Aż do śmierci
śmierć
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dwaj mężczyźni powoli opuszczali trumnę do grobu. Wykonywali pracę w ciszy i skupieniu. Grupka ludzi otaczająca ich, stała w posępnym milczeniu. Padał deszcz i wiał wiatr, ale jakoś nikt nie otwierał parasola. Grabarze zaczęli zasypywać grób. Pierwsze łopaty piachu głucho stukały o wieko trumny. Z każdym dźwiękiem po twarzy stojącego nad grobem Mateusza przebiegał dreszcz. Śmierć, jakie to proste – pomyślał Mateusz – jak łatwo umrzeć. Żyje się, booo … ktoś zadecydował: tak ma być. Nie ma się wyboru. Stawia się człowieka przed faktem dokonanym: jesteś, idź, żyj. I żyje się. Lecz mając życie pojawia się chęć zrezygnowania z tego przypadkowego daru. Każdy ma takie chwile. Mateusz odgonił ponure myśli i skoncentrował się na pracy grabarzy. Kończyli. Wyrównywali mogiłę. Gdy na usypanym kopczyku złożono wieńce i kwiaty, ludzie zaczęli się rozchodzić. Przy grobie zostały dwie osoby: Mateusz i jego brat Paweł. Deszcz wzmógł się. Niebo przykryte czarnymi chmurami zaciemniło ziemię. -Mateusz! Na dźwięk imienia drgnął i podniósł głowę. -Idziemy – Paweł podszedł i objął go za ramię. Mateusz nie miał ochoty nigdzie iść. Pragnął zostać i utożsamić się z pochowanym. Położyć się, zamknąć oczy i już na zawsze zapomnieć o wszystkim. Ale brat ruszył i przeszli do zaparkowanego przed cmentarzem samochodu. -Dlaczego nie było księdza – spytał szeptem Mateusz. Paweł zdawał się nie słyszeć pytania zaaferowany uruchamianiem auta. -Powiedz Paweł! Dlaczego nie było księdza? – Zawołał. -Uspokój się Mat. Nie było i już. Zapomnij o tym. Samochód ruszył. Wycieraczki miarowo przesuwały się po szybie. Popołudnie kończyło się. Do wiatru i deszczu dołączyła mgła. Paweł włączył światła. -Ciemno już – mruknął do siebie. Przez chwilę jechali w milczeniu. -Pojedziemy przez tunel – spytał Mateusz. -A znasz inną drogę? -O Boże! Jak ja nie lubię jeździć przez tunel. -Pusto – Paweł zignorował jęk brata. –W taką pogodę psy się nawet pochowały. -W taką pogodę nie szkoda nawet umierać – rzekł Mateusz. Wjechali w tunel. Głęboką ciemność rozświetlały światła, ale tylko na kilka najbliższych metrów. Dalej rozpoczynała się czarna, nieprzenikniona ściana, gęsta i nieprzyjazna. Mateusz zadrżał. Zapragnął zmienić miejsce położenia. Pasy bezpieczeństwa trzymały jednak mocno. No i samochód jechał. Wolno niczym żółw, ale poruszał się. Nagle w oddali zajaśniało światełko. Mateusz odetchnął. Koniec tunelu. Ulga. Ukojenie. Światło rozjaśniało się, z żółtego punkcika stawało się bladożółte i rozrastało się. -Co za palant – zaklął Paweł. –Jedzie na długich. Teraz już jasność zdawała się być wszechogarniająca. Mateusz zamknął oczy, ale nic nie pomogło. Czuł dławiący strach. Miał wrażenie, że światłość jest w nim, chce go zniewolić. -Uważaj! – Krzyknął Mateusz i złapał za kierownicę. Paweł gwałtownie zahamował. -Zderzymy się! – Mateusz usiłował manewrować kierownicą. Mocne ręce Pawła chwyciły go. Chaotycznie szamotali się. -Czyś ty oszalał!? – Wrzasnął Paweł i odepchnął brata. –Życie ci niemiłe? Samochód minął ich. Światłość zniknęła. Mateusz bezładnie opadł na siedzenie.
