Atak
Napisałam to dla paru osób: dla mojego brata, dla moich rodziców, dla przyjaciółki i dla Anioła Stróża.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
WSTĘP To był piękny słoneczny wrześniowy dzień. Plac przed szkołą roił się od ubranych na galowo uczniów. Zwłaszcza pierwszoroczniacy czekali zniecierpliwieni, nie wiedząc do końca czego oczekiwać od nowego gimnazjum. Starsze klasy zbierały się w małych grupkach, gadając o wakacjach i takich tam. Zbliżała się nieubłaganie godzina 10.00 i cały ten radosny tłumek powoli zaczynał zmierzać po schodach do starej jak sama szkoła, sali gimnastycznej. - Znowu dyrektor bedzie nudzić. - westchnęła któraś trzecioklasistka - Nie przesadzaj. Wolę posłuchać jak dyrektor przynudza niż siedzieć w domu ze starymi na karku. - odparła jej druga- Wiesz, że oni już mi się każą kuć do egzaminu?! Powariowali i... - nie dokończyła zdania, bo dyrektor zabrał głos - Czy są już wszyscy?- spytał retorycznie - Proszę zamknąć drzwi. Więc moi drodzy chciałbym Was wszystkich serdecznie przywitać na rozpoczęciu nowego roku szkolnego. Zwłaszcza chcę serdecznie przywitać tegorocznych pierwszoklasistów, którzy przez następne trzy lata, mam nadzieję, będą chlubą naszej szkoły. Równie....- przemówienie dyrektora zostało przerwane Do sali wtargnęło kilkunastu ludzi z bronią. - Co to?! - krzyknął dyrektor i...padł martwy na podłogę. Kula trafiła w głowę rozbryzkując po stojących najbliżej krew. Mikrofon wypadł z bezwładnaj dłoni i potoczył się po ziemi. Chwila ciszy, gdy zaskoczeni uczniowie i nauczyciele próbowali zroczumieć co się stało,a potem apogeum hałasu, krzyku, pisków. Wszyscy na raz rzucili sie do drzwi, ale były już zamknięte. - Cisza! - wrzasnął przez mikrofon któryś z obcych, a gdy to nie pomogło puścił serię z karabinu w sufit. Na głowy przerażonych ludzi posypał się tynk. Wszyscy padli na ziemię, osłaniając głowy rękami. - Cisza! -wrzasnął jeszcze raz, aż głośniki zatrzeszczały- Zachowajcie spokój i rozsądek to może nic wam się nie stanie. Jakbyście nie zauważyli jest to atak terrorystyczny. Nie próbujcie uciekać ani wzywać pomocy, bo skończycie jak on - powiedział wskazując lufą karabinu na zwłoki dyrektora.- Wszystkie wyjścia są obstawione przez moich ludzi. Nie prowokujcie ich bo zabija was jak psy. - Kurwa, że co? - odezwał sie któryś z uczniów Kolejna seria w sufit uciszyła wszystkich. - Nie odzywać się bez pozwolenia! - wrzasnął terrorysta - Rozejdziecie się teraz do waszych klas razem z waszymi wychowawcami pod eskortą. Najpierw wychodzą trzecie klasy. Otworzono drzwi i wszyscy trzecioklasisći wraz z przerażonymi wychowawcami opuścili salę. Wszystkie wyjścia ze szkoły były obstawione i zaminowane. Ludzie w maskach nie kryli broni, a w szatni zrobili arsenał. Wychowawcy jak najszybicej poprowadzili swoje klasy do sal, byle nie rzucać się terrorystom w oczy.Grobowa cisza zaległa na korytarzach. Trzecia