ilorazie inteligencji nie miała prawa domyślić się prawdy. Kłopot Suzan polegał na tym, iż uznałem, że właśnie przyszedł czas na rozwód. Zdążyłem sobie wyrobić w światku krezusów kilku planet odpowiednią renomę i przykrywka z żony nie była mi już potrzebna. Mój problem stanowiło to, że zgodnie z tutejszym prawem mąż składający pozew rozwodowy musiał podzielić się z byłą małżonką połową majątku zarobionego w okresie trwania związku. Nie uśmiechało mi się to, tym bardziej, że zamierzałem pozbawić ją również tego, co przechowywała na swoim koncie. Zapewne mogłem to wszystko zrobić w mniej wyszukany sposób, ale gdybym ją zlikwidował miałbym problemy ze stróżami porządku. Naruszyło by to moją nieskalaną opinię, a tego przecież nie chciałem. Po co ktoś miał się mną interesować? Wybrałem więc bardziej okrężną drogę...
Dziś zaraz po wyjściu z filharmonii ruszyliśmy autostradą w kierunku domu. Niby przypadkowo ominąłem zjazd i po kilku jeszcze pomyłkach wylądowaliśmy w slumsach. Tu rządy niepodzielnie sprawowała Mafia. Mało subtelna w swych działaniach, ale jednocześnie bardzo czytelna. Nie musiałem długo czekać, byśmy wpadli w łapy Dzieci Ulicy, czeladników, którzy drobnymi kradzieżami dorabiali się dobrego imienia w szeregach organizacji.
- No suko, otwórz oczy! - krzyknął do Suzie jeden z trzech znajdujących się w pomieszczeniu szczeniaków.
Nie opierała się, toteż gładko zeskanował wzór jej siatkówki. Potem przyszła kolej na mnie. Uniosłem wysoko powieki wykazując chęć współpracy.
- Dobra. A teraz podaj nazwę banku, numer konta i hasło. - rzucił do żony.
- Nie pamiętam... - skłamała.
Odetchnąłem z ulgą. To było dokładnie to, na co liczyłem. Byłem pewien, że bez dodatkowej "zachęty" nie zechce ujawnić klucza do tego, co najbardziej w życiu ceniła, a na co ciężko pracowała tyłkiem od wielu lat.
- A ty? - zwrócił się do mnie.
- Drugi Bank Rządowy w Kato, konto numer 23-572-25, hasło "cukiereczek". To konto mojej żony...
- Ty świnio! - usłyszałem głos Suzan.
- Przykro mi kotku, ale nie chcę denerwować tych ludzi. - odparłem spokojnie.
Właściwie to było dziwne, ale w tym trzyosobowym oddziale Dzieci znajdowała się dziewczyna. Siedziała na krześle w końcu pokoju. Siostry robiły raczej za prostytutki, niż zajmowały się takimi akcjami.
Trzeci z nich właśnie zaczął wklepywać podane przeze mnie dane do komputera.
Zerknąłem na żonę. W oczach miała płomienie, które gdyby mogły, spopieliłyby mnie. Ale niestety... nie mogły. Poza tym nie zdawała sobie sprawy, że jej koszmar dopiero się zaczynał.
Mafia była organizacją przestępczą działającą na terenie całej naszej planety. Miała mniej więcej takie same wpływy na jej życie, jak politycy Rządu. Tyle, że Mafia miała swoje sztywne zasady, prawa dotyczące praktycznie każdej nawet najdrobniejszej sprawy. Nikt nie mógł ich złamać. Ani Dziecko, ani Dziadek. A przepis dotyczący sytuacji w której właśnie się znaleźliśmy był przejrzysty. Bogacz udupiony przez Dzieciaki musi podać numer konta. Jeśli zrobi to dobrowolnie, wychodzi bez szwanku. Gdy jednak jest oporny zaczynała się zabawa. Najpierw odcinano palec, potem dłoń, stopę, a w końcu mężczyźnie członka, a kobiecie pierś. Nic, czego nie dałoby się później odtworzyć. W razie jednak, gdyby to nie poskutkowało wypuszczano ofiarę wolno, bo nikt nie kryłby kasy mimo cierpień. A nie wolno im było zabijać. Złamanie przepisów Kodeksu najczęściej wiązało się ze zlikwidowaniem niesubordynowanego gamonia. Więc niczym nie ryzykowałem.
Wiedziałem to wszystko, bo sam kiedyś byłem Dzieckiem Ulicy i zawsze, co najwyżej, musiałem dochodzić tylko do odcięcia stopy.
- Zgadza się. - usłyszałem gnojka przy komputerze - Nie kłamał.