*
Mateusz siedział w fotelu. Patrzył na biblioteczkę wypełnioną książkami, ale nic nie wskazywało, że cokolwiek widzi. Jakiś szmer spowodował przeniesienie wzroku na wiecznie zasłonięte okna w gabinecie ordynatora. Czy on się boi jasności? – Pomyślał Mateusz. –Tak samo jak ja? -Panie Dark! Co to ma znaczyć? – Mężczyzna siedzący po drugiej stronie biurka wskazał na kartkę papieru, którą właśnie skończył czytać. -Chyba napisałem dostatecznie jasno. Rezygnuję z pracy i prawa do wykonywania zawodu. Mężczyzna potarł dłonią czoło. -Nie mogę zrozumieć. Przecież … ja wiem, że ostatnio wiele pan przeżył … strata dziecka … żona … śmierć ojca. Ja to rozumie. Ale przecież trzeba żyć. -Panie dyrektorze! Ja już podjąłem decyzję. -Panie Mateuszu. Jest pan młody, wszystko przed panem, jest pan zdolnym lekarzem. -Nie nadaję się na lekarza. Zresztą nie mam czasu na pracę. -Powinien pan odpocząć. Może jakiś urlop? -Na odpoczynek też nie mam czasu. W tej samej chwili otworzyły się drzwi i weszła pielęgniarka. -Panie ordynatorze! Szybko! Ten pacjent spod siódemki umiera. Doktor zerwał się. -Panie Mateuszu! Musimy jeszcze porozmawiać – rzekł i wybiegł wraz z siostrą. Mateusz został sam. Chwilę nad czymś myślał, po czym wstał i wyszedł z gabinetu ordynatora. Szedł długim, pustym korytarzem. Echo niosło odgłos kroków. Patrzył na popękane ściany i sufit, z którego odpadały kawałki tynku. Wsiadł do windy i nacisnął przycisk parterowy. Dźwig skrzypnął i ruszył. Łagodnie opadał w dół, ale Mateusz i tak poczuł mdłości. I wtedy przed oczami stanęła mu ona.
*
Spotkałem ją w drodze do sanatorium, kiedyś dawno temu. Ta dziewczyna stała pod wysokim szarym budynkiem. Była śliczna. Miała długie proste blond włosy, duże błękitne oczy i przeraźliwie smutną twarz. Tak smutną, że aż piękną. Pierwsza mnie zaczepiła pytając jak długo zamierzam zostać w sanatorium. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, iż tylko tydzień. Widziałem, że ona coś do mnie czuje, ale mój wzrok przykuwał inny obraz. Miała na sobie tylko podkoszulek i była bez biustonosza. Widziałem jej piersi, nieduże, śnieżnobiałe wypukłości. I zapragnąłem dotknąć jej piersi. I zrobiłem to. Odparła, bym tego nie robił. Powiedziała to takim głosem, jakby zabraniała już do końca życia. I jeszcze bardziej posmutniała. Kucnęliśmy. -Czemu ty jesteś taka smutna – spytałem. -Ja od siódmego roku życia jestem sama – usłyszałem i zrozumiałem, że właśnie wtedy straciła rodziców. Dotknąłem dłonią jej policzka. -Odtąd już nigdy nie będziesz sama – powiedziałem.