a schroniła się w końcu we własnej klasie. Nauczycielka odetchnęła z ulgą. Niektórzy uczniowie usiedli zahukani nieodzywając się a reszta zaczęła żywo dyskutować. Byli to Ci "przywódcy" klasowi, najbardziej głupi i odważni, roztrząsający czy będą w telewizjii, nie dostrzegając realnej groźby. Pojawiła się też trzecia grupka: dwie dziewczyny, pięciu chłopaków. Znali się od pieluch, a ostatnio byli na wspólnym obozie. Dyskutowali szeptem, żywo gestykulując. Planowali, rozstrzygali za i przeciw. Wychowawczyni tymczasem pocieszała tych zahukanych i najbardziej przerażonych w duchu zastanawiając się ilu z nich może zginąć. Trzecia grupka rozeszła się. Jedna z dziewczyn zaczęła pisać coś na pogniecionej z nerwów kartce. Pisała jedną ręką, drugą nerwowo obracała medalik z Chrystusem i Matką Bożą zawieszony na srebrnym łańcuszku. - Hej, miśku. - szepnęła K. widząc łzy w oczach swojej przyjaciółki- Mogę to zrobić za ciebie. - Nie, dzięki. Ja.. ja mam przeczucie że ja to mam zrobić. - odparła O. - W razie czego zrobisz coś dla mnie? - wszystko, kotku. - Powiedz moim rodzicom, że ich kocham i żeby nie płakali, bo ja się spotkam z bratem. tylko niech się za mnie modlą, bo to mi jest potrzebne. Powtórzysz im? - Sama im to powiesz. Nie będzie żadnego "w razie czego". Wszystko pójdzie dobrze. - pocieszała ją przyjaciółka - Dasz sobie radę.
MIESIĄC WCZEŚNIEJ O. Siedziałyśmy u niej w domu rozmawiając o wszystkim i o niczym. Zaczynając od jej wiary ( raczej jej braku) aż jakoś nam temat zszedł na śmierć. - Bo wiesz - powiedziała K. - Pamiętasz jak trzy lata temu, jak mi powiedziałaś, że twój brat od dwóch lat nie żyje? Ja byłam w szoku. Ty .. ty to powiedziałaś tak beztrosko. - A jak miałam to powiedzieć? Ciągle rozpaczać? - odparła O. Głos jej zadrżał i skarciła sie w duchu - Nie nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że mi to bardzo zaimponowało. Ja myślała że jak ja bym kogoś straciła to bym rozpaczała całe życie. I na poczatku twoja beztroska mnie drażniła, ale jak mówiłaś potem że twój brat to to powiedział, to cos tam zrobił to wyszło na to, że Ty tęsknisz ,ale wiesz, że gdybyś rozpaczała całe życie to jakbym On cie kopnął w dupę to byś miała darmowy lot do Ameryki. O. poczuła nagły przypływ wzruszenie. - Mi imponowało, że w te dwa lata ty sobie z tym wszystkim poradziłaś. - dokończyła K. - Nie było łatwo - głos O. drżał, ale nie pozwoliła sobie na płacz - nie myśl, że to tak hop siup. Mój brat nie żyje i tyle. Były myśli... różne. Nieraz... nieraz było blisko by skoczyć z tego cholernego okna i mieć to za sobą. Bo śmierć nie jest wyzwaniem. Wyzwaniem jest życie. A ja tego wyzwania nie chciałam, i nie raz było blisko, bliziutko i wtedy sobie myślałam, że jak popełnie to samobójstwo to go nie znajdę. Bo on na 100 % poszedł do nieba. Więc po prostu zostawiłam śmierć w spokoju. Może jak przestanę ją gonić to mnie w końcu znajdzie.
TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ AK. - Masz przygotować akcję. Za cel wybierz najlepiej szkołe niedaleko stolicy. Dostaniesz namiary na innych braci. Pamiętaj to bardzo ważna akcja, nie możesz jej spaprać. Wolności części braci od tego zależy. Dostaniesz fundusze tak jak poprzednio. Jeden z braci jest doświadczony- będzie Ci pomagał. Nie powinno być żadnych kłopotów. Te dzieci nie znają prawdziwego Boga, nie sprawią ci kłopotu, są niewierne. Udowodnij, że jesteś godny, że zrobisz wszystko dla naszego Pana. - głos zza ciężkiej zasłony dobiegał przytłumiony lecz dosyć wyraźny - Czy nie lepiej wtajemniczyć te dzieci? Przekazać im wiarę i uczynić wiernymi?- spytał Ak. - Nie! - gwałtownie zaprotestował głos- Te dzieci od małego są skażone i zepsute. Nie miej wątpliwości, bracie. Wspólnota liczy na Ciebie. - Nie zawiedzie się, Starszy. - Pan z Tobą.- dobiegł wyraźnie zadowolony głos - I z Tobą Starszy. Ak. Był szczęśliwy. Wspólnota obdarzyła go zaufaniem. Już on pokaże na, co go stać. Pokaże ,jak łatwo pokonać niewiernych.
TERAZ Ak. Wszystko szło w najlepsze. Trzy miesiące przygotowań opłaciły się. Szkoła została opanowana, praktycznie bez ofiar. Starszy miał rację, niewierni nie mają odwagi by się bronić, bo odwaga pochodzi od Pana. Wszystkie klasy zostały odesłane do swoich sal z wychowawcami. Reszta nauczycieli pod nadzorem zajmuje się zasłanianiem okien. Wszystko idzie zgodnie z planem. Wystarczy powiadomić policję ( bo sama się nie dowie) i media ( bo policja tego nie zrobi). To będzie międzynarodowa sprawa. Ak. był bardzo zadowolony.
O. Do klasy wkroczyły dwie nauczycielki i dwóch terrorystów. Wystraszone kobiety zasłoniły okna czarnym materiałem, który w czasie przedstawień pełnił rolę kurtyny. Nauczycielki wyszły ,ale jeden z terrosrystów został. Stanął przy drzwiach. Broń miał lekko opuszczoną, lecz wciąż gotową do użycia. O. serce waliło jak oszalałe. W duchu powierzyła się Bogu i gdy już nie zostało nic ,co mogłaby zrobić wstała. Wszystkie oczy skierowały się na nią. Wychowawczyni z przerażeniem patrzyła jak dziewczyna zbliża się do terrorysty mnąc w ręku kawałek papieru. Mężczyzna wziął ją na cel. - Siadaj- powiedział z lekkim obcym akcentem. - Czy może mi pan to podpisać? - spytała wysuwając przed siebie rękę z papierkiem. - Co to jest? - zainteresował się mężczyzna, lecz nie opuścił broni Lufa karabinu dotykała teraz piersi dziewczyny. - Testament - odparła- Żeby miał wartość prawną musi go potwierdzić ktoś nieznajomy i nie spokrewniony. Wychowawczyni chciała wstać. Co też znowu wymyśliła ta O.? Jeden z chłopców zaczął wychowaczyni szeptać coś na ucho. Terrorysta był zdziwiony i trochę zmieszany. Podeszła do niego dziewczyna, którą mógł zabić prosząc o podpisanie testamentu. Opuścił karabin. - Daj długopis. Tylko powoli. - powiedział. Czuł, że coś jest nie tak, ale nie chiał pociągać za spust. dziewczyna położyła na ławce papier i sięgnęła do tylnej kieszeni po długopis. O. płynnym ruchem odtrąciła karabin, a w tym czasie trzech chłopaków rzuciło się na terrorystę. Powalili go na ziemię i przytrzymali. Mężczyzna choć