Ten, który z nami rozmawiał wziął ze stołu niewielkie szczypce, bezceremonialnie złapał Suzan za palec wskazujący i mimo nieudolnych prób wyswobodzenia się, popartych przeraźliwym wrzaskiem, zacisnął ostrza. Palec spadł na podłogę, polała się krew. Krzyki się wzmogły. Znajomy obrazek z dzieciństwa. Chwila przerwy i przytknął do jej rany dezynfekator. Trafiła na sadystę, bo urządzenie miało włączone jedynie odkażanie i zasklepianie ran, kontrolka opcji przeciwbólowej była zgaszona. Zapowiadała się niezła zabawa.
- Za co?!!! - wyła - Przecież mąż wam powiedział!...
- Dlatego jest cały. Teraz jeszcze podaj mi swój numer. - zwrócił się do mnie ten ze szczypcami.
- Spytaj ją. Ja już wam powiedziałem wszystko, co pamiętam. Podałem numer konta. - musiałem im uświadomić, że byłem nietykalny.
Dzieci spojrzały na siebie zdziwione. Dziewczyna pokiwała tylko przecząco głową. Domyślałem się, że zastanawiali się, skąd znam przepis. Może przez chwilę uznali, że mogę należeć do Mafii. Ale, gdyby tak było przecież podałbym im umówione hasło i wypuścili by nas bez słowa. Więc skoro tego nie zrobiłem, tylko narażałem się, musieli uznać moją wypowiedź za przypadek.
Chcąc, nie chcąc zwrócili się z pytaniem do Suzie.
- Ja naprawdę nie wiem... - łkała - On kłamie, pamięta...
Rzeczywiście nie wiedziała.
Obcięcie dłoni wymagało większego narzędzia. Cięcie szło mu sprawnie. Musiał w nie wkładać sporo siły, bo czteropalca już, smukła i delikatna rączka Suzan od razu spadła na podłogę. Niektórzy, początkujący potrzebowali nawet kilku cięć, rana była wtedy poszarpana i zostawiała później wyraźniejsze blizny. Tym razem Suzie odczuwała znacznie większy ból, toteż i krzyki były głośniejsze. Zaczynało mnie to już męczyć.
Kiedy jednak nadal nie podawała właściwej odpowiedzi, sekator zacisnął się tuż nad jej kostką. Tym razem jednak Dzieciak szybko użył dezynfekatora i wreszcie włączył też środek przeciwbólowy. Jego chyba też zmęczyły te hałasy. Poza tym zrozumiał, że ona rzeczywiście nic nie wie. Zostawił nas na chwilę i poszedł się skonsultować z dziewczyną. Najwyraźniej ona tu szefowała. Starsza Siostra? Dziwne to było zjawisko. No cóż, widać zasługiwała sobie na to. Najwyraźniej się dogadali, ale błysk w oczach chłopaka zwiastował coś, czego nie przewidziałem w swoim planie. Najwyraźniej zamierzali zapomnieć o Kodeksie.
- Nie chcesz skrócić jej cierpień? - spytał.
- Nie. - postanowiłem przestać udawać tchórza.
- Więc zaraz czeka cię to samo, co ją. - zagroził.
No cóż, w zasadzie mogłem zdradzić im wszystko. I tak zamierzałem tu jutro wrócić i odebrać, to, co wzięli z konta Suzan. A jednak zgromadziłem już trochę za dużo pieniędzy. Kwota była niewyobrażalna, a to mogłoby skomplikować windykację. Wolałem już cięcie. Poza tym Dzieci zaczynały się gubić w swych poczynaniach. Jedna z reguł Mafii mówiła wyraźnie "Nigdy nie ostrzegaj, zawsze działaj". A oni mnie straszyli. Najwyraźniej odeszliśmy już całkiem od jakichkolwiek zasad. Mogłem tylko liczyć, że jednak wciąż bali się zabijać bez zgody Ojców.
- No? Naprawdę chcesz sobie robić odrosty? - spytał.
- Pierdolcie się. - odparłem spokojnie.
Chłopak trzymał w ręku duży sekator. Nie miał zamiaru zaczynać od palca. To nawet lepiej. Jeszcze raz spojrzał na Siostrę.
- Rżnij! - rozkazała.
Ta pewność siebie w jej głosie nawet mi zaimponowała. Przecież właśnie mogła wydać na nich wszystkich wyrok śmierci. A, że trafili na mnie, to tak właśnie było.
- Kurwa mać. - jęknąłem, gdy przeszła mnie koszmarna fala bólu - I tak nic nie powiem.
Chłopak przyłożył do kikuta dezynfekator. Na moje szczęście nadal z włączoną opcją uśmierzania bólu. To dobrze, bo cierpły mi szczęki od mocnego ich zaciskania.
- O w dupę. - przeraził się.
- Co? - spytał ten przed monitorem.
- On już ma bliznę po amputacji. Ktoś już go ciął.
No pewnie. Sam to zrobiłem. Miałem kiedyś zlecenie, które łatwiej było wypełnić udając kalekę. Osoba bez prawej ręki wzbudza zaufanie, a nie miałem przecież wypisane na czole, że jestem mańkutem.