*
Matka krzątała się przy kuchni. Gotowała obiad a właściwie kończyła. Ostatnie degustacje, szczypta soli do pieczeni, jeszcze trochę pieprzu. Po kuchni roznosiły się apetyczne zapachy. Mateusz spod przymkniętych powiek obserwował matkę. Pierwszy dostał jeść Paweł. Wiadomo starszy brat. Lecz Mateusz nie miał ochoty na jedzenie. Nie zareagował na zdziwione spojrzenie mamy i Pawła, kiedy odmówił. Naprawdę nie czuł się na siłach, by właśnie teraz konsumować. Zatopił się w rozmyślaniach. Cisza przedłużała się. -Musimy zrobić ojcu nagrobek – powiedział Mateusz, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Jakby mnie tu nie było, pomyślał. -Dlaczego zrezygnowałeś z pracy? – Odezwała się matka. –Teraz taka ciężka sytuacja. Każdy pilnuje roboty a ty tak sobie bez powodu odchodzisz. Z czego będziesz żył? -Przecież on nie żyje – roześmiał się Paweł. -Co ty zrobiłeś najlepszego. Idź do dyrektora, przeproś i wróć do pracy. -Nie mogę. Mam pewne plany. Nie martwcie się o mnie. Wszystko będzie dobrze. Na razie muszę zająć się odnalezieniem Marii. Matka z Pawłem wymienili spojrzenia. -O Boże! – Jęknął Mateusz. –Powiedz mi mamo, bracie!? Czy ja jestem przeklęty? Najpierw dziecko … ojciec i … ona.
*
Opuściliśmy miasto. Prowadziłem rower a obok mnie szła ona. Kochałem ją jak nikogo wcześniej i nikogo później. I chociaż nasz wypad miał jakiś tam cel, tak naprawdę chcieliśmy znaleźć się sami i kochać do utraty tchu. Nie mówiliśmy o tym, ale wymieniając między sobą, co jakiś czas spojrzenia pełne tajemniczych szyfrów, jakie znają i rozumią tylko kochankowie, wiedzieliśmy o tym. Pragnęliśmy tego. Nasze ciała ciągnęły ku sobie niczym wabiki. Zabudowania skończyły się i zagłębiliśmy się w las. Ale miejsce pełne drzew nie było tym, czego chcieliśmy. Szukaliśmy terenu odkrytego gdzie moglibyśmy kontrolować rozwój wypadków dookoła. W gęstym podszyciu leśnym ktoś mógł nas podejść. Objęliśmy się tylko, by nawiązać kontakt cielesny. Pozbyłem się też roweru, by nic nam nie przeszkadzało i żaden przedmiot nie wciskał się między nas. Obejmując jej kruche ciałko czułem się szczęśliwy jak nigdy w życiu. Jej główka opierała się chwilami o moje ramię, jej włoski wiatr nawiewał na moją twarz, słyszałem oddech. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Wreszcie las się skończył i trafiliśmy do jakiejś wioski. W polu pracowali ludzie, z kominów unosił się dym, w niektórych obejściach widzieliśmy ludzi. Nasze złączone ciała od pewnego czasu coraz natarczywiej domagały się pełniejszego kontaktu. Czułem coraz mocniej napierające na mnie fluidy jej gorącego ciała. Ręka obejmująca w pasie przesuwała się, wpijała, drapała. Miejsce za stodołą wydawało się bezpieczne. Całowaliśmy się zbliżając do zielonej, gęstej trawy. Obnażyłem ją i zanurzyłem usta w jej włosy. I wtedy usłyszeliśmy dziwne dźwięki. Odwróciłem się. Ci ludzi stali półkolem i patrzyli na nas. Kilkanaście osób z pałami, orczykami i łańcuchami. Na ich twarzach malowała się nienawiść i chęć mordu. Rozejrzałem się, ale nie widziałem żadnych dróg ucieczki. A po chwili zaczęło się. Nie wiem, co się działo. Nie wiem jak przeżyłem. Gdy po kilku miesiącach mogłem wreszcie opuścić szpital, powiedziano mi, że do tej pory nie odnaleziono jej ciała.