rosły i silny nie miał szans z trzema młodymi przeciwnikami. Zabrali mu karabin i związali ( błogosławione niech będą "wszystko zawierające" kieszenie). Wszystko przebiegło gładko jak na ćwiczeniach. Klasa siedziała zdumiona niezdolna do końca zrozumieć, co się stało. A potem zaczęli bić brawo. O. i jej próbowali ich uciszyć, ale się nie dało. Zgubił ich owczy pęd klasy, która chciała dać wyraz swojej radości. Dwoch terrorystów kopniakiem wyważyło drzwi. Jeden z nich strzelił. Świat nagle zawirował O. przed oczami. Lewe ramię rozdzierał ból niedoopisania. Na białej bluzce wykwitła czerwona plama krwi. Dziewczyna upadła. Chłopcy porzucili zrabowany karabin i rzucili się na pomoc koleżance. Sprawnie obandażowali ranę. O. zerknęła na lewą rękę. - Kula przeleciała? - spytała cichutko Jeden z chłopców przecząco pokręcił głową. W tym czasie terroryści rozwiązali swojego towarzysza i zapędzili resztę klasy na tyły. Przy drzwiach została tylko owa "trzecia" grupa i wychowawczyni. O. mocno krwawiła. - Nie mamy czym wyjąć kuli. Potrzebne są narzędzia. Muszę iść do gabinetu pielęgniarki - powiedziała wychowawczyni do terrorystów. Jeden z nich uderzył ją, aż biedna kobiecina przewróciła się. Łzy zakręciły jej się w oczach, ale nie pozwoliła sobie na płacz. Podczołgała się do O.i położyła jej głowę na swoich kolanach. - Wszystko bedzie dobrze, wszystko będzie dobrze. - powtarzało jakby to miało być jakieś sekretne zaklęcie - Chłopcy było dobrze - szepnęła O. - Teraz zajmijcie się resztą. - Ale ty wykrawisz się na śmierć - zaoponowali - Mam pomysł, ale nie zróbcie czegoś głupiego. Zrobiliście dobry opatrunek. Pożyję jeszcze parę godzin- aż syknęła z bólu gdy próbowała się podnieść. Opadła na ziemię oddychając ciężko. - Pomóżcie mi wstać. Chłopcy wzięli ją pod ramiona i ostrożnie by nie urazić ręki podnieśli. Posadzili ją na biurku. K. otarła łzy rozmazując tym samym krew. - Odejdzcie - szepnęła O.- Idźcie sobie! Nienawidzę was nienawidzę! - krzyknęła, a jej przyjaciele odskoczyli jak oparzeni. O co jej chodzi? terroryści wsłuchiwali się w rozkazy płynące z krótkofalówki. - Wszyscy na salę gimnastyczną! - krzyknął jeden z mężczyzn- Cicho i bez gadania. Natychmiast! Chłopcy wzięli O. pod rękę i jak mogli najszybciej pokonali odległość dzielącą ich od sali gimnastycznej. Tam posadzili ranną, półprzytomną z bólu dziewczynę na podłodze, opierając o drewniane drabinki. Reszta klasy usadowiła się za nimi. - Kto, kurwa, śmiał napaść na jednego z braci? Winny niech wystąpi albo wybiję całą klasę! - krzyknął Ak. przeładowywując magazynek- Nie macie odwagi się przyznać? - Nie oskarżaj innych o brak odwagi skoro sam jej nie masz. - odezwała się O. - Ja napadłam na tego zbira. Ak. stał przez chwilę totalnie zdumiony. Jakaś niewierna śmiała oskarżyć go o brak odwagi! Jego ludzie przyglądali mu się z ciekawością. Ak. wycelował prosto w dziewczynę. - No strzelaj tchórzu. Strzelaj. - drwiła dziewczyna - przyśpieszysz tylko co nieuniknione. I wielką sławę zyskasz. Zabić ranną dziewczynę zaiste wielka sztuka. Nie znalazłbyś odwagi nawet jakby cie kopnęła w tyłek. - Mnie oskarżasz o brak odwagi?