- Pierdol go, puśćmy ich. - zaproponował mój kat - Nawet skurwiel nie krzyczał.
- Dobra, szprycuj ich. - rozkazała dziewczyna.
Odsapnąłem z ulgą. Zamierzali podać nam mikainę. Lekki narkotyk, na który byłem uodporniony. Kiedyś przez cały miesiąc dzień w dzień karmiłem się tym świństwem, aż organizm się przyzwyczaił. Co prawda przy okazji się uzależniłem, ale warto było. Dawka, którą właśnie podali Suzie miała nas uśpić na co najmniej dwadzieścia cztery godziny. Ja miałem się obudzić ledwie po jakiś trzydziestu, czterdziestu minutach. Niestety potem znów czekał mnie odwyk. Drgawki, rzyganie, ale nie ma nic za darmo.
Chwilę po żonie też odpłynąłem.
Ocknąłem się w samochodzie. Wściekły przyjrzałem się kikutowi. Zły byłem na siebie, bo nie przewidziałem tego, że coś może pójść nie tak. Do Dzieci nie miałem pretensji. Przedtem miałem im tylko skuć mordy i odebrać, co moje, a tak, dali mi jeszcze prawo do wykonania na nich wyroku. Może to i lepiej. Ich wybór, a mnie da trochę zbawy.
Suzan znajdowała się w swoim świecie. Odwiozłem ją do domu i wrzuciłem do łóżka. Zastanawiałem się, jak bardzo mnie będzie nienawidzić, gdy się ocknie z, najwyraźniej, miłych wizji. Mogłem od razu wyciągnąć ją z tego błogostanu, ale w przypływie dobrego nastroju zostawiłem ją nieprzytomną.
Z domu, udałem się prosto do znajomego chirurga. Nawet się nie zdziwił, tylko od razu zabrał się do roboty. Miał już matrycę, więc sprawa miała pójść szybko. Za cztery dni odrost miał dojrzeć, a po jakimś tygodniu powinienem już sprawnie poruszać nową częścią ciała. Był dobrym fachowcem. Najlepszym na tej półkuli i pewnie dlatego miał gabinet w stolicy. Tu, pomiędzy gmachem siedziby Rządu, a biurem Dziadka, do którego właśnie się wybierałem.
- Pan Xien nikogo dziś nie przyjmuje. - poinformowała mnie grzecznie sekretarka szefa planetarnej Mafii, przyglądając się z przerażeniem moim świeżym bliznom.
- Powiedz tylko, że Drak czeka.
- Kto?
- D R A K. I to na biegu.
Spojrzała na mnie jeszcze raz, ale użyła telkomu
- Proszę mi wybaczyć, szefie, ale pan Drak mówi, że przyszedł w ważnej sprawie i, że zechce pan go przyjąć.
- On tak powiedział? - usłyszałem zdziwiony głos starego.
Zepchnąłem zdrową ręką palec dziewczyny i sam wcisnąłem przycisk.
- Kazałem jej powiedzieć, że czekam, ale ta suka starała się być miła. Tylko się na nią nie złość. Jest tu nowa, jak widzę, i jeszcze nie kuma.
- Wchodź.
Drzwi gabinetu Dziadka otworzyły się.
- Na drugi raz nie myśl! - warknąłem do pobladłej dziewczyny.
Wszedłem do środka.
- Czego chcesz? - spytał Dziadek - Znasz mojego wnuka?
- Co, Wnuka? Przyjmujesz tu Dziecko Ulicy? - zamierzałem się z nim podroczyć, zawsze bawiła mnie ta ich nomenklatura.
Chłopak siedzący obok starego uśmiechnął się.
- Nie, cholera, to mój normalny wnuk, prawdziwy. Syn mojej córki. - zaczął się tłumaczyć.
- Cześć Sly, załatwiłeś tego gościa, jak ci mówiłem? - zwróciłem się do młodego.
- Pewnie. Draku, jęczał, jak prosię.
- Znacie się? - zdziwił się Xien.
- No. Sylvester zlecił mi kiedyś małą robótkę, ale uznałem, że sam powinien dać sobie radę. Pokazałem mu kilka sztuczek i jak słyszę miałem rację.
- Cholera, dzieciaki rosną, a starzy już zaczynają tracić nad nimi kontrolę.
- Trafiłeś w sedno. Muszę rozwalić trójkę twoich Wnuków. Szczeniaki urżnęły mi łapsko i złamali tym Kodeks.
Opowiedziałem im ogólnie zdarzenia ostatniej nocy.
- Muszę mieć twoją zgodę. Chyba nie będziesz mi robić problemów?
- Niestety nie mogę ci na to pozwolić. Sam wiesz, że Kodeks mówi, że kto spoza organizacji zabije kogoś z naszych sam musi zginąć.