*
W budynku miejscowego komisariatu siedziało trzech policjantów. Mateusz patrzył przez okno. Widział jak popijają kawę i uśmiechają się wymieniając uwagi. Przed każdym z nich leżały jakieś dokumenty, na które od czasu do czasu rzucali wzrokiem czy też przewracali kartki. Mili chłopcy pracowali. Mateusz nacisnął klamkę i pchnął masywne drzwi. Znalazł się w pomieszczeniu. Policjanci przerwali dotychczas wykonywane czynności i utkwili oczy w Mateuszu. Czuł na sobie ich zaciekawione spojrzenia. -Dzień dobry. Moje nazwisko Dark. Chciałem się dowiedzieć czy są jakieś nowe informacje dotyczące mojej żony … Marii Dark. Policjanci wymienili między sobą znaczące spojrzenia łączące ich jakąś tajemnicą. Mateusz nie miał czasu na odszyfrowywanie treści. Czekał na wiadomości. -Zaraz sprawdzę – jeden z policjantów podniósł się i podszedł do szafy. W jej wnętrzu wśród tysięcy teczek szukał tej właściwej. Policjant siedzący najdalej uśmiechał się do Mateusza. -Niestety, żadnych nowych informacji – usłyszał Mateusz. Popatrzył na mówiącego te słowa. Policjant przerzucał kartki papieru wyjęte z trzymanej w rękach teczki. Mateuszowi zdawało się, że robi to zbyt pospiesznie i niedokładnie. -Niech pan sprawdzi jeszcze raz – poprosił. Policjant posłusznie wykonał prośbę. Tym razem bardziej szczegółowo. -Niestety – mruknął chowając teczkę do szafy. –Gdybyśmy dowiedzieli się czegoś więcej, zaraz damy panu znać. Mateusz wyszedł na zewnątrz. Zatrzymał się i głębiej odetchnął. Na posterunku powietrze było zanieczyszczone: dymem papierosowym i obecnością ludzi. -Panie Dark! – Usłyszał. Za nim stał policjant, ten sam, który uśmiechał się. –Jestem porucznik Foksi. Chciałbym panu pomóc. Mam w tej wiosce znajomego, przyjaciela, z którym moglibyśmy porozmawiać. Może wie coś więcej. Pan wie jak wyglądają urzędowe rozmowy. Porozmawiamy prywatnie. Może coś sobie przypomni. Co pan na to? -Kiedy? -Pojutrze. Mam wolny dzień. -Dziękuję.
*
Właściwie to nie chciał jechać, ale Paweł uparł się. Przekonywał, mówił i zachęcał. Dla świętego spokoju Mateusz zgodził się, chociaż wolał posiedzieć i powspominać o Marii. Tyle ostatnio o niej myślał. Cały wolny czas jej poświęcał. Aż za dużo. Szedł za Pawłem ciemną klatką schodową. Jedynie małe okienka umieszczone na półpiętrze wpuszczały trochę rozgwieżdżonej nocy. Usiłowali znaleźć światło, ale wyglądało, że nie ma. Wspinali się coraz wyżej i wyżej. Kiedy znaleźli się we właściwym pomieszczeniu, sytuacja wcale się nie zmieniła. Mateusz zlokalizował trzy źródła światła, ale zaledwie sączące jasność. Po chwili wzrok przyzwyczaił się i można było rozróżnić kontury przedmiotów oraz sylwetki ludzi. Tych ostatnich Mateusz widział coraz więcej. Część tańczyła, część siedziała, jeszcze inni rozmawiali półszeptem. Spokojna muzyka roznosiła się ze wszystkich stron. Mateusz zapragnął usiąść i napić się.. Paweł zniknął, lecz niebawem pojawił się w towarzystwie dziewczyny. Miała na imię Misty. Mateusz nie mógł stwierdzić, czy jest ładna. Jej twarz tonęła w półmroku. Paweł zostawił ich. Czyżby braciszek chciał mnie rozerwać, zastanawiał się Mateusz. -Zatańczymy? – Zaproponowała Misty po kilku zdawkowych uwagach. -Nie mogę. -Och, przepraszam. Paweł mówił – speszyła się dziewczyna. –Zapomniałam. -Może zwiniemy się stąd? Dziewczyna zgodziła się. Wyszli na zewnątrz. Dopiero w świetle ulicznych lamp Mateusz zobaczył, że Misty jest śliczna. Nie mógł nic konkretnego powiedzieć o jej ustach, oczach czy nosku. Po prostu całość współgrała i harmonizowała tworząc niespotykaną piękność. Wsiedli do samochodu. Misty wiedziała o tragedii Mateusza. Paweł wspominał. Zahaczyła o temat, ale Mateusz