- roześmiał się Ak., - Odwaga pochodzi od Boga, a ty Boga nie znasz, niewierna. - Gdyby Bóg nie był ze mną, płaszczyłabym się przed tobą błagając o litość. Jak śmie?! Twierdzić że zna Boga prawdziwego, że On daje jej odwagę. Co za bezczelność?! - Podnieście ją! - warknął na swoich ludzi Dwóch mężczyzn przystąpiło do O. i podniosło ją z ziemi. dziewczyna niepewnie stała na nogach, więc musieli ją przytrzymać. Krew z lewego ramienia leniwą strużką spływała ,aż do palców i skapywała na podłogę. - Ty niewierna dziwko, jak śmiesz mówić żę Pan jest z tobą?! - krzyknął Ak. i uderzył O. w twarz Dziewczyna zachwiała się, przed oczami zatańczył jej cały korowód gwiazd. - Nikt niewierny nie ma w sobie krzty odwagi! Odwaga to dar Boga! - krzyknął uderzając O. z drugiej strony. W głowie jej wirowało. Obrazy rozmywały się przed oczami, a myśli błądziły dziwnymi ścieżkami. - Jesteś tchórzem , bo atakujesz bezbronnych. Jesteś po trzykroć przklętym tchórzem, bo nie chcesz widzieć odwagi w innych. Nie znasz poświęcenia ni wierności, a strach przeżera twoją duszą jak robak zbutwiałe drewno. Boisz się nawet mnie, rannej i bezbronnej.- powiedziała O. nieswoim głosem - Ha! Chyba śnisz dziecko. O. czuła się już trochę lepiej. Świat nie wirował, nawet przybrał ostre kontury. - To mnie wypróbuj. Jeżeli przejdę tę próbę uwolnisz dzieci. - targowała się O. Do Ak. podszedł któryś mężczyzna i rozmawiali przez chwilę szeptem. - Bracie, może by tak biczowanie? Chrystus był biczowany, więc niewierna na to pójdzie,a nie wytrzyma długo. - Ile czasu potrzebujesz żeby zrobić z niej posłuszną sukę? - spytał Ak - Jakieś piętnaście - dwadzieścia uderzeń i będzie skamleć o życie. - Dobrze. Przygotuj się.- odparła Ak. Niewierna poczuje czym jest gniew Bożych wojowników. Bóg dał świetną okazję udowodnienia słabości niewiernych. Ak. uśmiechnął się podle. - Skoro tak palisz się do poświęcenia to udowodnię ci jak słaba jesteś. Tego waszego Chrystusa zdaje się biczowali, prawda? - Tak. - Więc słuchaj dziecko: dziesięć batów, dzie-sięć ba-tów ,za każdego zasmarkanego dzieciaka z tej budy. Jeśli zemdlejesz przerwiemy próbę aż oprzytomniejesz. Pomyśl. O.myślała. Chryste aż tyle? Ile w tej szkole może być dzieciaków? 200? 300? i to razy dziesięć. O Boże miej mnie w swojej opiece. Ile wytrzymam zanim się wykrwawię? Ilu dzieciaków uwolnię? Matko Boża i wszyscy święci ratujcie. Dajcie mi siłę, bo inaczej będzie źle. Dziesięć batów za każdego, dziesięć batów. Czy to bardzo boli? Przecież nie mogę się wycofać, za daleko zabrnęłam. A jak nie dam rady? Chryste dopomóż. - Zgoda. Dziesięć batów za każdego. Lecz jaką mogę mieć pewność, że wypuścisz tych, których wykupię? - spytała O. - Tylko moje słowo, na nic lepszego nie możesz liczyć. - Zgoda - powtórzyła O. wyciągając rękę. Ak uścisnął ją - I niech spadnie na ciebie gniew Boga, w którego wierzysz jeśli nie dotrzymasz obietnicy. - Niech tak będzie - zgodził się Ak.z rozbawieniem - Odpocznij, a ja każę spędzić tu całą szkołę. Niech zobaczą jakiego mają wybawiciela. O. została posadzona na ziemi. To już koniec, pomyśłała, już koniec.