- Ale mówi też, że kto systematycznie z wami współpracuje może zostać w szczególnych przypadkach uznany za członka Mafii. Wystarczy mi twoje przyzwolenie. Poza tym kiedyś byłem jednym z was.
- On ma rację, dziadku.
- Kurwa, Znasz kodeks lepiej, niż ja.
- "Wiedza, którą posiadasz może zadecydować o twoim życiu lub śmierci", jak powiedział Holmes, założyciel kasty zabójców na Selenie.
- I co z nim?
- Zabili go, bo za dużo wiedział.
- He, he. Dobre. A co mi tam. Masz moja zgodę. Tyle, że to cię będzie kosztować okrągły milion.
- Jutro kasa będzie na twoim koncie.
- Bańka od głowy. - uświadomił mnie Xien.
- Nie wiem, czy to mi się w ogóle będzie opłacało. Tani, to ty nie jesteś.
- Ty też nie. Ale tak się składa, że miałem ci właśnie zlecić coś sporego, zainteresowany?
- Jak zawsze. Za ile i za co?
- Starsi Ojcowie uznali, że jest to warte 10 milionów. Słyszałeś o Vu?
- Vu?... Zaraz... Chodzi o ten księżyc Maroona?
- Właśnie. Co wiesz?
- Niewiele. Ponoć Rząd odkrył tam jakieś pozostałości po nieznanej cywilizacji, ale wiesz, że nie wierzę w duchy, UFO i altruizm.
- A jednak coś tam jest. Rząd wysłał na Vu naukowców z wojskiem. Przez dwa tygodnie kręcili się po księżycu, aż dotarli do jakiś pomieszczeń pod powierzchnią. Grzebali tam i znaleźli parę nieznanych urządzeń. Wysłano tam nawet przesyłkę z sierocińca. Musieli testować coś na dzieciakach. Ale w pewnym momencie przestali nadawać. Wiem jeszcze tylko, że ktoś odleciał stamtąd w nieznanym kierunku. Wysłali potem na Vu jeszcze dwa oddziały wojska, ale dostali od nich komunikat, że są tam jakieś pułapki i kontakt się urwał. Jak znam życie, to Rząd się wkrótce do ciebie odezwie. Chcę, byś mnie o wszystkim informował. A jeśli znajdziesz na Vu coś ciekawego i zechcesz to oddać mnie, to pogadamy o kolejnych okrągłych sumkach. Co ty na to?
- Tylko informacje? - zdziwiłem się - Za dychę?
- Tylko.
- Wiesz, że nie potrafię ci odmówić.
- Czyli stoi? Siedem milionów?
- Plus trójka Wnuków?
- Jasne.
Nawet nie pytałem, czy zamierza oddać trzymilionową nadwyżkę swojej organizacji. Wiedziałem, że od dawna ją okrada. Ale póki był grzeczny, to nie była to moja sprawa. Sam ryzykował głową, a nie chciałem na razie zmiany na stanowisku Dziadka. Z Xienem dobrze się rozumieliśmy.
- Ale, powiedz mi. Zawsze byłeś dobrze poinformowany. Naprawdę nic o tym nie wiedziałeś? - spytał.
- Nie. - przyznałem - Byłem ostatnio w Talle. Wiesz, drobna fucha rządowa, druga półkula, byłem trochę odcięty od nowinek.
- No tak, ten milioner, jak mu tam... Nie mogli się z nim dogadać, czy co? Tak myślałem, że to twoja robota. Czysto i z przyczyn naturalnych.
Uśmiechnąłem się tylko.
- Miło się gadało, ale mam w slumsach jeszcze coś do załatwienia.
- Przynieś mi ich uszy. Muszę ich skreślić z ewidencji.
- Pamiętam o procedurze.
- No to leć.
- Hej, Drakula!... - zawołał za mną Sly - Ich jest trzech, a ty nie masz ręki, może potrzebujesz wsparcia?
Odwróciłem się i spojrzałem na niego ironicznie.
- Dopóki Drak ma głowę na karku, nie musisz się o niego martwić, Sylwestrze.
- Słuchaj dziadka, a daleko zajdziesz. - rzuciłem i wyszedłem z gabinetu. Cmoknąłem na odchodne sekretarce i zszedłem do auta. Zanim przeszedłem do działania zaaplikowałem sobie mała działkę mikainy, bo już zaczynało mną telepać. Odpłynąłem na kilka minut. Gdy się ocknąłem zobaczyłem, że mój komunikator miał nagraną wiadomość. Odsłuchałem ją. Trochę się wkurzyłem, bo miałem natychmiast zgłosić się do gabinetu premiera. Egzekucja więc musiała się odwlec o jakiś czas. Cóż, taka robota.