nie chciał rozmawiać. Zaaferowany jej udami zastanawiał się jak zacząć, bo przecież godząc się na ucieczkę z zabawy, wiedziała, czym się skończy eskapada. No i zachowywała się, niby spokojnie, ale ulegle i w jakiś sposób prowokacyjnie. Mateusz nabrał ochoty. Poprosił, by zatrzymała samochód. Bez słowa skręciła w leśną dróżkę i pogasiła światła. Mateusz widział kontury jej twarzy i duże błyszczące oczy wpatrzone w siebie. Cisza przeciągała się. Dotknął piersi. Nie reagowała, więc nachylił się i nawiązał ustami kontakt z ciałem. Spociła się. Zlizywał z czoła słone kropelki potu. Jednocześnie szukał dojść do interesujących części jej ciałka. Rozpiął bluzkę, uniósł spódniczkę i zdjął majtki. Misty postępowała podobnie. Siedzenie opadło. Mimo braku miejsca i niewygody Mateusz wsunął się w dziewczynę. Cichutko jęknęła. Powoli rozgaszczał się w jej gorącym wnętrzu. Misty oplotła go rękami i nogami. Głośno wzdychała. Co jakiś czas szosą przejeżdżał samochód i oświetlał wnętrze auta. Na ten czas Matusz zastygał w dziewczynie. Ona jakimś niepojętym zmysłem wiedziała, że to jeszcze nie koniec, bo nadal zachowywała się jakby ją kochał. Skończyli równocześnie w jakimś bolesnym spazmie rozpaczy, że to już koniec. Długo leżeli bez ruchu, zanurzeni w sobie, wyczerpani w błogim odrętwieniu, zamarli jakby już na zawsze. -Gdzie mieszkasz? – Mateusz pierwszy przerwał milczenie. -Na wzgórzach. -No to jedźmy.
*
Przedzierali się przez zarośla. Pierwszy Mateusz, a za nim porucznik Foksi. Gałęzie biły po twarzy, ramionach, wpadali w pajęczyny, spadały na nich krople rosy, ale niezrażeni przepychali się dalej i dalej. Porucznik usiłował nawiązać rozmowę, lecz Mateusz gnał niczym opętany. W pewnym miejscu zatrzymał się. -Tutaj zostawiłem rower – wskazał. -Rower? – Zdziwił się porucznik. –Jaki rower? Nic nie ma w aktach na ten temat! -Przeoczyliście. Mówiłem o rowerze. Policjant chciał zadać pytanie, jednakże nie zdążył. Mateusz ponownie ruszył. W stronę wioski. Za wszelką cenę. Gdy las się skończył, ich oczom ukazała się osada. Niewielki teren pokryty domkami, przepołowiony dróżką leżał jak na dłoni. Mateusz zamknął oczy. Zobaczył tłum złych ludzi i złowieszcze milczenie. I przerażone oczy Marii. Dotyk ręki porucznika wyrwał z ponurych wspomnień. Ruszyli dalej. Znajomym porucznika okazał się młody, sympatyczny chłopak. I na pewno nie był w tamtej gromadzie, czego obawiał się Mateusz. Tak prawdę mówiąc nie mógł sobie przypomnieć żadnej twarzy, czego domagano się i co zarzucano. Ale nie pamiętał. Po tym, co przeżyli! Można było zapomnieć o wszystkim. Obaj mężczyźni przypatrywali się Mateuszowi spoglądając na siebie, gdy zdawało się im, że tego nie widzi. Lecz widział. Ale chciał wiedzieć, więc milczał. Mateusz tak bardzo czekał na spotkanie z tym człowiekiem. On miał rozjaśnić mroczną przeszłość, odsłonić kulisy tamtego tragicznego popołudnia. Mateusz tak wiele nadziei wiązał z tym człowiekiem. Tak bardzo liczył na jego wyjaśnienia. I rozczarował się. Mężczyzna powiedział: -Ciebie i twojej żony nigdy w wiosce nie było. Mateusz wiedział o tym. Panowała zmowa milczenia. Odpowiedzialność grupowa, więc winnych nie było. Wszyscy bili, razem katowali, wspólnie usunęli ślady. To rozumiał. Mocna solidarność. Wyparli się wszystkiego. Ale twierdzenie młodego człowieka ubodło go. Godziło w jego prawdę i pamięć tamtego wydarzenia. Czy wymyślił sforę rozjuszonych ludzkich bestii, która bez powodu zaatakowała ich? Dlaczego? Za co? Jakie motywy nimi kierowały? Rozgoryczony wrócił do domu. Widok Misty zmienił nastrój. Mateusz nabrał dziwnej odwagi. Jednak rozbije mur, znajdzie w spoinach szczelinę mimo wszystko.