AK. Policja została powiadomiona. Patrol ostrzelany. Teraz będą nas traktować serio. Zadzwoniłem do prasy i telewizji, niedługo sprawa zostanie nagłośniona. A ta dziewczyna jest całkiem zabawna. Myśli, że wytrzyma. Ciekawe czy o litość będzie błagała na kolanach czy czołgając się u moich stóp? Telewizyjne hieny będą miały z niej świetną pożywkę, a to ,co z nią zrobimy pokaże ,że nie żartujemy. Zabawna dziewczyna, naprawdę zabawna.
O. W sali robiło się tłoczno. 9 klas po średnio 31 osób plus nieszczęśni nauczyciele. - kotku, nie płacz - powiedziała K. - wszystko będzie dobrze. - Nie K. nie będzie. Obiecaj że powiesz moim rodzicom to ,co ci mówiłam i ,że mnie nie zapomnisz. Tylko tyle. Proszę. - Obiecuję.-powiedziała K.- Nie mów o sobie w czasie przeszłym. Dasz radę ,kotku. - Ale ich jest tak wielu, tak niesamowicie wielu. Boję się K. boję się tego bólu, że nie wytrzymam, że będę skamleć jak pies byle przestali a ja nie mogę. Po prostu nie ma dla mnie drogi odwrotu. - O. może ja ... może ja pójdę za ciebie. Co? - Nie k. to moje przeznaczenie. Tylko moje. Ty skończysz szkołę, wyjdziesz za mąż, będziesz miała gromadkę dzieci i domek z ogródkiem, a ja ... moja przyszłość kończy się tutaj. W tym miejscu. Chyba nadszedł czas ,żeby odejść. Mam nadzieję ,że nie będę płakać. Obiecałam sobie pięć lat temu ,że nie będę płakać, bo jeśli ja nie będę silna to kto? K. chyba nie wiedziała ,co mi odpoiedzieć i tylko przytuliła się do mnie. - Nie waż mi się umierać, miśku. - A ty nie waż się po mnie rozpaczać, bo będziesz miała darmowy lot do Ameryki. Śmierci, takaś niby obojętna dla tych, co cię szukają, a jednak i ty ich szukasz. Przyjdziesz do mnie z tą swoją śmieszną kosą? Czy też postać przybierzesz anioła i zabierzesz mnie tam, gdzie chcę dojść? Zabrałaś mi kogoś i zaprowadzisz mnie tam gdzie on jest. Znamy się dobrze. Masz zimne dłonie, ale ja nie boję się ich dotyku. Tylko nie przyjdź za wcześnie. Załatw do końca inne sprawy a na końcu przyjdź po mnie. Ja będę czekała. Nie bój się nie ucieknę, poczekam. A potem... czy w ogóle będzie jakieś potem? Odgarniesz mi kosmyk z czoła i przyssiesz się do lewego ramienia, aż chłód twoich ust sięgnie serca. Weźmiesz mnie za rękę i poprowadzisz. Ty wiesz gdzie. Zaufam Ci. TYlko nie przyjdź za wcześnie i nie spóźnij się. Bądź na czas, śmierci, chociaż raz na czas.
Ak. W sali było tłoczno. Dzieciaki chowały się jedne za drugimi, chcąc uniknąc mojego wzroku. Tfu! Tchórze! Bagno moralne. Tylko strachem można ich kotrolować. Takie zwyczajne małe gówna, które robią sobie nawzajem małe świństwa. A jak rosną to wszystko rośnie razem z nimi. NAwet patrzeć na nie nie mogłem. Żadne nie było godne by wejść do Wspólnoty, no może z wyjątkiem tej dziewczyny,ale ją już przekabacili. Byłaby wartościowym członkiem. Szkoda że żaden z braci nie dostrzegł takiego diamenciku. ale ten diamencik ma na pewno jakieś skazy i ja je znajdę. Taak. Znajdę.