Budynek Rządu mieścił się trzy przecznice dalej. Usytuowany był w wielkim parku i strzeżony jak cnota purytanki. Zanim wszedłem do środka sprawdzono mi identyfikator, porównano wzór siatkówki i kod genetyczny z informacjami w Banku Danych. Dopiero potem mogłem wejść. Nie drażniło mnie to, bo już zdążyłem się do tego przyzwyczaić. A Rząd miał naprawdę wielu wrogów. Głównie spoza naszego układu, ale i na planecie mogło się znaleźć paru fanatyków.
Ogólnie ludziom żyło się tu nieźle. Kto nie właził w paradę Mafii i politykom, jeśli tylko pracował nie narzekał brak czegokolwiek. Planeta utrzymywała się z patentów medycznych (dość liberalne były u nas przepisy dotyczące testów na ludziach) oraz dobrze wyszkolonych rządowych wojsk, które w niejednym konflikcie wspierały już różne nacje. Poza tym byliśmy samowystarczalni. Złoża naturalne już dawno pozwoliły uniezależnić się nam od importu.
Mafia żyła zaś z lewych interesów międzyplanetarnych, prostytucji i kradzieży.
Nie byliśmy pasożytami wszechświata. Prawie ze wszystkimi żyliśmy w zgodzie. Mieliśmy zerwane stosunki dyplomatyczne jedynie z dwoma układami. Pierwszy miał nam za złe, że nasze wojska wynajęte przez ich sąsiadów uczestniczyły w ataku na ich planety. Drugi zaś był naszym dawnym domem - Układ Słoneczny. Tam uznawali nas za międzyplanetarnych terrorystów, ale też Ziemia nigdy nie poradziła sobie z problemem utraty kontroli nad koloniami.
Wszedłem do budynku i od razu skierowałem się na piętro. Nikt mnie nie zatrzymywał, miałem tu dość znaną twarz.
- Czekają już na pana, panie Dragulić. - poinformował mnie żołnierz stojący przed salą obrad.
Pokiwałem głową i otworzyłem drzwi. Sala była wielka. Na ścianach wisiały portrety wszystkich dotychczasowych premierów planety, oprawione w złote ramy, symbol przepychu. Rozejrzałem się po zebranych. Zwykle do rozmów ze mną wystarczał jeden, bądź czasem dwóch ministrów. Dziś zebrał się prawie cały rząd.
N'Gue, drugi w historii czarnoskóry premier wstał i gestem dłoni wskazał mi miejsce. Usiadłem pomiędzy ministrami zdrowia i finansów. Jakoś tak się złożyło, że to dla nich pracowałem najczęściej.
- No, Dragulić, podobno wracasz właśnie od Xiena?
- Miałem z nim do załatwienia interes. To sprawka jego Dzieci. - pokazałem kikut.
- Tylko?
- To przesłuchanie? Jeśli nie, to przejdźmy do konkretów, bo mam rachunki do wyrównania.
- Jak chcesz. Wolf, twoja działka. - N'Gue zwrócił się do ministra edukacji.
Wolf Skinderis zajmował się wszelkimi badaniami naukowymi, jakie prowadzono na planecie. Był w zasadzie koordynatorem kilku ministerstw. Wbrew nazwie nie miał nic wspólnego z nauczaniem w szkołach.
- Znasz zapewne sprawę Vu?
- Co nieco. Kilka plotek, żadnych szczegółów, ani potwierdzonych faktów. Coś odkryliście i straciliście nad tym kontrolę.
- Dokładnie. Coś odkryliśmy, ale sami nie wiemy, co? Chcemy, byś się tego dowiedział. Potrzebujemy tego, co tam jest, oraz wszelkich wyników badań. Wiemy tylko tyle, że zostały zakończone pomyślnie.
- Pieprzenie. - skwitowałem.
Premier kiwnął głową przyzwalając na uchylenie większego rąbka tajemnicy.
- Wysłaliśmy na Vu naszych naukowców. Jednak raporty były mętne wspominali coś o jakiś urządzeniach niewiadomego przeznaczenia. Bez wątpienia były stare, sprzed setek tysięcy lat, zbudowane przez obcą cywilizację, choć humanoidalną, czyli...
- Dwie ręce, dwie nogi i łeb na karku. - przerwałem zbędne wyjaśnienia.
- Ogólnie rzecz ujmując. - zgodził się Skinderis - Najważniejsze jednak było to, że działały. Zażądali dzieci do badań. Wysłaliśmy im dwudziestkę. Zaczęli testować to, co znaleźli i się zaczęło. Posłuchaj ostatniego nagrania z Vu.
Włączył odtwarzacz.
- Nie wiem, jak długo uda mi się utrzymać przy życiu. Tu jest piekło, zabijają nas jednego po drugim. Sami się zabijamy. Wypuściliśmy poza bazę doktora Lacroix, może udało mu się przebić do was. Przyślijcie posiłki. Może zdążycie...
- No i co? - spytał premier.
- Lacroix?