*
Mateusz leżał obok Misty. Rozmyślał, jak to się stało, że tak szybko zbliżyli się do siebie. Wydawało mu się, iż zna ją od wielu, wielu lat. Powiedział o tym. -Masz szczęście – szepnęła. -Czemu? -Że trafiłeś na pustkę w moim życiu. Nienawidzę pustki. -Powiedz Misty skąd ty się wzięłaś? Roześmiała się. -Z mgieł, z wiatru, z marzeń. Zjawiłam się, by kochać cię do szaleństwa, by całować cię. Mateusz objął ją, przytulił i śmiejąc przeturlali się przez olbrzymie łoże, na którym spoczywali. -Czy to nie dziwne? Jeszcze wczoraj nie podejrzewałem nawet twojego istnienia. Mało tego. Nawet gdybym wiedział, że gdzieś jesteś i usychasz z tęsknoty za mną … wzruszyłbym ramionami. -Może jestem twoją deską ratunku zesłaną przez … -Przez, kogo? -Nie wiem. Mateusz przeraził się. Niewinne słowa a zlodowaciały serce. -Dlaczego tak powiedziałaś? Misty! Co się dzieje? Odwróciła głowę. -Żartowałam – mitygowała go. -Coś złego dzieje się wokół mnie. -Kochałeś ją? Och, głupie pytanie. Chodzi mi czy bardzo? -Tak. -Ale jej już nie ma. -Wiem, ale muszę to wyjaśnić. -Jeżeli musisz … -Będziesz ze mną Misty? -Aż do końca Mat.
*
Musiał zabrać z domu parę rzeczy: szczoteczkę do zębów, maszynkę do golenia i tak dalej. Matka milczała, chociaż musiało być jasne, że opuszcza dom. Paweł uśmiechał się i mrugał okiem. Mateusz tak jak nie miał nic do zabrania tak i nie miał nic do powiedzenia. Przecież nie odchodził na zawsze. A do rzeczy nigdy nie lubił się przywiązywać. Podobnie Maria. Dla nich życie było czymś więcej niż pościgiem za dobrami materialnymi. Kochali życie samo w sobie. Umieli cieszyć się każdą chwilą, promykiem słońca, gałązką bzu, czy spadającym z drzewa liściem. Cóż za koszmar w zmaterializowanym świecie! Mateusz bardzo szybko się o tym przekonał. -Odchodzisz – spytała matka. -Nie chcę być dla was ciężarem. -Nie jesteś. -Będę utrzymywał kontakt. Mateusz nie mógł znieść przytłaczającej atmosfery. Wyszedł. Bez pożegnania. Ale przecież nie odchodził na zawsze. Paweł dogonił go. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy napastliwie. Mateusz musiał się usprawiedliwić. -Nie myśl sobie, że ja taki jestem. Wytłumacz matce, zawsze byłeś z nią bliżej. Ja jakoś nie umiałem, zresztą sam wiesz. Ja … muszę … nikt mi nie może pomóc, ja muszę sam sobie pomóc. Ale pamiętam. I wiem. Nie martw się. Pamiętam o pomniku dla ojca. Oczy brata zmiękły. -Zwróciłeś Paweł uwagę? Jak ojciec dobrze wyglądał po śmierci? -Przygotowywał go przecież Artysta. -Aha. Paweł uśmiechnął się. Na pożegnanie.