O. spojrzała na zasłonięte czarną kotarą okna. Żegnajcie ptaszki i drzewka. Już czas. Ak. podszedł do niej. Chwycił za prawe ramię i postawił na nogi. - Nie rozmyśliłaś się? - spytał kpiąco - Nie - odparła O. i choć głos jej drżał to w oczach błysczała stanowczość. - To za kilka minut bedziesz lizać mi buty bylebym kazał przestać - stwierdził Ak. O. nieodpowiedziała.Bóg jeden wie jak będzie. W tym życiu jedynie śmierć jest pewna. Ak. rzucił ją na drabinki. Jakiś dwóch terrorystów przywiązało jej ręce wysoko nad głową tak ,że musiała stać na palcach. Wzdłuż lewego barku pociekł srumyczek krwi z otworzonej rany. W oczach zaszkliły się łzy. Nie będę płakać, nie będę płakać. Nauczyciele niespokojnie przyglądali się temu, co sie dzieje. Ak wziął mikrofon do ręki. - Ta dziewczyna zawarła ze mną umowę. Dostanie dziesięć batów za każdego uwolnionego dzieciaka. Jeżeli zemdleje poczekamy aż oprzytomnieje i będziemy kontynuować. - Sukinsyn! - wrzasnął ktoś Seria z karabinu w sufit uciszyła wszystkich. - Osobiście nie wierzę by wytrzymała dwadzieścia batów, ale skoro zawarła ze mną umowę, to sprawdzimy. Ak. dał znak. DO O. podszedł jeden z mężczyzn w ręce trzymał metrowy skręcony ze sznurków bicz. Każdy ze sznureczków był zakończony metalową kuleczką lub kawałeczkiem ostrego metalu. O. oczekując ciosu napięła wszystkie mięśnie. Cisza jaka zapadła w sali była wręcz namacalna. Mężczyzna zamachnął się i po sali przebiegł zduszony krzyk. Świst bicza i krzyk bardziej podobny do westchnienia.Świst i krzyk. Świst i krzyk. Na białej bluzce pojawiły się czerwone pręgi, a sama bluzka wyglądała jak poszczepiane razem paski. Świst i krzyk. Świst i krzyk. Ludzie na sali chowali głowy i zasłaniali uszy byleby nie słyszeć, byleby nie widzieć. Świst.Świst. Świst... cisza. Ciało bezwładnie wisiało na drabinkach. Ak. podszedł do O. i zerwał resztki bluzki. Oczom wszystkich ukazały się cieniutkie, długie rany biegnące w poprzek pleców. - Chcesz przestać? - spytał Ak. jakby to nie była jego wina O. przecząco pokręciła głową. - Pić... - wyszeptała drżącym głosem Ak. skinął głową i ktoś podał mu butelkę z wodą. O. piła zachłannie. Jakby zamiast krwi z jej ciała wytryskała woda. - dosyć...- szepnęła - wypuść... kogoś. Ak. dał znak i mężczyzna stojący przy drzwiach podniósł za warkoczyki jakąś dziewczynkę i wyrzucił za drzwi. - Kontynuować? - spytał trochę zdziwiony Ak. O. niemal wbrew sobie przytaknęła. Chryste, dopomóż. Matko Boska, miej mnie w swojej opiece. Bożę, ratuj. To była dopiero jedna osoba, jedna osoba... coś dławiło O. w gardle niepozwalając oddychać. Aniele Stróżu, strzeż mnie. Świst..Świst..