Atlas
O dźwiganiu świata na swoich barkach
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Cały świat spoczywał na jego barkach. Miał już tego trochę dość. Nie żeby miał coś innego do roboty, ale czasami ból stawał się trudny do wytrzymania. Gdyby miał to do czegoś porównać... Chociaż nie. Nie miał tego do czego porównać – odkąd tylko pamiętał, zawsze stał w tym miejscu i nieco pochylony, trzymał na barkach tą wielką niebieską kulę w zielone plamki. Ciężka była. Na domiar złego ten szczyt na wschodniej półkuli od czasu do czasu robił mu zadrapanie na łopatce. Kiedyś nawet rozmyślał nad tym, żeby go trochę nie stępić na czubku, ale potem stwierdził, że to byłoby nie w porządku. W końcu, nie na tym rzecz polegała, żeby sobie ułatwiać zadanie. Zmienił pozycję – wysunął nieco do przodu prawą nogę, zostawiając lewą o krok z tyłu, a potem pochylił się jakby zaraz miał przyklęknąć na jedno kolano, ale nie przyklęknął. Wytrzymał w takiej pozie przez chwilę. Zrównał lewą nogę z prawą, a potem przesunął prawą do tyłu. Lubił tę pozę. Dobrze pokazywała, jak wielki wysiłek wkłada w utrzymywanie całego świata na swoich barkach. Było ciężko. Wiedział, że było ciężko a mimo to jakoś się trzymał. Był z tego naprawdę dumny. Od kilku chwil był świadomy tego, że coś mu czasami brzęczy w okolicach tego małego półwyspu koło prawego ucha. W nocy biło stamtąd całkiem jasne światło, czasami też czuł coś w rodzaju ciepła bijącego z tamtej okolicy. „Znowu jakaś cywilizacja”, pomyślał, „Tylko tego mi brakowało. Może niedługo wynajdą broń atomową i pozabijają się jak ci poprzedni. Nie dadzą nawet spokojnie pracować.” Ale ludzie na Ziemi mieli widocznie problemy z wynalezieniem broni masowej zagłady, bo w innych częściach globu też zaczynało się pewne poruszenie. „Gdyby wiedzieli, co dla nich robię nigdy nie wyszliby nawet z epoki brązu.” pomyślał, wystudiowanym gestem ocierając spływający z czoła pot. Nie żeby wojna atomowa była dla niego czymś przyjemnym – o nie, cały ten dym i hałas i w ogóle, ale cóż... To było trochę jak wizyta u dentysty – chwila bólu i po krzyku. Lepsze to niż długie lata irytującego brzęczenia samolotów. Jakiś czas później poczuł jak coś niewielkiego wylatuje z tego półwyspu zaraz przy prawym uchu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. „Może to jakiś nowy rodzaj broni atomowej?”, pomyślał, widząc jak niewielki obiekt wylatuje z planety i zaczyna się od niej powoli, lecz konsekwentnie oddalać. Ci poprzedni zwykle używali rakiet, albo samolotów bombowych, ale z ludźmi nigdy nie można było niczego przewidzieć. Nie rozumieli, co to ciężka praca, ani poświęcenie dla innych. I nie potrafili tego docenić. Mały obiekt odlatywał z półwyspu za uchem, coraz bardziej zbliżając się do twarzy siłacza. Czuł się trochę nieswojo. Nie, żeby się czegoś wstydził, ale po prostu minęło już trochę czasu, odkąd ktoś ostatni raz próbował z nim porozmawiać. Ludzie na tym stadium rozwoju byli bardzo ciekawscy. Dopiero później zamieniali się w ostatecznych leniuchów, którzy za nic mieli jego pracę. Przybrał na twarz wyraz kamiennego niewzruszenia i siły, jednocześnie dodając tu i ówdzie odrobinę cierpienia i wysiłku. Naprawdę bolały go plecy. - Dzieeńdobły!” wykrzyczał mu do ucha wysoki, nosowy głos, wyraźnie wymawiając każdą sylabę. „A więc to kobieta”, pomyślał i jeszcze bardziej się zdenerwował. Mały obiekt zbliżył się na odległość dostateczną, żeby mógł powoli zacząć rozpoznawać postać siedzącą w środku. Cały pojazd przypominał trochę dużą srebrną skrzynkę z czymś w rodzaju ogniska na dole. Nigdy nie znał się za bardzo