- Owszem, wyrwał się z księżyca, ale nie poleciał do domu, tylko zniknął gdzieś w kosmosie. Nasi najlepsi ludzie próbują go znaleźć, ale jak na razie bez rezultatu.
- Więc nie wiecie, co się tam stało?
- Nie. Ale wysłaliśmy dwa doborowe oddziały, które zamilkły wkrótce po zejściu na dół. Nie chcemy dalej tracić ludzi, więc zwracamy się do ciebie. Jeśli ty sobie nie poradzisz, to znaczy, że nikt tam nic nie wskóra.
- Dobra, a teraz pokażcie mi film z kamery, którą daliście tym oddziałom. - poprosiłem - I nie mówcie, że nie nagrywaliście ich akcji.
- Wolf?! - N'Gue znów dał przyzwolenie.
- Żołnierz z kamerą był na tyłach, przekaz był krótki. To wszystko, co mamy.
Na ekranie pojawił się ciemny obraz wnętrza podziemnej budowli. Zwarty szpaler oddziałów przechadzał się czujnie po korytarzu. W pewnym momencie zaczęli się krztusić.
- Gaz! Maski włóż! - usłyszałem rozkaz.
- Jakieś, kurwa, pułapki? - zdziwił się kamerzysta.
Przez chwilę obraz wskazywał podłogę, później znów obiektyw patrzył w przód. Nagle, coś mignęło na końcu korytarza. Flesz, ale nie wystrzał, choć mogłem się mylić. Jednak nikomu nic się nie stało. Ci którzy stali na przedzie oddali serię, ale trafiła ona w pustkę. Zobaczyłem to, gdy doszli do ściany przeoranej nabojami. Żadnych śladów krwi. Żadnego źródła trwającego przez chwilę błysku. To jednak, co się stało dalej było dla mnie szokiem, a nieczęsto ktoś mnie zaskakuje. Jeden z żołnierzy strzelił sobie w łeb. Inny wbił sobie nóż w serce. Po kolei wszyscy popełniali samobójstwa. Jednym z ostatnich był operator, toteż mogłem obejrzeć sobie całą tą scenę dość dokładnie. Wraz z upadkiem kamerzysty obraz znikł.
- Widziałeś teraz wszystko, co o tym myślisz? - spytał Skinderis.
- Dziwne. - skwitowałem.
- Tylko tyle?
- A co mam jeszcze dodać? Że pierwszy raz widzę takie coś? Znam wasze metody szkolenia. Totalna indoktrynacja przez hipnozę. Wskoczyliby dla was w ogień piekielny, zeżarli by własne matki, gdybyście im kazali, a oni takowe mieli. Jednak nie popełniliby samobójstwa. To chcecie usłyszeć? Dla mnie to jednak tylko dziwne. Coś ich do tego skłoniło. Wystarczy dowiedzieć się co i sprawa się wyjaśni.
- Jak zamierzasz się do tego zabrać?
- Najpierw chcę wiedzieć za ile?
- Xien za informację dawał ci dychę. My dajemy trzy. Ale żadnych numerów z przekazywaniem Dziadkowi tego, co tam znajdziesz.
- Stary wie, że macie u niego podsłuch? - zaśmiałem się.
- Wiesz, że my sobie krzywdy nie zrobimy. Zgadzasz się?
- A czy odrzuciłbym tyle szmalu?
- Nigdy. No więc co planujesz?
- Znaleźć doktorka, wypytać go, a potem polecieć na Vu. Proste, a co niby miałbym robić?
- Trzydzieści milionów to kupa forsy, więc tym razem stawiamy pewne warunki.
- Co znowu? - nie podobało mi się to.
- Polecisz tam z naszymi ludźmi.
- Wojskowe przyzwoitki? Zawsze pracuję sam.
- Nie tym razem. Wiesz, że tam jest coś wielkiego, a nie chcemy, byś jednak zapałał nagle wielką miłością do Xiena.
- Dobra, ale nie chcę niańczyć całego oddziału.
- Czwórka ludzi. Oficer i trzech komandosów.
- Znam?
- Fizulin.
- Dobra, tyle, że włączamy ich dopiero na Vu. Doktorka poszukam sam.
- Zgoda.
- Poza tym, skoro już wchodzimy paczką, to wezmę jeszcze kogoś od siebie.
- Kogo?
- Powiem wam później, jeszcze sam nie jestem pewien, ale nie chciałbym, aby z kolei Fiz przypomniał sobie o tym, jak bardzo się nie znosimy. Muszę mieć przeciwwagę.
N'Gue wstał i podał mi rękę.
- Musimy sobie ufać. - powiedział.
Doskonale zrozumiałem, co ma na myśli. To była największa różnica pomiędzy nimi, a Mafią. Rząd kręcił i lawirował, ściemniał jak mógł, nie miał żadnych zasad. Byłem pewien, że Fiz dostał już rozkaz, by się mnie pozbyć w razie czego. Mafia natomiast była szczera, aż do bólu i to dosłownie.