Świst.. Bicz i krzyk zlały się w harmonijną muzykę bólu. Gdy słabł krzyk Ak. pytał się czy dość już, ewentualnie podawał O. coś do picia. Po jeszcze dwóch osobach O. zemdlała z wycieńczenia. Jej plecy wyglądały jak mięso przepuszczone przez maszynkę do mielenia. Z lewego ramienia sączyła się stróżka krwi. Terroryści odwiązali ją i oddali klasie. Szybko zgromadzono strzępy ubrań jakiś rękaw, kawałek bluzy byle tylko jak najlepiej opatrzyć rany. Terroryści wyważyli drzwi do gabinetu pięlegniarki i pozwolili wychowawczyni zabrać potrzebne środki. O. powoli odzyskiwała świadomość. - Wypuścili kogoś? - spytała cichutko - Chyba tak, kotku - odparła K. - wyrzucili trzy osoby za drzwi. Jesteś bardzo dzielna misiu. - co się stało? Nie pamiętam dokładnie, tylko ten ból... - Zemdlałaś. Staraj się nie ruszać. Chłopacy bandażują Ci rany. Boli kotku? - Nie wiem, nic tam nie czuję. Boję się poruszyć, po wtedy poczuję.- O. miała twarz całą mokrą od potu. Pleców nie czuła, to takie zabawne uczucie; wiesz ,że powinno boleć, ale nic nie czujesz tak jakby ból był znieczuleniem sam dla siebie. W głowie leniwie toczyły się myśli, sen i jawa mieszały się ze sobą. To ja czy ktoś inny? a może mnie wcale nie ma? Może jestem tylko cieniem, a cienia nie można zranić. Czy nie można zatonąć w oceanie bezrozumnych rozmyślań? Być bez żadnego "przed" ani "potem". Jestem. Tylko tyle. - Kotku - ktoś potrząsał ramieniem, plecy zapiekły - zostań z nami. Nie odchodź. Czemu? Po co? Czy ma to sens? Jestem, trwam, tylko tyle. Żadnych słów , żadnych ruchów czysta nicość. - O. obudź się, obudź się O. proszę nie zasypiaj, nie poddawaj się. A kim ty jesteś? Stoisz na skraju pola widzenia. Jesteś a niby cię nie ma. Uśmiechasz się słodko i wyciągasz rękę. Chcę iść z tobą, jakie to nowe uczucie: chcieć. JA chcę, ty chcesz, my chcemy. Mówisz coś. Że niby za wcześnie? Odchodzisz machając na pożegnanie. Coś czuję, takie ciepło, gorąc w ciele. Złość? tak jestem zła. Chciałam iśc z Tobą ale odeszłaś. CZemu? Powiedziałaś że wrócisz. Nie wierzę ci. Chcę iść z tobą. Pójdę. Upór? Zdecydowanie? Nie wiem. Chcę wiedzieć. Chcę pójść. Nie zabronisz mi. Nawet ty. - Otwórz oczy, proszę. Otworzyć oczy. Chcę otworzyć oczy. Obraziłam się, zostawiłaś mnie. Otworzę oczy. Bo woła mnie ten głos? Nie. Bo chcę. Chcę być, chcę otworzyć oczy. Otwieram. Trochę boli. Wszystko takie jasne ale wraca po chwili do normy. - Ja cię znam- mówię( CZemu? Bo chcę) widząc twarz. - Wreszcie. Nie zostawiaj mnie więcej O., nie wolno Ci O.? To...ja? TAk pamiętam. Wszystko nagle wraca. To boli. Ja nie chcę. Nie chcę wspomnień. Chcę snu, długiego snu. Ale wspomnienia cisną się drzwiami i oknami mojego umysłu. Ja nie chcę, nie chcę! Coś dusi mnie w gardle. To nic powtarzam sobie, to nic. Tak czasami jest, czasami po prostu boli cię życie. Nie chcę nic mówić ale muszę. Nie chcę wstać i dać sie przywiązać. Nie chcę! Nie chcę! To boli, to tak bardzo boli.Nie mogę już dłużej! - Nie.... - to słowo czy tylko jęk? - Kochanie moje słodkie - ktoś tuli moją twarz - Wytrzymaj, proszę. Ja wiem, że to boli, kotku, ale tak trzeba. Tak naprawdę trzeba. Kochanie? Ja? Robi mi się jakoś cieplej koło serduszka. CZuję jak boli, piecze, swędzi ale mam odrobinę ciepełka. Zechcę dla tego ciepełka. Zechcę dla kochania. - Chcę - szepczę - dla ciebie. Leżę i oddycham spokojnie, Gdy biją tak się nie da. Ta bezczynność taka miła. Poruszenie się to jak wyjścia
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ola R.
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…