*
Misty ucieszyła się. Podbiegła do Mateusza i wtuliła w ramiona. -Tak bardzo tęskniłam za tobą. Obiecaj, że już nigdy nie zostawisz mnie samej – szeptała. -Obiecuję. Mateusz czuł to samo, co Misty, też chciał być z nią zawsze i do końca. Misty była taka … tak bardzo ją kochał, chociaż znał ją tak krótko. Ale Mateusz wiedział też o czymś innym. I pamiętał. Musiał. -Mat. Zostawmy przeszłość. Zacznijmy żyć tak, jakby jej nie było. Nie możesz zadręczać się tym, co minęło. To było piękne, ja wiem, ale skończyło się. Rozumiesz? Skończyło się! -Chciałbym Misty. -Spróbuj Mat. Ja ci pomogę.
*
On był moim znajomym. Wyglądał naiwnie i dobrodusznie. W rzeczywistości zajmował się zmarłymi, nadawał umrzykom ludzkiego wyglądu, przywracał przyłapanym przez śmierć twarzom spokojny i godny wyraz. Właśnie zastałem go przy pracy. Na łóżku leżały zwłoki a on siedział obok z pędzlem i tubami farb. Wyciskał te farby i mieszał je. Wyglądało, że lubi swoją pracę. Ale po chwili okazało się, że on potrafi znacznie więcej. Powiedział, że nauczył zmarłych powtarzać swoje gesty. Nie uwierzyłem w to zapewnienie, więc zaprezentował. Uśmiechnął się i leżący trup też się uśmiechnął. Podniósł rękę a nieboszczyk zrobił to samo. To było niesamowite. Widziałem, ale nie mogłem uwierzyć. To musiała być jakaś sztuczka. Lecz on zaprezentował jeszcze kilka wymyślnych grymasów, które leżący nieżywy człowiek zmałpował. Nie widziałem niczego podejrzanego. To wyglądało na prawdziwą umiejętność. -Dzięki temu właśnie nadaję im odpowiedni wyraz twarzy – wyjaśnił. –A farby to już tylko kosmetyka. Uświadomiłem sobie, że on jest cudotwórcą i potrafi wskrzeszać ludzi umarłych. Zobaczyłem w tym szansę dla ludzkości, szansę na nieśmiertelność. Poprosiłem by wyjaśnił jak to robi, ale wzbraniał się. Chodziłem za nim i męczyłem, by zdradził swój sekret, bo … gdybym odnalazł Marię, nawet martwą, on mógłby mi pomóc. Ale on tylko uśmiechał się tajemniczo.
*
Mateusz obudził się. Otworzył oczy i natknął na twarz Misty. Spała. Uśmiechnął się i odgarnął z jej czoła włosy. Nie zareagowała. Objął ją i wtulił w gorące ciało. Poczuł przypływ sił. Misty otworzyła oczy. Patrzyli na siebie uśmiechając się. Później kochali się. W czasie, śniadania Mateusz wrócił do sprawy, do której nie powinien wracać. Ale coś ciągnęło. Musiał. Misty nie wydawała się zaskoczona. -Rozumiem cię – powiedziała. –Ale cóż możesz zrobić ty sam, jeżeli policja jest bezradna. Myślę, że powinieneś wynająć detektywa. Niech on się zajmie odszukaniem twojej … żony, o ile chcesz ją odnaleźć – odwróciła
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil myroslaw
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…