- Musimy. - potwierdziłem i wyszedłem.
Wsiadłem do auta i zacząłem analizować to, co wiem. Szybko ułożyłem sobie plan działania i ruszyłem w stronę slumsów. Wszystko się nieco zmieniło od rana, poza tym, że nadal chciałem odzyskać forsę Suzan.
Bez trudu znalazłem miejsce, w którym ostatnio straciłem dłoń. Przeciętny obywatel zgubiłby się w tej plątaninie uliczek. Ja jednak spędziłem tu kilka lat i znałem każdy centymetr dzielnicy. Zaparkowałem nieopodal i wyjąłem z bagażnika paralizator. Na kikut nałożyłem bagnet i tak uzbrojony ruszyłem w stronę budynku. Nie zamierzałem tracić czasu, tylko od razu wparowałem do środka. Szybko zlokalizowałem, gdzie są Dzieci. Dziewczyna dostrzegła mnie pierwsza i od razu chwyciła za pistolet. Gdyby cała trójka zareagowała tak szybko mógłbym przeliczyć się z siłami. Trafiłem Siostrę idealnie i tylko przyjąłem do wiadomości, że rzucała się na podłodze w konwulsjach. Ten, który wczoraj ciął rzucił się na mnie ze znanymi mi już obcęgami. Miał zamiar użyć ich tym razem jako maczugi. Wystarczył jednak mały unik i narzędzie śmignęło jedynie nad moja głową, bagnet zaś zanurzył się w jego kolanie. Jednocześnie strzeliłem do trzeciego z nich. Osiłek, którego zraniłem przyklęknął na uszkodzone kolano, by po chwili próbować rzucić się na mnie. Ja już jednak znów stałem i precyzyjnie uderzyłem go podeszwą w krtań. Zacharczał jedynie i zaczął się dusić. Poczekałem, aż mu przejdzie najgorsze i z bliska uderzyłem promieniami mojej broni. Dziewczyna już leżała spokojnie, chłopcy jeszcze się miotali. Przykułem najpierw Siostrę, a potem obu Braci do krzeseł i zapaliłem zasłużonego papierosa. Wiedziałem z doświadczenia, że nikotyna dawno nie wchłaniana przez organizm potrafi zagłuszyć objawy głodu mikainowego. Organizm więc znów się wyciszył, przynajmniej odrobinę. Obiecałem sobie, że zanim polecę na Vu zrobię sobie kurację, bo nie powinienem mieć tam chwil słabości, za dużo "przyjaciół" miało mi towarzyszyć.
Osiłek jako pierwszy ocknął się cały drżąc z zimna. Normalny objaw po wstrząsie. Musiał mieć silny organizm, bo na resztę musiałem czekać jeszcze dobre parę minut.
- Czego chcesz? - spytał.
Przyłożyłem palec do ust, uciszając go. Nie zamierzałem powtarzać tego samego każdemu z osobna. Nie prosił nawet, bym znieczulił jego kolano, choć musiało go boleć, jak cholera. Ale po tym, co zrobił mi wczoraj nie oczekiwał ode mnie łaski.
Kiedy już wszyscy doszli do siebie uśmiechnąłem się szeroko i pomachałem im kikutem, na którym wciąż tkwił bagnet. Ten od komputerów zbladł. Reszta trzymała się dzielnie.
- Złamaliście zasady Kodeksu, zdajecie sobie sprawę z konsekwencji? - spytałem.
- Jeśli nas zabijesz, ty też będziesz wkrótce martwy. - odparła hardo dziewczyna.
- Skąd ta pewność?
- Nie należysz do nas, a Mafia mści się za swoje Dzieci. Zawsze.
- Zgadza się, kotku, nie należę do organizacji, tyle, że Dziadek czeka już na wasze uszy. Sporo za nie zapłaciłem.
- Bzdura. - odparła nadal pewna siebie, co było mile zaskakujące zważywszy, że tym razem to ona była bezwolna - Jeśli nawet miałbyś układy z Dziadkiem, to przysłałby on swoich ludzi, żeby nas wykończyć. I to bez ceregieli. A ty jesteś co najwyżej dobrze wyszkolonym śmieciem z bogatej dzielnicy, który chce zadrzeć z Mafią. Nie ruszysz nas.
Przyszedł czas na udowodnienie swoich racji. Podszedłem do przerażonego komputerowca i zatopiłem w jego szyi ostrze. Krew trysnęła, a ja spokojnie wróciłem na swoje miejsce po drodze wycierając bagnet o ubranie dziewczyny.
- Kurwa, samobójca pieprzony. - wreszcie zmiękła.