na tych całych wynalazkach, ale od kiedy tamci sprzed dwudziestu tysięcy lat zaczęli latać po całej okolicy, wiedział, że nic już go nie zdziwi. Nieznajoma zbliżyła się jeszcze bardziej i teraz mógł dostrzec, że długie jasne włosy w dziwaczny sposób sterczą po obydwu stronach jej głowy. „Pewnie taka jest moda w tej cywilizacji”, pomyślał. - Powiedziałam Dzieńdobły – przypomniała. Przez szybę pojazdu mógł dostrzec, że cała ubrana była w jakąś dziwaczną sukienkę, której kolor określiłby jako coś pomiędzy czerwonym, fioletowym i białym Odchrząknął. Minęło wiele czasu odkąd miał okazję z kimś porozmawiać, a nie miał w zwyczaju mówić do siebie – w jego fachu uchodziło to za pierwszą oznakę starości. - Witaj Ziemianko! - powiedział przybierając tylko trochę bardziej niż zwykle basową barwę głosu. Z widocznego teraz, dużego głośnika na dachu pojazdu rozległ się wysoki kobiecy głos. - Nie jestem żadną ziemianką. Wypraszam sobie! Jak zwykle zaczynało się nie tak, jak to sobie wyobrażał. - Jak to „wypraszasz”? - zapytał, zapominając o przybraniu basowego głosu. - Ojej, ale pan ma śmiessssny głos. I na dodatek zaczęła się śmiać... Spróbował z innej strony. - Ale za to ty masz bardzo ładną sukienkę. - Napławdę? Podoba się panu? - No pewnie. - A co się panu podoba? Wstała z miejsca w kabinie i zaczęła obracać się przybierając najróżniejsze pozy. - To, że jest taka czerwona – powiedział, niepewnym głosem - To jest amałantowy! Jak w ogółe można to pomylić z czełwonym?! Oburzona usiadła znowu za kokpitem pojazdu, zrobiła naburmuszoną minę i założyła ręce na piersi. „No tak”, pomyślał „Zapomniałem, że to kobieta”. Zbyt długo nie miał okazji z nikim porozmawiać, żeby teraz tak łatwo się poddać. Poprawił spoczywający na jego barkach świat i postanowił zacząć wszystko od początku. - Jak masz na imię? - zapytał nieśmiało. Podniosła wzrok i słabym głosikiem, który natychmiast wzmocniły mikrofony powiedziała: - Zuzia... ale niech pan nie mówi mojemu tatusiowi! „Tatuś...” - to słowo brzmiało jakoś znajomo, ale nie mógł sobie przypomnieć, co znaczy. - Czego mam nie mówić? Że nazywasz się Zuzia? - Nie-e – powiedziała przecząco kręcąc głową. Próbował dalej. - Że masz amajantową sukienkę? - Jest amajantowa! - wykrzyknęła - To właśnie powiedziałem. - Nieprawda, pan powiedział, że jest amaJantowa. Nie miał pojęcia o co chodzi. Postanowił po prostu udawać, że ostatnie trzy zdania w ogóle się nie wydarzyły. - No więc czego mam nie mówić, twojemu ta-tu-sio-wi – powiedział powoli. - Ale nie powie pan? - Ale czego mam nie mówić? - Ale musi pan najpierw powiedzieć, że pan nie powie. Nerwowo poprawił świat na barkach. Nieziemsko łupało go w krzyżu. - Dobrze, nie powiem. Nadal nie podnosząc wzroku powiedziała, bardziej do deski rozdzielczej pojazdu niż do niego: - No bo ja nie zapytałam o pozwolenie. Spojrzał na nią pytająco. - Tatuś nie pozwala mi wychodzić z domu bez pozwolenia. Nadal nie rozumiał. - Ale... No bo... Bo on był wtedy w łazience i ja tak bajdzo bajdzo chciałam wyjść i... Ja naprawdę nie musiałam go pytać... prawda? Przecież ja już jestem taka duza i... Ja już nie muszę prawda, proszę pana? Kiedy zarabiasz na życie dwadzieścia cztery godziny na dobę trzymając wielką niebieską kulę na plecach twoja głowa po prostu nie może być normalna – nie wytrzymałaby tego. Dookoła nic tylko gwiazdy, większe gwiazdy, mniejsze gwiazdy. Ogromna żółta gwiazda po lewej i od czasu do czasu Księżyc. Cały świat – kamienne kule w wielkiej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Coward
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…