- Skoro już sobie wyjaśniliśmy, kto tu jest teraz szefem opowiem wam kilka drobiazgów z dzisiejszego poranka. Po pierwsze w trybie specjalnym mam do was prawa, jak zwykły członek waszej Rodziny. To w zamian, za usługi, jakie świadczyłem Mafii przez ostatnie lata. Z początku zamierzałem od razu was zabić, ale sprawy się nieco skomplikowały i mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Lecę na Vu, wiecie, co to?
- Nie. - odparli oboje.
- No to nieważne. Lecę tam i potrzebuję odważnych ludzi. Tamten by się nie przydał, bo strasznie trząsł portkami, ale w was widzę tę iskrę bożą.
Oboje spojrzeli najpierw na martwego towarzysza, a potem na siebie.
- Macie wybór. Jeśli przeżyjecie, to, co na nas tam czeka i jeśli będę z was zadowolony, wrócicie sobie spokojnie tutaj i dalej będziecie mogli robić to, co dotychczas. Jeśli mnie zawiedziecie, to wiecie sami... Ach, no i oczywiście jeśli pomyślicie o tym, by mnie wykończyć, to pamiętajcie, że tym razem zajmie się wami Dziadek. Więc?
- Ciekawe alternatywy. - warknęła.
Udałem, że nie zwróciłem na to uwagi, ale słowo "alternatywy" tu, na ulicach było nie tylko nie używane, ale raczej w ogóle nieznane. Była albo sprytniejsza niż początkowo sądziłem, albo po prostu znała jakieś słowo nie z jej świata.
- Wchodzimy w to. - zadeklarowała.
- Tak. - poparł ją Brat.
- No, to skoro się dogadaliśmy, to powiedzcie, jak się nazywacie.
- Jestem Luna, a to Młot. A ty?
- Mówią na mnie Drak.
- Kurwa... - wyrwało się Lunie. - Drakula?
Młot popatrzył na nią zdziwiony jej wybuchem, a ja tylko potwierdziłem ruchem głowy.
- Myślałam, że jesteś tylko legendą.
- Jaką? - spytał Młot.
- No nie wiesz? Ten Dzieciak, który chciał odejść z Mafii.
- Ten? Myślałem, że go zabili na Arenie.
- A ja słyszałam też wersję, że zabił wszystkich dziesięciu.
- Ośmiu, dwóm pozwoliłem żyć. - odparłem nieskromnie. - No, ale dosyć tych pierdół. Jest jeszcze jeden drobiazg. Kasa tej suki, która ze mną tu była. Wypłaciliście już zapewne?
- Tak, leży w walizce na górnej półce.
- Ile tego było?
- Milion siedemset.
- No, no. Przez waszą zachłanność straciłem na tym interesie. Ale, co tam, najważniejsza jest zabawa. Wstałem znów z krzesła i odpiąłem dziewczynie pasek z prawego przegubu.
- Biorę półtorej bańki. Za resztę kupcie sobie porządne ciuchy, przenieście się do innej dzielnicy, a ty się wylecz. Za kilka dni będę was potrzebował. Jak już wszystko załatwicie, to skontaktujcie się ze mną, tu macie numer na komunikator. - położyłem kartkę na stole i podszedłem do walizki.
Odliczyłem pieniądze, zostawiłem resztę i spojrzałem na swój kikut.
- Dobrze to robisz. - rzuciłem w stronę Młota - Fachowo.
Kiwnął głową na potwierdzenie, ale jakoś tak bez satysfakcji. Może bardziej interesował się w tej chwili swoim kolanem, niż pochwałą. Podszedłem do trupa i odciąłem mu ucho. To zwróciło na mnie ich uwagę. Nic jednak nie powiedzieli, ja tez już miałem dość gadania. Po ciężkim dniu wreszcie mogłem wrócić do domu i "ukochanej" żony.
***
Ręka nie działała jeszcze tak sprawnie, jak bym sobie tego życzył, chyba się starzałem..
Zdążyłem już zdobyć kilka ważnych informacji o sprawie. Dzieciaki też już były przygotowane, więc nadszedł czas, by włączyć je do akcji. Niepokoiło mnie jednak, że zaczynało mnie to wszystko coraz więcej kosztować.
Zapukałem do pokoju Luny. Otworzyła mi jakaś cizia w gustownym wdzianku. Dopiero po chwili rozpoznałem w niej Siostrę.
- Może być? - spytała.
- Ujdzie. - odparłem.
Wszedłem do środka i rozwaliłem się wygodnie w fotelu. Chwilę po mnie do pokoju wszedł Młot. Wciąż jeszcze kulał.
- Siadać. Pogadamy. - rozkazałem.
Zajęli miejsca na sofie półtora metra przede mną. Położyłem nogi na szklanym blacie stołu i zapaliłem papierosa.
- Luna. Lecisz ze mną, będziesz udawała moją żonę. Masz być głupią idiotką i za wiele się nie odzywać. Jestem bogatym biznesmenami z Vespero. Ty jesteś lalką.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil djas
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…